Marsjański poślizg w czasieTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przełożył

Mirosław P. Jabłoński


Dom Wydawniczy REBIS

Poznań 2014


Ponad rzeczywistością

Mam pewien problem z Philipem K. Dickiem. Był bardzo nierównym pisarzem i obok dzieł wybitnych zdarzało mu się wysłać w świat gnioty, które nigdy nie powinny były opuścić szuflady. Pochłonięty istotą badanego problemu, goniący za uciekającymi skojarzeniami, czasem odrzucał „balast” – spójność fabuły czy wiarygodność charakterologiczną postaci. W efekcie dzieło stawało się nieprzystępne i odrzucało naiwnością metafory czy wręcz banalnością opowiadanej historii. Treść jest ważniejsza od formy – na tym opiera się fantastyka naukowa – jednak forma nie jest czymś zbędnym. Ma więc Dick w swoim dorobku dzieła lepsze i gorsze. Marsjański poślizg w czasie na szczęście należy do tej pierwszej grupy.

Ta powieść to klasyczny Dick, więc jeśli ktoś jakimś cudem nie zna żadnego jego dzieła, książka ta dobrze się nadaje, by od niej zacząć. Mamy tu typowe dla twórczości Dicka elementy, jak schizofrenia, mania prześladowcza, rzeczywistości alternatywne. Zarazem ta lektura przez większość czasu nie wymaga od czytelnika aż takiego wysiłku wyobraźni, jak choćby Ubik. To istotna informacja dla kogoś nie obytego z fantastyką naukową.

Akcja Marsjańskiego poślizgu w czasie jest osadzona, jak można się domyślić, na Marsie. Czerwona Planeta została skolonizowana lata temu, ale daleko jej do samowystarczalności. Politycznie również jest całkowicie zależna od Ziemi. Koloniści żyją w osiedlach, które w większości są miniaturowymi kopiami ziemskich państw, jak na przykład Nowy Izrael, lub skupiają ludzi danej profesji. Osiedle związku hydraulików ma tu szczególne znaczenie, problem utrzymania sieci kanałów jest bowiem kwestią życia i śmierci dla całej planety. Nie dziwi więc, że Arnie Kott, szef tego związku, jest jednym z najpotężniejszych polityków i biznesmenów na Marsie.

Akcja startuje w momencie, gdy Kott dowiaduje się, że ONZ, oficjalny zarządca Marsa, zamierza przejąć rozległe tereny w rejonie, który wydaje się zupełnie bezwartościowy. Coś jednak się za tym kryje i wygląda na to, że można na tym zrobić niezły interes. Kott zdaje sobie sprawę, że nie on jeden będzie próbował zbić fortunę na handlu ziemią. Postanawia więc zwiększyć swoje szanse, posługując się autystycznym dzieckiem, Manfredem, które zdaje się mieć pewne nadprzyrodzone zdolności.

To fantastyka socjologiczna. Technikalia są tu wyłącznie rekwizytami i jeśliby się chwilę nad nimi zastanowić, należałoby stwierdzić, że autor potraktował je po macoszemu. Opisów urządzeń technicznych praktycznie nie ma. Gdy jeden z bohaterów wsiada do marsjańskiego helikoptera, aż prosi się o kilka słów wyjaśnienia, jak ten wehikuł działa czy choćby jak wygląda. Cenną wodę, zamiast rurociągami, transportuje się systemem otwartych kanałów, co powoduje przecież olbrzymie straty przez parowanie. Trzymający władzę związek hydraulików wydziela każdemu mieszkańcowi należną mu ilość wody, nikt jednak jej nie kradnie choćby tak wyrafinowanym urządzeniem jak wiadro. Przykłady można by mnożyć, ale lepiej uznać, że w tej powieści nie chodzi o Marsa, o techniczne zagadnienia terraformowania, o problemy życiowe kolonistów ani nawet nie o cywilizacyjny aspekt sytuacji. Nasuwająca się odpowiedź, że chodzi o człowieka, jest prawdziwa tylko w części.

