Słoneczna loteriaTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przełożył

Jan Zieliński


Dom Wydawniczy REBIS

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Człowiek, który wywrócił stolik

Dick jest dla mnie absolutnie wyjątkowy, do tego stopnia, że trudno mi o nim pisać. Pewnie tak samo jak dla innych z mojego pokolenia, które przygodę z fantastyką zaczynało w latach osiemdziesiątych. Książki były wtedy umiarkowanie dostępne, nie było tak, że jeśli usłyszało się o interesującym tytule, można było iść do księgarni i zdjąć sobie egzemplarz z półki. To, co rekomendowali znajomi, obrastało legendą, która jeszcze podkręcała niezaspokojony popyt.

Jednak wystarczyło trafić na jedną z jego książek, czy był to Ubik, czy Człowiek z Wysokiego Zamku, czy jeszcze co innego, by dołączyć do grona fanatycznych wyznawców.

W tamtych czasach mieliśmy dostęp do naprawdę niezłych książek amerykańskich, ponieważ wydawnictwa (działając zresztą w zgodzie z ówczesnym prawem autorskim) nie zaprzątały sobie głowy kupowaniem licencji ani negocjowaniem z agentami, tylko pozwalały redaktorom wyszukiwać najlepsze ich zdaniem utwory i kierować do tłumaczenia. Nie było zresztą czego negocjować. Stawka dla autora za udzielenie praw do przekładu była stała i wynosiła, ile wynosiła. Nie było z tym dyskusji. Istniały trzy stawki: za literaturę faktu (wysoka – służyło to temu, by jakiś bonza partyjny mógł wydać swoje heroiczne wspomnienia i zgarnąć tłustą sumkę na boku), za literaturę piękną (o tym, co to było, decydował urzędnik w wydawnictwie „po uważaniu”. Jeśli się znało takiego albo kogoś, kto mógł mu to nakazać, wchodziło się na wyższy o rząd wielkości poziom honorarium) oraz (najnędzniejsza) za literaturę rozrywkową. To jednak uwaga na boku. Chodzi o to, że redaktorzy doprawdy mieli w czym wybierać, bo wydawali, co chcieli. Jedynym kryterium ograniczającym była ewentualna cenzuralność utworu. Jeśli jednak autor nie wspominał o komunizmie, Związku Sowieckim ani czymkolwiek w tym rodzaju albo takie wzmianki dawało się łatwo wykreślić, książka szła do tłumaczenia. I nawet nie chodzi o to, żeby tych książek było dużo. Wręcz przeciwnie: w skali roku we wszystkich wydawnictwach mogło to być kilkanaście tytułów albo i kilka. Zatem zbierano samą śmietankę. Najlepsze, obsypane nagrodami, same bestsellery. Na rzeczy przeciętne albo bodaj średnie nie zostawało już miejsca.

Zresztą w następnej dekadzie kompletnie zablokowało to rynek dla czegokolwiek poza tłumaczeniami. Czytelnicy rozpuszczeni bogactwem bestsellerów w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych byli przekonani, że wyznacza to przeciętny poziom anglosaskiej fantastyki, że autor, który napisał powieść uhonorowaną i Hugo, i Nebulą, napisał same takie książki. Wyobrażano sobie, że Joseph Heller pisał same Paragrafy 22, a Ursula Le Guin samych Czarnoksiężników z Archipelagu.

W takich warunkach, kiedy publikowano głównie hity, konkurencja była dla autorów jeszcze ostrzejsza niż na ich rodzimym, amerykańskim rynku. A mimo to cała ta obłąkana sytuacja nie miała najmniejszego wpływu na postrzeganie Philipa K. Dicka w Polsce. Uważaliśmy go za mesjasza, geniusza i wizjonera. Nie znałem nikogo, kto by to kwestionował.

Dość powiedzieć, że docenił go nawet Stanisław Lem, który o fantastyce, szczególnie anglosaskiej, miał zdanie jak najgorsze. Kiedy w połowie lat siedemdziesiątych poproszono go, by patronował serii Wydawnictwa Literackiego „Stanisław Lem poleca”, pierwszą pozycją serii był Ubik Dicka, z brawurowymi ilustracjami Jerzego Skarżyńskiego. Nawiasem mówiąc, w serii tej ukazały się tylko cztery książki – sam zamysł cyklu był nieco chybiony, bo mistrz za wiele godnego polecenia w fantastyce nie widział.

