Nasi przyjaciele z Frolixa 8

Tekst
Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przełożył

Przełożył Zbigniew A. Królicki


Dom Wydawniczy REBIS

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Philip K. Dick – Ścieżki przez ułudę

Wszyscy jesteśmy spadkobiercami książek, które czytaliśmy w młodości. Te, które odkrywamy później, także miewają na nas wpływ: potrafią nauczyć nas czegoś nowego, a nawet zmienić nasze postrzeganie świata. Jednak to właśnie książki przemawiające do czytelnika, gdy ma lat od kilku do kilkunastu, wprowadzają go w czytelniczy świat i kształtują drogę, która przezeń poprowadzi. W wypadku późniejszych pisarzy dobór młodzieńczych lektur bywa, jak sądzę, szczególnie istotny.

Dorastałem w czasach, gdy zachodnią fantastykę nie tyle w Polsce publikowano, ile nieliczne jej dzieła dopuszczano na nasz rynek w drodze wyjątku opartego na regułach, których nie rozumiałem. Podobnych do mnie małoletnich czytelników omijała przez to znaczna część anglojęzycznej klasyki. Prawdopodobnie nie nadrobiłem jej do dziś i nigdy już w pełni jej nie nadrobię. Z drugiej strony każda ukazująca się u nas powieść pisarza z Zachodu osiągała status skarbu; szalenie trudnego do zdobycia i tropionego z wytrwałością poszukiwaczy złota, a nawet zaginionych arek. Powieści Dicka, Herberta, Harrisona stawały się dla nas nieformalnymi lekturami obowiązkowymi, o których nie opowiadali nam nauczyciele, my jednak rozmawialiśmy o nich na przerwach i po lekcjach. Z wypiekami na twarzy czytaliśmy o nich w recenzjach i esejach publikowanych w miesięczniku „Fantastyka” i marzyliśmy, że kiedyś ich lektura stanie się i naszym udziałem. Czasem, gdy jakaś powieść okazywała się nieosiągalna, dyskutowaliśmy nawet o samych jej recenzjach.

W księgarniach znaleźć tych dzieł było nie sposób, jeśli nie miało się znajomej pani za ladą. Toteż szukaliśmy ich na giełdach książek, gdzie osiągały horrendalne dla naszych nastoletnich kieszeni ceny, i namawialiśmy naszych rodziców i dziadków, by użyczali nam swoich kart bibliotecznych, dzięki czemu mogliśmy korzystać z księgozbiorów bibliotek dla dorosłych.

Takim właśnie sposobem wpadł mi w ręce Ubik, powieść Philipa K. Dicka, która wypaliła w moim umyśle piętno. Nie jestem pewien, czy był on „moim pierwszym Dickiem”, wydaje mi się, że palma pierwszeństwa należy do Słonecznej loterii, niemniej to właśnie Ubik wywarł na mnie kolosalne wrażenie i do dziś pozostaję pod jego wpływem.

Oczywiście przeczytałem te powieści zbyt wcześnie. Miałem dwanaście, może trzynaście lat i powinienem był dopiero badać pogranicza literatury młodzieżowej. Jednak w owych czasach nie tyle czytałem, ile zachłannie pochłaniałem książki, a na ograniczonym polskim rynku było ich zbyt mało, by mogły zaspokoić moje apetyty. Dlatego wspólnie z kolegami sięgaliśmy po literaturę, na którą byliśmy zbyt młodzi. Z jednej strony nie wszystko z niej rozumieliśmy, z drugiej – radykalnie odmieniała ona nasze nastoletnie umysły. Świat przestawał być dla nas oswojony, stawał się groźny i pełen tajemnic. Ponieważ jednak byliśmy bardzo młodzi, nie znaliśmy lęku. Sięgaliśmy więc dalej i głębiej. Odnajdywaliśmy ukryte w biblioteczkach klubów fantastyki nieoficjalne wydania kolejnych powieści Dicka, jak Oko na niebie czy Kosmiczne marionetki, i umacnialiśmy się w przekonaniu, że to najlepszy pisarz SF w dziejach świata, oraz w wierze, że świat nie jest tym, czym się wydaje.

