Świat JonesaTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział trzeci

O czwartej podjechał po niego policyjny samochód, by zabrać go z powrotem do Baltimore. Cussick wrzał z niecierpliwości. Podniecony zapalił papierosa, zgasił go, zapalił drugiego. Być może wpadł na jakiś trop… a może nie. Potężny budynek tajnych służb Baltimore, wyrastający z ziemi o milę za miastem, wyglądał jak sześcian z litego betonu. Dokoła niego sterczały połyskujące metalicznie punkciki: przybudówki stanowiące wyloty splątanych podziemnych tuneli. Na błękitnym wiosennym niebie leniwie unosiło się kilka zrobotyzowanych min przeciwlotniczych. Policyjny samochód zahamował przy pierwszym stanowisku kontrolnym. Uzbrojeni w broń maszynową strażnicy, z granatami dyndającymi u pasa, zbliżyli się wolnym krokiem. Ich stalowe hełmy lśniły w jasnym słońcu.

Była to zwykła, rutynowa kontrola. Przepuszczono ich bez przeszkód. Samochód ruszył długim podjazdem ku wejściu. Tam wysadzono Cussicka. Wóz odjechał już do garażu, on jednak wciąż stał niezdecydowany przed ruchomą pochylnią, a myśli kłębiły mu się pod czaszką. Jak miał ocenić swoje znalezisko?

Zanim złożył raport Pearsonowi, szefowi Służby Bezpieczeństwa, pojechał na jeden z poziomów pedagogicznych. Po chwili stał w zawalonym papierami gabinecie swego starszego instruktora politycznego.

Max Kaminski w skupieniu przeglądał piętrzące się na biurku dokumenty. Minęła chwila, nim zauważył Cussicka.

– Żeglarz powrócił – odezwał się, nie przerywając pracy. – Powrócił z morza. Myśliwy też, jeśli chodzi o ścisłość. Co upolowałeś na wzgórzach w ten piękny kwietniowy dzionek?

– Chciałbym pana o coś zapytać – powiedział z zakłopotaniem Cussick. – Zanim sporządzę raport. – Ten baryłkowaty mężczyzna o okrągłej twarzy z gęstym wąsem i pobrużdżonym czołem szkolił go. Formalnie Cussick nie podlegał już Kaminskiemu, ale wciąż przychodził do niego po radę. – Znam przepisy… lecz wiele zależy od subiektywnej oceny. Wydaje mi się, że odkryłem naruszenie prawa, ale nie jestem pewien jakiego.

– No cóż – odezwał się Kaminski. Odłożył pióro, zdjął okulary i złożył razem mięsiste dłonie. – Jak wiesz, każdy akt naruszenia prawa zaliczyć można do jednej z trzech głównych kategorii. Wszystko opiera się na Podstawach relatywizmu Hoffa. Nie muszę ci tego wyjaśniać. – Poklepał leżącą na skraju biurka książkę w znajomej niebieskiej oprawie. – Przejrzyj sobie jeszcze raz swój egzemplarz.

– Znam go na pamięć – odparł niecierpliwie Cussick – ale mimo wszystko mam wątpliwości. Człowiek, o którego chodzi, nie narzuca swego zdania, wypowiadając się na temat faktów. On wypowiada się o sprawach niepoznawalnych.

– A konkretnie?

– O przyszłości. Utrzymuje, że wie, co się stanie w następnym roku.

– Przepowiednie?

– Proroctwa – poprawił Cussick. – O ile dobrze rozumiem różnicę. A moim zdaniem proroctwo jest sprzeczne samo w sobie. Nikt nie może mieć absolutnej wiedzy na temat przyszłości. Przyszłość to z definicji coś, co się jeszcze nie wydarzyło. A gdyby taka wiedza istniała, zmieniłaby przyszłość – i w konsekwencji unieważniła siebie samą.

– Kto to był, jakiś jasnowidz na jarmarku?

Cussick zaczerwienił się.

– Tak.

Wąsy starszego mężczyzny zadrżały gniewnie.

