Płyńcie łzy moje, rzekł policjantTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przełożył

Zbigniew A. Królicki


Dom Wydawniczy REBIS

Poznań 2013


Serce przeszyte strzałą

Philip K. Dick napisał powieść Płyńcie łzy moje, rzekł policjant w 1970 roku, inspiracją było mu zaś przede wszystkim to, co zdarzyło się tamtej wiosny, dokładniej w maju, i co określiło jego los na parę następnych lat.

W maju właśnie spróbował po raz pierwszy meskaliny (i dlatego bohater tej właśnie powieści znajduje się pod wpływem meskaliny podczas jednej z kluczowych scen). W liście do Rogera Zelaznego, napisanym we wrześniu tamtego roku, stwierdził, że było to „absolutnie niezwykłe doświadczenie; poczułem wszechogarniającą miłość i długo nie mogłem przestać płakać”. Efekt okazał się całkiem trwały. W tym samym liście wspomniał o zdarzeniach nieco późniejszych, gdy się dowiedział, że jego żona zamierza odejść od niego wskutek romansu z czarnoskórym sąsiadem. Jak stwierdził: „Nie żywię nienawiści ani do niej, ani do niego. Chciałem nawet wysłać mu wyrysowane na kartce serce przeszyte strzałą”. Gdy pod koniec powieści Płyńcie łzy moje… Felix Buckman próbuje wyrazić bez słów żal po stracie siostry bliźniaczki, czyni to, dając obcemu człowiekowi, także czarnoskóremu, kartkę z rysunkiem serca przebitego strzałą.

W tym samym czasie Dick napisał do innej osoby:

Po miesiącach, gdy nic nie byłem w stanie stworzyć, ukończyłem nową powieść, zatytułowaną Płyńcie łzy moje, rzekł policjant. To science fiction, ale nie zadaję już w tym tekście pytania, co jest prawdą, a co halucynacją, jak robiłem praktycznie we wszystkich wcześniejszych utworach. Ta powieść przepojona jest afirmacją; zamiast pytać, co jest prawdziwe, przedstawiam czytelnikowi to, co moim zdaniem jest prawdą. Jest w tym miłość, której nigdy wcześniej nie odczuwałem. Miłość do innych, nawet obcych ludzi!

Dick miał okazję poddać tę miłość sprawdzianowi, ponieważ żona naprawdę go opuściła, zabierając trzyletnią córkę, a w kilku następnych miesiącach doświadczył całkowitego rozpadu swego świata. Odciąwszy się od dawnego życia, trafił do ośrodka rehabilitacyjnego dla byłych narkomanów, i to ośrodka w całkiem obcym kraju, gdzie z tłumem podobnych mu ludzi ciężko pracował fizycznie.

Jednak to wszystko miało dopiero nadejść, wcześniej zaś napisał Płyńcie łzy moje… W liście wysłanym w sierpniu do agenta stwierdził: „Sądzę, że to najlepsza powstała kiedykolwiek powieść [science fiction]”, chociaż kilka tygodni później powiedział Rogerowi Zelaznemu, że „to najlepsza powstała kiedykolwiek powieść SF” z wyjątkiem Pana światła Rogera Zelaznego.

Płyńcie łzy moje… jest opowieścią o dwóch mężczyznach, którzy mają coś wspólnego z Dickiem, a jej główny bohater, Jason Taverner, przechodzi nawet przez te same próby losu, które Dicka dopiero czekały. Drugi zaś, tytułowy policjant, zdecydowany jest zabić Tavernera niezależnie od tego, czy będzie to w jakikolwiek sposób usprawiedliwione.

Jason Taverner jest piosenkarzem i gwiazdą programów telewizyjnych, który po zranieniu przez zgorzkniałą byłą dziewczynę budzi się w obskurnym pokoju hotelowym i stwierdza, że ten świat go nie zna. Ramówka telewizyjna nie uwzględnia jego stałych programów, stracił wszelkie dokumenty, ludzie, którzy byli mu przyjaciółmi, nigdy o nim nie słyszeli. Nie odnajduje nawet swojego aktu urodzenia.

Ja nie istnieję, powiedział sobie. Nie ma Jasona Tavernera. Nigdy nie było i nie będzie. Do diabła z moją karierą – po prostu chcę żyć. […] Znalazłem się na dnie, pomyślał. Nie mogę nawet zapewnić sobie fizycznego istnienia. Ja, człowiek, który wczoraj miał trzydziestomilionową widownię. Pewnego dnia jakoś ją odzyskam, ale nie teraz. Najpierw mam ważniejsze rzeczy do zrobienia*.

