Labirynt śmierciTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przełożył

Arkadiusz Nakoniecznik


Dom Wydawniczy REBIS


Sen, w którym śnimy

Pierwszy raz przeczytałem Labirynt śmierci w 1987 roku. Albo w 1988. Data nie ma tu jednak większego znaczenia. Ważniejsze wydaje mi się co innego: ta powieść miała wtedy trochę inny przebieg i inne zakończenie.

Philip K. Dick napisał Labirynt śmierci w 1968 roku, książka zaś ukazała się w 1970, czyli pochodzi z tego samego mniej więcej okresu, co Galaktyczny druciarz i Nasi przyjaciele z Frolixa 8. Dwa lata wcześniej powstała Blade runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, a rok wcześniej został opublikowany Ubik. Sławy dwóch ostatnich książek niniejsza powieść nie zdobyła, chociaż uchodzi za jeden z najmroczniejszych utworów Dicka, pozostający równocześnie w głównym nurcie jego literackich poszukiwań, którym służy w tym przypadku także sposób narracji mogący silnie kojarzyć się konstrukcją z młodszą o trzynaście lat powieścią Oko na niebie.

Jak można wnosić z zachowanych dokumentów, pierwotnie książka miała mieć tytuł Czas L.I.N.A. (The Hour of the T.E.N.C.H.), chociaż w tym samym okresie (październik 1968) sam autor opisywał ją już w korespondencji z Donem Wollheimem jako Labirynt śmierci. Niemniej wcześniejszy tytuł odnajdujemy w liczącym 422 strony manuskrypcie podarowanym przez Philipa K. Dicka The Browne Popular Culture Library przy Bowling Green State University w Ohio. Jak podaje Patrick Clark, wydawca poświęconego Dickowi fanzinu PKD otaku, wersja ta niewiele różni się od przekazanej wydawnictwu – późniejsze poprawki, chociaż całkiem liczne, miały charakter stylistyczny, nie fabularny.

Z innych listów autora wiadomo, że jeszcze w styczniu 1970 roku zastanawiał się nad ostateczną postacią tytułu, ale w lipcu tego roku książka ukazała się jako A Maze of Death.

W Polsce pierwszy raz powieść została wydana w trzecim obiegu, jako tak zwana „klubówka”, opatrzona sygnaturą drukarni 265/87, co sugeruje 1987 rok. Nazwiska tłumacza nie podano. Pierwsze oficjalne wydanie, w obecnie przedstawianym przekładzie Arkadiusza Nakoniecznika, pojawiło się w 1992 roku w wydawnictwie Alfa.

Powracając do lektury Labiryntu śmierci w 2017 roku, miałem w pamięci niektóre sceny tej powieści, żywa była też wizja mrocznego i wieloznacznego Budynku w wersji oryginalnej, jak i uzbrojonej wersji miniaturowej. To samo dotyczyło Chodzącego po Ziemi i zasad przedstawionej w książce religii, która w gruncie rzeczy nie jest już religią. Niemniej kilku zapamiętanych scen nie odnalazłem, co zdecydowanie mnie zaskoczyło. Nie były to wielkie „zguby”, żadna nie wpływała na fabułę czy przekaz powieści, lecz zdumiony tym sięgnąłem do dawniej czytanych egzemplarzy, by sprawdzić tych kilka „krnąbrnych” akapitów. Okazało się, że są takie same jak w nowszych wydaniach, w tym także oryginalnym wydaniu anglojęzycznym. Dziwne.

Podążając tropem myślenia Dicka, mógłbym prawdopodobnie stwierdzić, że ktoś musiał te stare książki podmienić w mojej biblioteczce. Jest też druga możliwość, zapewne jeszcze lepiej pasująca do sposobu postrzegania świata przez autora Przypomnimy to panu hurtowo – ktoś mógł skorygować niektóre fragmenty mojej pamięci. No i jest możliwość trzecia, nadal mieszcząca się w tej samej konwencji – niepostrzeżenie przeszedłem w ciągu tych trzydziestu lat do innego strumienia czasu albo do niemal identycznej rzeczywistości równoległej, która różni się jednak tym, że powieść Philipa Kindreda Dicka A Maze of Death ukazała się w niej w trochę innej wersji (a wiadomo, że taka wersja istniała nawet tutaj i teraz, w tym strumieniu czasu).