Co do tego drugiego mieliśmy oczywiście rację. W latach osiemdziesiątych XX wieku Polskę wciąż miażdżył uścisk komunizmu, na dodatek zdeprawowanego wojskową dyktaturą, a kształt świata, jaki usiłowano nam przedstawiać, budził wątpliwości nie tylko u dorosłych. Być może właśnie w głębokiej nieufności Philipa K. Dicka wobec rzeczywistości można upatrywać popularności tego pisarza w ówczesnej Polsce… Kiedy odkrywałem Dicka, ukazał się już Limes inferior Janusza A. Zajdla, trzy–cztery lata wcześniej został opublikowany Wir pamięci Edmunda Wnuka Lipińskiego, dostępne było już także Twarzą ku ziemi Macieja Parowskiego. Polscy fantaści starali się pisać o świecie takim, jaki widzą, o zniewoleniu i upodleniu w nieludzkim systemie, w którym wszyscy żyliśmy. Mówiliśmy wtedy, czasem z zapartym tchem, o obchodzeniu cenzury, a po fantastykę sięgali także na co dzień ludzie zazwyczaj niezbyt ją ceniący. Ponieważ mówiła prawdę.

Głęboką nieufność Dicka rozumieliśmy, jak nam się wydawało, doskonale, ponieważ dorastaliśmy z nią od najmłodszych lat. Gdybym wtedy, mając lat trzynaście–szesnaście, przeczytał Naszych przyjaciół z Frolixa 8, tylko bym się utwierdził w przekonaniu, że Dick znów napisał książkę o rzeczywistości, w której żyję. Przecież ta powieść niemal dokładnie opisuje rzeczywistość Polski lat osiemdziesiątych. Mamy w niej system oparty na tyranii wybrańców, którzy wedle „obiektywnych” kryteriów są lepsi od przeważającej liczebnie masy przeciętniaków. Władza Willisa Grama, przewodniczącego Nadzwyczajnego Komitetu Bezpieczeństwa Publicznego (nawet ta nazwa wydałaby się nam bardzo swojska), jest praktycznie nieograniczona. Pod wpływem chwili, z powodu kaprysu może on wysłać policję, by aresztowała bądź zlikwidowała dowolnie wskazanego obywatela. Ci, którzy podpadli rządowi, znikają, najczęściej trafiając do obozów koncentracyjnych. Wszechobecna jest cenzura, a rozprowadzanie nielegalnych powieści i publicystyki wiąże się ze znacznym ryzykiem. Tym bardziej że cała opozycja jest zinfiltrowana przez policję. Prawie wszechmocni urzędnicy niższego szczebla mogą decydować o losie jednostki, a testy dla dzieci są fałszowane, by ograniczać dostęp do elity. Co więcej, bohaterowie wierzą, że jedyną szansą na wyzwolenie jest pomoc z zewnątrz. Jak to u Dicka, pokładają nadzieję w mesjaszu, nie do końca zrozumiałym, ale wyczekiwanym Thorsie Provonim, który wymknął się siepaczom systemu i uciekł w kosmos w poszukiwaniu sojuszników. Tak jak bohaterowie powieści spoglądali w gwiazdy, tak my patrzyliśmy z tęsknotą na mityczny Zachód (w szczególności na USA), gdzie wszystko było dozwolone i skąd miała przybyć pomoc. Nie rozumieliśmy tej Ameryki, tak jak postaci Dicka nie rozumieją obcych, ale nie widzieliśmy dla siebie innej szansy. Nastoletni ja po przeczytaniu Naszych przyjaciół… w latach osiemdziesiątych zdziwiłby się, jak niezwykle trafnie amerykański pisarz opisał jego świat.

Pochlebiam sobie, że dziś potrafię spojrzeć nieco szerzej. Już wiem, że Limes inferior Janusza A. Zajdla wcale nie opowiadał tylko o komunizmie, że była to powieść znacznie bogatsza i ważniejsza. Tak samo Philip K. Dick pisał uniwersalniej, niż wydawać by się mogło nam, zniewolonym przez postrzeganie świata ograniczone do zmagań z pułapkami i kłamstwami konkretnego systemu.