Dick jest dla mnie pisarzem szczególnie ważnym, a to dlatego, że chyba w każdej powieści czy opowiadaniu porusza bardzo mi bliskie tematy. Mam na myśli rozważania na temat człowieczeństwa oraz natury rzeczywistości. To jest w jego twórczości najciekawsze i najbardziej wartościowe. Być może to również było jedną z przyczyn jego niewielkiej popularności za życia. Wśród fantastów jego literatura miała opinię trudnej, mainstreamowcy natomiast odrzucali ją jako science fiction, czyli coś niegodnego ich uwagi. Jedni i drudzy się mylili, co stało się oczywiste dopiero wiele lat po śmierci pisarza. Twórczość Dicka, pozornie techniczna i zimna, tak naprawdę jest głęboko humanistyczna. Trudno to dostrzec od razu, gdyż Dick nie podążał utartymi ścieżkami, nie prześlizgiwał się po powierzchni problemów, jak zwykle robią pisarze głównonurtowi, lecz analizował je od środka. I to dosłownie, wybierając się do granic świadomości za pomocą środków psychoaktywnych. Nie interesowało go opisywanie wielkich uczuć, ludzkich tragedii i uniesień, zastanawiał się raczej nad mechanizmami ich powstawania, żeby nie powiedzieć: fizjologią. Taką wiwisekcję człowieczeństwa trudno zaakceptować czytelnikowi nie zaznajomionemu z fantastyką naukową, przyzwyczajonemu do badania objawów, a nie przyczyn.

Niektórzy znawcy tematu temu przeczą, ale z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można stwierdzić, że Dick cierpiał na schizofrenię paranoidalną, co w połączeniu z alkoholem i narkotykami skutkowało dziwacznymi zachowaniami, atakami lęku i manii prześladowczej, tworzeniem nieprawdopodobnych teorii spiskowych. Powtarzał na przykład publicznie, że Stanisław Lem to kryptonim grupy pisarzy działających na zlecenie władz komunistycznej Polski. Słał nawet listy w tej sprawie do służb specjalnych. Takie zachowania nie pomagały mu w kontaktach z ludźmi. Trudno powiedzieć, czy jego styl życia wynikał po części z niedocenienia przez świat, czy odwrotnie. Może zadziałało sprzężenie zwrotne. Pewne natomiast jest to, że bez tych wszystkich „nieszczęść” nie powstałyby jego najwybitniejsze dzieła. W okresie największego uzależnienia przez dwa lata napisał jedenaście powieści i prawie sześćdziesiąt opowiadań, co jest liczbą niewyobrażalną nawet dla tytanów pracy. Nie mogło się to dla niego dobrze skończyć, choć każdy sam musi odpowiedzieć na pytanie, czy pięćdziesiąt cztery lata takiej gonitwy zakończonej atakiem serca to dobry czy zły wynik.

Dick opisał więc szaleństwo, odchyłki psychiczne i skutki przyjmowania narkotyków na podstawie własnych doświadczeń. Nie ma wątpliwości, że wiele szalonych wizji to wynik choroby autora. Prawdopodobnie też spora część, jeśli nie większość tego, co napisał, powstała, gdy był on pod wpływem różnych substancji psychoaktywnych. Z wielu możliwych wyjaśnień wolę to, że dzięki temu mógł podróżować po swoich światach alternatywnych, do granic człowieczeństwa, by zdać nam potem relację na piśmie. W jego wypadku była to bardzo skuteczna metoda twórcza, na dłuższą metę niestety bardzo wyniszczająca.

Przy okazji rozważań nad twórczością Dicka warto zadać pytanie, co to w ogóle znaczy być człowiekiem. Czy trzeba mieć biologiczne ciało, ukształtowane w wyniku milionów lat ewolucji, czy też wystarczy duch w maszynie? Czy samoświadomy emulator człowieka jest w czymś gorszy od oryginału? Odpowiedź okazuje się tym trudniejsza, że ani jeden, ani drugi nie może być pewien, kim jest. A może jest wręcz tak, że program sztucznej inteligencji obdarzony przymusem kierowania się uczuciami i emocjami bardziej będzie zasługiwał na miano człowieka niż białkowy socjopata? Czy zatem można wyznaczyć granicę między człowiekiem a maszyną?

Być może Dick sam tak postrzegał innych ludzi. Jeden z bohaterów Marsjańskiego poślizgu w czasie opisuje swoje doznania z okresu najintensywniejszych zaburzeń schizofrenicznych, kiedy to miał problemy z odróżnieniem ludzi od (innych) maszyn. Dość dosadnie opisuje swojego przełożonego, którego widzi jako skomplikowany twór wsparty na zdrutowanym szkielecie, z przezroczystą skórą, pod którą plączą się przewody, zbiorniczki, zawory, koła zębate. Twór jest tak skomplikowany, że umie mówić i zachowywać się jak człowiek. A skoro tak, to może wszyscy ludzie tak wyglądają i działają.