– I ty masz zamiar złożyć o tym raport? Masz zamiar zalecić działania przeciwko jakiemuś magikowi, który próbuje zarobić parę dolarów, wróżąc z ręki w wędrownym cyrku? Takie nadgorliwe dzieciaki jak ty… nie rozumiesz, że to poważna sprawa? Nie wiesz, co oznacza wyrok skazujący? Utratę praw obywatelskich, uwięzienie w obozie pracy… – Pokręcił głową. – Po to, żebyś ty mógł zrobić dobre wrażenie na swoich przełożonych, jakiś Bogu ducha winny wróżbita ma iść pod topór.

Siląc się na spokój, Cussick odparł z godnością:

– Ale ja sądzę, że ten człowiek łamie prawo.

– Każdy łamie prawo. Kiedy mówię ci, że oliwki są obrzydliwe, formalnie naruszam przepisy. Kiedy ktoś stwierdza, że psy są najlepszymi przyjaciółmi człowieka, popełnia wykroczenie. To się zdarza na każdym kroku. Nie interesujemy się tym!

Do gabinetu wszedł Pearson.

– Co się dzieje? – zapytał z rozdrażnieniem, wysoki i surowy w swym brązowym policyjnym mundurze.

– Nasz tu obecny młody przyjaciel przyniósł zdobycz – odparł kwaśno Kaminski. – Był na jarmarku i nakrył… zdemaskował przepowiadacza przyszłości.

Cussick odwrócił się w stronę Pearsona.

– Nie chodzi o zwykłego wróżbitę – próbował wyjaśnić. – Tacy też tam byli. – Słysząc swój mamroczący ochryple i nieskładnie głos, wyrzucił pospiesznie: – Myślę, że ten człowiek jest mutantem, że w jakiś sposób naprawdę widzi przyszłość. Twierdzi, że zna przyszłą historię. Powiedział mi, że następnym przewodniczącym Rady zostanie niejaki Saunders.

– Pierwszy raz słyszę to nazwisko – powiedział obojętnie Pearson.

– Mówił mi też – ciągnął Cussick – że wkrótce okaże się, że dryftery nie są statkami kosmicznymi, ale żywymi stworzeniami. I że na najwyższych szczeblach już o tym wiedzą.

Przez kamienną twarz Pearsona przemknął dziwny grymas. Przy biurku Kaminski raptownie przerwał pisanie.

– Ach tak? – odezwał się cicho Pearson.

– Powiedział mi – mówił dalej Cussick – że dryftery staną się w przyszłym roku sprawą numer jeden. Najważniejszą, z jaką będziemy mieli do czynienia.

Ani Pearson, ani Kaminski nie odezwali się słowem. Nie musieli. Cussick widział to na ich twarzach. Dopiął swego. Wspomniał o wszystkim, co konieczne.

Już niedługo Jones miał się stać sławny.


Rozdział czwarty

Floyd Jones natychmiast został wzięty pod obserwację prewencyjną. Ten doraźny stan trwał przez siedem miesięcy. W listopadzie 1995 roku w powszechnych wyborach do Rady wyłonił się i zwyciężył bezbarwny kandydat ekstremistycznej Partii Narodowej. Nie minęły dwadzieścia cztery godziny od zaprzysiężenia Ernesta T. Saundersa, gdy Jonesa po cichu aresztowano.

Przez te pół roku Cussick stracił wiele ze swej młodzieńczej pulchności. Jego twarz nabrała dojrzalszego, bardziej stanowczego wyrazu. Myślał teraz więcej, mówił mniej, zyskał też doświadczenie jako oficer wywiadu.

W czerwcu 1995 roku oddelegowano go na teren Danii. Tam poznał ładną, postawną i bardzo niezależną młodą Dunkę pracującą w dziale sztuki rządowego centrum informacyjnego. Nina Longstren była córką ustosunkowanego architekta. Pochodziła z bogatej, utalentowanej i liczącej się w towarzystwie rodziny. Nawet gdy już zostali małżeństwem, Cussick wciąż darzył ją niewolnym od lęku szacunkiem.