Jednym z problemów fantastyki naukowej jest obawa przed starzeniem się przedstawianej wizji. Szczególnie rażące jest to w kinie. Miłośnicy serii Star Wars wymyślają niestworzone teorie na temat zaawansowania technicznego w Dalekiej Galaktyce, aby wytłumaczyć, dlaczego w świecie, w którym olbrzymie kosmiczne krążowniki podróżują z wielokrotnością prędkości światła, przesłanie niewielkiego pakietu danych przekracza możliwości techniczne gwiezdnych flot, a supernowoczesną Gwiazdą Śmierci kieruje komputer, który uznalibyśmy za przestarzały już dwadzieścia lat temu. Za każdym razem, gdy fantastyka usiłuje przewidywać, a zwłaszcza kreować dokonania techniki i technologii przyszłości, wkracza na niebezpieczne terytorium. Świat niejednokrotnie wyprzedzał wizje fantastów, a my dożyliśmy czasów, które im wydawały się bezpiecznie odległą przyszłością. Wiemy na przykład, że Los Angeles roku 2019 raczej nie będzie wyglądać jak w filmie Blade Runner, stanowiącym adaptację powieści Dicka Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Bardzo wątpię też, byśmy zdołali do końca 2019 roku odnaleźć w dalekim kosmosie szkielet istoty zdolnej stwarzać światy i zaludniać je stworzonymi przez siebie stworzeniami (odkrycie to pozwoliło władzom w Naszych przyjaciołach… ogłosić śmierć Boga).

Philip K. Dick uniknął tej pułapki. Choć w jego powieściach sporo jest typowych dla klasycznej SF gadżetów: komputerów obliczających dla rządów prawdopodobieństwa powodzenia różnych przedsięwzięć, latających samochodów, telepatów i genialnych naukowców budujących niebezpieczne wynalazki, chociaż Ziemianie podbijają kosmos, a czasem budują inteligentne androidy z trudem odróżnialne od ludzi, amerykański pisarz skupiał się na zagubieniu człowieka w świecie, którego bohaterowie nie rozumieją, i na zniewoleniu, jakie staje się udziałem każdego z nas. Bohaterami Dicka rzadko – jeśli w ogóle – są prawdziwi herosi. Wolał opowiadać o takich jak my, zwyczajnych obywatelach systemu bez telepatycznych czy telekinetycznych mocy, zmagających się z brakiem pieniędzy niezbędnych choćby po to, by otworzyć drzwi własnego mieszkania. Przerażony postępami i podstępami systemu władzy Dick był szalenie krytyczny także wobec kapitalizmu, co dziś znacznie nam łatwiej zrozumieć niż trzydzieści lat temu. Sądzę jednak, że odczytywanie powieści Dicka wyłącznie przez pryzmat krytyki konkretnych systemów politycznych znacznie by nas zubożyło. Zniewolenie to stan powszechny i każdy, nawet najdoskonalszy system może nam je zaaplikować.

 

Choć w świecie Naszych przyjaciół… alkohol jest zabroniony, to już narkotyki, podawane w rozmaitych konfiguracjach, są – za przyzwoleniem władz – powszechnie dostępne. Dick jest przy tym świadom, że swego rodzaju narkotykiem, a zatem katalizatorem przemian świadomości, może być niemal wszystko. Dlatego żona jednego z bohaterów daje się ogłupiać telewizji, a wpływające na zmianę poglądów nielegalne książki sprzedawane są niczym narkotyki – w podejrzanych melinach, w porcjach, które mogą oddziaływać na czytelnika słabiej lub silniej w zależności od tego, ile za nie zapłaci. Nawet dilerzy nielegalnej bibuły zachowują się w znajomy sposób – pierwsza porcja jest za darmo albo sponsorowana. I tak naprawdę nie wiemy, czy bohater, który skrzywdzony przez system zaczyna się przeciw niemu buntować, wkracza na ścieżkę prawdy. Być może nabywane przezeń w melinie objawienia to kolejne fałszerstwo. Wszak nawet wyśniony mesjasz nie jest do końca pewien intencji swych sojuszników, a naprawa systemu przynosi wiele obaw.

Uniwersalność powieści Dicka nie wynika tylko z jego niepokojów, ale też właśnie z przekonania, że powinnością człowieka jest walka z ograniczeniami, ze zniewoleniem, w które możemy popaść raptownie, w wyniku wrogiej inwazji, jak na przykład w Człowieku z Wysokiego Zamku, bądź też łagodnie się osuwać, utuleni przez system, który pozornie chce tylko naszego dobra. Możemy oddawać swoje prawa w imię: wygody, zarobku, pozbywania się odpowiedzialności na rzecz lepszych fachowców, dla ułudy potęgi czy wreszcie dla świętego spokoju. Dick najczęściej pisał o ludziach, którzy odkrywali, że stali się niewolnikami, i raczej zdumieni niż rozgniewani, prędzej zagubieni niż przedsiębiorczy, wyruszali w podróż ku oświeceniu. A gdy je osiągali, okazywało się, że jest ono tylko początkiem kolejnej, wcale nielekkiej drogi. Mimo wszystko drogą taką warto chyba pójść: „Pewnego dnia… – Urwał. – Myślę, że wszystkie żywe stworzenia zerwą się do lotu lub popełzną albo pobiegną; niektóre będą się poruszać równie szybko jak w tym życiu, ale większość poleci lub pójdzie. Coraz wyżej i wyżej. Przez wieczność. Nawet małże i ślimaki; one popełzną najwolniej, ale kiedyś dotrą do celu. Każde z nich w końcu do niego dotrze, obojętnie jak wolno będzie się poruszało” (Nasi przyjaciele z Frolixa 8).

