Kopia ojcaTekst

Z serii: s-f
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Gdzie jest zarządca tego regionu? – spytał. – Zabierzcie mnie do niego. Nie z wami będę to załatwiał.

Białasy bez słowa odwróciły się i pomaszerowały tam, skąd przyszły. Oniemiały z gniewu bard dopiero po chwili ruszył za nimi. Poprowadzili go przez piaszczyste pole i gołe, zerodowane wzgórza, na których nic nie rosło. Ruin było coraz więcej. Na skraju dawnego miasta wyrosły ubogie wioski: byle jak sklecone chaty, podmokłe uliczki, smród i brud, gnijące odpady, aura śmierci. Pod krzywymi ścianami spały wychudłe psy. Rozbrykane dzieciaki babrały się w błocie i śmieciach. Przed domostwami siedzieli starcy o papierowych twarzach i pustych zeszklonych oczach. Tu i ówdzie grzebały w ziemi kury, trafiały się też świnie i wyliniałe koty – a wszędzie wokoło rdzawe sterty złomu, nierzadko wysokie na dziesięć metrów.

Dopiero za tym pierścieniem osad zaczynały się właściwe ruiny miasta – nieskończone kilometry porzuconych domów, szkieletów budowli, złomków betonowych murów, rozrzuconych chaotycznie wraków samochodów. Wszystko to pochodziło z Czasu Szaleństwa, dziesięciolecia, które ostatecznie zaciągnęło kurtynę nad najnędzniejszym okresem w historii ludzkości. Tamte pięć wieków bezhołowia dziś nazywa się Epoką Herezji, w której człowiek zbuntował się przeciwko boskiemu planowi i ujął swe przeznaczenie we własne ręce.

Dotarli pod większą, piętrową chatę. Białasy wspięły się po spróchniałych schodach; stopnie skrzypiały i wyraźnie się uginały pod ich ciężarem. Sung-wu z duszą na ramieniu poszedł w ich ślady i znalazł się na wąskiej galerii biegnącej przez całą szerokość budynku.

Przy kwadratowym stole siedział tam otyły człowiek o miedzianej skórze, w rozchełstanej koszuli i niechlujnie rozpiętych spodniach. Długie czarne włosy nosił zaczesane do tyłu i spięte na potylicy kościanym grzebieniem; ich luźne pasma zakrywały mu masywny kark. Na szerokiej, płaskiej twarzy rzucał się w oczy duży, mięsisty nochal. Wydatny podbródek układał mu się w trzy fałdy. Patrzył bezmyślnie na błotnistą ulicę, popijając coś z cynowego kubka. Na widok białasów wyprostował się nieco, z widocznym wysiłkiem.

– Ten człowiek chce z tobą mówić. – Jamison kciukiem wskazał barda.

Sung-wu gniewnie przepchnął się naprzód.

– Jestem bardem z Izby Centralnej. Poznajecie to? – Szarpnięciem rozpiął szatę na piersi i błysnął ryngrafem Świętego Ramienia w formie wstęgi z ciemnego, czerwonawego złota. – Domagam się odpowiedniego traktowania! Nie przybyłem tu po to, by mną pomiatał jakiś… – Urwał, zdawszy sobie sprawę, że przeholował. Siłą woli stłumił gniew i tylko zacisnął dłoń na uchwycie teczki. Tłusty Indianin przyglądał mu się ze spokojem; dwaj technosi odsunęli się na koniec galerii i przykucnąwszy w cieniu, zapalili ręcznie zwijane papierosy. – I ty na to pozwalasz? Na takie spoufalanie?

Indianin wzruszył ramionami i opadł luźno na krzesło.

– Jasność z tobą – mruknął. – Poczęstujesz się? Mam dobry sok cytrynowy. A może kawy? Ja piję sok, bo to dobre na zęby. – Uśmiechnął się szeroko, ukazując pokryte aftami dziąsła.

– Nie, dziękuję – odparł niechętnie bard, przysunął sobie wolny stołek i usiadł naprzeciwko zarządcy. – Jestem tu służbowo. Badanie przyrostu naturalnego.

– Aha.