Nie jest to pierwsze „dickowskie déjà vu”, jakie przytrafiło mi się podczas pracy nad serią „Dzieł wybranych” P.K.D. ukazującą się nakładem Domu Wydawniczego REBIS. Nie jest też najbardziej złożone z nich, ponieważ dotyka tylko mnie, bez udziału osób trzecich wpisujących się niekiedy w „ubikowe” zaiste scenariusze.

Oczywiście w grę wchodzi też znacznie prostsze wyjaśnienie związane z zawodnością ludzkiej pamięci, o której funkcjonowaniu napisano całe tomy (często zapominając przy tym, co już wcześniej zostało na ten temat powiedziane), stwarzaniem przez nasz umysł fałszywych wspomnień i obudowywaniem ich racjonalizacjami. Jest to wytłumaczenie całkiem prawdopodobne i w pełni do mnie przemawia, nawet jeśli jako mało literackie może wywołać pewien niedosyt. Wiemy, że tak to działa. Działa ogólnie, nie tylko w przypadku utworów Philipa K. Dicka. Co więcej, on sam poświęcił temu zjawisku sporo uwagi – było obecne w jego prozie, ale także w psychologicznych i filozoficznych refleksjach.

Autora Labiryntu śmierci niezmiennie fascynowało zjawisko subiektywnego postrzegania świata. Fabularnie dał temu wyraz także w niniejszej książce, w której nie ma jednego narratora. Historię opowiada kilka osób, przy czym za każdym razem patrzymy na bieg wydarzeń poprzez inną parę oczu. Nie są to w większości wypadków relacje tak rozbieżne jak we wspomnianym już Oku na niebie, gdzie zastosowany został bardzo podobny tryb narracji, niemniej i tutaj zdarza się, że autor silnie różnicuje indywidualny sposób odczytywania nawet bardzo prostego przekazu. Owszem, sytuacja w pewien sposób się później wyjaśnia, chociaż ostatecznie wyjaśnienie to cofa nas do punktu wyjścia, autor zaś zdaje się powtarzać z naciskiem: Tak, każdy z nas żyje w osobnym świecie, i to nie tylko dlatego, że „człowiek z natury jest samotny”, jak sugerowali egzystencjaliści. Dick najwyraźniej dostrzegał problem gdzie indziej – jesteśmy samotni, ponieważ nie potrafimy pokonać barier komunikacji. Mówiąc tym samym językiem czy używając tych samych zwrotów, odnosimy je do pojęć, idei i interpretacji, które są właściwe tylko nam. I zwykle nie podejrzewamy nawet, że próbując komunikować się z innymi, ponosimy kolejne porażki, za prawdę biorąc pozory stwarzane wskutek odgrywania ról społecznych, powtarzania komunałów i wymieniania komunikatów, które tak naprawdę są tylko szumem informacyjnym. Owszem, można tak trwać, lecz Philip K. Dick mówi: To nie życie, to wegetacja.

Ludzi zdawał się autor postrzegać jako monady, między którymi nie ma istotnego kontaktu, jego światy powieściowe zaś można zapewne interpretować jako wyraz zadziwienia tym, jak społeczeństwo może trwać (i jak mogło powstać), skoro wydaje się, że w gruncie rzeczy nie jest społecznością dzielącą te same myśli i idee. A nie dzieli ich, skoro każdy może postrzegać je, i najpewniej postrzega, odmiennie, będąc jednocześnie ślepym i głuchym na te różnice. Bariera komunikacji wydaje się niepokonana, w dodatku tylko nieliczni potrafią ją dostrzec. Nieliczni na tyle, że ich istnienie nie zmienia jakości życia społecznego.

Można powiedzieć, że jest to szalenie pesymistyczny obraz, który nawet dla pisarza mógł być trudny do zniesienia. Czy P.K.D. próbował jakoś się z nim zmierzyć, czy usiłował krytycznie podejść do własnej hipotezy?

Najpewniej tak. Sądzę, że już sam fakt, iż zaczął to zjawisko opisywać, mógł być jego prywatną batalią. I to batalią toczoną na różnych poziomach.

