Świat JonesaTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dobrze, że miałem na to dość czasu – odparł Cussick. – Mogło być źle… parę patroli Ligi Młodzieży Jonesa kręci się w tej okolicy.

– Wciąż ten Jones. Nie mamy żadnych szans.

– Bądźmy jak tych czworo, których właśnie widzieliśmy. Próbujmy.

– Jednak taka jest prawda.

– Oczywiście – zgodził się Cussick. – Tak samo jak to, że pańscy mutanci nie mogą oddychać tu, na zewnątrz. A jednak rozstawiliśmy blokady na drogach. Oczyściliśmy ulice i mieliśmy cholerną nadzieję, że jeszcze tym razem zagonimy ich z powrotem.

– Widział pan kiedyś Jonesa?

– Kilka razy – odparł Cussick. – Spotkałem się z nim oko w oko, zanim jeszcze założył swoją organizację, zanim ktokolwiek o nim usłyszał.

– Kiedy był pastorem – zamyślił się Rafferty – własnego Kościoła.

– Jeszcze wcześniej – powiedział Cussick, wracając pamięcią do tych chwil. Zdawało się niewiarygodne, że był czas, kiedy nie było Jonesa, czas, kiedy nie było potrzeby oczyszczania ulic. Kiedy po miastach nie włóczyły się bandy w szarych mundurach. Czas bez brzęku tłuczonego szkła, bez wściekłego potrzaskiwania płomieni…

– Czym on się wtedy zajmował? – zapytał Rafferty.

– Występował na jarmarku – odparł Cussick.


Rozdział drugi

Miał dwadzieścia sześć lat, gdy po raz pierwszy zobaczył Jonesa. Było to 4 kwietnia 1995 roku. Na zawsze zapamiętał ten dzień. Chłodne wiosenne powietrze pachniało nowym życiem. Od zakończenia wojny minął rok.

Przed sobą miał długi, opadający stok, z rzadka upstrzony zabudowaniami, w większości lichymi, wzniesionymi rękami samych mieszkańców. Błotniste ulice, po których snuli się prości ludzie… typowa wieś, która przetrwała z dala od ośrodków przemysłowych. Zazwyczaj rozlegał się tu ciągły pomruk pracujących ciągników, stukot kuźni i prymitywnych warsztatów. Dziś jednak nad okolicą zaległa cisza. Większość sprawnych na ciele dorosłych oraz wszystkie dzieci ciągnęli mozolnie na jarmark.

Ziemia pod jego stopami była miękka i wilgotna. Cussick kroczył raźno w tłumie wieśniaków, gdyż on także wybierał się na jarmark. Miał pracę.

O posadę było trudno. Był szczęśliwy, że udało mu się ją zdobyć. Jak inni młodzi ludzie intelektualnie solidaryzujący się z relatywizmem Hoffa zgłosił się do pracy w organach państwowych. Aparat Rządu Federalnego dawał szansę udziału w Odbudowie. Pracując na swą pensję – wypłacaną w stabilnym srebrze – niósł zarazem pomoc ludzkości.

W tamtych czasach był idealistą.

Przydzielono go do Departamentu Spraw Wewnętrznych. W ośrodku Antipolu w Baltimore przeszedł szkolenie polityczne, po czym wstąpił do Secpolu – organu Służby Bezpieczeństwa. Ale tępienie ekstremistycznych postaw politycznych i religijnych wydawało się w roku 1995 zadaniem czysto biurokratycznym. Nikt nie brał tego poważnie. Ogólnoświatowa reglamentacja żywności pozwoliła opanować panikę. Każdy człowiek miał zapewnione podstawowe środki egzystencji. Wojenny fanatyzm wygasł zupełnie, odkąd władza dzięki rozsądnym posunięciom odzyskała swą pozycję sprzed inflacji.

Przed nim, niczym arkusz blachy, rozciągał się teren jarmarku. Najważniejszymi obiektami było tu dziesięć metalowych bud ozdobionych jaskrawymi neonami. Główna alejka prowadziła do centrum, gdzie wznosiła się wypełniona rzędami siedzeń konstrukcja. To tu miały się odbywać najważniejsze pokazy.