– Chodzi o średnią liczbę zgonów i narodzin z ostatniego okresu. – Sung-wu po krótkim wahaniu nachylił się do urzędnika. – Każ tym dwóm odejść. To, co mam ci do powiedzenia, jest poufnej natury.

Twarz Indianina pozostała nieprzenikniona. Po długiej chwili spojrzał na białych i rzekł:

– Zejdźcie na dół, jeśli łaska.

Technosi podnieśli się i wykonali polecenie, rzucając przybyszowi wrogie spojrzenia i pomrukując coś pod nosem. Mijając go, jeden zacharczał i splunął nad balustradą na ziemię.

– Co za bezczelność! – Sung-wu omal nie zachłysnął się z furii. – Jak możesz do tego dopuszczać! Widziałeś to? Na Elrona, to przechodzi ludzkie pojęcie!

– Wszyscy ludzie są braćmi na kole życia – odrzekł z filozoficzną zadumą Indianin i beknął donośnie. – Czyż nie tak nauczał sam czcigodny Elron, kiedy żył na Ziemi?

– Oczywiście, ale…

– Czy i ci dwaj nie są nam braćmi?

– Owszem, są – odparł bard wyniośle. – Muszą jednak znać swoje miejsce. To kasta bez żadnego znaczenia. Wzywa się ich w tych rzadkich wypadkach, kiedy ktoś ma coś do naprawienia… ale nie przypominam sobie, aby jakakolwiek tego rodzaju konieczność zaszła w ciągu ostatnich parunastu miesięcy. Ich użyteczność maleje z roku na rok i ostatecznie…

– Jest pan może zwolennikiem sterylizacji? – Indianin spojrzał na niego spod oka.

– Jestem zwolennikiem jakiegoś rozwiązania tej kwestii. Niższe kasty mnożą się jak króliki, o wiele szybciej niż choćby my. Co rusz widzę jakąś ciężarną białaskę, a nowych bardów ostatnio prawie nie przybywa. Te prymitywy muszą kopulować bez wytchnienia.

– Niewiele więcej im z życia zostało – szepnął zarządca. – Powinieneś się zdobyć na trochę tolerancji.

– O czym ty mówisz? Ja nic do nich nie mam, pod warunkiem że…

– Powiadają, że sam Elron Hu był białoskóry.

Sung-wu prychnął z oburzeniem i chciał zmiażdżyć adwersarza celną ripostą, lecz gorące słowa uwięzły mu w gardle. Na dole podniósł się jakiś hałas.

– Co się tam dzieje?! – wykrzyknął i poderwawszy się ze stołka, przypadł do balustrady.

Ulicą nadciągał pochód. Mężczyźni i kobiety jak na komendę wyroili się z chat i podekscytowani ustawiali w szpaler, zwabieni widowiskiem. Bardowi zakręciło się w głowie; patrzył na to jak urzeczony. Ludzi zbierało się coraz więcej, miał wrażenie, że są ich już setki, ściśniętych w rozfalowany, szemrzący tłum. Nagle rozbrzmiało zbiorowe, histeryczne zawodzenie, jakby wiatr zagwizdał potępieńczo w ruinach. Zebrani tworzyli teraz jedną całość, wielki prymitywny organizm zahipnotyzowany widokiem nadchodzącej kolumny.

Maszerujący byli dziwnie ubrani: wszyscy mieli na sobie identyczne śnieżnobiałe koszule z podwiniętymi rękawami, szare spodnie niewiarygodnie archaicznego kroju i czarne buty. Szli spokojni i poważni, wyprostowani, z dumnie uniesionymi głowami. Z hardych min bił niemal namacalny, bezlitosny fanatyzm, od którego Sung-wu aż się skulił ze zgrozy – przerażający oddech zamierzchłej przeszłości. Setki stóp wybijały tępy, jednostajny rytm wibrujący wśród prymitywnych chałup. Zbudziły się psy; poszczekiwanie i wycie mieszało się z płaczem dzieci i gdakaniem wystraszonych kur.

– Na Elrona, cóż to jest? – Bard chwycił się za głowę.

