ValisTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Valis
Valis
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 154,02  123,22 
Valis
Valis
Audiobook
Czyta Phil Gigante
116,12 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

W czasie dekady narkotyków musieliśmy nauczyć się radzić sobie z następującym problemem: Jak poinformować kogoś, że mózg mu się zlasował? Zagadnienie przeszło teraz w teologiczny świat Konioluba Grubasa jako problem, z którym musieliśmy się uporać my, jego przyjaciele.

W wypadku Grubasa najłatwiej byłoby powiązać te dwie rzeczy i przyjąć, że prochy, które łykał w latach sześćdziesiątych, zamarynowały jego mózg na całe następne dziesięciolecie. Gdybym potrafił sam siebie przekonać, że tak właśnie jest, zrobiłbym to bez wahania, bo lubię rozwiązania, które odpowiadają na wiele pytań jednocześnie. Jednak nie mogłem tak myśleć. Grubas nie brał psychodelików, w każdym razie nie na jakąś większą skalę. Kiedyś, w 1964, kiedy LSD-25 firmy Sandoz można było bez trudu kupić, zwłaszcza w Berkeley, Grubas łyknął potężną dawkę i cofnął się w czasie albo przeniósł się w przyszłość, a może wyniósł się poza czas, dość, że zaczął płynnie mówić po łacinie i wierzył, że nadszedł Dies Irae, Dzień Sądu. Słyszał potężne kroki zagniewanego Boga. Przez osiem godzin Grubas modlił się i zawodził po łacinie. Twierdził później, że podczas tej wyprawy mógł mówić i myśleć tylko po łacinie. Znalazł książkę z łacińskim cytatem i czytał go równie łatwo jak tekst angielski. Cóż, może etiologia jego późniejszego opętania Bogiem kryła się tutaj. Jego mózg w roku 1964 zagustował w narkotycznej wyprawie i zapisał ją dla odegrania w przyszłości.

Z drugiej strony ta linia rozumowania tylko odsuwa pytanie do roku 1964. O ile się orientuję, zdolność mówienia, czytania i myślenia po łacinie nie jest normalnym skutkiem zażycia narkotyków. Grubas nie zna łaciny. Teraz nie potrafi mówić po łacinie. Nie umiał mówić po łacinie przed zażyciem wielkiej dawki LSD-25. Później, kiedy zaczęły się jego doznania religijne, stwierdził, że myśli w obcym języku, którego nie rozumie (w roku 1964 rozumiał swoją łacinę). Zapisał fonetycznie, na chybił trafił, niektóre zapamiętane słowa. Dla niego to nie był język i zastanawiał się, czy w ogóle pokazywać komuś to, co zanotował. Jego żona, jego późniejsza żona Beth, miała rok greki na studiach i rozpoznawała w tym, co Grubas niedokładnie zapisał, grekę koine. W każdym razie jakąś grekę, attycką albo koine.

Greckie słowo koine oznacza po prostu wspólny język. W czasach nowotestamentowych koine stała się wspólnym językiem Bliskiego Wschodu, zastępując aramejski, który poprzednio zastąpił akadyjski. (Wiem takie rzeczy, ponieważ jestem zawodowym pisarzem i wiedza na temat języków jest mi niezbędna.) Rękopisy Nowego Testamentu dotarły do nas w grece koine, choć prawdopodobnie Q, źródło Ewangelii synoptycznych, zostało napisane w języku aramejskim, który jest w gruncie rzeczy formą hebrajskiego. Jezus mówił po aramejsku. Tak więc kiedy Koniolub Grubas zaczął myśleć w odmianie greki, myślał w języku, którego używali święty Łukasz i święty Paweł, zresztą bliscy przyjaciele, przynajmniej w piśmie. Zapis koine wygląda dziwnie, gdyż skrybowie nie robili odstępów między słowami. Może to prowadzić do wielu różnych tłumaczeń, jako że tłumacz robi przerwy tam, gdzie uważa za właściwe, albo po prostu tam, gdzie zechce. Weźmy taki przykład angielski:

GOD IS NO WHERE (Boga nie ma nigdzie)

GOD IS NOW HERE (Bóg jest teraz tutaj)