Policjant, Felix Buckman, przyjmuje, że brak jakiegokolwiek śladu istnienia Tavernera w oficjalnych dokumentach i wykazach jest skutkiem przestępstwa, traktuje to jak przypadek kryminalny. Dodatkowo ma własną tajemnicę – jest żonaty z siostrą bliźniaczką. Gdy ona umiera, po chwili z jej ciała zostaje tylko szkielet: „Na czaszce zostało parę kosmyków włosów; oprócz nich nie było już nic: ani oczu, ani reszty ciała. Sam szkielet zdążył już pożółknąć”.

Zmarła albo umierająca bliźniacza siostra to stały motyw w twórczości Dicka. Sam miał taką siostrę, która wraz z nim przedwcześnie się urodziła, jednak Jane zmarła w wieku dwóch tygodni. Matka często mu o niej opowiadała i w następnych latach nie raz i nie dwa winił swoją rodzicielkę, a czasem nawet siebie, o śmierć Jane. W tej powieści powierza własne, z dawna noszone pod sercem poczucie winy, swój własny żal policjantowi Buckmanowi. To jego łzy po stracie siostry mieszają się ze łzami wylanymi przez Johna Dowlanda w pewnym szesnastowiecznym wierszu:

Płyńcie łzy moje poprzez smutku knieje!

Wygnani na wieki, niechże was opłaczę;

Gdzie czarny ptak nocy haniebną pieśń pieje,

Tam dni pędzić będą tułacze.

Akcja książki została osadzona w 1986 roku, czyli szesnaście lat w przyszłości Dicka. Przedstawiony w niej świat jest państwem policyjnym, dyktaturą, w której czarnoskórzy są praktycznie na wyginięciu, ponieważ „w strasznych czasach Insurekcji Kongres przegłosował ustawę Tidmana o przymusowej sterylizacji”, a dawne kampusy uniwersyteckie zostały zamienione w prowizoryczne więzienia. Zamieszkujący w podziemnych komunach studenci są zabijani, jeśli spróbują z nich uciec.

Była to przejaskrawiona wizja Stanów Zjednoczonych z roku 1970. Takich Stanów, jak je postrzegał Dick. W liście do Stanisława Lema opisał swoje życie w Kalifornii jako egzystencję pod presją „okrutnego systemu” ze stałym „nadzorem policyjnym”.

W powieściowej przyszłości brak szczególnego postępu technicznego. Owszem, samochody unoszą się w powietrzu, ale wciąż klekoczą jak stare graty. Muzykę wydaje się na winylach i odtwarza na zwykłych gramofonach, a sławna na cały świat piosenkarka ma sztuczny ząb, który musi każdorazowo wklejać sobie na miejsce, poza tym zaś trzyma go w szklance z pianką dentystyczną.

Pod koniec 1970 roku powieść była „już napisana, przejrzana i poprawiona” i w tej postaci znalazła się w ognioodpornym sejfie. Jak stwierdził Dick: „muszę jeszcze tylko przepisać ją, by wysłać ostateczną wersję”. We wrześniu 1970 napisał do swojej byłej żony Anne: „Ta powieść to podsumowanie mojej twórczości i nie mam żadnych dalszych planów”.

Musiały jednak minąć jeszcze dwa lata, nim ostatecznie została przepisana i wysłana.

Pod koniec września 1970, gdy żona i córka już się wyprowadziły, nękany samotnością Dick udostępnił swój dom w San Rafael licznej i bardzo zmiennej, jeśli chodzi o skład, grupie młodych ludzi, w tym małoletnich uciekinierów z różnych miejsc. Wszyscy oni brali amfetaminę w trudnych od ogarnięcia ilościach, toteż nieuchronnie znalazło się wśród nich także wielu narkomanów i dealerów. Sam Dick rzadko wychodził wtedy z domu, wypełniając dni słuchaniem muzyki klasycznej, narkotykami i toczonymi długo w noc filozoficznymi dyskusjami. Na dodatek wielu jego gości było uzbrojonych (a jeden z nich zmajstrował nawet kiedyś tłumik z poduszki i folii aluminiowej; gdy przymocował go do lufy pistoletu i wypróbował na tylnym podwórku, okazało się, że jego wynalazek potężnie wzmacnia huk wystrzału, miast go wyciszać). Całe to towarzystwo, w większości zdecydowanie młodociane, wydawało się nieświadome, że szczodry gospodarz trudnił się kiedyś pisaniem książek.