Wielu polskich miłośników fantastyki dowiedziało się o jego prozie właśnie dzięki Ubikowi w tamtym wydaniu, następną wydaną u nas książką Dicka był dopiero Człowiek z Wysokiego Zamku w przekładzie Lecha Jęczmyka, który ukazał się w 1981 roku w serii „z astronautą”.

To tamto wydanie Ubika przyczyniło się do legendarnej konfrontacji Dicka z Lemem. Trudno tu znaleźć źródła, natomiast działała poczta pantoflowa i ustne przekazy. Do naszych czasów dotarło, że Dick kwestionował samo istnienie Stanisława Lema, twierdząc, że to kryptonim tajnej grupy złożonej z trzech (skąd wziął tych trzech?) sowieckich pisarzy. Informacja o tym błąka się nawet po Wikipedii. Składa się to na karb stanów emocjonalnych autora, wywołanych problemami z narkotykami, a może i chorobą psychiczną.

Nie takie to proste. Jako się już rzekło, nie mam żadnych źródeł, więc przyjmijmy, że powtarzam jakieś klechdy i przypowieści, jakie podówczas krążyły po fandomie. Pamiętam wprawdzie tłumaczenia korespondencji Dicka z polskim wydawnictwem oraz jakiegoś artykułu, w którym opisał swoje perypetie z polskim przekładem, ale nie pomnę, skąd się wzięły ani kto je przyniósł. Być może były fałszywe, ale jednak brzmiały racjonalnie.

Zaczęło się od tego, że Dick dowiedział się, że wydał książkę w Polsce (może zresztą poinformowano go zawczasu), ale kiedy zobaczył gotowy produkt i nakład 50 tysięcy egzemplarzy na okładce, pojął, że odniósł sukces. 50 tysięcy to był wówczas w Polsce standardowy nakład dla literatury rozrywkowej, nie mający nic wspólnego z popytem – sprzedałoby się i dziesięć razy tyle, ale to dla nikogo nie miało znaczenia. Wydawanie książek nie było podówczas biznesem, tylko działalnością państwowej gospodarki. Ale dla Dicka, przez całe życie klepiącego biedę, wyglądało na to, że zarobi jeśli nawet nie majątek, to przynajmniej porządne pieniądze. W tamtych czasach w Stanach 50 tysięcy sprzedanego nakładu to była sprawa poważna. Skąd miał wiedzieć, że nie dość, iż cena książki wynosi u nas realnie z dziesięć centów, to jeszcze sprzedaż nie ma żadnego znaczenia. Że należy mu się najwyżej „pierwsza stawka podstawowa”. Mógł sobie być geniuszem oniryzmu i twórcą surrealistycznych wielowarstwowych światów, ale takie bzdury nie mieściły mu się w głowie. Kiedy w końcu przełknął wysokość „stawki” (we wspomnianym artykule pisał: „I tak lepiej niż tacy Włosi, którzy oferują ci za przekład bochenek chleba i stanik”), okazało się, że stoi dopiero u podnóża schodów. Mianowicie nie ma żadnego sposobu, żeby mu te pieniądze wysłać. Poinformowano go, że powinien przylecieć do Krakowa na własny koszt, w przewidzianym terminie i o określonej godzinie zjawić się w kasie wydawnictwa, wylegitymować dowodem osobistym, a następnie pokwitować wypłatę – połowę w złotówkach (niewymienialnych), a połowę w bonach dewizowych PKO. (Nie ma takiego miasta: „Londyn”! Lądek jest!). Dick rozpaczliwie proponował, żeby dostarczono mu pieniądze przesyłką kurierską na pokładzie samolotu PLL LOT. Gdzie tam! Nie ma mowy!

Rzecz jasna, po drodze poprztykał się z Lemem, który na całą tę paradę absurdów nic nie mógł poradzić i na pewno nie czuł się za nią odpowiedzialny. Podejrzenia, że niepodobna, by ktoś nazywał się tak samo jak Lunar Excursion Module, będąc jeszcze światowej sławy pisarzem SF i do tego Polakiem (Polak może się nazywać na przykład „Kozaski”), miały źródło w poważnej frustracji. W zetknięciu ze światem Barei i Mrożka nie trzeba było LSD, żeby zacząć powątpiewać w podstawy rzeczywistości.

O jego problemach z narkotykami i ogólnie ze światem pisano bardzo wiele. Wiadomo, że to prawda, sam tego nigdy nie ukrywał, zresztą gdyby nie te doświadczenia, nigdy by nie powstało Przez ciemne zwierciadło – podsumowanie lat największego uzależnienia. Z drugiej strony twierdzi się, że w okresie największego uwikłania w narkotyki, w połowie lat sześćdziesiątych, w ciągu dwóch lat napisał jedenaście powieści i sześćdziesiąt opowiadań. Takie są fakty, tyle że trudno je pojąć. Taka ilość napisanej literatury, tej klasy, w takim czasie, to wysiłek tytaniczny, niemalże nadludzki, i to nawet dla umysłu w dobrej kondycji. Jak zdołał tego dokonać, błądząc we mgle oszołomienia i delirium?