Pierwszym byłby poziom symulacji. Dokładniej rzecz biorąc, symulacji życia społecznego. W tym przypadku z przyczyn oczywistych chodziłoby o symulację literacką – potraktowanie historii jako specyficznej struktury dynamicznej w sposób podobny do tego, jak wiele lat później stało się to możliwe w symulacjach komputerowych, które dały początek różnym grom symulacyjnym. Weźmy postać X, dodajmy postać Y, zetknijmy je, osadźmy w środowisku społecznym, dajmy im prywatne historie i zobaczmy, co zrobią. Może da się dzięki temu coś zrozumieć z całej tej układanki. Oczywiście można stwierdzić, że często tak właśnie wygląda proces pisania (w każdym razie wzmianki autorów, że ich postaci są krnąbrne i próbują „żyć własnym życiem”, wcale nie są takie rzadkie), lecz w tym przypadku chodziło raczej o coś innego, widocznego zwłaszcza w obyczajowych powieściach P.K.D. Nie ma w nich fantastycznych gadżetów czy rozwiązań fabularnych, dekoracje są zwyczajne, ale postaci odnajdują się w tych światach w jeszcze mniejszym stopniu niż w pozostałych utworach Dicka, jeszcze trudniejsza wydaje się ich komunikacja z resztą dramatis personae. Może dlatego, że nie dysponują całym zasobem środków technicznych, a przede wszystkim wachlarzem właściwych filozoficznej wyobraźni Philipa K. Dicka fantastycznych idei, które rozjaśniałyby mroki ich codzienności.

Godzi się przy okazji wspomnieć, że autor poświęcał wiele uwagi dosłownej symulacji świata społecznego. Nie był w tym osamotniony wśród twórców fantastyki, niemniej zwraca uwagę jego wytrwałość w owej materii. Gdy mowa o temacie, w kontekście polskiej fantastyki naukowej zwykle przywołuje się Stanisława Lema i jego Kongres futurologiczny (1971), chociaż pierwowzór przedstawionej tam wirtualnej rzeczywistości (dzieło fantomatyki) został powołany do życia dzięki chemicznemu oddziaływaniu na ludzki umysł, ze środkami służącymi zarówno do nasilania iluzji i nadbudowywania jej kolejnych pięter, jak i środkami ją znoszącymi (z grupy tak zwanych „ocykanów”). Inni autorzy, próbujący położyć technologiczne lub pseudotechnologiczne fundamenty pod wirtualną rzeczywistość, sięgali jeszcze dalej, zwracając się na przykład w stronę telepatii (jak John Brunner). Philip K. Dick eksplorował ten obszar w podobny sposób, czego wyrazem metafizyczny „wspólny sen” w Oku na niebie, ale już w Labiryncie śmierci poszedł krok dalej, i to w stronę, która ma całkiem dużo wspólnego z dzisiejszymi wersjami wirtualnej rzeczywistości.

 

Rewolucja informatyczna otworzyła przed ludzkością sporo znaczących ścieżek. Jedną z nich jest możliwość tworzenia symulacji, które wprawdzie nie sięgają poziomu postulowanego przez futurystyczne wizje socjologiczne (a zdaniem niektórych nigdy tego poziomu nie osiągną, gdyż wymagałoby to mocy obliczeniowej przewyższającej wszelkie teoretycznie dostępne kiedykolwiek ludzkości zasoby), ale pozwalają na coraz większą swobodę w kształtowaniu wirtualnego środowiska, tak fizykalnego, jak i społecznego. Można jednak sądzić, że obecna wirtualna rzeczywistość jest jeszcze w powijakach. Zwykle możemy ją tylko oglądać na ekranie, a próba wejścia do cyfrowego świata wymaga złożonych i niekoniecznie wygodnych w użyciu urządzeń. Etap „docelowy na dzisiaj” to możliwość wniknięcia do symulacji za pomocą jak najprostszych środków, prostszych zapewne nawet niż te przedstawiane przez Dicka, który ideę antycypował całkiem udanie: należy tak przygotować sygnały dla wszystkich ośrodków mózgowych zawiadujących analizą danych z narządów zmysłów, by mózg całkiem oszukać. Niech weźmie wytworzoną przez program fikcję za jedyną prawdę. Współcześni autorzy, jak Charles Stross, zwracają co prawda uwagę, iż nawet wirtualna swoboda będzie miała swoje granice, związane choćby z nawykami będącymi skutkiem fizyczności naszych pozawirtualnych postaci (Accelerando, 2005), niemniej do modelowania społecznych interakcji nadawać może się takie środowisko całkiem dobrze i w tej materii ograniczeń będzie zapewne niewiele, sporo zaś dodatkowych możliwości.