Kiedy urządzali sobie mieszkanie, z biura w Baltimore nadeszły rozkazy dla Cussicka. Minęło trochę czasu, nim odważył się poruszyć ten temat. Byli akurat w trakcie malowania.

– Kochanie – powiedział jej w końcu – będziemy musieli wyjechać.

Przez chwilę Nina nie odpowiadała. Siedziała z łokciami na stole, z podbródkiem wspartym na splecionych dłoniach, przeglądając w skupieniu wzorniki kolorów.

– Co? – mruknęła z roztargnieniem. W pokoju panował twórczy chaos. Wokół walały się kubły z farbami, wałki, rozpylacze. Meble okryte były zachlapanymi farbą arkuszami folii. W kuchni i w sypialniach piętrzyły się sterty wciąż nie rozpakowanego sprzętu domowego, ubrań, mebli, nie otwartych jeszcze prezentów ślubnych. – Przepraszam, nie słuchałam.

Cussick podszedł do niej i delikatnie wysunął wzorniki spod jej łokci.

– Rozkazy od szefostwa. Muszę lecieć z powrotem do Baltimore… zakładają sprawę przeciwko temu gościowi, Jonesowi. Chcą, żebym się tam pojawił.

– Ach tak – odparła słabym głosem. – Rozumiem.

– To nie powinno zająć więcej niż parę dni. Możesz tu zostać, jeśli chcesz. – Właściwie wolał, żeby nie zechciała. Byli małżeństwem zaledwie od tygodnia. Teoretycznie był to ich miesiąc miodowy. – Opłacą koszty podróży za nas oboje. Pearson wspomniał o tym.

– Chyba nie mamy zbyt wielkiego wyboru, prawda? – stwierdziła z rezygnacją. Wstała od stołu, zbierając porozkładane broszury. – Trzeba pozamykać te wszystkie puszki z farbą.

W żałobnym nastroju zaczęła zalewać terpentyną pędzle w blaszanej puszce. Na jej lewym policzku widniała smuga morskiej zieleni. Musiała się umazać farbą, kiedy odgarniała z twarzy swe długie jasne włosy. Cussick wziął szmatkę, zmoczył ją w terpentynie i skrupulatnie usunął plamę.

– Dzięki – powiedziała smutno, gdy skończył. – Kiedy musimy wyjechać? Natychmiast?

Spojrzał na zegarek.

– Lepiej będzie, jeśli dostaniemy się do Baltimore jeszcze dziś wieczorem. Tam go teraz trzymają. To oznacza, że powinniśmy zdążyć na statek z Kopenhagi o ósmej trzydzieści.

– Pójdę się wykąpać – odparła posłusznie – i przebiorę się. Ty też powinieneś. – Krytycznie potarła jego podbródek. – Poza tym ogol się.

– Jak sobie życzysz – zapewnił.

– Włożysz popielaty garnitur?

– Nie, muszę być na brązowo. Pamiętaj, że jadę do pracy. Przez następne dwanaście godzin jestem znów na służbie.

– Czy to oznacza, że musimy być śmiertelnie poważni?

Roześmiał się.

– Nie, oczywiście, że nie. Ale ta sprawa mnie martwi.

Spojrzała na niego, marszcząc nos.

– To się martw. Ale nie myśl sobie, że ja też będę się tym przejmować. Mam inne sprawy na głowie… Zdajesz sobie sprawę, że nie skończymy tego remontu do przyszłego tygodnia?

 

– Moglibyśmy wynająć paru fachowców, żeby dokończyli robotę.

– O, nie – powiedziała z naciskiem. Zniknęła w łazience, odkręciła gorącą wodę nad wanną i wróciła. Zrzuciła buty i zaczęła ściągać ubranie. – Robimy wszystko sami. Żadni wykolejeńcy nie mają wstępu do tego mieszkania. To nie jest praca. To jest… – szukając właściwego słowa, ściągnęła sweter przez głowę – to jest nasze wspólne życie.