Uczestnicy pochodu nieśli dziwne symbole, o ezoterycznym zapewne, rytualnym znaczeniu, którego Sung-wu oczywiście nie pojmował: tyczki i rury oplecione siatkami z materiału przypominającego metal. Metal! I to nie zardzewiały, lecz jasny i połyskliwy. Zdumiewające: wyglądał jak nowy!

Czoło procesji mijało właśnie dom zarządcy. W jej połowie jechał wielki, turkoczący wóz, na którym pyszniło się coś, co mogło być tylko symbolem płodności: gigantyczny korkociąg, wysoki jak drzewo i osadzony w sześcianie z lśniącego metalu, kołyszący się w przód i w tył w miarę podskoków wozu na nierównej drodze.

Dalej ciągnęły kolejne szeregi tak samo posępnych, ubranych na szaro i biało ludzi, obładowanych rurami, prętami i innymi lśniącymi przedmiotami. Kiedy przeszli, ulicę wypełniła fala gapiów; kto żyw jak w transie podążał za pochodem, a za dorosłymi pobiegły i dzieci z rozdokazywanymi psami.

Zorganizowany pochód szaro-białych zamykała idąca samotnie kobieta z proporcem na długiej tyczce, którą przyciskała do piersi, zmagając się z porywami wiatru. Proporzec wił się i trzepotał. Dopiero z bliska Sung-wu poznał widniejący na nim symbol – i serce w nim zamarło. Tuż pod jego nosem, widoczna dla każdego, jawnie prowokacyjna, falowała wielka litera T.

– Czy to…? – zaczął, lecz otyły Indianin wszedł mu w słowo.

– Tinkeryści – wyjaśnił i spokojnie pociągnął łyk kwaśnego soku.

Bard chwycił teczkę i rzucił się ku schodom, lecz nie zdążył zbiec na dół. Obaj biali szli już na górę, blokując mu drogę.

– Do mnie! – krzyknął zarządca.

Sung-wu wiedział, że nie ma z nimi szans. Ich błękitne, zimne jak kamienie oczy emanowały brutalnością i wrogością. Rzut oka na pęczniejące pod sierścią mięśnie dopowiedział resztę.

Gorączkowo wsunął rękę do kieszeni szaty; chwilę walczył z oporną tkaniną, lecz w porę wyciągnął broń. Wycelował w białasów i nacisnął wyzwalacz; nic się jednak nie stało – emiter drgań okazał się zepsuty. Potrząsnął nim nerwowo, uderzył parę razy o dłoń, co zaowocowało jedynie obłoczkiem pyłu, płatków rdzy i włókien ze zwietrzałej izolacji. Sung-wu odrzucił bezużyteczny przedmiot i chwyciwszy za poręcz, zdesperowany zeskoczył na ziemię. Wylądował twardo w kaskadzie drzazg – przegniła balustrada poddała się pod naciskiem – i przetoczył się parę razy, uderzając przy tym głową o róg budynku, po czym lekko zamroczony pozbierał się na nogi.

Rzucił się do ucieczki. Jamison i Ferris ścigali go, przeciskając się przez ciżbę. Sung-wu oglądał się co chwila przez ramię i widział ich blade, spocone twarze. Na rogu skręcił między chaty, przeskoczył rów z nieczystościami i wdrapał się na stertę śmieci, potem drugą i następną. Potykał się, zapadał w ohydne błocko, staczał, podnosił, aż w końcu zdyszany zwalił się oparty plecami o pień drzewa. Na szczęście nie zgubił teczki.

Białasów nie było nigdzie widać; najwyraźniej udało mu się ich zgubić. Przynajmniej chwilowo mógł się poczuć bezpieczny. Rozejrzał się. Jak stąd trafić na statek? Długo przepatrywał widnokrąg, osłaniając oczy przed blaskiem, aż wreszcie wypatrzył jego obły, pogięty kadłub. Znajdował się daleko na prawo, ledwo widoczny pod nisko wiszące słońce. Zebrał siły, wstał i chwiejnie ruszył w tamtym kierunku.