Na sprawy te zwróciła mi uwagę Beth, nigdy nie traktująca religijnych doświadczeń Grubasa poważnie, póki nie zobaczyła, jak zapisuje fonetycznie słowa w koine, z którymi nie miał styczności i nie wiedział nawet, że pisze w faktycznie istniejącym języku. Grubas twierdził, że… Grubas twierdził wiele różnych rzeczy. Nie mogę zaczynać każdego zdania od słów „Grubas twierdził, że…” W czasie tych lat (rzeczywiście lat!), kiedy pracował nad swoją egzegezą, Grubas wysnuł chyba więcej teorii, niż jest gwiazd we wszechświecie. Każdego dnia wymyślał nową, bardziej pomysłową i intrygującą, coraz bardziej popieprzoną. Bóg jednak pozostawał tematem niezmiennym. Grubas odchodził od wiary w Boga tak, jak pewien lękliwy pies, którego kiedyś miałem, wychodził poza trawnik przed domem. Robił jeden krok, potem drugi, może jeszcze trzeci, a potem podwijał ogon i rzucał się w panice z powrotem na znajomy teren. Obaj tak robili. Bóg stanowił dla Grubasa oznakowany przez niego teren. Na jego nieszczęście po tym początkowym doświadczeniu nigdy już nie mógł znaleźć drogi do tego miejsca.

Powinno się ustanowić prawo, że skoro ktoś znajdzie Boga, to może go sobie zatrzymać. Dla Grubasa spotkanie z Bogiem (jeżeli rzeczywiście było to spotkanie z Bogiem) stało się w końcu nieszczęściem, wysychającym źródłem radości, promieniującym coraz to słabiej, jak zawartość torebki środków pobudzających. Kto rozdaje Boga? Grubas wiedział, że Kościoły tu nie pomagają, chociaż kiedyś konsultował się z jednym z księży Davida. Nic z tego nie wyszło. Nic nie pomagało. Kevin radził narkotyki. Ja, jako związany z literaturą, zalecałem lekturę mniej znanych angielskich poetów metafizycznych z siedemnastego wieku, takich jak Vaughan i Herbert.

Wie, że ma dom, lecz nie wie, gdzie – bo, utrudzony,

Tak się oddalił w głąb żywota,

Że zapomniał, którędy wrócić w dawne strony1.

To jest z wiersza Vaughana Człowiek. Według mojej oceny Grubas cofnął się w rozwoju do poziomu tych poetów i stał się w swoich czasach anachronizmem. Do obyczajów wszechświata należy likwidacja anachronizmów. I to czekało Grubasa, jeżeli nie weźmie się w garść.

Ze wszystkich rad dawanych Grubasowi najbardziej obiecująco wyglądała rada Sherri, która w stanie remisji wciąż nam towarzyszyła.

– Powinieneś – powiedziała Grubasowi podczas jednej z jego trudnych chwil – zapoznać się z charakterystyką T-34.

Grubas spytał, co to jest. Okazało się, że Sherri czytała książkę o rosyjskiej broni pancernej w czasie drugiej wojny światowej. Czołg T-34 okazał się zbawieniem dla Związku Sowieckiego, a tym samym wszystkich aliantów i, pośrednio, Konioluba Grubasa, gdyż bez T-34 mówiłby nie po angielsku ani nie po grecku czy po łacinie, tylko po niemiecku.

– T-34 – tłumaczyła Sherri – były bardzo szybkie. Pod Kurskiem wygrywały nawet z elefantami Porschego. Nie macie pojęcia, co zrobiły z niemiecką 4. Armią Pancerną. – Potem zaczęła rysować szkice sytuacji pod Kurskiem w roku 1943, podając liczby. Grubas i my wszyscy byliśmy zdumieni. Nie znaliśmy Sherri od tej strony. – Sam Żukow musiał zmienić losy bitwy – mówiła, ciężko dysząc, Sherri. – Watutin spaprał sprawę. Został później zamordowany przez prohitlerowskich partyzantów. A teraz weźmy niemieckie tygrysy i pantery. – Pokazała nam fotografie różnych czołgów i z zapałem opowiedziała, jak generał Koniew sforsował Dniestr i Prut dwudziestego szóstego marca.

W istocie Sherri chodziło o przeniesienie umysłu Grubasa ze spraw kosmicznych i abstrakcyjnych na bardziej przyziemne. W jej głowie wylągł się pomysł, że nie ma nic bardziej realnego niż sowiecki czołg z drugiej wojny światowej. Chciała znaleźć odtrutkę na szaleństwo Grubasa. Tymczasem cały jej wywód, poparty mapami i zdjęciami, przypomniał mu tylko ten wieczór przed pogrzebem Glorii, kiedy on i Bob obejrzeli film o generale Pattonie. Sherri, naturalnie, o tym nie wiedziała.