W sierpniu 1971 roku Dick przekazał maszynopis Płyńcie łzy moje… swojemu prawnikowi na przechowanie, a trzy miesiące później doszło do spektakularnego włamania do domu Dicka. Sam gospodarz na szczęście był akurat nieobecny. W swoim dzienniku opisał później to, co zastał po powrocie: „okna wybite, drzwi wyłamane, zamki zniszczone, większość moich rzeczy i sprzętów zniknęła…” W liście do Lema dodał zaś: „Mój dom stał się obiektem napaści i rabunku w wykonaniu paramilitarnej bojówki wynajętej przez faszystowskie organizacje”, co w jakiejś mierze mogło być nawet zgodne z prawdą, chociaż Dick nigdy nie zdeklarował się ostatecznie, jakie były jego zdaniem kulisy całego zdarzenia. Porzucony przez niemal wszystkich dotychczasowych towarzyszy mieszkał w tym domu jeszcze trzy miesiące, po czym poleciał do Kanady, dokąd zaproszono go na jeden z konwentów science fiction jako gościa honorowego. Gdy minął konwentowy weekend, Dick został w Kanadzie i nigdy już nie wrócił do swego spustoszonego domu.

Nie udało mu się jednak zapuścić korzeni w nowym kraju. Prawdę mówiąc, czuł się tam bardziej nie na miejscu niż gdziekolwiek i kiedykolwiek wcześniej. 23 marca 1971 roku, mieszkając samotnie i prawie bez pieniędzy w wynajętym mieszkaniu w Vancouver, podjął próbę samobójczą, przyjmując dużą dawkę bromku potasu. Tyle że nim stracił przytomność, zdołał zadzwonić do centrum zapobiegania samobójstwom, dzięki czemu trafił do ośrodka odwykowego dla narkomanów, prowadzonego przez fundację X-Kalay.

Jak napisał potem do Willisa McNelly’ego, znajomego profesora z California State University w Fullerton:

Zdołowało mnie. Żal, samotność, rozpacz i poczucie wyobcowania w nieznanym mieście całkiem innego kraju, gdzie nikogo prawie nie miałem, a jednocześnie czułem się uzależniony od tej garstki ludzi, których zdarzyło mi się wcześniej spotkać…

 

Nieco później, w liście do pisarza Raya Nelsona, stwierdził także:

Ci, z którymi zadawałem się przez ostatni rok w San Rafael, ściągali mnie coraz niżej, aż wylądowałem na dnie; tutaj, w Vancouver, zacząłem wszystko od nowa wraz z innymi przegranymi ćpunami, jak i oni szybko dochodząc do siebie. X-Kalay odcięła mnie całkowicie od dawnego towarzystwa, nie pozwalając na rozmowy telefoniczne, wizyty i w ogóle nic. Kompletnie zerwałem z przeszłością, światem zewnętrznym, niegdysiejszymi przyjaciółmi.

Pobyt w ośrodku X-Kalay, gdzie wraz z innymi odwykowcami zmywał codziennie naczynia i sprzątał kible, wydał mu się zdumiewająco wręcz odświeżającym czasem.

Nie trwało długo, a zaczął pisać dla X-Kalay różne teksty dla działu PR i obsługa ośrodka miała nawet nadzieję, że na dobre z nimi zostanie. Stało się jednak inaczej. Gdy profesor McNelly wykorzystał fragment listu od Dicka podczas swoich zajęć poświęconych science fiction, dwie dziewczyny z grupy stwierdziły, że ich współlokatorka właśnie się wyprowadziła i mają wolne miejsce, zatem gdyby Dick chciał przyjechać, mógłby z nimi zamieszkać.

McNelly przekazał propozycję, a Dick, który wciąż poszukiwał swojego miejsca, od razu ją przyjął. Nie zwlekając ani chwili, wsiadł do samolotu i wylądował na Los Angeles International Airport, leżącym godzinę drogi na zachód od Fullerton. Czekała tam na niego cała grupa: owe dwie dziewczyny, które miały go przyjąć pod swój dach, jeszcze jedna dziewczyna, Linda Levy, która także z nim korespondowała, oraz ja. Znałem wówczas tylko jedną powieść Dicka, Czas poza czasem, czytaną kilka lat wcześniej. Nie mam pojęcia, czy moje towarzyszki kojarzyły jego twórczość, chociaż nie można tego wykluczyć.

Pamiętam, jak zobaczyłem go zaraz za bramkami kontroli celnej. W ręku niósł Biblię, dla zjednania celników, jak później powiedział, a walizkę miał obwiązaną kablem od przedłużacza. Był w starej kurtce, która wydawała się na niego za mała (praca fizyczna w X-Kalay sprawiła, że rozrósł się w ramionach). Uśmiechał się serdecznie, mimo to wyglądał mi na kogoś wyczerpanego i bez pomysłu na życie, egzystującego tylko dzięki emocjom.

