Kopia ojcaTekst

Z serii: s-f
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dziwiło go tylko, że nikt inny nie zwraca na to uwagi.


Oczy

Na trop tej niesamowitej inwazji wpadłem najzupełniej przypadkowo. Otóż Ziemię opanowały istoty z innej planety! Na razie nic w tej sprawie nie zrobiłem; nie potrafię nawet wymyślić, co należałoby zrobić. Owszem, napisałem w tej kwestii do władz; w odpowiedzi przysłali mi broszurę o remontach i konserwacji domów o konstrukcji szkieletowej. Sprawa jest jednak znana – nie ja jeden ją odkryłem.

Siedziałem w fotelu, od niechcenia przerzucając strony znalezionej w autobusie książki, gdy nagle wpadła mi w oko fraza, która wzbudziła we mnie pierwsze podejrzenie. Nie od razu, przyznaję; potrwało to dobrą chwilę, lecz kiedy już dotarło do mnie jej znaczenie, sam się dziwiłem, że nie zauważyłem tego natychmiast.

Wzmianka ewidentnie dotyczyła istoty o niewiarygodnych możliwościach, z całą pewnością pozaziemskiej. Z góry uprzedzam, że mowa o stworzeniach do złudzenia przypominających normalnych ludzi. Że to jedynie maskarada, stało się dla mnie oczywiste, gdy przeczytałem następującą uwagę autora. Nie ulegało wątpliwości, że on nie tylko o wszystkim wie, ale i przyjmuje to bez mrugnięcia. Owa fraza (do dzisiaj drżę na jej wspomnienie) brzmiała tak:

„Z wolna potoczył oczyma po pokoju”.

Przeszedł mnie zimny dreszcz. Usiłowałem to sobie wyobrazić. Czy toczyły się jak kulki? Kontekst na to nie wskazywał; odniosłem wrażenie, że raczej płyną w powietrzu, nie po podłodze. Nikt z bohaterów nie był tym zdziwiony – i to właśnie dało mi do myślenia. Jak można nie okazać zdumienia na tak bulwersujący widok? Na tym nie koniec: dalej autor wspomina o rzucaniu okiem na tę czy inną postać.

Czegóż trzeba więcej? Najwyraźniej organ wzroku tego osobnika odłączył się od organizmu i zaczął żyć własnym życiem. Serce zabiło mi jak szalone; w gardle tak mnie ścisnęło, że z trudem chwytałem powietrze. Pojąłem, że wpadła mi w ręce informacja o kapitalnym znaczeniu, choć rzucona od niechcenia: na Ziemi bytuje obca, kosmiczna rasa. Kompletna obojętność pozostałych postaci na ten fenomen świadczy, że i oni należą do tego samego gatunku.

A sam pisarz? Mózg paliło mi rosnące podejrzenie. On też raczej zbyt łatwo prześlizguje się nad tym motywem. Jakby nie uważał takiego zjawiska za odstępstwo od normy. I wcale nie stara się kryć z tym poglądem. Czytałem dalej:

„…w pewnej chwili jego oczy spoczęły na Julii”.

Jako dama owa Julia była na tyle dobrze wychowana, by okazać przynajmniej milczącą dezaprobatę; autor stwierdza, że spłonęła rumieńcem i gniewnie zmarszczyła brwi. Odetchnąłem z ulgą: a więc nie wszyscy są tam kosmitami.

„…powoli i ze spokojem, cal po calu wędrowały po jej ciele”.

Dobry Boże! Tu jednak dziewczyna nie wytrzymała, wyszła z pokoju i sprawa się zakończyła. Opadłem bezsilnie na oparcie i dyszałem ciężko, zdjęty zgrozą. Rodzina przyglądała mi się zdziwiona.

– Co ci jest, kochanie? – spytała z troską żona.

Nie mogłem jej powiedzieć. Taka wiadomość przerasta możliwości przeciętnego człowieka; musiałem zatrzymać ją dla siebie.

– Nic, nic – wychrypiałem.

Nie mogłem jednak usiedzieć spokojnie. Zerwałem się z fotela, chwyciłem książkę i prawie wybiegłem z salonu.

Zamknąwszy się w garażu, wróciłem do lektury. Dowodów było więcej. Z drżeniem przeczytałem następny demaskatorski fragment:

„Otoczył Julię ramieniem. Poprosiła, żeby je zdjął. Uśmiechnął się, ale posłusznie spełnił jej życzenie”.