Nikt nigdy nie ustali, co spowodowało jego sposób patrzenia na świat, który składa się z niezliczonych masek, w którym nikt nie może być pewien ani prawdziwości tego, co go otacza, ani spójności własnej tożsamości. Czy spowodowały to odmienne stany świadomości po kwasie, czy może uciekał w narkotyki, bo nie dawał sobie rady z pogmatwanym i nieczytelnym światem?

Łatwo to zrzucić na karb powikłania po środkach psychoaktywnych. Zapewne w takim stanie łatwo nie tylko stracić orientację, co jest rzeczywistością, a co majakiem, ale i doprowadzić się do trwałego zaburzenia postrzegania. To jednak nie tłumaczy ani precyzji jego prozy, ani klarowności wywodu. Zarówno bohater, jak i czytelnik może pogubić się w sytuacji, stracić orientację w tym, kim jest albo co jest prawdziwą warstwą rzeczywistości, ale autor przez cały czas doskonale orientuje się w sytuacji i ani na chwilę nie wypuszcza wodzy z rąk. I cały czas doskonale wie, co robi i dlaczego.

Słoneczna loteria nie należy do tego oniryczno-solipsystycznego nurtu. Tu przedmiotem niepewności, obszarem kryjącym się za kolejnymi kurtynami tajemnicy, jest sam świat, a właściwie rządzące nim prawa. Z pozoru wszystko jest jasne. To świat przyszłości, w którym porządek społeczno-polityczny oparto na gigantycznym generatorze losowym. Totalizatorze zwanym „butelką”. To obrót „butelki” decyduje o tym, kto zostanie Lotermistrzem – najważniejszą, dzierżącą władzę osobą w całym Układzie Słonecznym.

 

Dick wykorzystał tu istniejącą w naszym świecie teorię minimaksu, służącą między innymi strategii. Najpierw dało mu do myślenia, że tego narzędzia teorii gier służącego minimalizacji prawdopodobieństwa najwyższych strat bądź maksymalizacji możliwości najniższej wygranej używały zarówno alianckie sztaby podczas drugiej wojny światowej, jak i potem w czasie zimnej wojny. Niesłychanego okresu, kiedy to mocarstwa toczyły intelektualny pojedynek w starciu, które według każdej symulacji nie mogło zostać przez nikogo wygrane. Był to pojedynek jak z filmów Kurosawy, kiedy to równi umiejętnościami samuraje stoją twarzą w twarz z mieczami w rękach, w pozornym bezruchu, rozgrywając całe starcie w umyśle, kiedy zmiana ułożenia nóg, dłoni na rękojeści albo przeniesienie ciężaru ciała oznacza całą sekwencję ciosów, zastaw, ataków i kontrataków, aż do nieuniknionego końca. W tym wypadku nieuchronnej śmierci obydwu wojowników.

Teoria minimaksu głosi między innymi, że założenie, iż nasza strategia zostanie rozszyfrowana, jest nieuniknione. Jedyny sposób, by temu zapobiec, to wprowadzić do swojego działania element losowy. Nieprzewidywalny dla przeciwnika.

Dick, żyjący w paranoicznym świecie zimnej wojny, mógł uważać, że wiele rzeczy dzieje się za zasłoną tajemnicy, a mechanizmy świata są na różne sposoby manipulowane. Że obie strony, zwarte w nuklearnym klinczu, mogą sięgać nawet po najbardziej szalone mechanizmy i teorie, byle tylko przechylić szalę na swoją stronę. Zyskać ułamek sekundy przewagi, choć jeden procent prawdopodobieństwa na swoją korzyść. A świat swoimi jawnymi, z pozoru mało istotnymi posunięciami mógł go tylko utwierdzać w tym przekonaniu. Oto gdy pisał Słoneczną loterię, ogłoszono nominację niejakiego Johna von Neumanna na członka Komisji Energii Atomowej. Ciała o wielkim znaczeniu strategicznym. Neumann był pierwszorzędnym matematykiem i fizykiem, uczestnikiem projektu „Manhattan” (budowy broni atomowej), więc co w tym niby takiego dziwnego? Cóż, János Lajos Neumann, jak się przedtem nazywał, stworzył teorię „automatów komórkowych”, kładł matematyczne podstawy mechaniki kwantowej i matematycznych prognoz pogody oraz był głównym twórcą teorii gier. Ojcem minimaksu. A także prób opisania wydarzeń czysto losowych, jak procesy kwantowe czy pogoda, za pomocą matematyki.