Już stąd Cussick mógł dostrzec pierwszą znajomą ekspozycję. Zmierzając ku niej, torował sobie drogę przez ciasno zbitą masę ludzi. Otaczała go drażniąca zmysły woń potu i tytoniu. Przecisnąwszy się obok rodziny uwalanych błotem robotników rolnych, dotarł wreszcie do barierki przed pierwszym eksponatem i uniósł wzrok.

Wojna, ze swym twardym promieniowaniem i nieznanymi dotąd chorobami, zrodziła niezliczone anomalie, potworności, wybryki natury. Tu, na tym jednym, drugorzędnym bądź co bądź jarmarku zdołano zgromadzić najprzeróżniejsze ich rodzaje.

Tuż przed Cussickiem, na podwyższeniu, siedział wieloczłowiek, splątany kłąb ciał i kończyn. Głowy, ramiona, nogi dyndały mu bezwładnie. Stworzenie było niedorozwinięte umysłowo i niezdolne do samodzielnego życia. Na szczęście jego potomstwo mogło być normalne. Wieloorganizmy nie były prawdziwymi mutantami.

– Rany – stęknął z przerażeniem stojący za Cussickiem tęgi, kędzierzawy mężczyzna. – Czyż to nie okropne?

– Widziałem mnóstwo tego w czasie wojny – rzucił lekceważąco inny, wysoki i szczupły. – Spaliliśmy ich kiedyś całą stodołę, coś w rodzaju kolonii.

Tęgi mężczyzna zamrugał, wbił zęby w kandyzowane jabłko i odsunął się od weterana wojennego. Prowadząc za sobą żonę i trójkę dzieci, zatrzymał się obok Cussicka.

– To straszne, nie? – mruknął. – Te wszystkie potwory.

– Faktycznie – przyznał Cussick.

– Sam nie wiem, po co tu przyszedłem. – Grubas wskazał na żonę i dzieci, obojętnie zajadające popcorn i watę cukrową. – To oni mnie zaciągnęli. Kobiety i dzieciaki uwielbiają takie rzeczy.

– Zgodnie z relatywizmem musimy pozwolić im żyć – odparł Cussick.

– Jasne – zgodził się grubas, dobitnie kiwając głową. Do górnej wargi przykleił mu się kawałek kandyzowanego jabłka. Starł go grzbietem piegowatej dłoni. – Oni mają swoje prawa, jak każdy inny. Jak pan czy ja… oni też mają swoje życie.

Szczupły weteran wojenny zbliżył się do barierki.

– To nie dotyczy potworów – powiedział. – Relatywizm jest tylko dla ludzi.

Tęgi mężczyzna poczerwieniał. Gwałtownie wymachując kandyzowanym jabłkiem, odparł:

– Panie, a może oni myślą, że to my jesteśmy potworami? Skąd można wiedzieć, kto jest potworem, a kto nie?

– Potrafię rozpoznać potwora – rzucił oburzonym tonem weteran. Z odrazą zmierzył ich obu wzrokiem. – Coś ty za jeden? – zapytał ostro. – Miłośnik potworów?

Grubas zająknął się, umilkł, próbował wykrztusić odpowiedź, ale żona chwyciła go za ramię i odciągnęła w tłum, do następnego eksponatu. Wciąż protestując, zniknął im z oczu. Cussick został sam na sam z weteranem.

– Cholerny głupiec – powiedział tamten. – To idiotyczne. Przecież każdy widzi, że to potwory. Mój Boże, w końcu dlatego właśnie tu są!

– A jednak on ma rację – zauważył Cussick. – Prawo pozwala każdemu żyć tak, jak mu się podoba. Relatywizm mówi…

– W takim razie do diabła z relatywizmem. Czy po to toczyliśmy tę wojnę, czy po to pokonaliśmy Żydów, ateistów i czerwonych, żeby każdy mógł sobie być wedle woli najbardziej pieprzoną pokraką? Mamy wierzyć tej całej jajogłowej hołocie?

– Nikt nikogo nie pokonał – odparł Cussick. – Nikt nie wygrał wojny.