Nie było powiedziane, co ów gość zrobił z ramieniem, gdy już je zdjął. Może postawił w kącie, może wyrzucił. Wszystko jedno: znaczenie jest oczywiste, czarno na białym.

Mamy więc do czynienia z rasą, która potrafi dowolnie odłączać części ciała. Oczy, ramiona – i zapewne więcej. Facet ani mrugnął. Przydała mi się tu znajomość biologii. Nabrałem przekonania, że to proste formy życia, jakieś prymitywne jednokomórkowce, nie wyżej rozwinięte od takiej na przykład rozgwiazdy. One też są zdolne do takich rzeczy, wiecie?

Na kolejnych stronach natknąłem się na taką oto niewiarygodną rewelację, rzuconą przez autora mimochodem, bez najmniejszego przejęcia:

„Przed kinem się rozdzieliliśmy. Część nas weszła do środka, część udała się do kafejki na kolację”.

Ani chybi podział komórkowy, nic innego. Ciach na pół i mamy dwa nowe organizmy. Domyśliłem się, że do kafejki poszły dolne połowy, te z nogami, jako że miały dalej, a w kinie zostały górne. Rozdygotanymi palcami przewróciłem stronę. W głowie mi się zakręciło, gdy ujrzałem taki oto passus: „Obawiam się, że to pewne. Biedaczek Bibney znowu stracił głowę”, a tuż potem: „Bob mówi, że to facet bez jaj”.

A przecież rzeczony Bibney żył sobie w najlepsze i radził całkiem nieźle. Kolejna postać okazała się równie nieprawdopodobna; narrator opisał ją jako „kompletnego bezmózgowca”.

Dalej było już tylko gorzej. Julia, którą do tej pory miałem za zwyczajną osobę, w następnym rozdziale też się ujawniła jako kosmitka:

„Młodzieniec skradł Julii serce”.

Autor nie sprecyzował, co obdarowany uczynił z tym organem, ale mało mnie to obchodziło. Z treści jasno wynikało bowiem, że pozbawiona serca dziewczyna poczynała sobie całkiem normalnie, jak wszyscy jej ziomkowie. Bez serc, oczu, ramion, gonad, dzieląc się na pół, gdy okoliczności tego wymagały, a wszystko to z marszu, bez najmniejszych problemów.

„Oddała mu rękę”.

Zebrało mi się na mdłości. Draniowi mało było serca, zażądał jeszcze kończyny? Strach pomyśleć, do czego mu były potrzebne! Rozzuchwalony potem już nawet nie czekał, tylko sam się zabrał do dalszego demontażu: „…wyrwał jej dłoń”!

Purpurowy ze wzburzenia zerwałem się na równe nogi i zatrzasnąłem książkę; nie dość jednak szybko, by nie zobaczyć jeszcze jednej wzmianki o tych częściach ciała, których wędrówki na samym początku obudziły moją podejrzliwość:

„Jej oczy odprowadzały go całą drogę, póki nie zniknął za trawiastym pagórkiem”.

Wyprysnąłem z garażu jak oparzony i pobiegłem schronić się w ciepłym, przytulnym domu, jak gdyby to mnie te cholerstwa śledziły. Żona i dzieci grały w kuchni w Monopol. Dosiadłem się i z zapałem włączyłem do gry, starając się ukryć roztrzęsienie pod płaszczykiem sztucznej wesołości.

I powiem wam, że mam tego dosyć. Nie chcę więcej słyszeć o kosmitach. Niech sobie przylatują, najeżdżają, panoszą się. Mnie w to proszę nie mieszać.

Po co mam sobie szarpać nerwy.


Złotoskóry

– Zawsze tu taki upał? – Akwizytor, grubas w średnim wieku odziany w wymięty garnitur, rzucił pytanie w przestrzeń, do nikogo konkretnie z gości zajmujących miejsca przy barze i w obskurnych lożach pod ścianą.

– Tylko latem – odpowiedziała kelnerka.

Nikt inny nawet okiem nie mrugnął. Nastoletnia para siedziała wpatrzona w siebie jak zaczarowana. Dwaj robotnicy w koszulach z podwiniętymi rękawami, z których wystawały opalone włochate ręce, w milczeniu pochłaniali fasolową, przegryzając ją pszennymi bułkami. Nie odezwał się ani chudy, ogorzały farmer, ani starszawy biznesmen w samodziałowym trzyczęściowym garniturze z zegarkiem na dewizce. Taksówkarz o szczurzej twarzy machinalnie popijał kawę. Zmęczona kobieta z siatkami zakupów nie zwracała uwagi na nikogo; wpadła tylko na chwilę, by dać odpocząć stopom.