Pod drodze do Fullerton zatrzymaliśmy się w domu Normana Spinrada w Hollywood, jednak reszta starych przyjaciół długo jeszcze nic nie wiedziała o powrocie Dicka. Musiały minąć długie miesiące, nim przekazał swój nowy adres starym znajomym z Bay Area.

W grudniu 1972 roku napisał do Rogera Zelaznego: „Nie jestem do końca pewien, czy odzyskałem swoją tożsamość, a jeśli tak, to czy jest to ta sama tożsamość co wcześniej…”

W tym okresie, który był bez wątpienia dalszym ciągiem ogólnej rehabilitacji rozpoczętej w X-Kelay, trzymał głównie z nami, czyli o połowę młodszymi od niego studentami. Pod tym względem byliśmy podobni do jego kompanów z San Rafael, niemniej tym razem w krajobrazie nie pojawiały się narkotyki i broń. W lipcu 1972 roku poznał dziewczynę, która została później jego piątą żoną. Mieszkali razem przez blisko rok, aż pobrali się w kwietniu roku 1973.

Pod koniec 1972 roku Dick poprosił swojego prawnika o zwrot tekstu Płyńcie łzy moje… Do lutego następnego roku przepisał powieść w ostatecznej formie i sprzedał ją wydawnictwu Doubleday, które opublikowało ją w 1974 roku.

Tyle że dokonując w 1972 roku finalnych poprawek, nie był już tym samym człowiekiem, który dwa lata wcześniej napisał pierwszą wersję powieści. Musiał zmienić to i owo, jak na przykład w rozdziale piątym, gdzie Taverner wspomina o „studenciakach z California State University w Fullerton” [w oryginale zwanych jeters]. K. W. Jeter był studentem tej właśnie uczelni, poznanym przez Dicka w 1972 roku. Bez wątpienia zmian było więcej, ale też pomiędzy napisaniem powieści a nadaniem jej ostatniego szlifu Dick doświadczył niemal dokładnie tego samego, co przydarzyło się jego bohaterowi. Tak jak Jason Taverner stracił nagle rodzinę oraz wszystkich przyjaciół i uciekając przed mrocznymi, nieznanymi bliżej siłami, schronił się w całkiem obcym miejscu wśród ludzi, którzy wcześniej nigdy o nim nie słyszeli. Ostatecznie zaś, odzyskując krok po kroku swoją tożsamość, musiał się zmierzyć z odkryciem, że nie jest już tym samym człowiekiem, nie jest sobą sprzed tego dnia, gdy jego świat się zapadł. Można powiedzieć, że w pewien szczególny sposób książka Płyńcie łzy moje… nabrała metaforycznie autobiograficznego charakteru, i to w sposób, którego Philip K. Dick z 1970 roku nijak nie mógł przewidzieć.

Tim Powers

Przełożył Radosław Kot

* Wszystkie cytaty z powieści w przekładzie Zbigniewa A. Królickiego.

Tę książkę dedykuję

ukochanej Tessie.

Ona jest moją pieśnią

CZĘŚĆ PIERWSZA

Płyńcie łzy moje poprzez smutku knieje!

Wygnani na wieki, niechże was opłaczę;

Gdzie czarny ptak nocy haniebną pieśń pieje,

Tam dni pędzić będą tułacze.


Rozdział pierwszy

We wtorek, 11 października 1988 roku, Jason Taverner Show skończył się trzydzieści sekund przed czasem. Technik, obserwujący program przez plastikową bańkę kopuły kontrolnej, zamroził na ekranie ostatni wynik, po czym skinął na Jasona Tavernera, który zamierzał zejść ze sceny. Technik postukał palcem w przegub i pokazał na usta.

– Nadal ślijcie do nas kartki i listy. A teraz zostańcie przed ekranami, żeby obejrzeć Przygody Scotty’ego, nadzwyczajnego psa – gładko powiedział do mikrofonu Jason.

Technik uśmiechnął się, Jason odpowiedział mu uśmiechem; wyłączono zarówno fonię, jak i wizję. Godzinny show muzyczno-kabaretowy, zajmujący drugie miejsce na liście najlepszych programów telewizyjnych roku, dobiegł końca. Wszystko poszło dobrze.

– Gdzie zgubiliśmy pół minuty? – zapytał Jason gościa specjalnego swojego wieczoru, Heather Hart. Był lekko zdziwiony. Lubił kończyć punktualnie.

– Wszystko w porządku, moje maleństwo – odrzekła Heather Hart. Położyła mu chłodną dłoń na lekko spoconym czole i czule pogładziła kosmyk jego jasnych włosów.