– A ja myślę, że powinien się wziąć do szycia – powiedział Kevin. – Czy masz maszynę do szycia, Sherri? Naucz go, jak się nią posługiwać.

Sherri, wykazując duży upór, ciągnęła swoje:

– W bitwie pod Kurskiem wzięło udział przeszło cztery tysiące pojazdów pancernych. Była to największa bitwa pancerna w historii. Każdy słyszał o Stalingradzie, ale nikt nie słyszał o Kursku. Prawdziwe zwycięstwo Związek Sowiecki odniósł pod Kurskiem. Kiedy się pomyśli…

– Wiesz co, Kevin? – przerwał jej David. – Niemcy powinni pokazać Rosjanom zdechłego kota i zażądać wyjaśnień.

– To natychmiast zatrzymałoby sowiecką ofensywę – powiedziałem. – Żukow do dzisiaj starałby się jakoś wytłumaczyć z tego kota.

– Wobec oszałamiającego zwycięstwa dobrej strony pod Kurskiem jak można skarżyć się z powodu śmierci jednego kota? – zwróciła się Sherri do Kevina.

– W Biblii jest coś o spadających wróblach – powiedział Kevin. – O tym, że On ma na nie oko. To jest właśnie całe nieszczęście z Bogiem, że On ma tylko jedno oko.

– Więc to Bóg wygrał bitwę pod Kurskiem? – spytałem Sherri. – To musi być coś nowego dla Rosjan, zwłaszcza dla tych, którzy robili te czołgi, walczyli w nich i zginęli.

– Bóg działa, używając nas jako narzędzi – wyjaśniła Sherri cierpliwie.

– Cóż – powiedział Kevin – w przypadku Konia Bóg ma uszkodzone narzędzie. A może oni obaj są uszkodzeni, jak osiemdziesięcioletnia staruszka prowadząca sportowy wóz.

– Niemcy nie mogliby pokazać pierwszego lepszego zdechłego kota – zauważył Grubas. – Musieliby pokazać kota Kevina. Kevinowi chodzi tylko o tego jednego kota.

– Tego kota – powiedział Kevin – nie było jeszcze na świecie podczas drugiej wojny światowej.

– Czy wtedy go opłakiwałeś? – spytał Grubas.

– Jak mogłem go opłakiwać? – powiedział Kevin. – Przecież go nie było.

– Był zatem w takiej samej sytuacji jak teraz – stwierdził Grubas.

– Nieprawda.

– Jak to nieprawda? – powiedział Grubas. – Czym jego nieistnienie wówczas różni się od jego nieistnienia obecnie?

– Kevin ma teraz jego trupa – odparł David. – Żeby go demonstrować. To był cały sens istnienia tego kota. Żył po to, żeby stać się trupem, który posłuży Kevinowi do zaprzeczania dobroci Boga.

– Kevin – spytał Grubas – a kto stworzył twojego kota?

– Bóg – odparł Kevin.

 

– Zgodnie więc z twoją logiką – powiedziała Sherri – Bóg stworzył argument przeciwko swojej dobroci.

– Bóg jest głupi – stwierdził Kevin. – Mamy głupie bóstwo. Mówiłem to już nieraz.

– Czy trudno stworzyć kota? – spytała Sherri.

– Wystarczą do tego dwa koty. Jeden kocur i jedna kocica – powiedział Kevin, ale dobrze wiedział, do czego ona zmierza. – Trzeba… – Zamilkł i uśmiechnął się. – Zgoda, trzeba do tego specjalnych zdolności, jeżeli się zakłada, że wszechświat ma jakiś cel.

– A ty uważasz, że nie ma? – spytała Sherri.

– Żywe istoty mają cel – powiedział Kevin po chwili wahania.

– Kto stawia przed nimi ten cel? – ciągnęła Sherri.

– One… – Kevin znów się zawahał – one same są swoim celem. Nie można ich oddzielić od ich celu.

– A więc zwierzę jest wyrazem celu – mówiła Sherri. – Zatem jest cel we wszechświecie.

– W niewielkich jego fragmentach.

– I brak celu ustępuje miejsca celowi?