Dick pisze o ludziach, choć jego bohaterowie są nieludzcy i chyba wszyscy bez wyjątku cierpią na jakąś chorobę psychiczną. Trudno mi w jego twórczości znaleźć jedną postać, którą mógłbym polubić lub choćby poczuć do niej odrobinę sympatii. Być może jest tak dlatego, że po latach szukania istoty człowieczeństwa pisarz doszedł do wniosku, że jest ono niedefiniowalne lub nawet nie istnieje. Zatem trzeba opisywać ludzi jak maszyny: dane wejściowe, przetwarzanie, działanie. Często działanie wadliwe. To jest najciekawsze dla badacza – przeciążyć, uszkodzić mechanizm, wyjmować z niego poszczególne elementy lub dokładać inne. Innymi słowy: psuć i obserwować efekty swoich działań.

Można się też zastanawiać, co uznać za normę. Czy człowiek, który nie choruje na schizofrenię, jest normalny czy też upośledzony, pozbawiony części doznań, ograniczony w percepcji rzeczywistości niewidzialnej dla tych „normalnych” naprawdę? No i co w sytuacji, kiedy u większości ludzi stwierdzimy objawy mniej lub bardziej ostrej schizofrenii?

Dick był okrutny dla swoich bohaterów. Traktował ich jak szczury laboratoryjne, umieszczał w sytuacjach skrajnych, poddawał działaniu narkotyków, wkładał w cudze sny, robił z nich schizofreników, autystyków i telepatów albo wmawiał im, że są maszynami. A potem z naukową precyzją spisywał obserwacje, analizował i wyciągał wnioski. Wykorzystywał te postaci do badania rzeczywistości.

A rzeczywistość to złudzenie. Kolory, dźwięki, a nawet czas i materia to tylko wynik interpretacji bodźców docierających przez zmysły do naszego mózgu. Badamy otaczający nas świat na wszelkie sposoby, posiłkując się maszynami. A jednak cokolwiek byśmy robili, i tak na końcu jest mózg, ograniczony z racji swej budowy. Nie potrafimy sobie wyobrazić, że moneta albo szklanka to zbiory kwarków i gęsto upchanych drgających strun, które kryją kolejne wymiary. Możemy to wyliczyć i uwierzyć, tak jak patrząc na termometr wskazujący minus dwadzieścia, wierzymy, że za oknem jest mróz. Co niewidomy od urodzenia może myśleć o barwach? Albo co każdy z nas może powiedzieć o tym, jak wygląda ultrafiolet? Tak jak w zbieraniu informacji ograniczają nas zmysły, tak w ich analizie ogranicza nas mózg. Nijak nie potrafimy tego przeskoczyć.

 

Pewną pomocą są narkotyki, jednak to tylko niedoskonała forma tuningu percepcji, bo z otwarciem umysłu spada samokrytycyzm. Jak odróżnić chwilową wybitną zdolność rozumienia świata od złudzenia, że się ją ma? Dick też musiał tego wielokrotnie doświadczyć – nagłe olśnienie, gdy wszystkie elementy układanki w cudowny sposób wskakują na swoje miejsca i odsłaniają sens wszechrzeczy. Trzeba to szybko zapisać, żeby nie umknęło, gdy narkotyk przestanie działać. Lecz gdy już przestaje, kartka okazuje się pełna banałów i bzdur.

Przyda się tutaj przywołanie idei Płaszczaków, wymyślonych w 1884 roku przez Edwina Abbotta fikcyjnych istot żyjących w dwuwymiarowym świecie, w którym nie jest znane pojęcie wysokości. Trzeci wymiar istnieje, lecz jest on niewidzialny dla płaskich istot. Nie potrafią go sobie nawet wyobrazić, tak jak my nie potrafimy wyobrazić sobie wymiaru czwartego. To poważne ograniczenie w poznawaniu świata, zważywszy że z wyliczeń teorii strun wynika, iż wymiarów jest co najmniej dziesięć. Płaszczak nie może zbudować sześcianu, bo nie potrafi sobie wyobrazić takiej bryły, nawet jeśli płaszczacka matematyka z łatwością opisuje sześcian. Podobnie człowiek nie potrafi wyobrazić sobie tesseraktu, czyli czterowymiarowego odpowiednika sześcianu, choć opisujące go wzory są bardzo proste.

Potrzebujemy więc kogoś, kto uniesie głowę ponad naszą rzeczywistość i zda nam relację z tego, co zobaczył. W naszym świecie takimi istotami mogą być autystycy. Brak interakcji z otoczeniem i zamykanie się w sobie być może wcale nie wynika z problemów w komunikacji. Może jest przeciwnie, może autystycy nie zapadają się w otchłań swej falującej jaźni, nie patrzą w głąb siebie, tylko w inne zewnętrze, niedostępne dla nas. Droga do tego zewnętrza prowadziłaby wyłącznie przez umysł autystyka. Wówczas nasza rzeczywistość byłaby dla niego tylko wycinkiem tego, co odbiera. Niezbyt interesującym wycinkiem, warto dodać.