Wokół nich zebrała się grupka gapiów. Weteran zauważył to. W jednej chwili jego zimne oczy przygasły i straciły wyraz. Chrząknął, rzucił Cussickowi nienawistne spojrzenie i wtopił się w tłum. Rozczarowani gapie rozeszli się.

Następny potwór był po części człowiekiem, po części zwierzęciem. Gdzieś w koszmarnych mrokach wojny musiało dojść do krzyżowania międzygatunkowego. Cussick przyglądał się stworzeniu, próbując ustalić, kim lub czym byli jego przodkowie. Jednym, z całą pewnością, był koń. Ten eksponat najprawdopodobniej był podróbką skleconą z różnych organizmów za pomocą przeszczepów, wyglądał jednak przekonywająco. Podczas wojny zrodziło się mnóstwo pokrętnych legend o mieszańcach ludzi i zwierząt, wyolbrzymionych relacji o zdegenerowanych plemionach ludzkich, erotycznych opowieści o spółkowaniu kobiet z dzikimi zwierzętami.

Pokazywano tu też wielogłowe dzieci, pospolitą anomalię. Cussick minął szereg typowych eksponatów: pasożytów żyjących na swych bliźniaczych żywicielach. Wszędzie wokół piszczały i szamotały się opierzone, pokryte łuską, ogoniaste, uskrzydlone człekopodobne stwory – niezliczone dziwadła, efekt uszkodzenia genów. Byli tam ludzie o organach wewnętrznych znajdujących się na zewnątrz powłoki skórnej. Były istoty bez oczu, bez twarzy, a nawet bez głów. Były potwory o kończynach powiększonych, wydłużonych, o zwielokrotnionych stawach. Stworzenia wyzierające smutnym wzrokiem z wnętrza innych stworzeń. Groteskowa parada zdeformowanych organizmów, ślepe uliczki ewolucji skazane na bezpotomną śmierć, potwory żyjące z prezentowania swych potworności.

Na głównej estradzie występowali aktorzy – już nie dziwolągi, lecz prawdziwi artyści z kwalifikacjami i talentem, prezentujący nie samych siebie, lecz swe niezwykłe umiejętności. Tancerze, akrobaci, żonglerzy, połykacze ognia, zapaśnicy, bokserzy, poskramiacze zwierząt, klowni, jeźdźcy, nurkowie, siłacze, magicy, jasnowidze, piękne dziewczyny… wykonywali numery znane od tysięcy lat. Nic nowego: tylko dziwolągi były czymś nowym. Wojna zrodziła nowe potwory, ale nie nowe umiejętności.

Przynajmniej tak mu się wtedy zdawało. Ale nie widział jeszcze Jonesa. Nikt go nie widział. Było na to zbyt wcześnie. Świat zajmował się odbudową, leczeniem ran. Jego czas jeszcze nie nadszedł.

Z lewej strony jarzyła się i błyskała szaleńczo światłami scena, na której odbywał się pokaz erotyczny. W odruchu spontanicznego zainteresowania Cussick dał się tam pociągnąć tłumowi.

Po estradzie snuły się cztery dziewczyny o ciałach sflaczałych z nudy. Jedna z nich nożyczkami obcinała sobie paznokcie, pozostałe spoglądały bezmyślnie na stojący w dole tłum mężczyzn. Oczywiście wszystkie cztery były nagie. Ich oleista, bladoróżowa, pokryta meszkiem skóra połyskiwała mdło w słabym świetle słońca. Naganiacz trajkotał zawzięcie przez tubę. Jego wzmocniony głos dudnił w ogólnym rozgardiaszu. Nikt nie zwracał najmniejszej uwagi na harmider. Zainteresowani stali, przyglądając się dziewczynom. Z tyłu, za nimi, znajdował się blaszany barak, zamknięty teraz, w którym odbywał się właściwy pokaz.

 

– Hej, ty! – zawołała jedna z dziewcząt.

Cussick z zaskoczeniem uświadomił sobie, że dziewczyna zwraca się do niego.

– Co? – zapytał nerwowo.

– Która godzina?

Spojrzał gorączkowo na zegarek.

– Jedenasta trzydzieści.

Dziewczyna podeszła na skraj estrady.

– Masz papierosa? – zapytała.