Sytuacja była fatalna. Tinkeryści opanowali cały region – na ich stronę przeszedł nawet mianowany przez Izbę zarządca! Wpływy kultu nie ograniczały się więc do jednej czy dwóch najniższych kast, lecz niczym grzybnia przerosły na wskroś cały system. Co gorsza, nie dotyczyło to samych tylko białasów: tu nie można liczyć na żadną z ras. Cała okolica okazała się wrogo nastawiona. Wpadł w pułapkę.

 

Na Elrona, jest gorzej, niż się Ramię spodziewało! Nie dziwota, że tak potrzebowali raportu. Cały region dał się uwieść diabolicznej doktrynie grupy agresywnych, fanatycznych heretyków. Sama myśl o tym przyprawiała go o dreszcze. Brnął przez trudny teren, klucząc między wioskami, aby uniknąć spotkania z rolnikami, a nawet z ich robotami. Szedł tak szybko, jak się dało, pchany przemożnym strachem. Gdyby to się miało rozprzestrzenić, objąć większą część ludzkości… Taki rozwój wydarzeń groził powrotem do Czasu Szaleństwa.

Spóźnił się. Statek był już opanowany – kilku masywnych białasów stało wokół niego; oglądali konstrukcję, palili papierosy i rozmawiali. Oszołomiony Sung-wu zsunął się z powrotem z pagórka i przycupnął między krzewami. Ogarniała go rozpacz. Stracił szansę na szybką ucieczkę. Technosi dotarli do wehikułu przed nim. Co ma teraz począć?

Do wieczora została godzina, może półtorej. Żeby dotrzeć do najbliższego zamieszkanego regionu, musiałby pokonać na piechotę z osiemdziesiąt kilometrów – w ciemnościach, przez nieznany, nieprzyjazny teren. Słońce już zachodziło, od ziemi ciągnęło chłodem, a on na dodatek ociekał brudną wodą i szlamem po tym, jak wpadł do rowu ściekowego.

Zawrócił po własnych śladach, w otępieniu ani myśląc, dokąd idzie. Co mógł zrobić? Bezsilny i bezbronny, pozbawiony kontaktu ze Świętym Ramieniem; wokoło wszędzie tinkeryści, którzy z pewnością rozerwaliby go na strzępy i krwią zrosili pole – albo i gorzej.

Szerokim łukiem ominął odosobnione gospodarstwo. W gasnącym świetle dnia ktoś jeszcze pracował. Odwrócona do niego plecami, między rzędami kukurydzy klęczała młoda dziewczyna. Zaciekawiło go, czym jest zajęta. Ostrożnie podszedł bliżej. Dobry Elronie, czyżby…? O, nie!

Zapomniawszy o niebezpieczeństwie, puścił się ku niej na przełaj.

– Stój, kobieto, co ty robisz?! W imię Elrona, natychmiast przestań!

Zaskoczona dziewczyna drgnęła i wyprostowała się.

– Ktoś ty? – spytała.

Sung-wu przypadł do niej i z trudem łapiąc oddech, krzyknął:

– To nasi bracia! Jak możesz ich zabijać?! Może to twoi zmarli krewni!

Jednym uderzeniem wytrącił jej z ręki słoik, do którego zbierała żuki. Naczynie upadło w bruzdę i uwolnione stworzenia rozpełzły się we wszystkie strony.

Dziewczyna spurpurowiała ze złości.

– Coś ty zrobił, człowieku! Całą godzinę je łapałam!

– Mordowałaś je! Miażdżyłaś! – Słowa ledwo przeciskały mu się przez ściśnięte ze wzburzenia gardło. – Sam widziałem.

– No pewnie, że tak! To szkodniki, zżerają nam kukurydzę.

– To nasi bracia – powtórzył z naciskiem. – Oczywiście, że jedzą wasze zbiory. Z powodu pewnych grzechów siły kosmiczne zadecydowały… – Urwał i cofnął się zdegustowany. – Ty tego nie wiesz? Nikt cię nie uczył?

Wyglądała na szesnaście lat, niewysoka, smukła i… ładna, musiał przyznać. Burza czarnych włosów opadała jej na plecy. Miała duże, lśniące oczy, pełne czerwone usta, skórę gładką, o miedzianym odcieniu. Być może Polinezyjka. Gdy schyliła się, by chwycić w palce owada, mignęły mu spod luźnej bluzy małe, lecz jędrne piersi. Puls mu przyspieszył; w jednej sekundzie cofnął się myślą o trzy lata.