– Dobrze – odparł sucho Cussick. – Sam byłem jednym z tych wykolejeńców, dopóki nie wstąpiłem do Służby Bezpieczeństwa. Ale to ty decydujesz. Mnie jest wszystko jedno. Lubię malować.

– Nie powinno ci być wszystko jedno – powiedziała z wyrzutem. – Do diaska, mam zamiar zaszczepić jakąś wrażliwość artystyczną w twojej mieszczańskiej duszy.

– Nie mów, że nie powinno mi być wszystko jedno. To przestępstwo wobec relatywizmu. Sama możesz przywiązywać wagę, do czego tylko chcesz, ale nie mów mi, że mnie też musi to obchodzić.

Nina przyskoczyła i objęła go ze śmiechem.

– Ty chodząca powago. Wszystko bierzesz tak serio… Co ja mam z tobą zrobić?

– Nie wiem – przyznał, marszcząc czoło. – Co mamy zrobić z nami wszystkimi?

– Ty się naprawdę tym przejmujesz – zauważyła, patrząc na niego niebieskimi, zatroskanymi teraz i poważnymi oczyma.

Odsunął się od niej i zaczął układać porozrzucane po mieszkaniu sterty gazet. Nina, w zachlapanych farbą portkach i nowym nylonowym biustonoszu, z bosymi nogami i jasnymi włosami opadającymi bezładnie na jej gładkie ramiona, przyglądała mu się, cicha i skruszona.

– Mógłbyś mi o tym opowiedzieć? – zapytała po chwili.

– Jasne – odparł. Przewertował stos gazet, wyjął jedną, złożył i podał jej. – Możesz poczytać to sobie przy kąpieli.

Artykuł był długi, o rzucającym się w oczy nagłówku:

PASTOR PRZYCIĄGA TŁUMY

KOLEJNY DOWÓD OGÓLNOŚWIATOWEGO

PRZEBUDZENIA RELIGIJNEGO

Obywatele gromadzą się tłumnie, by usłyszeć pastora

przepowiadającego nadchodzące klęski.

Szczegółowe proroctwa na temat inwazji

pozaziemskich form życia.

Poniżej znajdowało się zdjęcie Jonesa, już nie w roli jednej z atrakcji jarmarku. Wyświęcony na pastora, ubrany w wyświechtany czarny surdut i czarne buty, niestarannie ogolony, był teraz wędrownym kaznodzieją włóczącym się po kraju, by nauczać gromady wieśniaków. Nina rzuciła okiem na zdjęcie, przeczytała kilka słów, znów spojrzała na fotografię, po czym odwróciła się bez słowa i popędziła do łazienki, żeby zakręcić wodę. Nie oddała gazety. Kiedy wróciła po dziesięciu minutach, gazety już nie było.

– Co z nią zrobiłaś? – zapytał dociekliwie Cussick. Zdążył już jako tako uprzątnąć pokój i właśnie zabrał się do pakowania swoich rzeczy.

– Z tą gazetą? – Jaśniejąca i rozgrzana po kąpieli Nina stała przed komódką, szukając świeżej halki. – Przeczytam ją później. Teraz musimy się przygotować do drogi.

– Wcale cię to nie interesuje – powiedział rozdrażniony.

– O czym mówisz?

– O mojej pracy. O całym tym systemie.

– Kochanie, to nie jest moja sprawa. W końcu to ma być tajne – dodała oschle. – Nie chcę być wścibska.

– Posłuchaj – powiedział cicho. Podszedł do niej, ujął ją za podbródek i uniósł go tak, że zmuszona była spojrzeć mu w oczy. – Kochanie – odezwał się – wiedziałaś, czym się zajmuję, zanim za mnie wyszłaś. Teraz już nie czas na wyrzuty.

Przez chwilę wyzywająco mierzyli się wzrokiem. Nagle Nina błyskawicznym ruchem chwyciła stojący na komódce flakonik perfum i prysnęła mu sprayem w twarz.

– Idź się ogolić i umyć – rozkazała. – I na miłość boską, włóż czystą koszulę. Masz ich całą szufladę. Chcę, żebyś wyglądał ładnie w podróży. Nie zamierzam się za ciebie wstydzić.