Łatwo przypisywać Dickowi stany paranoidalne. W jego powieściach, w tym także w Słonecznej loterii, roi się od telepatów w służbie władzy wykorzystujących swoje umiejętności jako broń. Dziś wiemy, że w jego czasach zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Związku Sowieckim istniały tajne komórki badawcze usiłujące badać zjawisko telepatii i wykorzystać je do uzyskania przewagi. W założeniach chciano wykorzystać je do skrytego nawiązywania łączności pomiędzy nuklearną flotą podwodną a centralą, inwigilacji, zdobywania informacji. Mogłoby się to spokojnie odbywać w którejś powieści Dicka, a działo się w realnie istniejących tajnych ośrodkach badawczych. Zostało to odtajnione, wraz z informacją, że badania te nie przyniosły spójnych rezultatów, i programy zostały zamknięte. Takich osobliwych programów było zresztą więcej i można by się wraz z Dickiem zastanawiać, które z nich posłużyły inżynierii społecznej, której wpływu nawet nie zauważamy.

W Słonecznej loterii teoria gier posłużyła właśnie do budowy porządku świata. Świata, w którym wszystko kręci się wokół loterii. A także jeszcze prawa lennego, na mocy którego każdy może oddać się w niewolę władzy, korporacji czy wyżej postawionej jednostce. Jednak machina losowa jest ponad wszystkim.

Takie życie jest grą. Wieczną i nieustanną. Opartą na losowaniu, które daje wszystkim równe szanse. Tylko czy na pewno? Koło rulety jest losowe jak Dickowa „butelka” – a w takim razie dlaczego to kasyno zawsze wygrywa? Czy znikoma szansa na wygraną jeden do iluś miliardów jest lepsza niż brak szansy?

Takie wątpliwości chodzą po głowie Teda Benteleya, specjalisty klasy 8/8. Z pozoru typowego bohatera dystopii – everymana uwięzionego w systemie, który nagle wychodzi ze swojej bańki, zaczyna dostrzegać więcej, aż wchodzi na drogę wiodącą do buntu. Z pozoru, bo w odróżnieniu od całej reszty otaczającego świata Benteleyem nie rządzi przypadek. On od początku zmierza gdzieś, gdzie jego życie zyska więcej sensu. Wykorzystuje rozwiązanie umowy lennej z bankrutującą korporacją Oiseau-Lyre, by iść dalej swoją drogą. To, co dla innych jest klęską życiową skutkującą osobistym wykolejeniem i stoczeniem się do warstwy „nierów” – nierejestrowanej biedoty – dla niego jest odzyskaniem karty władzy i w konsekwencji wolnością.

W odróżnieniu od typowych bohaterów różnych antyutopii Benteley nie jest bezradną snują plączącą się po wydarzeniach, które go przerastają i dopiero mającą otworzyć mu oczy na prawdziwe mechanizmy świata. Napędza go frustracja i chęć znalezienia poziomu, w którym gra zyskuje sens. Nie zawaha się przed działaniem. Potrafi podjąć walkę, a nawet zabić. Najwyraźniej ma instynkt, który mówi mu, co jest słuszne, a co nie. Może się okazać, że to on jest w tym świecie nieprzewidywalnym i losowym elementem minimaksu.

Dick potrafił tworzyć światy, które się nie starzeją. Nieważne, jaką wyznaczył datę, jak umownie potraktował rozwój techniki – z poziomu, który opisuje, jego koncepty nie stają się archaiczne, ale nadal wywołują „szok przyszłości”. To światy, w które możemy uwierzyć, a przynajmniej zrezygnować ze sceptycyzmu. Bo wśród robotów zwanych macmillanami, pojazdów o napędzie C+ czy zdalnie sterowanych androidów nadal kryje się oszałamiająca rozmachem wizja niosąca proste wątpliwości, które nigdy nie przestają być aktualne.

Bo może samostanowienie jest ważniejsze od bezpieczeństwa równych szans w losowaniu? A może po prostu, kiedy gra okazuje się oszukańcza, jedyną sensowną strategią jest przewrócić stolik?

Pomyślcie o tym!