– Jak się nazywasz? – spytał już łagodniej.

– Frija.

– Ile masz lat?

– Siedemnaście.

– Jestem bardem. Miałaś kiedykolwiek okazję spotkać jednego z nas?

– Nie sądzę.

Sung-wu ledwo ją widział w gęstniejącym mroku, ale to, co zdążył zobaczyć, ścisnęło mu serce. Te same krucze sploty na głowie, jakże znajome usta… Naturalnie ta była młodsza, nieomal dziecko jeszcze i w dodatku z kasty rolników – ale miała figurę Liu, a gdy z czasem dojrzeje…

Struny głosowe zagrały mu odwieczną, miodową nutą.

– Wylądowałem w tej okolicy na inspekcję i coś mi się w statku zepsuło, jestem więc zmuszony tu zanocować. Nikogo jednak nie znam i nie wiem…

– Ach, możesz się zatrzymać u nas! – wykrzyknęła, od razu udobruchana i współczująca. – Brat wyjechał, mamy wolną izbę.

– Byłbym rad – odrzekł skwapliwie Sung-wu. – Zaprowadzisz mnie do waszej chaty? Z radością zapłacę za tak dobrą przysługę.

Dziewczyna skinęła głową i ruszyła w stronę majaczących w ciemności zabudowań. Bard pospieszył za nią.

– Nie mogę uwierzyć, że jesteś nieuczona. Cały ten region niesamowicie się zdegenerował – perorował z zapałem. – Jakże nisko wszyscy upadliście! Musimy spędzić więcej czasu razem, to oczywiste. Jesteście prawie dzicy! Nikt z was nawet się nie otarł o oświecenie.

– Co to znaczy? – spytała.

Dotarli już pod dom. Frija weszła na ganek i otworzyła drzwi.

– Oświecenie? – Sung-wu aż przystanął w pół kroku, zbulwersowany taką ignorancją. – Oj, czeka nas dużo pracy. – W pośpiechu potknął się na schodkach i omal nie upadł. – Zdaje się, że musimy zacząć od podstaw. Mogę ci załatwić pobyt w ośrodku Świętego Ramienia… oczywiście pod moją opieką. Być oświeconym to znaczy żyć w harmonii z kosmosem. Jak możesz wegetować w takim stanie ducha? Moja droga, trzeba cię przywrócić do jedności z boskim planem!

– A cóż to za plan?

Wprowadziła go do przyjemnie ciepłego pomieszczenia. W kominku wesoło buzował ogień. Przy okrągłym stole z nieheblowanych desek siedzieli trzej mężczyźni – jeden pomarszczony, z długą białą grzywą, i dwaj młodsi. W kącie drzemała w bujanym fotelu wątła staruszka. Przez otwarte drzwi widać było krzątającą się w kuchni młodą kobietę o pełnej figurze.

– Jak to jaki plan? – Do Sung-wu nie docierało, że można tak kompletnie nic nie wiedzieć. Potoczył wzrokiem po izbie, baczniej przyjrzał się siedzącym i nagle teczka wypadła mu z dłoni. – Białasy!

Trafił do rodziny białych. Nawet ona, śliczna Frija, należała do tej przeklętej rasy. Była po prostu bardzo opalona, ale jednak biała. Teraz sobie przypomniał: oni na słońcu brązowieją i bywają ciemniejsi od mongoloidów. Dziewczyna ściągnęła giezło i powiesiła na wbitym w drzwi haku. W domowych szortach jej uda bielały jak mleko.

– To mój dziadek – powiedziała, wskazując na siwowłosego mężczyznę. – Benjamin Tinker.

Dwaj młodsi Tinkerowie pomogli Sung-wu się umyć, dali mu czyste ubranie i zaprosili do wspólnego posiłku. Jadł niewiele; nie czuł się dobrze.