Cussick poszperał w kieszeni. Wydobył paczkę i podniósł ją.

– Dzięki. – Dziewczyna przykucnęła, kołysząc piersiami, i przyjęła papierosa. Po chwili wahania Cussick sięgnął po zapalniczkę i przypalił jej go. Uśmiechnęła się. Była drobna i bardzo młoda, o brązowych włosach, piwnych oczach i szczupłych nogach, bladych i lekko wilgotnych od potu. – Wejdziesz zobaczyć pokaz? – zapytała.

Nie miał tego w planach.

– Nie – odpowiedział.

Wargi dziewczyny wydęły się drwiąco.

– Nie? Dlaczego? – Stojący najbliżej zaczęli przyglądać się z rozbawieniem. – Nie interesuje cię to? Może jesteś jednym z tych?

Ludzie wokół Cussicka parsknęli śmiechem. Speszył się.

– Jesteś miły – powiedziała leniwie dziewczyna. Przysiadła na piętach, z papierosem między umalowanymi na czerwono wargami, opierając ręce na nagich, spiczastych kolanach. – Nie masz pięćdziesięciu dolców? Nie stać cię na to?

– Nie – odparł z irytacją. – Nie stać mnie.

– Ojej! – Drażniła się z nim, udając rozczarowanie. Wyciągnęła rękę i zmierzwiła mu starannie ułożoną fryzurę. – Jaka szkoda. Może mogłabym wziąć cię za darmo. Co ty na to? Chciałbyś być ze mną za darmo? – Puściła do niego oko, wysuwając koniuszek różowego języka. – Mogę ci dużo pokazać. Nie uwierzyłbyś, jakie znam techniki.

– Puśćcie kapelusz – zachichotał spocony, łysy mężczyzna na prawo od Cussicka. – Hej, robimy zrzutkę dla tego chłopaka!

Wkoło przemknęła salwa śmiechu i do przodu poleciało kilka pięciodolarówek.

– Nie podobam ci się? – pytała dziewczyna, pochylając się ku niemu i opierając mu dłoń na karku. – Myślisz, że nie dasz rady? – Mruczała z szyderczą przymilnością. – Założę się, że dasz. Ci wszyscy ludzie też są przekonani, że dasz radę. Będą się przyglądać. Nie przejmuj się… Pokażę ci jak. – Nagle złapała go mocno za ucho. – Po prostu wejdź tu na górę, koleś. Mama pokaże wam wszystkim, co potrafi.

Tłum zarechotał z uciechy. Czyjeś dłonie wypchnęły Cussicka do przodu i podsadziły na estradę. Dziewczyna puściła jego ucho i wyciągnęła ręce, żeby go objąć. W tej samej chwili chłopak oswobodził się z uścisku i ponownie opadł w ciżbę. Przepychając się i biegnąc, po chwili wydostał się z tłumu. Przystanął, dysząc ciężko, usiłując doprowadzić do porządku marynarkę… i odzyskać rezon.

Nikt nie zwracał na niego uwagi, wetknął więc ręce w kieszenie i ruszył bez celu przed siebie, starając się wyglądać jak najbardziej nonszalancko. Wszędzie wokół kłębili się ludzie, ciągnąc przede wszystkim ku głównym pokazom i głównej estradzie. Starannie unikał prącego przed siebie nurtu. Stawiał na stojące na uboczu stragany i otwarte placyki, gdzie można było rozprowadzać literaturę lub wygłaszać przemówienia, na niewielkie grupki gromadzące się wokół pojedynczych mówców. Zastanawiał się, czy szczupły weteran wojenny nie był fanatykiem. Być może domyślił się, że Cussick jest gliną.

Pokaz erotyczny należał do swego rodzaju obszaru przejściowego między osobliwością a talentem. Tuż za estradą znajdował się pierwszy z licznych straganów przepowiadaczy przyszłości.

– To szarlatani – odezwał się kędzierzawy grubas. Stał z całą rodziną przy budzie z rzutkami, z garścią strzałek w dłoni, walcząc o dziesięciokilową szynkę. – Nikt nie jest w stanie przewidzieć przyszłości. To dla frajerów.

Cussick uśmiechnął się szeroko.