Choćby dlatego dobrze jest czytać Dicka. Można w jego powieściach znaleźć znacznie więcej. Sądzę jednak, że należy pamiętać właśnie o tym: łatwo jest przyjąć łańcuchy – w komunizmie, faszyzmie, przeszłych i przyszłych USA, w Polsce; w systemach politycznych, ekonomicznych, ideologicznych i religijnych. Łatwo jest przegapić nawet, że się je nosi. A pierwszym krokiem do ich zerwania będzie ocknięcie się z ułudy i odkrycie, że nas zniewalają. Potem zacznie być trudniej.

Ten przekaz Dicka się nie zestarzeje.

Paweł Majka

sierpień 2019

CZĘŚĆ PIERWSZA


Rozdział 1

– Nie chcę podchodzić do tego testu – powiedział Bobby.

Ale musisz, pomyślał jego ojciec. Jeśli nasza rodzina ma mieć jakąś nadzieję na przyszłość. W czasach, które nadejdą długo po mojej śmierci – mojej oraz Kleo.

– Pozwól, że wyjaśnię ci to w taki sposób – rzekł głośno, gdy jechali zatłoczonym ruchomym chodnikiem w kierunku Federalnego Biura Standardów Kadrowych. – Różni ludzie mają różne zdolności. – Dobrze o tym wiedział. – Moje na przykład są bardzo ograniczone; nie spełniam nawet warunków kategorii rządowej R-jeden, najniższej ze wszystkich. – Wyznał to z bólem, ale musiał, żeby chłopiec zrozumiał, jakie to ważne. – Tak więc nie jestem zakwalifikowany do żadnej kategorii. Mam skromną posadę w instytucji pozarządowej… nic szczególnego, naprawdę. Chcesz być taki jak ja, kiedy dorośniesz?

– Jesteś w porządku – stwierdził Bobby z majestatyczną pewnością siebie dwunastolatka.

– Nie jestem – zaprzeczył Nick.

– Dla mnie jesteś.

Nick był zmieszany. A także – co ostatnio często mu się zdarzało – bliski rozpaczy.

– Posłuchaj – rzekł. – Powiem ci, jak jest rządzona Ziemia. Na przemian przez dwa rodzaje ludzi: najpierw rządzą jedni, a potem drudzy. Ci ludzie…

– Nie należę ani do jednych, ani do drugich – przerwał mu syn. – Jestem Stary i Typowy. Nie chcę podchodzić do tego testu; wiem, jaki jestem. Wiem, jaki ty jesteś, i ja jestem taki sam.

Nick poczuł ssanie i skurcze żołądka, objawy ostrego głodu. Rozejrzał się dookoła i dostrzegł narkobar po drugiej stronie ulicy, za gęstym sznurem skoczków i większych, obłych pojazdów komunikacji miejskiej. Poprowadził Bobby’ego w górę kładką dla pieszych i po dziesięciu minutach byli na chodniku po drugiej stronie.

– Wstąpię na kilka minut do baru – oznajmił Nick. – Nie czuję się teraz na siłach, żeby prowadzić cię do budynku federalnego.

Wszedł z synem przez bramkę do ciemnego wnętrza Narkobaru Donovana – lokalu, w którym nigdy dotąd nie był, a który od razu mu się spodobał.

– Nie może pan wprowadzać tu tego chłopca – zwrócił mu uwagę barman. Pokazał wywieszkę na ścianie. – Nie ma jeszcze osiemnastu lat. Chce pan, by ktoś pomyślał, że sprzedaję prochy małolatom?

– W moim stałym barze… – zaczął Nick, ale barman obcesowo mu przerwał:

– To nie jest pański stały bar – warknął i pomaszerował obsłużyć innego klienta na końcu spowitego mrokiem lokalu.

– Pooglądaj sobie wystawy sklepów – powiedział Nick. Trącił syna łokciem, wskazując na drzwi, którymi dopiero co weszli. – Spotkamy się za trzy lub cztery minuty.