W Marsjańskim poślizgu w czasie kimś takim jest Manfred, dziesięciolatek, który nigdy nie wypowiedział ani słowa. Wiele wskazuje na to, że chłopak widzi przyszłość tak, jak „normalni” ludzie widzą przestrzeń, może więc być nieocenionym doradcą każdego biznesmena. Teoria teorią, gorzej z wprowadzeniem tego planu w życie, bo największym problemem jest samo porozumienie się z autystykiem. Jest też zagrożenie, i to całkiem poważne – nawiązanie z nim kontaktu nie tylko zbliża go do naszej rzeczywistości, ale może też wyciągnąć badacza ponad tę rzeczywistość. I wtedy pojawia się wątpliwość, czy na pewno chciał on uzyskać odpowiedzi na swoje pytania.

Przed lekturą warto przypomnieć, kiedy powstawał Marsjański poślizg w czasie. Był to rok 1962, ponad pół wieku temu. To mniej więcej wtedy Stanisław Lem pisał Solaris i Powrót z gwiazd, Brian Aldiss Cieplarnię, a Arthur C. Clarke dopiero za kilka lat miał rozpocząć pracę nad powieścią 2001: Odyseja kosmiczna. Nikt jeszcze nie znał Beatlesów, powszechnie używano kalkulatorów mechanicznych, pasy bezpieczeństwa w samochodach były nowinką techniczną, a pierwsze komputery osobiste miały powstać za dziesięć lat. Był to złoty wiek fantastyki naukowej, bo pisarze SF byli najważniejszymi pośrednikami niosącymi zwykłym ludziom wiedzę o odkryciach i teoriach naukowych. Philip K. Dick był w ścisłej czołówce tych wieszczów.

Przy współczesnym tempie rozwoju nauki pięćdziesiąt lat to przepaść. Rozmiary naszej wiedzy zdążyły się w tym czasie zwielokrotnić. Dick postawił ostatnią kropkę w maszynopisie Marsjańskiego poślizgu w czasie na siedem lat przed pierwszym lądowaniem na Księżycu. Ale ważniejsze dla tej powieści jest to, że pierwsza sonda kosmiczna, Mariner 4, zbliżyła się do powierzchni Czerwonej Planety dopiero w roku 1965. Dopiero wtedy okazało się, że nie ma tam ciekłej wody, a kanały, występujące zresztą w powieści, ostatecznie zostały uznane za złudzenie optyczne. Przede wszystkim jednak stało się wtedy jasne, że nie ma tam żadnych istot rozumnych.

Stan wiedzy o Marsie z roku 1962 można przyrównać do naszych dzisiejszych rozważań na temat tego, co znajduje się pod pokrywą Europy, księżyca Jowisza. Dopóki nie wykonamy odwiertów i nie wpuścimy tam sond, możemy sobie dowolnie fantazjować, opisując tamtejsze podwodne cywilizacje. I jeśli tylko utrzymamy się w granicach zdrowego rozsądku, obecnej szczątkowej wiedzy i logiki, będzie to pełnoprawne SF. Tak też jest z Marsjańskim poślizgiem w czasie, chociaż, jak wspomniałem, ta powieść wcale nie jest o Marsie.

Rafał Kosik

Dla Marka i Jodie


1

W głębi fenobarbitalowego snu Silvia Bohlen usłyszała wołanie. Ostre, rozdarło warstwy, w które się zapadła, niszcząc jej idealny stan nieistnienia.

– Mamo! – ponownie zawołał z zewnątrz jej syn.

Usiadłszy, upiła łyk wody ze szklanki przy łóżku, oparła bose stopy na podłodze i z trudem wstała. Spojrzała na zegar: dziewiąta trzydzieści. Znalazła szlafrok i podeszła do okna.

Nie mogę już tego brać, pomyślała. Lepiej poddać się schizofrenii i dołączyć do reszty świata. Podniosła żaluzje – znajomy, rudawy od pyłu blask słońca wypełnił pole widzenia i oślepił ją. Osłoniła oczy i zawołała:

– O co chodzi, Davidzie?!

– Mamo, przypłynął kanałowy!

Zatem to musi być środa. Skinęła głową, odwróciła się i przeszła niepewnym krokiem z sypialni do kuchni, gdzie udało się jej nastawić porządną, solidnie wykonaną na Ziemi maszynkę do kawy.