– Nie mogę tego zrozumieć – mruknął, odsuwając talerz. – Według chronoskopu w Izbie Centralnej zostało mi osiem miesięcy życia. Dotknięty zarazą… – Zamilkł i chwilę rozmyślał. – To się jednak może odmienić. Chronoskop działa na zasadzie przewidywania, nie pewności. Możliwości jest wiele. Wolna wola… jakiś jawny akt o dostatecznym znaczeniu…

– A ty chciałbyś jeszcze pożyć? – Ben Tinker się roześmiał.

– Jakżeby nie! – odparł z godnością.

Teraz już śmiali się wszyscy, Frija także, i obudzona starowinka o wodnistych niebieskich oczach. Były pierwszymi białaskami, które widział z tak bliska. Wcale nie masywne i przerośnięte, jak ich mężczyźni; w ich drobnych twarzach też nie mógł się doszukać zwierzęcych rysów. Za to ci dwaj młodzi wyglądali na osiłków. Ślęczeli z ojcem nad rozłożonymi na stole papierami.

– Weźmy ten obszar – mówił Tinker senior. – Rury puści się tędy… i tędy. Woda jest najważniejsza. Przed następnym zasiewem rozrzucimy i zaorzemy z dwieście kilo nawozu sztucznego. Do tego czasu pługi mechaniczne powinny być gotowe.

– A potem? – spytał jeden z synów.

– Potem opryski. Dobrze by było skombinować roztwór nikotynowy, ale jak się nie da, to użyjemy posypki z siarczanu miedzi. Płyn byłby lepszy, ale na razie nie nadążamy z produkcją. Wiertacze wykopali jednak dobre komory składowe, więc z czasem to się wyrówna.

– Ten teren przydałoby się osuszyć. – Drugi syn stuknął palcem w mapę. – To jedna wielka wylęgarnia komarów. Można próbować z ropą, ale myślę, że warto całość w ogóle zasypać. Wykorzystałoby się koparkę i spychacz, jeśli nie będą potrzebne gdzie indziej.

Sung-wu słuchał tego wszystkiego i porządkował myśli, ale nie wytrzymał i zerwał się z krzesła. Drżąc z gniewu, wycelował w starca palec.

– Jesteście… szkodnikami!

Cała trójka spojrzała na niego, nie rozumiejąc, o co mu chodzi.

– Szkodnikami?

– Grzebiecie przy boskim planie! Mieszacie się w bieg kosmosu! Na Elrona… – Nagle pojął w czym rzecz. Objawienie uderzyło go jak obuchem: myśl tak obca, nienaturalna, że wstrząsnęła nim do głębi. – Wy chcecie odwrócić obroty koła…

– Nie inaczej – odparł Benjamin Tinker.

Bard opadł z powrotem na krzesło, niezdolny wykrztusić słowa. W głowie mu się to nie mieściło.

– Nie rozumiecie? Jeżeli spowolnicie koło… zaburzycie boski plan…

– Będzie z nim problem – mruknął zamyślony Tinker. – Jak go zabijemy, Ramię po prostu przyśle następnego. Mają ich na pęczki. Jeśli go jednak puścimy, pozwolimy wrócić do swoich, to narobi takiego rabanu, że cała Izba się nam tu zwali na głowę, a na to na razie za wcześnie. Poparcie szybko nam rośnie, ale potrzebujemy jeszcze kilku miesięcy.

Sung-wu przetarł spocone czoło.

– Jeśli mnie uśmiercicie – wydusił – zostaniecie strąceni o wiele szczebli w dół kosmicznej drabiny. Wznieśliście się już tak wysoko… Czemu chcecie zniweczyć wielowiekową pracę waszych dusz?

– Posłuchaj, przyjacielu. – Ben wbił w niego zimne spojrzenie. – Czyż nie jest prawdą, że nasze następne wcielenie zależy od postawy moralnej w obecnym?

– To wiedzą wszyscy.

– Co więc powinniśmy robić?

– Wypełniać boski plan.

– A kto ci powiedział, że nasz ruch nie jest jego częścią? – Teraz to Tinker wymierzył w barda palec. – Może siły kosmiczne właśnie chcą, żebyśmy osuszali bagna, tępili owady, szczepili się przeciwko chorobom? W końcu to one nas tu postawiły, nie?