Philip K. Dick, który chyba jednak nie był optymistą, gdy chodzi o ocenę gatunku ludzkiego, skupił się w Labiryncie śmierci na jednej z tych możliwości dodatkowych i to ona spowodowała, że powieść uchodzi za mroczną. Mowa o agresji, którą można niemal bezkarnie uwolnić w środowisku przypominającym nader realistyczny sen. Porównanie z marzeniami sennymi nie jest przypadkowe, ponieważ rzeczywiście trafiamy w ich ciągu na sytuacje, które noszą znamiona odreagowania frustracji, czy to przez agresję, czy przez inne typy zachowań. Oczywiście jest to równocześnie bardzo ogólne nawiązanie do podstaw psychoanalizy z jej interpretacją konfliktu „natura versus kultura” oraz nerwic powodowanych przez nieumiejętność okazywania emocji. W sumie nic nowego, jednak Philip K. Dick uznał ten element za istotny w swojej powieści, sugerując wprost, iż pobyty całej grupy we wspólnej rzeczywistości wirtualnej mogłyby mieć znaczenie terapeutyczne, a dokładniej – mogłyby zapobiec okazywaniu agresji „na jawie”, i to nawet wtedy, gdyby śmierć była odczuwana w wirtualu równie dotkliwie i boleśnie, jak poza nim, i powodowała całkiem realny żal i smutek. Czy aż do poziomu katharsis? Tego autor nie precyzuje.

Oprócz mierzenia się z problemem komunikacji międzyludzkiej (a także komunikacji człowieka ze światem) za pomocą wspomnianych wyżej środków „doraźnych”, czyli łagodzących skutki dysfunkcji, Dick zdawał się szukać też środków „systemowych”. W szerokiej perspektywie był to zresztą podstawowy motyw jego twórczości, obecny w niej przez kilkadziesiąt lat. Zapewne to jedna z najlepiej znanych i najczęściej komentowanych cech pisarstwa P.K.D., wiązana z różnymi pozaliterackimi przyczynami, głównie jego osobowością, lecz gdziekolwiek by szukać przyczyny, ważniejsze wydaje mi się w tym momencie coś innego, mianowicie czytelność i przystępność jego pomysłów oraz ich wyraźna atrakcyjność dla odbiorców. Raczej trudno wysnuć z tego wniosek, że wszyscy byli czy są równie osobliwi, wyczuleni lub nadwrażliwi jak Philip K. Dick. To zaprzeczałoby chociażby prostej zasadzie rozkładu statystycznego. Właściwszy wydaje się wniosek, że umiał on po prostu całkiem przystępnie przedstawić w prozie to, co jest problemem większości ludzi, nawet jeśli nie potrafią tego ubrać w słowa czy trudno im się przyznać przed sobą do niepokojących pytań. Pytania te dotyczyły zaś zjawisk wręcz ontologicznych, samych podstaw pojęcia rzeczywistości, oraz epistemologicznych, czyli tego, jaką mamy szansę ową rzeczywistość poznać i zweryfikować. Jak wspomniałem, była to swoista batalia, toczona na tysiącach stron powieści, opowiadań i esejów, w trakcie której autor poszukiwał punktu zaczepienia. Dodałbym, że w ten sposób Dick podważał poniekąd jednocześnie swoją autorską rolę „wszechwiedzącego narratora” i zarazem stwórcy świata powieści. W moim odczuciu w jego tekstach mamy z reguły do czynienia z narratorem niekoniecznie dosłownie „zagubionym”, ale poszukującym. Nie zawsze do końca pewnym, co naprawdę dzieje się w jego uniwersum i czy przedstawiana właśnie koncepcja, na której zostało oparte, może się sprawdzić.

Sama myśl przewodnia owych poszukiwań była w jakiejś mierze wręcz platońska, chodziło bowiem o odkrycie sposobu dotarcia do jak najautentyczniejszej wersji „rzeczywistości”, skonstruowanie oręża pozwalającego przedrzeć się przez pokłady iluzji „rzeczywistość” ową maskujących. Można zapewne powiedzieć, że Dick starał się wynaleźć „ocykan” dający szansę dojrzenia i poznania czegoś więcej, środek, który wolno utożsamić z niektórymi wersjami Ubika.