– Czy zdajesz sobie sprawę, jaką masz nad nimi władzę? – spytał Jasona ich agent, Al Bliss, podchodząc bliżej – zbyt blisko, jak zawsze. – Trzydzieści milionów widzów patrzyło dziś wieczór, jak zapinasz rozporek. To swego rodzaju rekord.

– Zapinam rozporek co tydzień – rzekł Jason. – To mój znak firmowy. Czyżbyś nie oglądał mojego programu?

– Trzydzieści milionów – powtórzył Bliss; na jego okrągłej rumianej twarzy perliły się krople potu. – Pomyśl o tym. A jeszcze będą powtórki.

– Prędzej umrę, nim doczekam się jakichś pieniędzy za powtórki tego show. I Bogu dzięki – odparł krótko Jason.

– Pewnie umrzesz dziś wieczór – powiedziała Heather – bo na zewnątrz czeka zbity tłum twoich wielbicieli. Tylko czekają, żeby rozszarpać cię na kawałki wielkości znaczków pocztowych.

– Niektórzy z nich to pani wielbiciele, panno Hart – rzekł Bliss głosem zziajanego psa.

– Niech ich szlag – rzuciła szorstko Heather. – Czemu sobie nie pójdą? Czy w ten sposób nie łamią przepisów, na przykład o zgromadzeniach?

Jason wziął ją za rękę i mocno uścisnął, ściągając na siebie jej spojrzenie i groźne zmarszczenie brwi. Nie rozumiał jej niechęci do fanów; dla niego byli podstawą publicznej egzystencji, a publiczne istnienie w roli artysty światowej sławy było kwintesencją istnienia i kropka.

– Skoro tak uważasz – powiedział do Heather – nie powinnaś być artystką kabaretową. Powinnaś dać sobie spokój, zająć się działalnością społeczną w jakimś obozie pracy.

– Tam też są ludzie – odparła ponuro Heather.

Do Jasona i Heather przecisnęli się dwaj policjanci z ochrony.

– Oczyściliśmy korytarz najlepiej, jak było można – wysapał grubszy. – Chodźmy już, panie Taverner, zanim tłum obstawi boczne wyjścia.

Dał znak trzem innym policjantom, którzy natychmiast ruszyli ku rozgrzanemu, zapchanemu przejściu wiodącemu na pogrążoną w mroku ulicę. Czekał tam zaparkowany rolls w całej swojej kosztownej wspaniałości, pulsując odrzutowym silnikiem na jałowym biegu. Jak mechaniczne serce, pomyślał Jason. Serce, które biło tylko dla niego – gwiazdy telewizji. No cóż, prawdę mówiąc, pulsowało również, odpowiadając na potrzeby Heather.

Zasłużyła na to – tego wieczoru śpiewała dobrze. Prawie tak dobrze jak… Jason uśmiechnął się w duchu. Do licha, spójrzmy prawdzie w oczy, pomyślał. Oni nie włączają tych wszystkich trójwymiarowych odbiorników telewizyjnych, żeby oglądać gościa specjalnego programu. Na świecie jest co najmniej tysiąc gości specjalnych programu, a jeszcze kilku w koloniach na Marsie.

Włączają telewizory, pomyślał, żeby oglądać mnie. Ja zawsze tam jestem. Jason Taverner nigdy nie zawiódł i nie zawiedzie swoich wielbicieli, cokolwiek Heather myśli o swoich fanach.

– Nie lubisz ich – mówił Jason, gdy przepychali się, przeciskali i kluczyli dusznym, cuchnącym potem korytarzem – bo nie lubisz siebie. Uważasz, że mają zły gust.

– Oni są głupi – mruknęła Heather i zaklęła pod nosem, gdy wielki płaski kapelusz sfrunął jej z głowy i zniknął na zawsze w wielorybim brzuchu napierających fanów.

– Są zwyczajni – rzekł Jason, przyciskając wargi do jej ucha, częściowo ukrytego w gąszczu płomiennorudych włosów. Tę słynną kaskadę loków często i wiernie kopiowano w salonach piękności całej Ziemi.

– Nie wymawiaj tego słowa – warknęła Heather.

– Są zwyczajni – powtórzył Jason – i stuknięci. Ponieważ – skubnął zębami jej ucho – ponieważ trzeba być stukniętym, żeby być zwyczajnym. Prawda?

– O Boże – westchnęła – znaleźć się w statku lecącym przez pustkę. Właśnie tego pragnę: nieskończonej pustki. Żadnych ludzkich głosów, żadnych ludzkich zapachów ani szczęk przeżuwających plastikową gumę do żucia w dziewięciu opalizujących kolorach.