Co mam zrobić? – zastanowiła się. Wszystko jest przygotowane. W każdym razie David dopilnuje tego. Odkręciła kran nad zlewem i spryskała sobie twarz. Woda, niesmaczna i zanieczyszczona, przyprawiła ją o kaszel. Powinniśmy spuścić wodę ze zbiornika, pomyślała. Oczyścić go, wyregulować dozownik chloru i sprawdzić, ile filtrów jest zatkanych; być może wszystkie. Czy kanałowy nie mógłby tego zrobić? Nie, to nie jest sprawa ONZ.

– Jestem ci potrzebna? – zapytała, otwierając tylne drzwi. Wokół niej zawirował wiatr, zimny i dławiący drobnym pyłem. Odwróciła głowę, nasłuchując odpowiedzi Davida. Był nauczony mówić „nie”.

– Chyba nie – mruknął chłopiec.

Później, kiedy siedziała w szlafroku przy kuchennym stole, pijąc kawę, mając przed sobą talerz z tostem i musem jabłkowym, wyjrzała na zewnątrz i dostrzegła kanałowego w małej płaskodennej łódce, która płynęła w górę kanału, pyrkając na swój oficjalny sposób, nigdy się nie śpiesząc, a jednak zawsze zjawiając się na czas. Był drugi tydzień sierpnia 1994 roku. Czekali jedenaście dni i teraz dostaną swój przydział wody z wielkiego rowu przebiegającego milę na północ od rzędu ich domów.

Kanałowy przycumował łódkę do wrót śluzy i wyskoczył na ląd, obciążony narzędziami do obracania wrót i segregatorem, w którym trzymał raporty. Miał na sobie szary, upaprany błotem mundur i wysokie buty, niemal brązowe od zaschniętego szlamu. Niemiec? Nie – kiedy obrócił głowę, ujrzała płaską słowiańską twarz, a pośrodku otoka czapki czerwoną gwiazdę. Wypadała teraz rosyjska zmiana; straciła poczucie czasu.

I najwyraźniej nie ona jedna zagubiła się w cyklach rotacji władz wykonawczych ONZ. Jej sąsiedzi, Steinerowie, pojawili się na frontowym ganku, zamierzając podejść do kanałowego. Cała szóstka: ojciec i tęga matka oraz cztery jasnowłose, pulchne, hałaśliwe dziewczynki.

To wodę Steinerów zakręcał kanałowy.

– Bitte, mein Herr… – zaczął Norbert Steiner, ale on także zauważył czerwoną gwiazdę i umilkł.

Silvia uśmiechnęła się w duchu. Kiepsko, pomyślała.

David wbiegł pośpiesznie do domu przez tylne drzwi.

– Wiesz co, mamusiu? Zbiornik Steinerów puścił zeszłej nocy i stracili niemal połowę wody! Nie mają jej więc dosyć do podlewania ogrodu, który uschnie, jak mówi pan Steiner.

Skinęła głową, dojadając ostatni kęs tostu. Zapaliła papierosa.

– Czy to nie straszne, mamusiu? – zapytał David.

– I Steinerowie chcą, żeby nieco dłużej zostawił im wodę – powiedziała Silvia.

– Nie możemy pozwolić, żeby ich ogród usechł. Pamiętasz, jakie kłopoty mieliśmy z burakami? Pan Steiner dał nam wtedy środek chemiczny z Domu, który zabił mszyce, a my mieliśmy dać im trochę naszych buraków, ale nigdy tego nie zrobiliśmy, bo zapomnieliśmy.

To była prawda. Przypomniała sobie, czując ukłucie winy. Rzeczywiście, obiecaliśmy im… a oni nigdy się nie upomnieli, chociaż muszą o tym pamiętać. A David ciągle się u nich bawi.

– Wyjdź i porozmawiaj z kanałowym – poprosił David.

– Chyba moglibyśmy dać im trochę naszej wody później, pod koniec miesiąca – powiedziała. – Przeciągnęlibyśmy szlauch do ich ogrodu. Nie wierzę jednak w ten ich wyciek; zawsze chcą więcej wody, niż im się należy.

– Wiem – przyznał David, zwieszając głowę.

– Nie zasługują na więcej, Davidzie. Nikt nie zasługuje.

– Oni po prostu nie umieją prowadzić swojego gospodarstwa – stwierdził David. – Pan Steiner nie ma pojęcia, jak posługiwać się narzędziami.