Kevin zmierzył ją spojrzeniem.

– Wypchaj się – powiedział.

Moim zdaniem cyniczna postawa Kevina zrobiła więcej dla umocnienia Grubasa w szaleństwie niż jakikolwiek inny czynnik, to jest jakikolwiek poza pierwotną przyczyną, cokolwiek to było. Kevin stał się nieświadomym narzędziem tej pierwotnej przyczyny, co nie uszło uwagi Grubasa. W żaden sposób, w żadnym kształcie ani formie, Kevin nie stanowił sensownej alternatywy wobec choroby umysłowej. Jego cyniczny uśmieszek miał coś z uśmiechu śmierci, uśmiechał się jak tryumfująca trupia czaszka. Celem jego życia była walka z życiem. Początkowo dziwiłem się, że Grubas toleruje Kevina, ale później zrozumiałem dlaczego. Ilekroć Kevin demolował system urojeń Grubasa, wyszydzał go i ośmieszał, Grubas rósł w siłę. Jeżeli szyderstwo było jedynym lekarstwem na jego chorobę, to lepiej miał się bez niego. Grubas, choć walnięty, rozumiał to. Zresztą, gwoli prawdy, Kevin też to rozumiał, ale widocznie miał w głowie jakieś sprzężenie zwrotne, które kazało mu nasilać ataki, zamiast z nich zrezygnować. Porażki skłaniały go do zwiększenia wysiłków. Tak więc ataki się nasilały, a Grubas był coraz mocniejszy. Jak w greckim micie.

W egzegezie Konioluba Grubasa temat ten stale powraca. Grubas wierzył, że element nieracjonalności przenika cały wszechświat, włącznie z Bogiem czy Najwyższym Umysłem, który za nim stoi. Pisał:

38. Na skutek straty i bólu Umysł nie jest całkiem normalny. Zatem i my, jako elementy wszechświata, jako elementy Mózgu, nie jesteśmy całkiem normalni.

Widocznie ekstrapolował do skali kosmicznej swoją własną utratę Glorii.

35. Umysł nie zwraca się do nas inaczej jak za pośrednictwem nas samych. Jego opowieść przechodzi przez nas i jej smutek przepełnia nas irracjonalnością. Jak zauważył Platon, Dusza Świata zawiera element irracjonalny.

Zapis 32 mówi więcej na ten temat:

Ta pulsująca informacja, którą postrzegamy jako świat, jest rozwijającą się narracją. Opowiada ona o śmierci pewnej kobiety. Ta kobieta, zmarła dawno temu, była jednym z pierwszych bliźniąt. Była połówką boskiej syzygii. Celem tej opowieści jest przypomnienie jej i jej śmierci. Umysł nie chce jej zapomnieć. Praca Mózgu polega zatem na stałym zapisywaniu jej imienia i – jeżeli zostanie odczytana – będzie odczytana w ten sposób. Cała informacja przetwarzana przez Mózg – odbierana przez nas jako przemieszczanie się obiektów fizycznych – jest próbą zachowania pamięci o niej. Kamienie, skały, patyki i ameby są jej śladami. Zapis jej istnienia i śmierci jest wprowadzany do najniższego poziomu rzeczywistości przez udręczony Umysł, który jest teraz samotny.

Jeżeli czytając to, nie widzicie, że Grubas pisze o sobie, to nic nie rozumiecie.