Jarosław Grzędowicz


Od autora

Zainteresowałem się teorią gier – najpierw z pobudek czysto intelektualnych, tak jak interesuję się szachami, później z niepokojącym przeświadczeniem, że Minimax odgrywa coraz większą rolę w życiu naszego kraju. Chociaż specjaliści pokrewnych nauk (matematyki, statystyki, socjologii, ekonomii) wiedzą o jej istnieniu, teoria gier nie zyskała powszechnego rozgłosu. A przecież w czasie drugiej wojny światowej posługiwali się nią alianci. W chwili obecnej zarówno Stany Zjednoczone, jak i Związek Radziecki stosują strategię Minimaxu. Kiedy pisałem Słoneczną loterię, von Neumann, współtwórca teorii gier, został powołany do Komisji do spraw Energii Atomowej, co potwierdziło moje głębokie przekonanie, że Minimax w coraz większym stopniu nad nami panuje.

„Dobra strategia wymaga stosowania zasady Minimaxu, to znaczy takiej polityki, w której przyjmujemy możliwe większe i mniejsze korzyści, przy założeniu, że grozi nam rozszyfrowanie. Chcąc tego uniknąć, zaciemniamy własny plan gry, wprowadzając do strategii element przypadku”.

John McDonald, Strategy in Poker, Business and War (1953)


1

Najpierw pojawiły się zwiastuny niezwykłych wydarzeń. Z początkiem maja dwa tysiące dwieście trzeciego roku automatyczne reportery poruszyła wiadomość o przelocie białych kruków nad Szwecją. Seria nie wyjaśnionych pożarów zniszczyła połowę Wzgórza Oiseau-Lyre, głównego centrum przemysłowego w Układzie Słonecznym. Grad małych okrągłych kamyków spadł z nieba w pobliżu budynków obozu pracy na Marsie. W Batawii, gdzie mieści się Dyrektoriat Dziewięciu Planet, przyszło na świat dwugłowe cielę – niechybny znak, że coś nadzwyczajnego wisi w powietrzu.

Każdy usiłował wytłumaczyć te znaki na swój sposób – ulubioną rozrywką stały się spekulacje na temat planów przypadkowych sił natury. Zgadywano, radzono i spierano się na temat uspołecznionego narzędzia losu – butelki. Wizyty u wróżbitów Dyrektoriatu trzeba było zamawiać na kilka tygodni z góry.

To, co dla jednych jest zwiastunem, dla innych staje się faktem. Częściowa katastrofa Wzgórza Oiseau-Lyre oznaczała pełną katastrofę dla połowy jego rejestrowanych pracowników. Rozwiązano hołdy lenne, wyrzucono wykwalifikowanych fachowców różnych specjalności. Zdani na łaskę losu stali się kolejnym symptomem świadczącym o tym, że dla świata nadchodzą przełomowe chwile. Większość usuniętych fachowców wykoleiła się i zagubiła wśród nierejestrowanych mas. Nie wszyscy jednak.

Ted Benteley zerwał swoje wymówienie z tablicy, kiedy tylko je zobaczył. Idąc korytarzem do swojego pokoju, spokojnie podarł kartkę i wrzucił do zsypu na śmieci. Jego reakcja na zwolnienie była żywa, przemożna i natychmiastowa. Pod jednym istotnym względem różniła się od reakcji kolegów: Ted cieszył się, że został zwolniony z przysięgi. Od trzynastu lat próbował najrozmaitszych kruczków prawnych, żeby tylko uwolnić się od hołdu lennego wobec Oiseau-Lyre.

W pokoju zamknął drzwi, wyłączył ekran Międzyplanetarnego Zrzeszenia Przemysłu Widowiskowego i pogrążył się w myślach. Już po godzinie miał opracowany plan działania, plan niezwykle prosty.

W południe dział kadr Oiseau-Lyre zwrócił mu kartę władzy, jak zawsze, kiedy góra rozwiązywała hołd. Dziwne wrażenie wywoływał widok karty po tylu latach. Ted trzymał ją przez chwilę z niedowierzaniem, po czym schował ostrożnie do portfela. Ta karta stanowi jego jedną na sześć miliardów szansę w wielkiej loterii, nikłą możliwość, że przypadkowy ruch butelki rzuci go na stanowisko Numer Jeden. Z punktu widzenia polityki był spóźniony o trzydzieści trzy lata: karty „W” są kodowane w chwili urodzenia człowieka.

Do czternastej trzydzieści rozwiązał pozostałe stosunki lenne na terenie Oiseau-Lyre – w tych pomniejszych związkach przeważnie on był opiekunem, a inni jego lennikami. Do szesnastej zebrał wszystkie swoje aktywa, upłynnił je w trybie nagłym, wiele tracąc na tej błyskawicznej wymianie, i kupił bilet rakietowy pierwszej klasy. Wieczorem opuścił Europę, zmierzając prosto do cesarstwa Indonezji, do jego stolicy.