– Naprawdę ich nienawidzisz.

– Tak. – Kiwnęła głową. – Tak samo jak ty.

Przystanęła na moment i zwróciła ku niemu twarz.

– Wiesz, że straciłeś ten swój cholerny głos; wiesz, że wykorzystujesz minione dni chwały, które już nigdy nie wrócą. – Po chwili ciepło uśmiechnęła się do niego. – Czyżbyśmy się starzeli? – powiedziała, zagłuszając pomruki i piski tłumu. – Razem? Jak mąż i żona?

– Szóstaki się nie starzeją – odparł Jason.

– Ależ tak – rzekła Heather. – Tak. – Uniosła rękę i dotknęła jego falistych jasnych włosów. – Od jak dawna je farbujesz, kochanie? Od roku? Od trzech?

– Wsiadaj do statku – rzekł krótko, popychając ją przed sobą przy wyjściu z budynku i na trotuarze bulwaru Hollywood.

– Wsiądę – oznajmiła Heather – jeśli wyciągniesz wysokie B-dur. Pamiętasz, jak…

Siłą wepchnął ją do środka, wcisnął się za nią i obrócił, żeby pomóc Alowi Blissowi zamknąć drzwi; wkrótce byli już w górze, na zasnutym deszczowymi chmurami nocnym niebie. Wielkie, rozjarzone niebo Los Angeles było jasne jak w biały dzień. Tak właśnie jest, dla ciebie i dla mnie, pomyślał. Dla nas obojga, zawsze tak będzie. Zawsze będzie tak jak teraz, ponieważ jesteśmy szóstakami. Oboje. Czy oni o tym wiedzą, czy nie.

A nie wiedzą, pomyślał posępnie, radując się ponurym humorem tego stwierdzenia. Wiedza, jaką oboje posiedli i zachowywali dla siebie, ponieważ tak miało być. I zawsze tak było… nawet teraz, kiedy wszystko poszło tak źle, źle przynajmniej w oczach projektantów. Wielkich uczonych, którzy zgadywali i pomylili się. Czterdzieści pięć wspaniałych lat temu, kiedy świat był młody, a krople deszczu ciągle wisiały na uschniętych teraz drzewach wiśniowych w Waszyngtonie, D.C. I zapach wiosny unoszący się nad tym szacownym eksperymentem, przynajmniej przez krótki czas.

– Polećmy do Zurychu – powiedział głośno.

– Jestem zbyt zmęczona – odparła Heather. – A zresztą to miejsce mnie nudzi.

– Dom?

Był zdumiony. Heather wybrała go dla nich obojga i całymi latami dawał im schronienie – szczególnie przed fanami, których tak bardzo nie znosiła.

Heather westchnęła i rzekła:

– Dom. Szwajcarskie zegarki. Chleb. Kamienie bruku. Śnieg na wzgórzach.

– Na szczytach – poprawił, wciąż rozzłoszczony. – No cóż, do licha, polecę bez ciebie.

– I zabierzesz kogoś innego?

Jason nie zrozumiał.

 

– Chcesz, żebym zabrał tam kogoś innego? – spytał.

– Ty i ten twój magnetyzm. Twój czar. Mógłbyś zaciągnąć do tego swojego wielkiego łóżka każdą dziewczynę na świecie. Chociaż potem nie byłbyś już taki wspaniały.

– Boże – odparł z obrzydzeniem. – Ty znowu o tym. Zawsze te same pretensje. A te całkowicie urojone powtarzasz z największym uporem.

Obróciwszy się do niego, Heather powiedziała z powagą:

– Jesteś świadomy swojego wyglądu nawet teraz, w twoim wieku. Wiesz, że jesteś piękny. Co tydzień trzydzieści milionów ludzi wpatruje się w ciebie przez godzinę. I nie interesuje ich twój śpiew… tylko twoja niezaprzeczalna uroda.

– To samo można powiedzieć o tobie – rzekł ostrożnie. Był zmęczony, pragnął odosobnienia i spokoju przedmieść Zurychu, cicho czekających na ich kolejny powrót. Wydawało się, że dom chce, by w nim zostali; nie na noc czy na tydzień, ale na zawsze.

– Po mnie nie widać, ile mam lat – odparła Heather.