Akwizytor wyjął paczkę papierosów. Rozejrzawszy się ciekawie po sali, zapalił jednego, oparł łokcie na kontuarze i spytał siedzącego obok:

– Jak się nazywa to miasteczko?

– Walnut Creek – odburknął zagadnięty.

Akwizytor zamilkł i między jednym dymkiem a drugim sączył coca-colę. Sięgnął do kieszeni po skórzany portfel; długo szperał wśród wizytówek, karteluszków z notatkami, zużytymi biletami i mnóstwem podobnego śmiecia, zanim w końcu wydobył fotografię.

Popatrzył na nią, uśmiechnął się i zaczął chichotać. Śmiech miał niski, lekko bulgoczący.

– Popatrz pan na to. – Podsunął zdjęcie sąsiadowi i szturchnął go w bok. – I co pan sądzisz?

Poirytowany mężczyzna zerknął na fotkę. Przedstawiała kobietę nagą od pasa w górę, na oko trzydziestopięcioletnią, o ciele białym i pulchnym, z odwróconą od obiektywu twarzą. Miała osiem piersi.

– Widziałeś pan kiedyś coś podobnego? – Akwizytor wyszczerzył zęby w obleśnym uśmiechu i znów trącił go łokciem.

– Taa, widziałem. – Zdegustowany sąsiad wrócił do lektury gazety.

Nie zniechęcony brakiem odzewu grubas zauważył, że zdjęcie wzbudziło zainteresowanie farmera, podał mu je więc skwapliwie.

– A wam się podoba, ojczulku? Dobre, nie?

Farmer uważnie oglądał podobiznę. Odwrócił kartonik, przyjrzał się pogiętemu rewersowi, jeszcze raz spojrzał na kobietę i rzucił z powrotem na ladę. Zdjęcie ześliznęło się i sfrunęło na podłogę.

Akwizytor podniósł je, zdmuchnął pyłek i starannie, niemal czule ułożył w przegródce portfela. Kelnerka też zdążyła zobaczyć, co widnieje na fotografii, i usta jej drgnęły.

– Ładne, co? – Puścił do niej oko. – Nie sądzi pani?

– A bo ja wiem… – Wzruszyła ramionami. – Widziałam takich sporo koło Denver. Całą kolonię.

– Tam to właśnie zrobione. W obozie Agencji.

– Jakieś jeszcze żyją? – zaciekawił się farmer.

– Żartujesz pan! – Akwizytor zaśmiał się nieprzyjemnie i ciachnął dłonią powietrze. – Już po nich.

 

Teraz słuchali go wszyscy. Nawet zakochane sztubaki przestały się trzymać za ręce i wpatrywały się w niego z fascynacją.

– Raz spotkałem takiego dziwoląga – pochwalił się farmer. – W zeszłym roku, pod San Diego. Miał skrzydła jak gacek, skórzaste, bez piór. Sama błona i kości.

– To jeszcze nic – wtrącił szczurowaty taksówkarz. – W Detroit trafił się taki z dwiema głowami. Widziałem na wystawie.

– Żywego? – Kelnerka wzdrygnęła się z obrzydzeniem.

– Nie, już go zeutanowali.

– Na socjologii pokazywali nam ich masę. Na filmie – dorzucił uczeń. – Skrzydlaków z południa, wielkogłowca znalezionego w Niemczech, paskudę ze ślepiami jak u owada. I…

– Najgorsze są te angielskie – orzekł biznesmen. – Chowały się w kopalniach węgla, dopiero rok temu je znaleźli. – Pokręcił z niesmakiem głową. – Czterdzieści lat pod ziemią, rozumiecie? Mnożyły się tam, rozwijały. Prawie setka. Niedobitki z grupy, co się tam schroniła podczas wojny.

– A niedawno w Szwecji pokazała się zupełnie nowa odmiana – powiedziała kelnerka. – Czytałam o tym. Podobno umieją zdalnie sterować umysłami. Raptem parę sztuk, bo Agencja dopadła je bardzo szybko.