W Batawii wynajął pokój w tanim pensjonacie i rozpakował walizkę. Reszta rzeczy została we Francji – jeżeli plan się powiedzie, sprowadzi je później, jeżeli nie, rzeczy i tak nie będą mu już potrzebne. O dziwo, okna pokoju wychodziły na główny gmach Dyrektoriatu. Przez liczne wejścia jak ruchliwe tropikalne muchy wpełzali i wypełzali ludzie. Wszystkie drogi i trajektorie prowadzą do Batawii.

Zasoby finansowe Teda nie były wielkie – nie mógł tu bawić zbyt długo, a zatem należało działać. Z publicznej biblioteki naukowej wypożyczył całe sterty taśm oraz przeglądarkę. Przez następne dni gromadził i porządkował wszelkie dostępne wiadomości z zakresu biochemii, w tej bowiem dziedzinie został niegdyś zarejestrowany. Przeglądał i wkuwał materiał, myśląc wciąż z niepokojem o tym, że o złożenie hołdu lennego Lotermistrzowi można ubiegać się tylko raz – jeżeli odpadnie przy pierwszym podejściu, będzie skończony.

Tak, wszystko zależy od pierwszego podejścia. Uwolnił się od systemu Wzgórz i nie miał najmniejszego zamiaru wracać.

Przez pięć dni wypalił mnóstwo papierosów, obszedł pokój dookoła nieskończenie wiele razy, wreszcie wyciągnął żółty tom książki telefonicznej i poszukał miejscowych agencji dziewczyn do łóżka. Okazało się, że biuro jego ulubionej agencji mieści się w pobliżu. Zadzwonił z ulgą i po godzinie wszystkie jego rozterki duchowe należały do przeszłości. Przysłana przez agencję smukła blondynka oraz luksusowy bar pozwoliły mu przetrwać następne dwadzieścia cztery godziny. Dłużej jednak nie mógł zwlekać. Nadszedł czas, żeby działać: teraz albo nigdy.

Kiedy rano wstał z łóżka, przeszedł go zimny dreszcz. Wybór lenników Lotermistrza Verricka odbywał się w myśl zasady Minimaxu: wydawało się, że poszczególne stanowiska obsadzane są na chybił trafił. W ciągu sześciu dni Benteley nie potrafił wykryć żadnej reguły. Nie zdołał wywnioskować, jaki czynnik, i czy w ogóle jakiś, decyduje o przyjęciu kandydata.

Ted spocił się, wziął szybki prysznic i znów był spocony. Mimo kilku dni wkuwania nic nie umiał. Był zdany na los szczęścia. Ogolił się, ubrał, zapłacił Lori i odesłał ją do agencji.

 

Był pełen obaw, doskwierała mu też samotność. Zwolnił pokój, oddał walizkę do przechowalni i na wszelki wypadek kupił drugi amulet. W toalecie przypiął sobie amulet pod koszulą i wrzucił monetę do rozpylacza luminalu. Środek uspokajający trochę mu pomógł. Wyszedł z pensjonatu i skinął na automatyczną taksówkę.

– Główny gmach Dyrektoriatu – powiedział kierowcy. – Ale nie musisz się spieszyć.

– Jak pani/pan sobie życzy – odparł robot-macmillan. Macmillany nie znają się na takich subtelnościach jak płeć.

Ciepłe wiosenne powietrze wdarło się do taksówki, kiedy przelatywali nad dachami. Benteley nie zwracał uwagi na okolicę – wpatrywał się w rosnący przed nim kompleks budynków. Poprzedniego wieczoru wysłał swoje papiery. Chyba dosyć odczekał, teraz papiery powinny leżeć na biurku pierwszego z niezliczonych urzędników Dyrektoriatu.

– Jesteśmy na miejscu, proszę pani/pana.

Macmillan wylądował i zakotwiczył na postoju. Benteley zapłacił i wysiadł z taksówki.

Wokół wszyscy się spieszyli. Powietrze wypełniał ożywiony gwar. Napięcie ostatnich kilku tygodni sięgało zenitu. Uliczni przekupnie oferowali „sposoby”, tanie i gwarantowane teorie pozwalające rzekomo przewidzieć ruch butelki i wygrać wielką grę. Zaaferowane tłumy nie zwracały uwagi na przekupniów – gdyby ktoś wymyślił skuteczny system, użyłby go sam, a nie sprzedawał.