– Zawsze tak mówisz – mruknął Bobby, ale niechętnie wyszedł, na chodnik z gęstym tłumem ludzi, jak to w połowie dnia. Przystanął na moment, obejrzał się za siebie, a potem poszedł dalej, znikając ojcu z oczu.

Nick usadowił się na stołku przy barze.

– Chciałbym pięćdziesiąt miligramów chlorowodorku fenmetrazyny, trzydzieści stelladryny i acetylosalicylan sodu do popicia – zamówił.

– Stelladryna pogrąży pana w marzeniach o wielu dalekich słońcach – zauważył barman. Postawił przed Nickiem talerzyk, przyniósł tabletki oraz acetylosalicylan sodu w plastikowym kubku. Podawszy to wszystko Nickowi, cofnął się i zadumany podrapał się w ucho.

– Mam nadzieję – mruknął Nick.

Połknął te trzy skromne pastylki – na nic więcej nie było go stać pod koniec miesiąca – i popił słonawym roztworem.

– Prowadzi pan syna na test federalny?

Nick, wyjmując portfel, skinął głową.

– Nie sądzi pan, że je fałszują? – pytał kelner.

– Tego nie wiem.

Barman oparł łokcie na lśniącym kontuarze, nachylił się do niego i rzekł:

– Ja myślę, że tak. – Wziął pieniądze i odwrócił się do kasy, żeby wbić kwotę. – Widzę, jak ludzie podchodzą po czternaście–piętnaście razy. Nie chcą się pogodzić z tym, że obleją, tak jak w pańskim wypadku, jak pana chłopak. Wciąż próbują, a rezultat jest taki sam, zawsze. Nowi po prostu nie dopuszczą nikogo do Służby Publicznej. Oni chcą… – Rozejrzał się na boki i zniżył głos. – Nie mają zamiaru dzielić się władzą z kimkolwiek spoza swego kręgu. Do diabła, w przemówieniach rządowych praktycznie sami to przyznają. Oni…

– Potrzebują świeżej krwi – zawzięcie rzekł do barmana Nick; ileż razy powtarzał to już samemu sobie.

– Mają własne dzieci – odparł barman.

– Za mało. – Nick sączył popitkę. Już czuł, że fenmetrazyna zaczyna działać, wzmacniając jego poczucie własnej wartości i optymizm; miał wrażenie, że jego ciało zaczyna płonąć. – Gdyby się wydało, że testy do Służby są fałszowane – powiedział – to ten rząd by upadł, nimby minęły dwadzieścia cztery godziny, i do władzy doszliby Niezwykli. Myśli pan, że Nowi chcą, by rządzili Niezwykli? Mój Boże!

– Sądzę, że z nimi współdziałają – powiedział barman. I odszedł, aby obsłużyć następnego klienta.

Ile razy sam tak uważałem, myślał Nick, wychodząc z baru. Najpierw rządy Niezwykłych, a potem Nowych… Jeśli naprawdę dogadali się w najdrobniejszych szczegółach i kontrolowali system doboru kadr, to mogli, tak jak powiedział barman, stworzyć samonapędzającą się strukturę władzy. A przecież cały nasz system polityczny opiera się na wzajemnej animozji tych dwu grup… To fundamentalna zasada naszego życia – to oraz akceptacja poglądu, że dzięki swej wyższości zasługują na władzę i potrafią ją mądrze sprawować.

Rozdzielił sunącą masę pieszych i zobaczył syna, który z zachwytem spoglądał na wystawę.

– Chodźmy – rzucił, pod wpływem narkotyków stanowczo kładąc dłoń na ramieniu chłopca.

– Sprzedają tu noże do zdalnego zadawania bólu – odparł Bobby, nie ruszając się z miejsca. – Możesz mi taki kupić? Dodałby mi pewności siebie, gdybym go miał przy sobie na teście.

– To zabawka – powiedział Nick.

– Nie szkodzi. Proszę. Naprawdę poczułbym się znacznie lepiej.

Pewnego dnia, pomyślał Nick, nie będziesz musiał rządzić przez zadawanie bólu – rządzić równymi tobie, służyć swym panom. Sam będziesz panem, a wtedy chętnie pogodzę się ze wszystkim, co mnie otacza.

– Nie – odparł i skierował syna z powrotem w potok ludzi na ruchomym chodniku. – Nie myśl o konkretach – powiedział szorstko. – Myśl o abstrakcjach: o procesach neutrologicznych. O to cię będą pytać.

Chłopak się ociągał.