Zerknął na nią, następnie przyjrzał się uważniej. Gęstwina rudych włosów, jasna skóra z kilkoma piegami, silny rzymski nos. Głęboko osadzone wielkie niebieskie oczy. Miała rację: nie było po niej widać, ile ma lat. Ona oczywiście nigdy nie włączała się do sekssieci telefonicznej, tak jak on. Prawdę mówiąc, robił to bardzo rzadko. Dzięki temu nie popadł w nałóg, nie miał uszkodzonej kory mózgowej ani przedwcześnie się nie zestarzał.

– Wyglądasz cholernie dobrze – przyznał niechętnie.

– A ty? – spytała.

Nie powinno to nim wstrząsnąć. Wiedział, że wciąż ma swój urok, charyzmę wpisaną w chromosomy czterdzieści dwa lata temu. To prawda, że jego włosy były niemal całkiem siwe i musiał je farbować. Tu i tam pojawiło się kilka zmarszczek. Jednak…

– Dopóki będę miał głos – odparł – wszystko będzie dobrze. Zdobędę wszystko, czego zapragnę. Mylisz się co do mnie – to twoja szóstacza powściągliwość, twój ukochany tak zwany indywidualizm. No dobrze, jeśli nie chcesz polecieć do domu w Zurychu, to dokąd chcesz lecieć? Do ciebie? Do mnie?

– Chcę cię poślubić – powiedziała Heather. – Wtedy nie będziemy mówili o twoim czy moim domu, ale o naszym. A ja przestanę śpiewać i będę miała troje dzieci, wszystkie podobne do ciebie.

– Dziewczynki też?

– Będą sami chłopcy.

Pochylił się i pocałował ją w nos. Uśmiechnęła się, wzięła go za rękę i poklepała po niej czule.

– Możemy polecieć, dokąd zechcesz – rzekł do niej cichym, stanowczym, opanowanym, niemal ojcowskim głosem; to zazwyczaj działało na Heather, kiedy wszystko inne zawodziło. Zawsze mogę po prostu odejść, pomyślał.

Obawiała się tego. Czasami, kiedy się kłócili, szczególnie w domu w Zurychu, gdzie nikt nie mógł ich podsłuchać i rozdzielić, widział lęk na jej twarzy. Perspektywa samotności przerażała ją – on o tym wiedział i ona też. Ten strach był częścią ich wspólnego życia, ale nie tego przeznaczonego na użytek publiczności, które jako zawodowi artyści całkowicie i racjonalnie kontrolowali. Jakkolwiek byliby zagniewani czy wzburzeni, funkcjonowali razem w wielkim świecie widzów, wielbicieli, hałaśliwych fanów. Nawet głęboka nienawiść nie mogła tego zmienić.

Między nimi nie mogło być jednak nienawiści. Zbyt wiele ich łączyło. Tak wiele brali od siebie nawzajem. Nawet przelotny kontakt fizyczny, taki jak teraz, kiedy siedzieli w lecącym rollsie, sprawiał im przyjemność. Przynajmniej dopóki trwał.

Sięgnął do wewnętrznej kieszeni szytego na miarę garnituru z prawdziwego jedwabiu – zapewne jednego z dziesięciu na całym świecie – i wyjął plik banknotów z rządowym certyfikatem. Była ich spora liczba, ściśniętych w nieduży, ale nabity zwitek.

– Nie powinieneś nosić przy sobie tyle gotówki – upomniała go Heather tonem apodyktycznej matki, którego tak bardzo nie lubił.

– To – odparł Jason, pokazując banknoty – utoruje nam drogę wszędzie…

– Jeżeli jakiś nie rejestrowany student, który zeszłej nocy wypełzł ze swojej nory w kampusie, nie odetnie ci ręki w przegubie i nie ucieknie z nią oraz twoimi pieniędzmi. Zawsze lubiłeś imponować. Imponować i olśniewać. Spójrz na swój krawat. Tylko spójrz! – Podniosła głos; wyglądała na poważnie rozzłoszczoną.

– Życie jest krótkie – rzekł Jason. – A powodzenie jeszcze krótsze.

Umieścił jednak zwitek banknotów w wewnętrznej kieszeni płaszcza i wygładził wybrzuszenie powstałe w nienagannie skrojonej marynarce.

– Chciałem ci za to coś kupić – powiedział. Właściwie ten pomysł przyszedł mu do głowy dopiero w ostatniej chwili; przeznaczył te pieniądze na całkiem inny cel: chciał zabrać je do Las Vegas, do stołów gry w blackjacka. Jako szóstak mógł zawsze wygrywać w blackjacka – i robił to – ponieważ miał przewagę nad pozostałymi graczami, także nad rozdającym. A nawet, pomyślał z satysfakcją, nad szefem sali.