Na głównej arterii dla pieszych Benteley zatrzymał się, żeby zapalić papierosa. Ręce mu nie drżały, no, może trochę. Włożył aktówkę pod pachę, wbił ręce do kieszeni i ruszył powoli w stronę hallu. Przeszedł przez masywną bramkę kontrolną i znalazł się w środku. Być może za miesiąc będzie zaprzysiężony Dyrektoriatowi… Spojrzał z nadzieją na bramkę i przez koszulę dotknął jednego z amuletów.

– Ted, zaczekaj – dobiegł go cichy, ale naglący głos.

Zatrzymał się. Kołysząc biustem, Lori przeciskała się przez zbity tłum, wreszcie dotarła do niego.

– Mam coś dla ciebie – powiedziała zdyszana. – Wiedziałam, że cię tu znajdę.

– Co to jest? – spytał ostro Benteley. Wiedział, że w pobliżu kręcą się gwardziści, a osobiście wolałby, żeby jego prywatne myśli nie wpadły w ręce osiemdziesięciu znudzonych telepatów.

– Zobacz – powiedziała Lori, po czym objęła go za szyję i zapięła łańcuszek. Przechodnie uśmiechali się z sympatią: był to amulet.

Benteley obejrzał amulet, który wyglądał kosztownie.

– Myślisz, że mi się to na coś przyda? – spytał. Ponowne spotkanie z Lori nie leżało w jego planach.

– Mam nadzieję – odparła dziewczyna, dotykając przez chwilę jego ręki. – Byłeś bardzo miły. Ale wyrzuciłeś mnie, zanim zdążyłam ci to powiedzieć. – Dziewczyna zwlekała z odejściem. – Czy myślisz, że masz duże szanse? Jejku, gdyby cię przyjęli, zostałbyś chyba w Batawii.

– Uważaj na swoje myśli – powiedział zdenerwowany Benteley. – Verrick porozstawiał tu swoich telepatów.

– Gwiżdżę na to. Dziewczyna do łóżka nie musi niczego ukrywać – stwierdziła Lori z żalem.

Benteley nie uśmiechnął się nawet.

– Mnie się to nie podoba. Nigdy w życiu nie byłem telepowany – wzdrygnął się. – Ale obawiam się, że jeśli tu ugrzęznę, będę musiał przywyknąć i do telepatów.

Podszedł do środkowego biurka z dowodem tożsamości i kartą władzy w ręku. Kolejka przesuwała się szybko. Po kilku chwilach urzędnik-macmillan przyjął dokumenty, połknął je i nieprzyjemnym głosem zwrócił się do Teda:

– W porządku, panie Benteley. Teraz może pan wejść.

– Mam nadzieję, że będziemy się widywać – powiedziała Lori z nikłym uśmiechem. – Jeżeli się tu zaczepisz…

Benteley zgasił papierosa i skierował się w stronę wejścia do wewnętrznych biur.

– Odezwę się do ciebie – mruknął i natychmiast przestał myśleć o dziewczynie. Przepychał się przez rzędy czekających ludzi, przyciskając aktówkę łokciem, i szybko przekroczył próg. Drzwi zatrzasnęły się natychmiast.

Był w środku – zaczęło się.

Niski mężczyzna w średnim wieku, z napomadowanym wąsikiem, w okularach w metalowej oprawie stał obok drzwi i uważnie przyglądał się Tedowi.

– Benteley?

– Tak – odparł Ted. – Chciałbym się spotkać z Lotermistrzem Verrickiem.

– W jakiej sprawie?

– Ubiegam się o posadę w klasie 8/8.

Nagle do pokoju wbiegła dziewczyna.

– Już po wszystkim – powiedziała, nie zwracając uwagi na Benteleya. Palcami dotknęła skroni. – Rozumiesz? No i co, jesteś teraz zadowolony?

– To nie moja wina – odrzekł niski mężczyzna. – Takie jest prawo.

– Prawo! – odburknęła dziewczyna. Usiadła na biurku i odgarnęła znad oczu kręcone rude włosy. Porwała z biurka paczkę papierosów i zapaliła jednego drżącymi palcami. – Wynośmy się stąd, Peter. Nic nas już tu nie trzyma.

– Wiesz przecież, że ja zostaję.

– Głupi jesteś i tyle. – Dziewczyna odwróciła się i dopiero teraz ujrzała Benteleya. Jej zielone oczy zamrugały z zaskoczenia i z ciekawości. – Kim jesteś? – spytała.