– Ruszaj! – warknął Nick, popychając go naprzód. I czując opór syna, miał przytłaczającą świadomość klęski.

To trwało już pięćdziesiąt lat, od roku 2085, kiedy wybrano pierwszego z Nowych. Osiem lat wcześniej, nim ten wysoki urząd objął pierwszy Niezwykły. Wtedy to była sensacja: wszystkich ciekawiło, jak świeżo wykreowane w procesie ewolucji nietypowe rasy będą funkcjonowały w praktyce. Radziły sobie dobrze – zbyt dobrze, aby którykolwiek ze Starych mógł im dorównać. Podczas gdy oni potrafili zneutralizować całą wiązkę promieni, Starzy dawali sobie radę ledwie z jednym. Pewne funkcje oparte na procesach myślowych, których żaden Stary nijak nie pojmował, nawet nie miały odpowiedników we wcześniejszej mieszaninie ludzkich ras.

– Spójrz na nagłówki. – Bobby przystanął przy stojaku z gazetami.

DONIESIENIA O RYCHŁYM UJĘCIU PROVONIEGO

Nick przeczytał nagłówek bez cienia zainteresowania, ponieważ w to nie wierzył i nic go to nie obchodziło. Dla niego Thors Provoni już nie istniał, schwytany czy nie. Natomiast Bobby wydawał się zafascynowany tą wiadomością. Zafascynowany i zdegustowany.

– Nigdy nie złapią Provoniego – powiedział.

– Mówisz za głośno – szepnął Nick, zbliżywszy usta do ucha syna. Poczuł głęboki niepokój.

– Co mnie to obchodzi, czy ktoś słyszy? – wypalił Bobby. Wskazał na sunące obok nich tłumy mężczyzn i kobiet. – Przecież oni wszyscy też tak uważają. – Spoglądał na ojca, kipiąc z gniewu.

– Kiedy Provoni opuścił Ziemię i skierował się poza Układ Słoneczny – powiedział Nick – zdradził cały rodzaj ludzki, Lepszych oraz… wszystkich innych. – Głęboko w to wierzył. Spierali się o to wiele razy i nigdy nie zdołali uzgodnić opinii na temat tego człowieka, który obiecał znaleźć inną planetę, inny świat, na którym mogliby mieszkać Starzy… i rządzić się sami. – Provoni był tchórzem – ciągnął – o intelekcie poniżej przeciętnej. Myślę, że nawet nie warto było go ścigać. W każdym razie najwyraźniej go znaleźli.

– Ciągle to powtarzają – rzekł Bobby. – Dwa miesiące temu powiedzieli, że za dwadzieścia cztery godziny…

– Ma intelekt poniżej przeciętnej – ostro przerwał mu ojciec. – Zatem się nie liczy.

– My też jesteśmy poniżej przeciętnej – przypomniał Bobby.

– Ja tak – odparł Nick. – Ale ty nie.

Jechali dalej w milczeniu; obaj nie mieli ochoty rozmawiać.

Urzędnik Służby Publicznej Norbert Weiss wyjął z komputera za swoim biurkiem zieloną kartkę i uważnie przeczytał widniejące na niej informacje.

Appleton, Robert.

Pamiętam go, pomyślał. Dwanaście lat, ambitny ojciec… jak chłopak wypadł na wstępnym teście? Mocny współczynnik E, znacznie powyżej średniej. Ale…

Podniósł słuchawkę wideofonu i wybrał numer swego zwierzchnika.

Pojawiła się ospowata, pociągła twarz Jerome’a Pikemana. Malowały się na niej wyraźne oznaki przepracowania.

– Tak?

– Za chwilę będzie tu chłopak Appletonów – powiedział Weiss. – Podjął już pan decyzję? Przepuszczamy go czy nie? – Przytrzymał zieloną karteczkę przed skanerem wideofonu, aby odświeżyć pamięć zwierzchnika.

 

– Ludziom z mojego wydziału nie podoba się służalcza postawa jego ojca – odparł Pikeman. – Jest tak skrajnie wiernopoddańcza, że naszym zdaniem mogła negatywnie wpłynąć na rozwój emocjonalny syna. Niech go pan odrzuci.

– Na dobre? – spytał Weiss. – Czy tymczasowo?

– Raz na zawsze. Ostatecznie. Wyświadczymy mu przysługę – on chyba chce odpaść.

– Miał wysoki wynik.

– Ale nie nadzwyczajny. Do niczego nie jesteśmy zobowiązani.