– Więc to ich wina. – Była rozdrażniona i dotarło do niej, że jeszcze się w pełni nie obudziła. Potrzebowała dexamylu, w przeciwnym razie nie otworzy oczu, aż ponownie zapadnie noc i przyjdzie pora na kolejny fenobarbital. Poszła do łazienki i wyjęła z apteczki buteleczkę z małymi zielonymi pigułkami w kształcie serc. Otworzyła ją i policzyła – zostały jej jedynie dwadzieścia trzy proszki i niebawem będzie musiała wsiąść do wielkiego diunobusu, pojechać przez pustynię do miasta i wstąpić do apteki, żeby odnowić zapas.

Nad jej głową rozległo się hałaśliwe, dudniące bulgotanie. Zbiornik na dachu, ich olbrzymia blaszana cysterna, zaczął się napełniać. Kanałowy skończył przestawiać wrota śluzy; prośby Steinerów okazały się daremne.

Czując się coraz bardziej winna, nalała do szklanki wody, żeby popić poranną pigułkę. Gdyby tylko Jack częściej bywał w domu, powiedziała do siebie; tutaj jest tak pusto. To forma barbarzyństwa, ta wegetacja, do której zostaliśmy zredukowani. Jaki jest sens w tych sprzeczkach i napięciach, w tym straszliwym trzęsieniu się nad każdą kroplą wody, które rządzą naszym życiem? Powinno być inaczej… Tyle nam z początku obiecywano.

Z sąsiedniego domu buchnęła nagle z radia głośna taneczna muzyka, a potem rozległ się głos spikera reklamującego jakąś maszynę rolniczą.

– …głębokość i nachylenie skiby – mówił w zimnym, rześkim, porannym powietrzu – wstępnie ustawione i samoregulujące się, dzięki czemu nawet najmniej wprawny właściciel może… niemal od pierwszego razu…

Wróciła muzyka taneczna – sąsiedzi zmienili stację.

Wzmógł się dziecięcy harmider. Czy tak będzie cały dzień? – zapytała się w duchu, zastanawiając się, czy to wytrzyma. A Jack jest w pracy aż do weekendu – to niemal tak, jakby była samotna, jakby nie miała męża. Czy po to wyemigrowałam z Ziemi? Przytknęła dłonie do uszu, starając się odciąć od hałasu odbiorników radiowych i dzieci.

Powinnam wrócić do łóżka – oto, gdzie należę, pomyślała, zacząwszy się w końcu ubierać, żeby stawić czoło czekającemu ją dniowi.

Jack Bohlen z biura swojego szefa w centrum Bunchewood Park rozmawiał przez radiotelefon z ojcem w Nowym Jorku. Jak zawsze połączenie nawiązane dzięki systemowi satelitarnemu przez miliony mil kosmicznej pustki było nie najlepsze, ale to Leo Bohlen płacił za rozmowę.

– Chodzi ci o Góry Franklina D. Roosevelta? – zapytał Jack głośno. – Musisz się mylić, tato: tam nic nie ma, to kompletne odludzie. Powie ci to każdy, kto robi w nieruchomościach.

– Nie, Jack, wierzę, że to pewny interes – dobiegł go cichy głos ojca. – Chcę tam przylecieć, przyjrzeć się temu i omówić to z tobą. Jak Silvia i chłopak?

– Dobrze – odparł Jack. – Słuchaj, nie angażuj się w to. Powszechnie wiadomo, że każda marsjańska nieruchomość oddalona od sieci czynnych kanałów – a pamiętaj, że działa tylko co dziesiąta – to niemal pewne oszustwo. – Nie mógł zrozumieć, jak ojciec, mający wieloletnie doświadczenie w biznesie, a zwłaszcza w inwestowaniu w nie zagospodarowane obszary, tak się dał wyprowadzić w pole. Przeraziło go to. Może przez te lata, kiedy go nie widział, mocno się posunął? Listy mówiły niewiele; Leo dyktował je stenografce w firmie.

 

Albo czas na Ziemi i Marsie płynął inaczej – czytał w periodyku psychologicznym artykuł, który to sugerował. Ojciec mógł się zjawić jako siwy, trzęsący się stary pryk. Czy mógłby się wykręcić od tej wizyty? David ucieszyłby się ze spotkania z dziadkiem, Silvia także go lubiła. W uchu Jacka Bohlena słaby, odległy głos relacjonował wydarzenia w Nowym Jorku – wszystkie nieciekawe. Jackowi wydawało się to nierealne. Dziesięć lat temu dokonał ogromnego wysiłku, żeby się wyrwać z ziemskiej społeczności, i mu się to udało. Nie chciał o niej słuchać.