– Może przyszedłbyś innego dnia – zwrócił się niski mężczyzna do Benteleya. – Teraz akurat nie jest najlepsza pora…

– Skoro zaszedłem tak daleko, nie dam się łatwo zawrócić – odpowiedział ochryple Benteley. – Gdzie jest Verrick?

Dziewczyna przyjrzała mu się z zainteresowaniem.

– Chcesz się zobaczyć z Reese’em? – spytała. – Co masz mu do zaoferowania?

– Jestem biochemikiem – odparł niecierpliwie Benteley. – Szukam posady w klasie 8/8.

Cień rozbawienia przemknął przez czerwone wargi dziewczyny.

– Ach tak? To ciekawe… – wycedziła i wzruszyła gołymi ramionami. – Odbierz od niego przysięgę, Peter.

Mężczyzna zawahał się. W końcu wyciągnął dłoń.

– Nazywam się Peter Wakeman – powiedział do Benteleya. – A to jest Eleonora Stevens. Osobista sekretarka Verricka.

Benteley nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Przez chwilę wszyscy troje w milczeniu szacowali się nawzajem wzrokiem.

– Wpuścił go macmillan – powiedział wreszcie Wakeman. – Jest stałe zapotrzebowanie na klasę 8/8. Ale moim zdaniem Verrick nie potrzebuje już biochemików, ma ich dosyć.

– Co ty o tym wiesz? – spytała Eleonora Stevens. – To nie twoja dziedzina, nie zajmujesz się personelem.

– Po prostu myślę logicznie – powiedział Wakeman, stając między dziewczyną a Benteleyem. – Bardzo mi przykro – zwrócił się do Teda – ale tracisz tu tylko czas. Zwróć się do agencji werbunkowych Wzgórz, tam kupują i sprzedają biochemików.

– Wiem – powiedział Benteley. – Pracowałem dla systemu Wzgórz od szesnastego roku życia.

– Więc czego szukasz tutaj? – spytała Eleonora.

– Wyrzucono mnie z Oiseau-Lyre.

– Jest jeszcze Sung.

– Już nigdy nie będę pracował dla Wzgórz! – Benteley podniósł głos. – Dość mam tego.

– Dlaczego? – spytał Wakeman.

– Wzgórza są skorumpowane – odburknął ze złością Benteley. – Cały świat się wali. Kupi go ten, kto zaoferuje najwyższą sumę… a licytacja trwa.

Wakeman pogrążył się w myślach.

– Nie rozumiem – powiedział – jaki to ma związek z tobą. Masz swoją pracę i tylko o niej powinieneś myśleć.

– Dostaję pieniądze za mój czas, talent i lojalność – zgodził się Benteley. – Mam czyste białe laboratorium i dostęp do urządzeń, których wybudowanie kosztowało więcej, niż ja zarobię przez całe życie. Mam odpowiedni prestiż społeczny i jestem pod dobrą opieką. Ale zastanawiam się, jaki jest ostateczny rezultat, produkt mojej pracy. Zastanawiam się, do czego służy. Zastanawiam się, co się z nim robi.

– No i co się z nim robi? – spytała Eleonora.

– Wyrzuca się na śmietnik! Nie służy nikomu.

– Komu miałby służyć?

– Nie wiem. Komuś, czemuś – próbował odpowiedzieć Benteley. – A ty nie chciałabyś, żeby twoja praca na coś się przydała? Dość długo wytrzymywałem swąd, jaki unosi się wokół Oiseau-Lyre. Wzgórza miały być odrębnymi jednostkami, niezależnymi ekonomicznie. W rzeczywistości stosuje się przelewy, zawyżanie kosztów, fałszywe zeznania podatkowe. Nie koniec na tym. Znacie slogan reklamowy Wzgórz: „Dobre są usługi, a lepsze usługi są najlepsze”. To kpina! Myślicie może, że Wzgórza wykonują jakieś usługi? Zamiast służyć nam wszystkim, pasożytują na nas.

– Nigdy nie sądziłem, że Wzgórza są instytucjami charytatywnymi – zauważył zgryźliwie Wakeman.

Benteley odsunął się niecierpliwie od tamtych dwojga, którzy przyglądali mu się, jakby był aktorem. Dlaczego tak się oburzał na Wzgórza? Posada rejestrowanego lennika Wzgórz jest bardzo intratna – nie zdarza się, żeby ktoś narzekał. A on narzeka. Może to z jego strony brak poczucia realizmu, anachroniczny przeżytek, jakiego zakład wychowawczy dla dzieci nie potrafił w nim wykorzenić. W każdym razie znosił to wszystko dość długo, nie mógł dłużej.