– Tak samo jak dziesięciokilowa szynka. Założę się, że jest z wosku.

– Mam zamiar ją wygrać – stwierdził prostodusznie grubas. Jego żona nie odezwała się słowem, ale dzieci jawnie okazywały wiarę w ojca. – Postanowiłem, że jeszcze dziś zabiorę ją do domu.

– A ja może wywróżę sobie przyszłość – odparł Cussick.

– Powodzenia – powiedział życzliwie tamten. Odwrócił się z powrotem do tarczy: wielkiej podniszczonej planszy, na której namalowano dziewięć planet, podziurawionej przez niezliczone chybione rzuty. Jej dziewiczy środek, niewiarygodnie maleńka Ziemia, był nietknięty. Kędzierzawy grubas złożył się do rzutu. Strzałka, odchylona przez ukryty magnes, minęła Ziemię i zatopiła swój stalowy grot w pustej przestrzeni tuż za Ganimedesem.

W pierwszej z szeregu budek jasnowidzów siedziała zgarbiona nad niskim stolikiem stara, otyła, ciemnowłosa kobieta. Na blacie spoczywał nieśmiertelny rekwizyt: kryształowa kula. Na deskach, między tandetnymi kotarami, tłoczyło się kilka osób, oczekując, aż przyjdzie na nich kolej zapłacenia dwudziestu dolarów. Jarzący się neon oznajmiał:

ODCZYTAM TWÓJ LOS

MADAME LULU CARIMA-ZELDA ZNA PRZYSZŁOŚĆ

BĄDŹ GOTÓW NA WSZYSTKO

Nie było tu nic ciekawego. Stara kobieta klepała tradycyjne formułki mające zadowolić czekające w kolejce podstarzałe kury domowe. Ale obok straganu Madame Lulu Carimy-Zeldy stała druga budka, zaniedbana i opuszczona. Siedział w niej jakiś inny jasnowidz. Tutaj blakła jaskrawa tandeta straganu Madame Carimy-Zeldy. Aureola blasku nikła w ponurej ciemności. Cussick nie szedł już wśród migotliwych, fosforyzujących świateł. Stał w smudze szarego półmroku pośród wielobarwnych światów.

Na nagiej platformie siedział młody człowiek, niewiele starszy niż on, być może nawet nieco młodszy. Jego afisz zaintrygował Cussicka.

PRZYSZŁOŚĆ LUDZKOŚCI

(ŻADNYCH PRZEPOWIEDNI OSOBISTYCH)

Przez chwilę z uwagą przyglądał się wróżbicie. Chłopak siedział rozwalony w niedbałej pozie. Paląc gniewnie papierosa, ponurym wzrokiem wpatrywał się w przestrzeń. Nikt nie czekał tu w kolejce. Ignorowano go. Jego twarz, dziwną, obrzmiałą, purpurową, z wypukłym czołem, okularami w stalowej oprawce, pełnymi jak u dziecka wargami, okalał kilkudniowy zarost. W pewnej chwili zamrugał gwałtownie, wydmuchnął dym z papierosa, nagłym ruchem opuścił rękawy na blade i chude przeguby. Zawzięta, ponura postać, siedząca samotnie na pustej platformie.

„Żadnych przepowiedni osobistych”. Dziwna reklama. Kogo interesowały abstrakcyjne zbiorowe wróżby? Można by sądzić, że ten jasnowidz nie jest zbyt zdolny. Afisz sugerował mgliste ogólniki. Jednak Cussick zaciekawił się. Ten facet był przegrany, zanim jeszcze zaczął. A jednak tu siedział. Ostatecznie przepowiadanie przyszłości opiera się w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach na umiejętności zaprezentowania się, w pozostałej części zaś na sprytnym zgadywaniu. Tu, na jarmarku, mógł się nauczyć tradycyjnych sztuczek. Dlaczego zdecydował się na takie niecodzienne podejście? Było to najwyraźniej zamierzone. Każdy rys tej przygarbionej brzydkiej postaci wskazywał, że facet zamierzał to przetrzymać – że przetrzymywał to Bóg wie od jak dawna. Afisz był sfatygowany i łuszczył się. Być może trwało to już lata.