– Jednak uczciwość nakazuje… – zaprotestował Weiss.

– Uczciwość nakazuje odrzucić tego chłopca. Kategoria rządowa to nie żaden przywilej ani zaszczyt, to ciężar. Odpowiedzialność. Pan tak nie uważa, panie Weiss?

Nigdy tak się na to nie zapatrywał. Owszem, pomyślał, jestem przepracowany, pensję mam marną i – jak powiedział Pikeman – to nie zaszczyt, tylko obowiązek. Jednak musieliby mnie zabić, żebym ją rzucił. Zadał sobie pytanie, dlaczego tak to odczuwa.

Status urzędnika Służby Publicznej uzyskał we wrześniu 2120 roku i od tego czasu pracował dla rządu, najpierw pod kierunkiem przewodniczącego Rady Niezwykłych, a później pod Nowym. Obojętnie która grupa sprawowała władzę, on – tak jak inni urzędnicy Służby Publicznej – wciąż pełnił swe wymagające wysokich kwalifikacji obowiązki. Kwalifikacji oraz zdolności.

On, we własnej osobie: od dzieciństwa uważał się za Nowego i miał do tego prawo. Na jego korze mózgowej wyraźnie odznaczały się węzły Rogersa i w teście na inteligencję wykazał odpowiednie i pożądane zdolności. W wieku dziewięciu lat przewyższał umysłowo dorosłego Starego; mając lat dwadzieścia, potrafił ułożyć w myślach stucyfrową tablicę matematyczną… oraz wiele innych rzeczy. Na przykład umiał bez komputera wytyczyć kurs i pozycję statku poddanego siłom grawitacji trzech ciał; dzięki wrodzonym zdolnościom mógł określić jego położenie w dowolnej chwili. Potrafił wyprowadzić wiele wniosków z danego twierdzenia, zarówno teoretycznego, jak i rzeczywistego. A kiedy miał trzydzieści dwa lata…

W szeroko rozpowszechnionym artykule przedstawił zarzuty wobec klasycznej teorii ograniczeń, ukazując w niepowtarzalny, właściwy dla siebie sposób możliwość powrotu – przynajmniej w teorii – do koncepcji Zeno ruchu wykładniczo malejącego, wykorzystawszy jako odskocznię teorię cykliczności czasu Dunne’a. W rezultacie zajmował podrzędne stanowisko w mało ważnym dziale Federalnego Biura Standardów Kadrowych. Ponieważ jego prace, choć oryginalne, nie były niczym wielkim. Nie w porównaniu z postępem dokonanym przez innych Nowych.

Oni zmienili mapę ludzkiej myśli… i to zaledwie w pięćdziesiąt lat. Zmienili ją w coś, czego Starzy, ludzie przeszłości, nie mogli zrozumieć ani poznać. Na przykład teoria aprzyczynowości Bernhada. W roku 2103 Bernhad, pracownik politechniki w Zurychu, dowiódł, że Hume w swym ogromnym sceptycyzmie w zasadzie miał rację: tylko siła przyzwyczajenia, nic więcej, łączy ze sobą zjawiska traktowane przez Starych jako ogniwa łańcucha przyczynowo-skutkowego. Uaktualnił teorię monad Leibniza do aktualnego stanu – z katastrofalnymi skutkami. Po raz pierwszy w historii ludzkości można było przewidzieć następstwa zjawisk fizycznych na podstawie zmiennych przewidywalnych, z których każda jest równie prawdziwa, równie przypadkowa jak następna. W wyniku tego nauki stosowane przyjęły nową formę, z którą Starzy nie mogli sobie poradzić, dla nich bowiem zasada aprzyczynowości oznaczała chaos: niczego nie potrafili przewidzieć.

A to nie wszystko.

W 2130 roku Blaise Black, Nowy z potwierdzoną kategorią R-szesnaście, obalił zasadę synchroniczności Wolfganga Pauliego. Wykazał, że tak zwana pionowa linia spójności może być traktowana jako czynnik odtwarzalny, przy zastosowaniu nowych metod przypadkowej selekcji równie łatwy do wyliczenia jak sekwencja pozioma. Tak więc różnica między sekwencjami została faktycznie zatarta – uwalniając fizykę abstrakcyjną od brzemienia podejścia dualistycznego – co nadzwyczajnie ułatwiło wszelkie obliczenia, włącznie z tymi, które wywodziły się z astrofizyki. System Blacka, bo tak go nazwano, na zawsze położył kres zaufaniu do teorii i praktyki Starych.