Pod statkiem rozciągał się błękitny, jednostajny przestwór Atlantyku. Cussick, zdenerwowany, wpatrywał się jakiś czas w ten monotonny widok, potem próbował zainteresować się ekranem telewizyjnym jarzącym się w oparciu stojącego przed nim fotela. Obok, przy oknie, w drogim, ręcznie szytym kostiumie z czesanej wełny, siedziała Nina. Czytała „London Timesa” i delikatnie pogryzała cienką jak opłatek miętówkę.

Rozdrażniony Cussick wyciągnął otrzymane rozkazy i zaczął od nowa przeglądać załączone materiały. Jones został aresztowany o czwartej trzydzieści rano w stanie Illinois, w pobliżu zapadłej dziury zwanej Pinckneyville. Nie stawiał oporu, gdy policja wyciągała go z drewnianej szopy określonej w raporcie jako jego „kościół”. Obecnie przetrzymywany był w głównym ośrodku dochodzeniowym w Baltimore. Przypuszczalnie Biuro Prokuratora Generalnego Rządu Federalnego sporządziło już opis sprawy. Wyrok skazujący był nieunikniony. Konieczne było tylko stawienie się w sądzie i ogłoszenie wyroku…

– Zastanawiam się, czy on będzie mnie pamiętał – powiedział głośno.

Nina wyjrzała zza „Timesa”.

– Co? Przepraszam, kochanie. Czytałam reportaż o tym statku zwiadowczym, który został uziemiony na Neptunie na miesiąc i trzy dni. Boże, tam musiało być okropnie. Te lodowate planety bez powietrza i światła… nic poza martwą skałą.

– Nie ma z nich żadnego pożytku – potwierdził gniewnie. – Te wyprawy to marnowanie pieniędzy podatników. – Złożył dokumenty i wetknął je do kieszeni płaszcza.

– Co to za człowiek? – zapytała Nina. – Czy to ten, o którym mi opowiadałeś? Ten jasnowidz z jarmarku?

– Tak, to on.

– I oni wreszcie zebrali się w sobie, żeby go zaaresztować?

– To nie jest takie proste.

– Myślałam, że to wszystko było ukartowane. Zdawało mi się, że możecie przyskrzynić każdego.

– Możemy… ale nie chcemy. Interesujemy się tylko tymi, którzy wydają się groźni. Sądzisz, że aresztowałbym kuzynkę twojego brata, bo rozpowiada na prawo i lewo, że kwartety Beethovena są jedyną muzyką, której warto słuchać?

– Wiesz co? – powiedziała leniwie Nina. – Kompletnie nic nie pamiętam z książki Hoffa. Oczywiście omawialiśmy ją w szkole. Lektura obowiązkowa z socjologii… Po prostu nie potrafię wykrzesać z siebie zainteresowania dla relatywizmu – dokończyła wesoło. – I oto jestem żoną… – urwała i rozejrzała się dookoła – chyba nie powinnam mówić czyją. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tego węszenia po kryjomu.

– To w słusznej sprawie – odparł Cussick.

Nina westchnęła.

– Po prostu wolałabym, żebyś zajmował się czymś innym. Sznurowadłami do butów. Czy choćby świńskimi pocztówkami. Czymkolwiek, z czego można by być dumnym.

– Ja jestem z tego dumny.

– Ach tak. Naprawdę?

– Jestem miejskim hyclem – powiedział z kamienną twarzą. – Nikt nie lubi hycla. Dzieciaki modlą się, żeby szlag go trafił. Jestem dentystą. Jestem komornikiem. Jestem każdym z tych srogich facetów, którzy zjawiają się z plikami papierów, wzywając ludzi przed oblicze prawa. Siedem miesięcy temu nie miałem o tym pojęcia. Teraz już wiem.

– Ale wciąż jesteś w tajnych służbach.

– Tak – odparł. – Wciąż w nich jestem. I prawdopodobnie zostanę w nich do końca życia.