To był Jones. Ale wtedy, oczywiście, Cussick jeszcze o tym nie wiedział.

Zadzierając głowę, złożył dłonie w trąbkę.

– Hej! – zawołał.

Po dłuższej chwili głowa chłopaka obróciła się ku niemu. Jego oczy, szare, małe i zimne za grubymi szkłami, spotkały się z oczami Cussicka. Zamrugał i na powrót utkwił w nim nieruchome spojrzenie. Nie odezwał się, nie drgnął nawet. Jego palce bębniły bez ustanku o blat stołu.

– Dlaczego? – zapytał Cussick. – Dlaczego nie przepowiednie osobiste?

Chłopak nie odpowiedział. Stopniowo jego wzrok przygasł. Odwrócił głowę i znów zaczął się tępo wpatrywać w stół.

Nie było co do tego wątpliwości: ten facet nie miał żadnego hasła, żadnego tekstu. Coś było nie tak. Nie pasował tu. Inni kuglarze głośno zachwalali swoje umiejętności, nawoływali, wychodzili ze skóry (czasami dosłownie), byle tylko przyciągnąć uwagę innych, a on po prostu siedział i się gapił. Nie kiwnął palcem, aby zdobyć klientów. I nie miał ich. Co więc tu robił?

Cussick zawahał się. Nie wyglądało to na miejsce warte szpiegowania. W gruncie rzeczy marnował rządowy czas. Ale jego ciekawość została już rozbudzona. Wyczuwał w tym tajemnicę, a nie lubił tajemnic. Optymistycznie wierzył, że każdą sprawę należy wyjaśniać. Życzył sobie, żeby wszechświat miał sens. A tu nie mógł się dopatrzyć sensu.

Wszedł na najniższy stopień.

– W porządku – powiedział. – Biorę.

Schody uginały się pod jego stopami. Platforma była rozklekotana, chybotliwa i niebezpieczna. Gdy siadał naprzeciw wróżbity, krzesło zaskrzypiało pod nim. Teraz, z bliska, mógł dostrzec, że skóra chłopaka upstrzona jest głębokimi ciemnymi plamkami przypominającymi ślady po przeszczepach. Czyżby był ranny w czasie wojny? Wokół unosiła się ledwie uchwytna woń lekarstw, świadcząca, że jego wątłe ciało wymaga opieki. Włosy sterczały mu bezładnie nad wypukłym czołem. Ubranie zwisało w fałdach na jego kościstej sylwetce. Podniósł wzrok na Cussicka i zmierzył go podejrzliwym, taksującym spojrzeniem.

A jednak bez lęku. Znać było po nim niezdarność, brak ogłady, skulona postawa wymizerowanego ciała świadczyła o niepewności. Oczy jednak patrzyły surowo i nieustępliwie. Był nieokrzesany, ale nie zastraszony. Cussick zorientował się, że nie ma przed sobą mięczaka, lecz brutalnie szczerego zdeterminowanego młodego człowieka. Jego animusz przygasł. Poczuł nagle dziwny strach. Stracił inicjatywę.

– Dwadzieścia dolarów – powiedział Jones.

Cussick niezdarnie poszperał w kieszeni.

– Za co? – zapytał. – Co za to dostanę?

Minęła chwila, nim Jones udzielił mu odpowiedzi.

– Widzi pan to? – Wskazał koło na blacie stolika. Pociągając dźwignię, wprawił je w ruch. Wskazówka zaczęła obracać się powoli w akompaniamencie mozolnego metalicznego klekotu. Tarcza koła podzielona była na cztery równe pola. – Ma pan sto dwadzieścia sekund. Na wszystko, o co chce pan zapytać. Potem pański czas się kończy. – Przyjął garść monet i wrzucił je do kieszeni kurtki.

– Zapytać? – Głos Cussicka zabrzmiał ochryple. – O co?

– O przyszłość – odparł chłopak z nie skrywaną pogardą. To było oczywiste. Jasne, że o przyszłość. O cóżby innego? Jego cienkie, kościste palce bębniły z rozdrażnieniem o stół. A koło tykało miarowo.

– Ale nie moją? – wypytywał Cussick. – O nic, co mnie dotyczy?