– Jak mnie zabijecie, zostanę padlinożerną muchą! – jęknął Sung-wu. – Widziałem to w chronoskopie. Będę pełzał po gnijącym trupie wielkiego jaszczura, w parnej, śmierdzącej dżungli na jakiejś przebrzydłej planecie. – Łzy polały mu się po policzkach; ocierał je, lecz na próżno. – Spadnę na samo dno kosmosu!

– A to dlaczego? – Ben był wyraźnie rozbawiony udręką barda.

– Bo zgrzeszyłem. Popełniłem cudzołóstwo.

– Nie możesz się oczyścić?

– Nie ma na to czasu! – krzyknął z rozpaczą Sung-wu. – Mój umysł jest wciąż nieczysty. – Wskazał stojącą w drzwiach sypialni Friję. – Wciąż nachodzą mnie cielesne pragnienia, nie mogę się ich pozbyć. Za osiem miesięcy plaga obróci dla mnie koło… i po wszystkim. Gdyby dane mi było dożyć sędziwego wieku, bez zębów i apetytów… – Jego drobnym ciałem wstrząsnął dreszcz. – Zabraknie mi lat na oczyszczenie i zadośćuczynienie. Według chronoskopu jest mi pisane umrzeć młodo.

Tinker milczał zamyślony.

– Zaraza, powiadasz – odezwał się w końcu. – Możesz mi dokładniej opisać objawy?

Sung-wu opowiedział, co widział w machinie czasu. Gdy skończył, pozieleniały ze strachu, trzej biali popatrzyli po sobie znacząco.

Benjamin wstał.

– Chodź ze mną – powiedział i ujął barda pod rękę. – Coś ci pokażę. Zostało nam z dawnych czasów. Kiedyś rozwiniemy się na tyle, by wznowić produkcję, na razie jednak mamy tylko te resztki. Musimy je trzymać dobrze zamknięte i pod strażą.

– To w słusznej sprawie – rzucił jeden z synów i mrugnął do brata. – Wartej poświęcenia.

Bard Chai skończył czytać raport. Rzucił plik na biurko i spojrzał podejrzliwie na młodszego kolegę.

– Jesteś pewien? Nie trzeba tego zbadać dogłębniej?

– Kult umrze śmiercią naturalną – odrzekł Sung-wu. – Brak mu realnego poparcia. To zwykły wentyl bezpieczeństwa, bez większego znaczenia.

Chai nie był przekonany. Podniósł raport i przejrzał jeszcze raz.

– Może i masz rację – mruknął. – Tyle jednak słyszeliśmy…

– Wszystko kłamstwa – przerwał mu Sung-wu. – Plotki, pogłoski. Czy jestem już wolny? – Wykonał ruch, jakby chciał odejść.

– Spieszno ci do wakacji? – Chai uśmiechnął się ze zrozumieniem. – Wiem, jak się czujesz. To zadanie musiało być wyczerpujące. Prymitywny region, istny ciemnogród. Musimy opracować lepszy, intensywniejszy program edukacji wiejskiej. Głowę dam, że wielkie obszary pozostają w stanie ignorancji. Trzeba tym ludziom nieść oświecenie. To nasza historyczna rola, podstawowa funkcja naszej kasty.

 

– Zaiste – szepnął Sung-wu, gnąc się już w pożegnalnym ukłonie.

Idąc korytarzem do windy, z ulgą przesuwał w palcach paciorki – dar od tinkerystów, małe, lśniące czerwone kulki, którymi zastąpił spłowiałe i wytarte stare – i zanosił bezgłośne modły. Przydadzą mu się bardzo. Trzymał je mocno; nic nie może się z nimi stać przez najbliższe osiem miesięcy. Będzie musiał bardzo na nie uważać podczas zwiedzania zburzonych miast Hiszpanii i potem, póki nie dopadnie go zaraza.

Popatrzył na swój różaniec. Takiego nie miał jeszcze żaden z bardów.

Na mocną, potrójnie plecioną nitkę nanizane były kapsułki penicyliny.