– To z tego gatunku nowozelandzkiego – stwierdził jeden z robotników. – Potrafią czytać w myślach.

– Czytanie a sterowanie to dwie zupełnie różne rzeczy – zauważył biznesmen. – Jak słyszę coś takiego, to się cieszę, że Agencja jest i działa.

– Na Syberii zaraz po wojnie odkryli takich, co umieli myślami przesuwać przedmioty – dodał farmer. – Uczenie to się nazywa psychokineza czy jakoś tak. Sowieci wszystkich wykończyli i dziś nikt już o nich nawet nie pamięta.

– Zgadza się – przytaknął biznesmen. – Dzieckiem wtedy byłem, ale zapadło mi to w pamięć, bo to były pierwsze dewki, o jakich słyszałem. Ojciec zawołał mnie i rodzeństwo do salonu i nam powiedział. Dom był jeszcze w budowie. To było w czasach, kiedy Agencja sprawdzała wszystkich i stemplowała ręce. – Podniósł chudy sękaty przegub. – Mnie też ostemplowali. Sześćdziesiąt lat temu.

– Teraz kontrolują już tylko noworodki – rzekła kelnerka i znów drgnęła. – Ostatnio był jeden w San Francisco, pierwszy raz od ponad roku. A myśleliśmy, że tutaj już z tym spokój.

– Bo było coraz mniej przypadków – wyjaśnił taksówkarz. – Frisco nie oberwało za bardzo. Co innego takie Detroit.

– Tam wciąż się trafia dziesięć do piętnastu na rok – błysnął wiedzą licealista. – Pełno jeszcze u nich zalega radiacji, a ludzie tam łażą mimo roboznaków ostrzegawczych.

– Jaki był ten z San Francisco? – chciał wiedzieć biznesmen.

– Zwyczajny – odrzekła kelnerka. – Z tych wielkookich bezpalczastych garbusów.

– Nocnych?

– No. Matka go ukrywała. Ponoć miał już trzy lata. Namówiła lekarza… przyjaciel rodziny, wiecie… żeby sfałszował kwestionariusz Agencji.

Akwizytor dopił colę i bawił się paczką papierosów, wsłuchany w szmer rozmów, które sam sprowokował. Chłopak z liceum nachylił się do dziewczyny i tokował zapamiętale, chcąc wywrzeć na niej wrażenie znajomością tematu. Chudy farmer przysunął się do biznesmena i pogrążyli się we wspominkach z ostatnich lat wojny i czasów sprzed pierwszego Dziesięcioletniego Planu Odbudowy. Taksówkarz i dwaj robotnicy też się przerzucali własnymi doświadczeniami.

Grubas odczekał, aż kelnerka na niego spojrzy, i zagadnął:

– No, to ten z Frisco wywołał chyba niezłe zamieszanie? Taki przypadek, i to tak blisko…

– No – odmruknęła niechętnie.

– Ta strona zatoki nie dostała tak mocno – ciągnął niezrażony. – Tu u was dewki się praktycznie nie trafiają, co?

– Ano nie. Nie u nas. Absolutnie. – Zebrała z kontuaru brudne naczynia i ruszyła na zaplecze, gdzie wytatuowany kucharz smażył coś na paru patelniach.

– Naprawdę? – Akwizytor nie krył zaskoczenia. – Ani jednego?

– Przecież mówię, nie?

Powiedziała to trochę za głośno, nerwowo, aż farmer zamilkł i podniósł głowę.

W sali wszystkie rozmowy ustały jak nożem uciął. Goście wbili wzrok w talerze, nagle spochmurniali i spięci.

– U nas ich nie ma – rzekł dobitnie taksówkarz. – Nigdy nie było.

– Nie, no jasne. Ja tylko…

– I dobrze pan to sobie zapamiętaj – dorzucił robotnik.

– Oczywiście, nie ma problemu. – Akwizytor poczuł się nieswojo. Zaczął gmerać w kieszeni za drobnymi. Ćwierćdolarówka i dziesięciocentówka wypadły mu z brzękiem na podłogę; schylił się szybko i je podniósł. – Bez urazy.

Chwilę trwała cisza.

– A ja coś słyszałem. – Licealista wykorzystał moment, by pokazać, że też ma coś ważnego do powiedzenia. – Ktoś mówił, że koło farmy Johnsona widziano coś jakby…

– Zamknij dziób! – osadził go ostro biznesmen, nawet nań nie patrząc.