Z drugiej strony nie przeczę, że Grubas był kompletnie walnięty. Jego upadek zaczął się od telefonu Glorii i dalej postępował niepowstrzymanie. W odróżnieniu od Sherri z jej rakiem Grubas nigdy nie doznał remisji. Spotkanie z Bogiem nie było remisją. Ale pewnie nie było też pogorszeniem, wbrew cynicznym poglądom Kevina. Nie można powiedzieć, że spotkanie z Bogiem jest tym dla choroby umysłowej, czym śmierć jest dla raka: logicznym zakończeniem pogarszającego się stanu zdrowia. Terminem technicznym – teologicznym, nie psychiatrycznym – jest teofania. Teofania polega na samoujawnieniu się Boga. Nie na tym, co robi odbiorca, lecz na tym, co robi siła wyższa, Bóg albo bogowie. Mojżesz nie stworzył gorejącego krzaka. Eliasz na górze Horeb nie wytworzył łagodnego powiewu. Jak mamy odróżnić autentyczną teofanię od zwykłej halucynacji odbiorcy? Jeżeli głos mówi mu rzeczy, których on nie wie i nie może wiedzieć, wówczas prawdopodobnie mamy do czynienia ze zjawiskiem autentycznym, nie zaś fałszywym. Grubas nie znał koine. Czy to czegoś dowodzi? Nie wiedział o wadzie wrodzonej swojego syna, przynajmniej świadomie. Może wiedział o grożącej zaciśnięciem się przepuklinie podświadomie i nie chciał stawić temu czoła? Istnieje również mechanizm mogący wyjaśnić jego znajomość koine – pamięć genetyczna, o której pisał Jung. On nazywał to nieświadomością zbiorową albo rasową. Ontogeneza, czyli życie osobnicze, powtarza filogenezę, czyli życie gatunku, a ponieważ jest to ogólnie przyjęta teoria, to może tutaj kryje się uzasadnienie tego, że w umyśle Grubasa odezwał się język, którym mówiono przed dwoma tysiącami lat. Gdyby umysł pojedynczego człowieka przechowywał pamięć filogenetyczną, można by się spodziewać takich zjawisk. Ale idea Junga ma charakter spekulatywny. Nikt nie potrafił jej dowieść.

Jeżeli dopuści się możliwość istnienia istoty boskiej, nie można jej odmówić zdolności do samoujawnienia. Bez wątpienia każda istota zasługująca na miano boskiej musiałaby taką zdolność posiadać. Prawdziwe pytanie (tak jak ja to widzę) nie brzmi: Dlaczego są objawienia? tylko: Dlaczego jest ich tak mało? Kluczową koncepcją, mogącą dać odpowiedź na to pytanie, jest idea deus absconditus, boga ukrytego, utajonego albo nieznanego. Jung z jakiegoś powodu uznaje to za ideę powszechną. Ale jeżeli Bóg istnieje, to musi być deus absconditus – z wyjątkiem rzadkich teofanii – bo inaczej nie byłoby go wcale. Ten ostatni pogląd byłby bardziej logiczny, gdyby nie teofanie, niezależnie od ich rzadkości. Wystarczy jedna absolutnie udokumentowana teofania i ten drugi pogląd jest obalony.

Żywość wrażenia, jakie rzekoma teofania wywiera na odbiorcy, nie stanowi dowodu autentyczności. Podobnie jak świadectwo zbiorowe (Spinoza wysuwał przypuszczenie, że cały wszechświat może być jedną wielką teofanią, choć, z drugiej strony, może wszechświat w ogóle nie istnieje, jak twierdzą buddyjscy idealiści). Każda teofania, o której usłyszymy, może być fałszerstwem, ponieważ wszystko może być fałszerstwem, od znaczków, przez skamieniałości, po czarne dziury w kosmosie.

Myśl, że cały wszechświat, taki, jaki odbieramy – może być fałszerstwem, najlepiej wyraził Heraklit. Z chwilą, kiedy się dopuści tę myśl, albo wątpliwość, do głowy, jest się gotowym do rozważania kwestii Boga.

Aby móc interpretować świadectwo oczu i uszu, niezbędne jest posiadanie rozumienia (noos). Krok od prawdy oczywistej do ukrytej jest jak tłumaczenie wypowiedzi w języku nie znanym większości ludzi. Heraklit we fragmencie 56 mówi, że ludzie dają się oszukiwać w tym, co jest oczywiste. Aby dojść prawdy na podstawie pozorów, trzeba interpretować, rozwiązywać zagadki… ale chociaż leży to w możliwościach człowieka, większość ludzi nigdy tego nie robi. Heraklit bardzo gwałtownie atakuje głupotę zwykłych ludzi i tego, co wśród nich uchodzi za wiedzę. Porównuje ich do śpiących, odwróconych do swych osobnych światów.