Lista obszarów penetrowanych w trakcie tych poszukiwań byłaby całkiem długa. Od chemii (!) pod postacią popularnych w latach sześćdziesiątych narkotyków, przez chińską księgę I Ching, po religię. Ten ostatni motyw pojawia się także w Labiryncie śmierci, będąc jednym z kluczowych elementów powieści. Nie jest to jedyny taki przypadek w twórczości Philipa K. Dicka, co więcej, w późniejszych latach miał to być element pierwszoplanowy jego myślowych peregrynacji, niemniej właśnie odwołanie do systemów religijnych jest chyba jednym z najbardziej Dickowskich, przynajmniej gdy chodzi o lata sześćdziesiąte.

Jak zaznaczył autor w poprzedzającej powieść notce: „Religia przedstawiona w tej powieści nie jest pokrewna żadnemu znanemu wyznaniu. Powstała w wyniku […] próby stworzenia abstrakcyjnego, logicznego systemu religijnego opierającego się na niepodważalnym założeniu, że Bóg istnieje”. Innymi słowy, chociaż bohaterowie tekstu rozważają kwestie wiary i posługują się tym terminem, jak szybko odkrywamy, samej „wiary” tam nie ma. Wszyscy wiedzą, że Bóg istnieje, doświadczając na co dzień dowodów jego egzystencji i skutków jego skłonności do ingerowania w życie śmiertelników. Trudno powiedzieć tym samym, czy tak naprawdę nadal chodzi o religię. Może raczej o kolejną postać Ubika ujawniającego ukryty przed naszymi oczami ład świata, który możemy próbować odkryć. Oczywiście poszukiwania takie mają bardzo długą tradycję w historii ludzkości, z tą wszakże różnicą, że literacki ład Dicka istnieje w świecie jego powieści jako pewnik, podczas gdy historycznie trudno o analogiczny poziom obiektywnie potwierdzalnego sukcesu. Nie tylko zresztą na gruncie wiary – filozofia nauki też może dodać ze swej strony mnóstwo złożonych dysput nad wiarygodnością wyników obserwacji czy granic ludzkiego poznania.

Gdyby podążać dalej tym tropem, zapewne dałoby się wysnuć wniosek, że poszukiwania Dicka dotyczyły spraw zasadniczo abstrakcyjnych, interesujących od strony filozoficznej (co było prawdą, jak nieraz stwierdzał Lem, komentując twórczość P.K.D.), lecz dla doświadczenia codziennego nie tak istotnych. Wszelako niekoniecznie tak właśnie rzecz wygląda.

Niekiedy można spotkać się z sugestią, że przyszło nam żyć w rzeczywistości Philipa K. Dicka. Stwierdzenie to jest rzecz jasna bardzo ogólne, gdyż nie od razu wiadomo, o jakim aspekcie owej rzeczywistości mowa. Niektórzy wyjaśniają, że chodzi o odmalowane przez P.K.D. oblicze korporacyjnego kapitalizmu, które sprawia, że nie wyjmiemy z własnej lodówki kupionego osobiście kefiru, dopóki nie opłacimy się tej lodówce. I nie wyjdziemy z domu, dopóki nie uregulujemy rachunków z drzwiami. Są to nawiązania do powstałego przed rewolucją informatyczną Ubika, mocno kojarzące się jednak z obecnymi metodami producentów oprogramowania i coraz dalej idącą komputeryzacją gospodarstw domowych. Lodówka zaiste może mieć swój adres sieciowy, a skoro tak, to producent może ją kontrolować. Podobnie zresztą jak każdy wystarczająco wprawny amator włamywania się do różnych podsystemów globalnej sieci.

A skoro o sieci mowa… Początki WWW, w niejakim uproszczeniu znanego nam jako Internet, to 1990 rok. Niemniej prace, które – chociaż nie bezpośrednio – zaowocowały jego powstaniem, prowadzone były już wcześniej, a decyzję o stworzeniu pierwszej zdecentralizowanej sieci komputerowej, nazwanej później ARPANET-em, podjęto w USA w 1967 roku. Jak już wspomniałem, rewolucja informatyczna przyniosła wiele nowinek, które zdecydowanie (i zapewne bezpowrotnie) zmieniły nasze życie. Co więcej, zmiany te idą nieporównanie dalej i mają większy zasięg, niż działo się to w trakcie rewolucji naukowo-technicznej. Postępują też o wiele szybciej, dając nam znacznie mniej czasu na oswojenie się z nowościami.

I właśnie „rzeczywistość Internetu” jest zapewne najbardziej dickowskim aspektem naszej codzienności.