Nina zawahała się.

– Dlaczego?

– Dlatego, że Służba Bezpieczeństwa to mniejsze zło. Właśnie tak, zło. Oczywiście oboje wiemy, że zło nie istnieje. Kufel piwa jest zły o szóstej rano. Talerz owsianki wygląda parszywie o ósmej wieczorem. Dla mnie widok demagogów posyłających miliony ludzi na śmierć, obracających świat w ruinę świętymi wojnami i rozlewem krwi, unicestwiających całe narody, aby zdobyć uznanie dla jakiejś religijnej lub politycznej „prawdy”, jest… – Wzruszył ramionami. – Ohydny. Plugawy. Komunizm, faszyzm, syjonizm… wszystko to są poglądy absolutystycznych jednostek narzucone siłą całym kontynentom. I nie ma tu nic do rzeczy szczerość samych przywódców czy ich wyznawców. To, że oni wierzą w swe ideały, sprawia tylko, że wszystkie one są jeszcze bardziej ohydne. Samo to, że potrafią zabijać się nawzajem i dobrowolnie ginąć z powodu nic nie znaczących słów… – Głos mu się urwał. – Widziałaś ekipy pracujące przy odbudowie. Wiesz, że będziemy mogli uważać się za szczęściarzy, jeśli kiedykolwiek uda nam się odtworzyć to wszystko.

– Ale tajna policja… to wydaje się tak bezwzględne i… że tak powiem… cyniczne.

Skinął głową.

– Myślę, że relatywizm jest cyniczny. Z pewnością nie ma w nim nic z idealizmu. Jest odpowiedzią na zabijanie, okaleczanie, wpędzanie w ubóstwo i zmuszanie do ciężkiej pracy w imię pustych słów. Jest owocem pokoleniami wykrzykiwanych haseł, marszy z łopatami i karabinami, patriotycznych śpiewów i hymnów, oddawania czci sztandarom.

– Ale wy zamykacie ich w więzieniach. Ci wszyscy, którzy nie zgadzają się z wami… nie pozwalacie im mieć odmiennego zdania… weźmy choćby tego Jonesa.

– Jones ma prawo nie zgadzać się z nami. Ma prawo wierzyć we wszystko, w co zechce. Może wierzyć, że Ziemia jest płaska, że Bóg jest cebulą, że dzieci rodzą się w plastikowych workach. Wolno mu twierdzić, co tylko zechce. Ale kiedy zaczyna to rozpowszechniać jako Prawdę Absolutną…

– …wsadzacie go do więzienia – przerwała mu twardo.

– Nie. Wyciągamy dłoń – poprawił ją. – Mówimy po prostu: udowodnij to albo się zamknij. Jeśli chcesz rozgłaszać, że Żydzi są źródłem wszelkiego zła, dowiedź tego. Możesz powiedzieć wszystko, pod warunkiem że potrafisz to wykazać. Jeśli nie, idziesz do obozu pracy.

– To… – uśmiechnęła się lekko – to brutalna robota.

– Żebyś wiedziała.

– Jeśli zobaczysz, że popijam cyjanek przez słomkę – powiedziała – nie będziesz mógł mi tego zabronić. Mam pełne prawo się otruć.

– Mogę ci wytłumaczyć, że w butelce jest cyjanek, a nie sok pomarańczowy.

– A jeżeli o tym wiem?

– Dobry Boże – odparł Cussick – wtedy to jest twoja sprawa. Możesz się w nim wykąpać. Możesz go zamrozić i położyć na głowie. Jesteś dorosła.

– Ty… – Jej wargi zadrżały. – Nic a nic cię nie obchodzi, co się ze mną stanie. Wszystko ci jedno, czy zażyję truciznę, czy może…

Cussick spojrzał na zegarek. Statek znajdował się już nad kontynentem północnoamerykańskim. Podróż dobiegała końca.

– Nie jest mi wszystko jedno. Dlatego właśnie się tym zajmuję. Obchodzisz mnie i ty, i cała cierpiąca ludzkość. – W zamyśleniu dodał: – To zresztą nie ma znaczenia. Przyskrzyniliśmy Jonesa. Ale tym razem może się okazać, że trafiła kosa na kamień.