Jednak więź z ojcem przetrwała, a niebawem wzmocni ją pierwsza pozaziemska podróż Leona, który zawsze chciał zobaczyć inną planetę, nim będzie za późno, innymi słowy – przed śmiercią. Ojciec był zdecydowany. Jednak mimo udoskonaleń wprowadzonych na wielkich statkach międzyplanetarnych lot był ryzykowny. Leo nie przejmował się tym. Nic by go nie odstraszyło. Prawdę mówiąc, zrobił już rezerwację.

– Rany, tato – odezwał się Jack. – To naprawdę cudowne, że czujesz się na siłach odbyć tak wyczerpującą podróż. Mam nadzieję, że jej podołasz. – Był zrezygnowany.

Siedzący naprzeciwko Jacka pracodawca, pan Yee, spojrzał na niego i uniósł żółtą karteczkę, na której zapisane było zlecenie. Chudy, wysoki pan Yee z muszką i w jednorzędowej marynarce… Chiński styl, rygorystycznie zaszczepiony na obcej ziemi, równie autentyczny, jakby pan Yee prowadził firmę w centrum Kantonu.

Pan Yee wskazał świstek, a potem z namaszczeniem odegrał jego treść: zadrżał, przelał coś z lewej dłoni do prawej, potem otarł czoło i szarpnął się za kołnierzyk. Zerknął na zegarek na kościstym nadgarstku. W jakimś gospodarstwie mlecznym wysiadła chłodnia, zrozumiał Jack, i wezwanie było pilne – mleko się zepsuje, kiedy za dnia wzrośnie temperatura.

– Dobra, tato – powiedział. – Będziemy czekać na twoją depeszę. – Pożegnał się i rozłączył, a potem zwrócił się do pana Yee. – Przepraszam, że tak długo wisiałem na telefonie. – Sięgnął po karteczkę.

– Starszy człowiek nie powinien tutaj przylatywać – stwierdził pan Yee na swój spokojny, nieugięty sposób.

– Postanowił sprawdzić, jak się nam wiedzie – odparł Jack.

– A jeśli nie wiedzie się tak, jak miał nadzieję, to będzie mógł wam pomóc? – Pan Yee uśmiechnął się pogardliwie. – Mieliście zostać krezusami? Powiedz mu, że tutaj nie ma diamentów. Zagarnęła je ONZ. Co do wezwania, które ci dałem: według rejestru naprawialiśmy tę chłodnię dwa miesiące temu z tego samego powodu. Zasilanie albo izolacja. W nieregularnych odstępach czasu silnik zwalnia, aż bezpiecznik go wyłącza, żeby się nie spalił.

– Sprawdzę, co jeszcze podłączyli do generatora – powiedział Jack.

Ciężko się pracuje dla pana Yee, pomyślał, idąc schodami na dach, gdzie stały helikoptery firmy. Wszystko odbywało się niezwykle racjonalnie. Pan Yee wyglądał i zachowywał się jak kalkulator. Sześć lat temu, w wieku dwudziestu dwóch lat, obliczył, że na Marsie mógłby prowadzić bardziej dochodowy interes niż na Ziemi. Na Marsie istniało rozpaczliwe zapotrzebowanie na naprawy wszelkich urządzeń, wszystkiego, co ma ruchome części, bo koszt sprowadzenia nowego sprzętu z Ziemi był kosmicznie wysoki. Stary toster, który na Ziemi bezmyślnie by zezłomowano, na Marsie musiał być utrzymywany w sprawności. Pan Yee opowiadał się za regeneracją. Wychowany w oszczędnej, purytańskiej atmosferze Chin Ludowych nie aprobował marnotrawstwa. Jako inżynier elektryk z prowincji Honan miał odpowiednie przygotowanie, zatem bardzo spokojnie i przemyślnie podjął decyzję, która dla większości ludzi oznaczała emocjonalnie katastrofalną szarpaninę – poczynił przygotowania do emigracji z Ziemi, tak jakby się wybierał do dentysty po sztuczne szczęki ze stalowymi zębami. Kiedy otworzył warsztat na Marsie, wiedział do ostatniego oenzetowskiego dolara, jak dalece może zmniejszyć koszty własne. Była to działalność w wąskim marginesie opłacalności, ale nadzwyczaj profesjonalna. W ciągu sześciu lat, od 1988 roku, interes tak się rozwinął, że do nagłych awarii jego mechanicy byli wzywani w pierwszej kolejności. A co nie jest nagłą awarią w kolonii, która wciąż się boryka z uprawą rzodkiewek i przechowywaniem w chłodniach skromnych zapasów mleka?

Zamknąwszy drzwiczki helikoptera, Jack Bohlen uruchomił silnik i niebawem wznosił się już nad budynkami Bunchewood Park w zamglone, posępne przedpołudniowe niebo, lecąc na pierwsze tego dnia wezwanie.