Tak mówi Edward Hussey, wykładowca filozofii starożytnej na Uniwersytecie Oksfordzkim, członek Kolegium Wszystkich Świętych, w swojej książce Presokratycy, wydanej w Nowym Jorku w roku 1972. We wszystkich moich lekturach nigdy nie znalazłem… to znaczy Koniolub Grubas nie znalazł… nic bardziej znaczącego jak wejrzenie w istotę rzeczywistości. We fragmencie 123 Heraklit powiada: „Struktura każdej rzeczy lubi się ukrywać”. A we fragmencie 54 mówi: „Ukryta struktura jest potężniejsza od jawnej”, na co Edward Hussey dodaje: „Zatem Heraklit w sposób nieunikniony godził się, iż rzeczywistość jest w pewnym stopniu «ukryta»”. Jeżeli więc rzeczywistość jest w pewnym stopniu ukryta, to co rozumiemy przez teofanię? Bo teofania jest ingerencją Boga, ingerencją, która jest ni mniej, ni więcej tylko inwazją naszego świata, gdy tymczasem nasz świat jest tylko ułudą, tylko „jawną strukturą” podporządkowaną niewidocznej „ukrytej strukturze”. Koniolub Grubas chciałby, żebyście się nad tym wszystkim zastanowili. Bo jeżeli Heraklit ma rację, to nie ma innej rzeczywistości jak rzeczywistość teofanii, a reszta jest złudzeniem. I w takim razie Grubas jako jedyny spośród nas rozumie prawdę, a Grubas, począwszy od telefonu Glorii, jest chory psychicznie.

Chorzy psychicznie – według definicji psychologicznej, nie prawnej – nie mają kontaktu z rzeczywistością. Koniolub Grubas jest chory psychicznie, nie ma zatem kontaktu z rzeczywistością. Zapis 30 z jego egzegezy brzmi:

Świat zjawisk nie istnieje. Jest to tylko hipostaza informacji przetwarzanej przez Umysł.

35. Umysł nie zwraca się do nas inaczej jak za pośrednictwem nas samych. Jego opowieść przechodzi przez nas i jej smutek przepełnia nas irracjonalnością. Jak zauważył Platon, Dusza Świata zawiera element irracjonalny.

Innymi słowy, sam wszechświat – i kryjący się za nim Umysł – jest chory. Zatem ktoś, kto ma kontakt z rzeczywistością, jest z definicji w kontakcie z chorobą, zaraża się irracjonalnością. Rzecz sprowadza się do tego, że Grubas dokonał przeglądu swojego umysłu i stwierdził, że jest ułomny. Następnie za pośrednictwem tego umysłu dokonał przeglądu rzeczywistości zewnętrznej, tego, co nazywamy makrokosmosem. I stwierdził, że on też jest ułomny. Jak utrzymywali filozofowie hermetyczni, makrokosmos i mikrokosmos stanowią swoje wierne odbicia. Grubas za pomocą swojego wadliwego narzędzia zbadał wadliwy przedmiot i wyszło mu, że wszystko jest nie tak.

W dodatku nie było z tego wyjścia. Sprzężenie między wadliwym instrumentem badawczym a wadliwym przedmiotem badań dało w efekcie jeszcze jedną idealną chińską pułapkę na palec. Grubas był więźniem swojego własnego labiryntu, jak Dedal, który zbudował labirynt dla króla Minosa na Krecie, a potem sam nie mógł się z niego wydostać. Może Dedal siedzi tam do dzisiaj i podobnie jest z nami. Jedyna różnica między nami a Koniolubem Grubasem polega na tym, że Grubas zna swoją sytuację, a my nie. Zatem Grubas jest nienormalny, a my jesteśmy normalni. „Są jak śpiący, odwróceni do swoich osobnych światów”, jak to ujął Hussey, a on wie, co mówi, bo jest największym żyjącym autorytetem w dziedzinie starożytnej myśli greckiej, z wyjątkiem może Francisa Cornforda. A według Cornforda Platon był przekonany, że w Duszy Świata jest element irracjonalny.

Nie ma wyjścia z labiryntu. Labirynt zmienia się, kiedy człowiek przez niego wędruje, bo jest żywy.

Parsifal: Zrobiłem niewiele kroków,

a zdaje się, że przebyłem szmat drogi.

Gurnemanz: Widzisz, mój synu, tutaj

przestrzenią stał się czas.

(Krajobraz rozpływa się. Las się oddala i pojawia się skalna ściana, w której widać bramę. Dwaj mężczyźni przechodzą przez tę bramę. Co się stało z lasem? Dwaj mężczyźni nie ruszyli się z miejsca, donikąd nie poszli, a jednak znaleźli się gdzie indziej. Tutaj czas zmienia się w przestrzeń. Wagner zaczął swojego Parsifala w roku 1845. Umarł w roku 1873, na długo przed rokiem 1908, w którym Hermann Minkowski wysunął hipotezę czterowymiarowej czasoprzestrzeni. Źródłem Parsifala były celtyckie legendy i zainteresowanie Wagnera buddyzmem, w związku z nie napisaną operą o Buddzie, która miała się nazywać Zwycięzcy [Die Sieger]. Skąd Ryszard Wagner wziął pomysł, że czas może się zmienić w przestrzeń?)