– Dlaczego?

– Właśnie powiedzieliśmy Jonesowi: Wykaż to, przedstaw nam dowody. I obawiam się, że ten skurczybyk to zrobi.

Jones bardzo się zmienił. Stając cicho w drzwiach, Cussick zignorował grupę umundurowanych policjantów i uważnie przyjrzał się siedzącemu pośrodku pokoju mężczyźnie.

Na zewnątrz sunęła z głuchym dudnieniem jednostka policyjnych czołgów, poprzedzana przez pułk szturmowy, zupełnie jakby obecność Jonesa była impulsem każącym im prężyć się na pokaz. Ale on sam nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Siedział, paląc papierosa, spięty, ze wzrokiem utkwionym w podłodze, niemal tak samo jak wtedy, na platformie, gdy Cussick zobaczył go po raz pierwszy.

Był jednak starszy. Minione siedem miesięcy i na nim odcisnęło ślad. Nierówna, okalająca mu twarz broda urosła. Zmierzwione czarne włosy nadawały mu złowieszczo ascetyczny, niemal uduchowiony wygląd. Jego oczy lśniły jak w gorączce. Raz po raz splatał i rozplatał palce, oblizywał wyschnięte wargi, rzucał nerwowe, ostrożne spojrzenia po całej sali. Cussickowi przyszło na myśl, że jeśli ten człowiek naprawdę jest jasnowidzem, jeśli naprawdę dostrzega przyszłość na rok naprzód, to musiał przewidzieć to wszystko już podczas tamtej ich rozmowy.

Nagle Jones zauważył go i podniósł wzrok. Ich oczy się spotkały. Cussick oblał się potem. Z przerażeniem uświadomił sobie, że Jones, rozmawiając z nim tamtego dnia, przyjmując od niego dwadzieścia dolarów, widział tę scenę. Wiedział, że Cussick złoży na niego raport.

A to oznaczało oczywiście, że był tutaj z własnej woli.

Z bocznych drzwi wynurzył się dyrektor Pearson z plikiem papierów w dłoni. Sztywnym krokiem podszedł do Cussicka. W pełnym umundurowaniu, w lśniących butach i hełmie, sprawiał imponujące wrażenie.

– Jesteśmy udupieni – powiedział bez wstępów. – Siedzieliśmy na tyłkach, czekając, aż reszta jego gadaniny okaże się prawdą. Okazała się. A jakże. No i teraz jesteśmy załatwieni.

– Można się było tego spodziewać – zauważył Cussick. – Przez siedem miesięcy obserwacji musieliście chyba uzbierać całą furę proroctw.

– Istotnie. Ale opis sprawy oparty był właśnie na tych. Za podstawę obraliśmy przepowiednię na temat Saundersa. Słyszałeś oczywiście oficjalne doniesienia na temat dryfterów.

 

– Zaczęły napływać podczas mojego miodowego miesiąca. Dotychczas specjalnie się nimi nie interesowałem.

Pearson zapalił fajkę.

– Powinniśmy kupić tego faceta. Ale on twierdzi, że nie jest na sprzedaż.

– On rzeczywiście widzi przyszłość, prawda? To nie jest lipa?

– Nie, to nie lipa. A ten cały cholerny system opiera się na założeniu, że to musi być lipa. Hoff nigdy nie brał tego pod uwagę. Ten jarmarczny kuglarz mówi prawdę. – Ujął Cussicka za ramię i przeprowadził go przez krąg policjantów. – Podejdź i przywitaj się z nim. Może będzie cię pamiętał.

Jones z rezerwą przyglądał się dwóm zmierzającym ku niemu mężczyznom. Rozpoznał Cussicka. Można to było wyczytać z jego twarzy.

– Cześć – powiedział Cussick.

Jones powoli uniósł się z krzesła. Stali teraz twarzą w twarz. Po chwili Jones wyciągnął dłoń.