Daleko na prawo od niego olbrzymi statek, kończąc podróż z Ziemi, opadał na krąg bazaltu – miejsce odbioru żywego ładunku. Inny towar miał być dostarczony setki mil dalej na wschód. Był to transportowiec pierwszej klasy, który niebawem odwiedzą zdalnie sterowane urządzenia mające pozbawić pasażerów wszelkich wirusów i bakterii, owadów i nasion, jakie do nich przylgnęły; pasażerowie wynurzą się nadzy jak nowo narodzeni, przejdą przez chemiczne kąpiele, będą bełkotać podczas ośmiogodzinnych testów, aż w końcu wypuści się ich, by sprawdzić, jakie mają osobnicze zdolności przetrwania, skoro przetrwanie kolonii było zapewnione. Niektórzy mogą nawet zostać odesłani na Ziemię – ci, których stan mógłby sugerować defekty genetyczne ujawnione w stresującej podróży. Jack wyobraził sobie ojca cierpliwie znoszącego procedurę imigracyjną. Trzeba to zrobić, mój synu, mawiał. Konieczność. Medytujący i palący cygaro staruszek… Filozof po siedmiu klasach nowojorskiej szkoły publicznej, i to w najbardziej zdziczałym okresie systemu edukacji. Dziwne, pomyślał, w jaki sposób ujawnia się czyjś charakter. Stary miał pewną wiedzę, która mówiła mu, jak się zachowywać, nie w sensie towarzyskim, ale głębszą, bardziej permanentną. Przystosuje się do tego świata, uznał Jack. Podczas tej krótkiej wizyty da sobie radę lepiej niż Silvia czy ja. Niemal tak dobrze jak David…

Jego ojciec i syn znajdą wspólny język. Obaj sprytni i praktyczni, a jednak niebezpiecznie romantyczni, o czym świadczy impuls ojca, by kupić ziemię gdzieś w Górach FDR. Był to ostatni poryw nadziei, wiecznie żyjącej w staruszku. Oto ziemia bez nabywców, sprzedawana praktycznie za bezcen, autentyczne pogranicze, którym nadające się do zamieszkania tereny Marsa ewidentnie nie były.

Jack zauważył pod sobą Kanał Senatora Tafta i poleciał wzdłuż niego. Kanał doprowadzi go do gospodarstwa mlecznego McAuliffa, tysięcy akrów zwiędłej trawy i stada niegdyś pokazowych jerseyów, skarlałych teraz w nie sprzyjających warunkach do postaci zwierząt przypominających ich przodków. To był zdatny do zamieszkania Mars, ta niemal żyzna pajęcza sieć rowów, rozchodzących się promieniście i krzyżujących ze sobą, ale zawsze ledwie zdolnych podtrzymać życie; do niczego więcej. Tuż pod nim w Kanale Senatora Tafta ukazała się niemrawa i odpychająca zieleń. To była woda w ostatnich stadiach uzdatniania, przepuszczona przez śluzy i przefiltrowana, ale tutaj ujawniała złogi czasu, denny szlam, piasek i zanieczyszczenia, przez co nie nadawała się do picia. Bóg jeden wiedział, ile związków alkalicznych wchłonęli do tej pory ludzie, wbudowując je w swoje kości. Niemniej wciąż żyli. Woda, choć brunatna i pełna osadów, ich nie zabiła. Podczas gdy dalej na zachodzie rozciągały się kresy, czekające, by ludzka nauka dała czadu i dokonała cudu.

Na początku lat siedemdziesiątych lądujące na Marsie ekspedycje archeologiczne skwapliwie zaznaczały stadia wycofywania się dawnej cywilizacji, którą zaczynali teraz zastępować ludzie. Nigdy nie osiedliła się na dobre na pustyni. Najwyraźniej, jak ziemskie kultury doliny Eufratu i Tygrysu, dawni mieszkańcy Marsa trzymali się terenów, które mogli nawodnić. W szczytowym okresie rozwoju stara marsjańska cywilizacja opanowała piątą część powierzchni planety, pozostawiając resztę w takim stanie, w jakim ją zastała. Weźmy na przykład dom Jacka Bohlena w pobliżu przecięcia się kanałów Williama Butlera Yeatsa i Herodota. Stał niemal na rubieżach sieci, dzięki której przez pięć tysięcy lat ten teren był żyzny. Bohlenowie byli późnymi kolonistami, chociaż jedenaście lat temu nikt nie wiedział, że liczba imigrantów tak drastycznie spadnie.