Wykrzywiając spazmatycznie usta, Jones odpalił:

– Oczywiście, że nie. Pan jest nikim. Nie liczy się pan.

Cussick zamrugał gwałtownie. Zmieszany, czując, że uszy zaczynają mu płonąć, z całym spokojem, na jaki mógł się zdobyć, odpowiedział:

– Może nie ma pan racji. Może jestem kimś. – Rozdrażniony pomyślał o swojej pozycji. Co powiedziałby ten wsiowy oberwaniec, gdyby wiedział, że ma przed sobą funkcjonariusza tajnych służb Rządu Federalnego? Miał to na końcu języka, gotów był wyrzucić to z siebie z gniewem, zdradzić się w odruchu samoobrony. Byłby to oczywiście koniec jego pracy w Służbie Bezpieczeństwa. Jednak czuł się boleśnie ugodzony i zbity z tropu.

– Zostało panu już tylko dziewięćdziesiąt sekund – poinformował go obojętnie Jones. Nagle jego ponury, kamienny głos nabrał życia. – Na miłość boską, niech pan o coś zapyta. Nic nie chce pan wiedzieć? Nie jest pan ciekawy?

Cussick zwilżył językiem wargi.

– Dobrze – odezwał się. – Co przyniesie przyszłość? Co się wydarzy?

Zdegustowany Jones pokręcił głową. Westchnął ciężko i rzucił papierosa na podłogę. Przez chwilę wydawało się, że nie zamierza odpowiedzieć. Całą uwagę skupił na rozgniataniu niedopałka pod podeszwą buta. W końcu wyprostował się powoli i powiedział, cedząc słowa:

– Pytania mają być konkretne. Chce pan, żebym sam je dla pana wymyślił? W porządku. Pytanie: Kto będzie następnym przewodniczącym Rady? Odpowiedź: Kandydat Nacjonalistów, nijaki typek o nazwisku Ernest T. Saunders.

– Przecież Nacjonaliści nie są wcale partią! To odłam partii!

Ignorując go, Jones ciągnął:

– Pytanie: Czym są dryftery? Odpowiedź: Istotami spoza Układu Słonecznego, o nieznanym pochodzeniu.

Zaintrygowany Cussick zawahał się.

– Nieznanym do kiedy? – zaryzykował. Zbierając się na odwagę, zapytał: – Jak daleko w przyszłość potrafi pan zajrzeć?

– Widzę bezbłędnie do roku naprzód – odparł Jones tym samym tonem. – Potem obraz niknie. Mogę dostrzec zasadnicze wydarzenia, ale szczegóły zacierają się i przestaję widzieć cokolwiek. Na tyle, na ile sięgam wzrokiem w przyszłość, pochodzenie dryfterów pozostaje nieznane. – Spoglądając na Cussicka, dodał: – Wspominam o nich, bo niedługo zacznie być o nich głośno.

 

– Już jest – stwierdził Cussick, wspominając sensacyjne nagłówki zapełniające ostatnio strony prasy brukowej: PATROLE MIĘDZYPLANETARNE WYKRYWAJĄ FLOTYLLE NIEZNANYCH STATKÓW. – Mówi pan, że to są żywe istoty? Nie statki? Nie rozumiem… chce pan powiedzieć, że to, co obserwujemy, to same stworzenia, a nie zbudowane przez nie…

– Tak, one są żywe – przerwał mu niecierpliwie, niemal gorączkowo Jones. – Ale Rząd Federalny już o tym wie. Już teraz na najwyższym szczeblu mają szczegółowe raporty. Do publicznej wiadomości trafi to za kilka tygodni. Sukinsyny nie pozwalają na publikację. Zwiadowcy wracający z Urana przyholowali martwego dryftera. – Klekotanie koła nagle ustało. Jones wyprostował się na krześle, przerywając gorączkowy potok słów. – Pański czas się skończył – oświadczył. – Jeśli chce pan wiedzieć coś jeszcze, musi pan zapłacić następne dwadzieścia dolarów.

Oszołomiony Cussick wstał i zszedł z platformy.

– Nie, dzięki – wymamrotał. – To mi wystarczy.