Czy jeżeli czas może się zmieniać w przestrzeń, to przestrzeń może się zmieniać w czas?

Mircea Eliade w książce Mit i rzeczywistość jeden z rozdziałów zatytułował „Czas można zwyciężyć”. Przezwyciężenie czasu to podstawowy cel mitycznego rytuału i sakramentów. Koniolub Grubas stwierdził, że mówi językiem używanym przed dwoma tysiącami lat, językiem, w którym pisał święty Paweł. Tutaj czas zmienia się w przestrzeń. Grubas opowiedział mi o innym fenomenie związanym z jego spotkaniem z Bogiem: nagle krajobraz Kalifornii w roku 1974 zaczął się rozpływać i pojawił się krajobraz Rzymu w pierwszym wieku po Chrystusie. Doznał przez chwilę nakładania się obrazów, jak się to widuje w filmie albo w fotografice. Dlaczego? W jaki sposób? Bóg wyjaśnił Grubasowi wiele rzeczy, ale tego nie wyjaśnił nigdy, poza tym zagadkowym zdaniem – jest to w dzienniku zapis 3. Umysł sprawia, że wszystko się zmienia, żeby upozorować upływ czasu. Czy mamy z tego wnioskować, że faktycznie czas nie upływa? Czy kiedykolwiek płynął? Czy kiedyś istniał rzeczywisty czas, a także rzeczywisty świat, a teraz mamy fałszywy czas i fałszywy świat, rosnący niczym jakaś bańka mydlana i zmieniający wygląd, ale tak naprawdę statyczny?

 

Koniolub Grubas uznał za stosowne zapisać to stwierdzenie na początku swojego dziennika czy egzegezy, czy jak on to tam nazywa. W zapisie numer 4, następnym, czytamy:

Materia jest plastyczna w obliczu Umysłu.

Czy w ogóle jest jakiś świat? Z każdego punktu widzenia Gurnemanz i Parsifal stoją w miejscu, a krajobraz się zmienia. W ten sposób zostają przeniesieni do innego miejsca, przestrzeni, która poprzednio była odbierana jako czas. Grubas myślał w języku sprzed dwóch tysięcy lat i ujrzał starożytny świat odpowiedni do tego języka – wewnętrzna zawartość jego umysłu pasowała do jego wrażeń ze świata zewnętrznego. Jest w tym jakaś logika. Może nastąpiło rozchwianie czasu. Tylko dlaczego jego żona Beth nie doświadczyła tego samego? Mieszkała z nim, kiedy miał to spotkanie z boską siłą, ale dla niej nic się nie zmieniło poza tym, że (jak mi powiedziała) słyszała dziwne trzaski, wyładowania, jakby wybuchały jakieś obiekty przeładowane zbyt dużą energią.

Zarówno Grubas, jak i jego żona opowiadali mi o innym jeszcze aspekcie tamtych dni w marcu 1974 roku. Ich zwierzęta domowe przeszły dziwną metamorfozę. Sprawiały wrażenie spokojniejszych i bardziej inteligentnych. To jest zanim oba zdechły na skutek bardzo złośliwych nowotworów.

Oboje, Grubas i jego żona, powiedzieli mi coś o swoich zwierzętach, o czym myślę do dzisiaj. W tym czasie zwierzęta wyglądały, jakby chciały się z nimi porozumieć, jakby chciały przemówić. Tego nie da się opisać jako elementu psychozy Grubasa, psychozy „tego” i śmierci zwierząt.

Pierwszy sygnał, że coś jest nie tak, wiązał się, według Grubasa, z radiem. Nastawiwszy je pewnej nocy, kiedy długo nie mógł zasnąć, usłyszał obrzydliwe słowa, zdania, których radio nie mogło nadawać. Beth, która spała, nic nie słyszała. Mógł to więc być rozsypujący się umysł Grubasa, jego psychika rozkładała się wówczas z ogromną szybkością.

Choroba umysłowa nie jest zabawna.

1 Przekład Stanisława Barańczaka.