– Kłamiesz – rzekła Heather. – Niczego nie zamierzałeś mi kupić; nigdy tego nie robisz, jesteś zbyt samolubny i myślisz tylko o sobie. To pieniądze na dziwki; chciałeś kupić sobie jakąś piersiastą blondynę i pójść z nią do łóżka. Pewnie w naszym domu w Zurychu, którego, o ile pamiętasz, nie widziałam już od czterech miesięcy. Równie dobrze mogłabym być w ciąży.

Uznał za dziwne, że ze wszystkich możliwych zarzutów, jakie mogły przyjść jej do głowy, wybrała właśnie ten. W Heather było jednak wiele rzeczy, których nie mógł zrozumieć; tak jak przed swoimi fanami, wiele przed nim ukrywała.

Jednakże w miarę upływu lat dużo się o niej dowiedział. Wiedział na przykład, że w 1982 roku przerwała ciążę, co starannie ukrywała. Wiedział, że przez pewien czas żyła w nieformalnym związku z przywódcą studenckiej komuny i mieszkała cały rok w norach Columbia University wśród brodatych, śmierdzących studentów ukrywających się przed policją i wojskiem. Policja i Gwardia Narodowa, otaczające każdy kampus, nie pozwalały, by studenci rozeszli się wśród społeczności jak rzesze czarnych szczurów uciekających z tonącego statku.

Wiedział też, że przed rokiem została zatrzymana za posiadanie narkotyków. Tylko bogata i wpływowa rodzina zdołała ją z tego wyciągnąć – jej pieniądze, urok i sława nie miały żadnego znaczenia w konfrontacji z policją.

Heather była trochę przestraszona tym, co ją spotkało, ale Jason wiedział, że doszła już do siebie. Jak każdy szóstak miała nadzwyczajną zdolność regenerowania sił. Troskliwie obdarzono nią każdego z nich, obok wielu, wielu innych cech. Nawet on, w wieku czterdziestu dwóch lat, nie poznał jeszcze wszystkich. A przecież i jemu przydarzyło się wiele – długo wspinał się na szczyt kariery po trupach innych artystów.

– Te „wystrzałowe” krawaty… – zaczął, ale w tym momencie zadzwonił telefon. Odebrał i powiedział „halo”. Pewnie był to Al Bliss z informacjami o notowaniach dzisiejszego programu.

Okazało się, że nie. W słuchawce usłyszał dziewczęcy głos, świdrujący i piskliwy.

– Jason? – powiedziała głośno dziewczyna.

– Taak – odparł. Zasłaniając dłonią słuchawkę, rzekł do Heather: – To Marilyn Mason. Po co, do diabła, dałem jej numer telefonu?

– Kim jest Marilyn Mason?

– Powiem ci później. – Zdjął rękę ze słuchawki. – Tak, moja droga, tu naprawdę Jason we własnej reinkarnowanej osobie. O co chodzi? Masz taki dziwny głos. Znów chcą cię eksmitować?

Mrugnął do Heather i skrzywił się.

– Pozbądź się jej – powiedziała Heather.

Ponownie zasłonił dłonią słuchawkę i odrzekł:

– Zrobię to; przecież próbuję, nie widzisz? – Do telefonu zaś powiedział: – No dobrze, Marilyn. Wylej przede mną swoje żale, po to właśnie jestem.

Przez dwa lata Marilyn Mason była jego protegowaną, jeśli można to tak nazwać. W każdym razie chciała zostać piosenkarką – sławną, bogatą, uwielbianą – jak on. Pewnego dnia pojawiła się w studiu podczas próby; zwrócił na nią uwagę. Ściągnięta, zatroskana twarzyczka, krótkie nogi, o wiele za krótka spódniczka – wszystko to, jak zwykle, dostrzegł na pierwszy rzut oka. Tydzień później załatwił jej przesłuchanie w Columbia Records, z ich zespołem i szefem nagrań.

Przez ten tydzień sporo się wydarzyło, ale nie miało to nic wspólnego ze śpiewaniem.

– Muszę się z tobą zobaczyć. Inaczej zabiję się i wina spadnie na ciebie. Na resztę twojego życia. I powiem tej Heather Hart, że przez cały czas sypialiśmy ze sobą – piszczała mu do ucha Marilyn.

Westchnął w duchu. Do licha, był taki zmęczony, wykończony godzinnym show, podczas którego musiał się uśmiechać, uśmiechać i uśmiechać.

– Lecę do Szwajcarii, gdzie spędzę resztę nocy – powiedział stanowczo, jak do rozhisteryzowanego dziecka. To zwykle pomagało, kiedy Marilyn wpadała w taki oskarżycielski, paranoiczny nastrój. Tym razem jednak tak się nie stało.