Internet jest moim zdaniem wspaniałym wynalazkiem, jednym z największych w historii ludzkiej cywilizacji. Jest też świetnym narzędziem komunikowania się, dającym bezprecedensowe możliwości. To tyle, jeśli chodzi o potencjał. Niemniej, jak każde narzędzie, wymaga opanowania jego obsługi, a z tym jest już gorzej, co w zasadzie nie powinno zaskakiwać, gdyż tylko w świecie idealnym byłoby inaczej. W postulatach etycznych XIX wieku, który wówczas wydawał się stuleciem szalonych zmian, wiele było o szlachetnym wykorzystaniu kolejnych wynalazków epoki. Wiek XX przyniósł terapię szokową, po której nie powinniśmy się chyba dziwić, że spora część Internetu przedstawia nam sprawy banalne, a jeszcze większa (jak Deep Web i Dark Web) służy sprawom nie do końca jasnym czy wręcz działalności przestępczej. To zaś jakoś zgadza się z faktem, że Internet stał się już polem rozmaitej rywalizacji nie zawsze szczerze zaprzyjaźnionych państw i od pewnego czasu mówi się o wojnie cybernetycznej (wyciągając przy okazji urocze słowo „cybernetyka” z językowego lamusa).

Ale to nie wszystko. Jest jeszcze inna, być może nawet ważniejsza kwestia dotycząca dostępu do rozpowszechniania informacji. W całej historii ludzkości mieliśmy w tej materii do czynienia z różnymi monopolami. Najczęściej były to monopole państwowe, ale należy też pamiętać o roli prasy, agencji informacyjnych, telewizji czy publikacji naukowych. I oto gmach tradycyjnych autorytetów (nawet nie zawsze autentycznych, niekiedy też programowo nastawionych na manipulacje, ale zawsze porządkujących przestrzeń informacyjną) i cała struktura wiarygodności informacyjnej zostały zdewastowane. Istnieją wprawdzie nadal, ale przeciętny użytkownik sieci nie zawsze z tego korzysta. Nie zawsze umie, nie zawsze chce podjąć wysiłek nauki. Znalazł się raczej w skórze jednego z bohaterów Dicka, który nie wie już, co jest rzeczywistością, i bez większego trudu może zakotwiczyć się w tej, która akurat zaoferowała mu schronienie. I nie ma tu znaczenia, jak ma się ona do pozostałych, no i do tej, którą zwykliśmy jednak uznawać za „realną”.

Trafiliśmy w ten sposób do świata, który jest równie rzeczywisty, czy raczej nierzeczywisty, jak światy z utworów Philipa K. Dicka. Światy iluzji, światy zasłon, światy skrywające prawdziwsze oblicza. Tak naprawdę zaś jest to bezlik światów mogący zdążać w swojej liczbie do zrównania się z sumą użytkowników Internetu. Każdy z nich może wykreować w sieci własną „rzeczywistość”, i to zapewne niejedną. Nie sugeruję przez to, że użytkownicy WWW są całkiem pozbawieni rozsądku czy, co zapewne ważniejsze, krytycyzmu. Niemniej ta grupa nie stanowi raczej większości. I trudno się dziwić. Jak wcześniej nadmieniłem, sprowadziliśmy sobie ten twór na głowy i upowszechniliśmy go w takim tempie, że zabrakło czasu na wytworzenie powszechniejszej „odporności” (zakładając oczywiście, że takowa w ogóle się pojawi, co może się okazać nazbyt optymistycznym założeniem).

Widać zatem, że dickowska atmosfera z wolna się zagęszcza. W tej sytuacji zapamiętanie z dawnej lektury książki innej nieco, niż okazała się przy ponownym sięgnięciu po tekst, nie powinno w zasadzie dziwić. Jest to drobiazg, który na dodatek wpisuje się w szerszy obraz. I to drobiazg jakby niegroźny, zaistniały w mikroskali. O wiele bardziej znaczące może okazać się to, co Philip K. Dick mówił o makroskali zjawisk społecznych. To, co przekłada się na społeczne rozmycie obrazu świata, jego dowolną subiektywizację, skalę możliwej dezinformacji i nowe postacie wojny informacyjnej.

 

Wielu ma Philipa K. Dicka za wizjonera. Możliwe, że nim był, ale obecnie każdy z nas, całkiem łatwo i bez szczególnych predyspozycji, może się stać w pewien sposób Philipem K. Dickiem poszukującym prawdziwszego albo właściwszego dlań obrazu świata. Chociaż niekoniecznie od razu wizjonerem.

Radosław Kot