Udział Niezwykłych był konkretniejszy: zajmowali się działaniami dotyczącymi rzeczy realnie istniejących. W ten sposób – a przynajmniej tak to widział on, Nowy – zasługą jego rasy było nakreślenie podstawowych konturów przekształconej mapy Wszechświata, zadanie Niezwykłych polegało zaś na uzupełnieniu tych ogólnych struktur.

Wiedział, że Niezwykli nie zgodziliby się z taką opinią. Ale się tym nie przejmował.

Mam kategorię R-trzy, powiedział sobie w duchu. I coś niecoś zdziałałem: wniosłem drobny wkład do naszej zbiorowej wiedzy. Żaden ze Starych, obojętnie jak utalentowany, nie zdołałby tego dokonać. Może poza Thorsem Provonim. Tyle że Thorsa Provoniego od lat nie ma; nie zakłóca snu ani Niezwykłym, ani Nowym. Provoni szalał na obrzeżach Galaktyki, wściekle szukając czegoś nieuchwytnego, wręcz metafizycznego. Jakiejś odpowiedzi. Reakcji. Thors Provoni krzyczał w pustkę, mając nadzieję na odpowiedź.

Niech nas Bóg ma w opiece, pomyślał Weiss, jeśli kiedykolwiek ją usłyszy.

Jednak nie obawiał się Provoniego i jemu równi też się go nie bali. Kilku nerwowych Niezwykłych szemrało, gdy miesiące przechodziły w lata, a Provoni wciąż żył i wciąż wymykał się pogoni. Thors Provoni był anachronizmem – pozostał ostatnim ze Starych, którzy nie potrafili zaakceptować faktów, którym roiło się klasyczne, bezmyślne działanie… Tkwił w okropnej i w znacznej części nierealnej przeszłości, beznadziejnej i martwej, niemożliwej do wskrzeszenia nawet przez człowieka tak utalentowanego, wykształconego i aktywnego jak Provoni. On jest piratem, powiedział do siebie Weiss, postacią na pół romantyczną, otoczoną nimbem bohatera. W pewnym sensie będzie mi go brakowało, gdy umrze. W końcu wywodzimy się od Starych; jesteśmy jego krewnymi. Dalekimi.

– To brzemię. Ma pan całkowitą rację – powiedział do swego szefa Pikemana.

Brzemieniem, pomyślał, jest ta robota, to kwalifikowanie do Służby. Nie umiem wznieść się do gwiazd; nie potrafię gonić do odległych zakątków Wszechświata za czymś, co nie istnieje. Jak się będę czuł, gdy zabijemy Thorsa Provoniego? Moja praca, pomyślał, stanie się jeszcze bardziej monotonna. A jednak ją lubię. Nie rzuciłbym jej. Być Nowym znaczy być kimś.

Może jestem ofiarą naszej własnej propagandy, rozmyślał.

– Kiedy przyjdzie Appleton z synem – odparł Pikeman – zrobi pan małemu Robertowi pełny test… potem im pan powie, że wyniki będą dopiero za jakiś tydzień. W ten sposób cios stanie się lżejszy do zniesienia. – Uśmiechnął się drętwo i dodał: – I nie będzie pan musiał przekazywać tej wiadomości osobiście – otrzymają ją w formie pisemnego zawiadomienia.

– Mogę im powiedzieć – odparł Weiss. Jednak nie chciał. Ponieważ, zapewne, to nie będzie prawda.

Prawda, pomyślał. To my jesteśmy prawdą; my ją tworzymy: należy do nas. Razem sporządziliśmy nową mapę. W miarę jak rośniemy, ona rośnie z nami; zmieniamy się. Gdzie będziemy za rok? – zadawał sobie pytanie. Nie ma sposobu, aby się tego dowiedzieć… nie licząc jasnowidzów spośród Niezwykłych, a oni, jak słyszał, widzieli wiele przyszłości jednocześnie, niczym rzędy skrzyń.

Z interkomu dobiegł głos sekretarki:

– Panie Weiss, Nicholas Appleton i jego syn przyszli się z panem zobaczyć.

– Proszę ich przysłać – odpowiedział Weiss i rozparł się w swym wielkim fotelu ze sztucznej skóry, szykując się na to spotkanie. Na biurku leżał formularz testu; bawił się nim w zadumie i kątem oka widział, jak przyjmuje rozmaite kształty. Na moment mocno zacisnął powieki… i w myślach nadał mu dokładnie taką formę, w jakiej chciał go mieć.