– Jak się masz? – zagadnął go Cussick

– Nieźle – odparł wymijająco Jones.

– Wiedziałeś wszystko tamtego dnia. Wiedziałeś, że jestem z Secpolu.

– Nie – zaprzeczył Jones. – Szczerze mówiąc, nie wiedziałem o tym.

– Ale wiedziałeś, że będziesz tutaj – ciągnął zaskoczony Cussick. – Musiałeś widzieć ten pokój, to spotkanie.

– Nie poznałem cię. Wyglądałeś wtedy inaczej. Sam nie wiesz, jak bardzo się zmieniłeś przez ostatnie siedem miesięcy. Nie wiedziałem nic poza tym, że któregoś dnia nawiązany zostanie ze mną kontakt. – Mówił obojętnie, ale w jego głosie słychać było napięcie. Drgał mu mięsień na policzku. – Schudłeś… ale siedzenie za biurkiem nie wpłynęło najlepiej na twoją sylwetkę.

– Co robiłeś przez cały ten czas? – zapytał Cussick. – Nie występujesz już na jarmarku?

– Jestem pastorem Prawowitego Kościoła Bożego – powiedział Jones z kwaśną miną.

– Wyglądasz dość kiepsko jak na pastora.

Jones wzruszył ramionami.

– To niezbyt dochodowe zajęcie. Na razie ludzie niezbyt się tym interesują. Ale to się zmieni – dodał.

– Wiesz, oczywiście – wtrącił się Pearson – że cała ta rozmowa jest nagrywana. Wszystko, co mówisz, zostanie odtworzone podczas procesu.

– Jakiego znów procesu? – wypalił Jones. – Za trzy dni mnie wypuścicie. – Krzywiąc wychudłą twarz, chłodnym i ponurym głosem mówił dalej, cedząc słowa: – Począwszy od dziś, będzie pan powtarzać pewną anegdotę. Opowiem ją teraz. Proszę uważać. Pewien Irlandczyk usłyszał, że plajtują banki. Pobiegł więc do banku, w którym trzymał swoje pieniądze, i zażądał wypłaty wszystkiego co do centa. „Tak, proszę pana”, powiedział uprzejmie kasjer. „Życzy pan sobie podjąć pieniądze w gotówce czy w formie czeku?” Irlandczyk na to: „Cóż, jeżeli je macie, to ja ich nie potrzebuję. Ale jeśli nie macie, to chcę je dostać natychmiast”.

Zapadła kłopotliwa cisza. Pearson wyglądał na zbitego z tropu. Spojrzał na Cussicka.

– Ja mam to opowiadać? – zapytał z powątpiewaniem. – Co to oznacza?

– To oznacza – odparł Cussick – że nikt nikogo nie nabiera.

Jones uśmiechnął się z uznaniem.

– Mam przez to rozumieć – powiedział Pearson z twarzą pociemniałą i zeszpeconą gniewem – że sądzisz, iż nic ci nie możemy zrobić?

– Ja nie sądzę – odparł zarozumiale Jones. – Nie muszę. W tym cała sprawa. Chcecie moje proroctwa w gotówce czy w formie czeku? Decydujcie.

Pearson, kompletnie oszołomiony, wycofał się.

– Nie rozumiem go – wymamrotał. – To wariat. Stracił rozum.

– Nie – odezwał się starszy instruktor polityczny Kaminski. Dotychczas stał z boku, przysłuchując się uważnie. – Jest pan dziwnym człowiekiem, panie Jones – zwrócił się do kościstego mężczyzny stojącego niespokojnie obok krzesła. – Niech mi pan coś wytłumaczy. Dlaczego, przy pańskim talencie, kręcił się pan po tym całym jarmarku? Dlaczego marnował pan czas?

Odpowiedź Jonesa zaskoczyła ich wszystkich. Jej szczerość, jej naga uczciwość była szokująca.

– Dlatego, że się boję – powiedział. – Nie wiem, co mam robić. A najgorsze jest to… – przełknął głośno ślinę – że nie mam wyboru.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?