Poczerwieniały uczeń opadł na siedzenie i umilkł zapatrzony w swe zaciśnięte dłonie.

Akwizytor zapłacił za colę.

– Którędy najszybciej dostanę się do Frisco? – spytał, ale kelnerka już się odwróciła do niego plecami i nie zamierzała odpowiedzieć.

Pozostali nagle zajęli się jedzeniem. Nikt nie podnosił oczu znad talerza. Wrogie, zacięte twarze. Konsumowano w lodowatym milczeniu.

Akwizytor podniósł pękatą teczkę, pchnął wahadłowe drzwi i wyszedł na jaskrawe słońce. Jego poobijany buick model 1978 stał o kilka metrów od wejścia. Pod markizą stał policjant w niebieskiej bluzie, pogrążony w konwersacji z młodą kobietą w żółtej jedwabnej sukience, która ciasno opinała jej zgrabne ciało.

Akwizytor kluczykiem otworzył drzwi samochodu, zawahał się i odwrócił do stróża prawa.

– Pan chyba dobrze zna miasto? – zapytał.

Policjant zmierzył podejrzliwym wzrokiem jego wygnieciony garnitur, muszkę i przepoconą na piersiach koszulę; rzut oka na tablicę rejestracyjną z innego stanu upewnił go, że ma do czynienia z obcym.

– A czego chcecie?

– Szukam farmy Johnsona. Chodzi o sprawę sądową. – Ruszył w stronę mundurowego, wyjmując z kieszonki wizytówkę. – Jestem jego adwokatem. Z Nowego Jorku. Powie mi pan, jak do niego dojechać? Dawno tu u was nie byłem.

Południowe słońce grzało ostro, lecz przyjemnie. Nat Johnson, krępy, żylasty mężczyzna w czerwonej kraciastej koszuli i płóciennych dżinsach, siedział rozparty na dolnym stopniu ganku, z fajką w pożółkłych zębach. Szpakowate włosy okalały mu głowę gęstą jeszcze – mimo sześćdziesięciu pięciu lat aktywnego życia – czupryną.

Przyglądał się pochłoniętym zabawą dzieciom. Czarnowłosa Jean przebiegła przed nim roześmiana, zdyszana, z falującymi pod bluzą dziewczęcymi piersiami. Miała szesnaście lat, długie, muskularne nogi; szczupły tułów pochylony był lekko do przodu pod ciężarem trzymanych podków. Za nią śmignął młodszy o dwa lata Dave. Ładny chłopak; z takiego syna można być dumnym. Dogonił i wyprzedził siostrę, dopadł kołka wyznaczającego linię rzutu, stanął w rozkroku, z rękami na biodrach, i czekał.

– No, dalej! – krzyknął. – Rzucaj pierwsza.

– Żebyś mógł moje zbić, co?

– Żebym mógł ci je podbić bliżej.

Jean upuściła pierwszą podkowę. Ściskając oburącz drugą, wysunęła stopę do przodu, wygięła plecy w łuk, przymknęła oko, starannie wymierzyła i rzuciła. Podkowa z brzękiem uderzyła o kołek, zawinęła się wokół niego i upadła z boku, wzbijając obłoczek pyłu.

– Nieźle – pochwalił Nat. – Ale za mocno. Rób to płynniej.

Ojcowskie serce wezbrało dumą, gdy dziewczyna znów przygotowała się do rzutu. Dwoje takich silnych, urodziwych dzieci, prawie dojrzałych, na progu dorosłości. Pięknie wyglądają bawiące się w słońcu.

No i Cris.

Cris stał z założonymi rękami przy ganku. Nie brał udziału w grze, obserwował tylko rodzeństwo. Tkwił tam od początku zabawy, z tą samą miną, ni to zainteresowaną, ni to nieobecną. Jakby widział coś w tle za rozbrykaną dwójką. Gdzieś daleko, za stodołą, za polem, za linią cedrów rosnących nad rzeczką.

– Chodź, Cris! – zawołała Jean, kiedy z Dave’em szli zebrać podkowy. – Nie chcesz z nami zagrać?

Nie, Cris nie chciał zagrać. Nigdy się nie bawił. Żył we własnym światku, do którego żadne z nich nie miało wstępu. Nie brał udziału w niczym: w zabawach, w pracach domowych czy innych wspólnych zajęciach. Zawsze sam. Daleki, niezaangażowany, wyniosły. Patrzył na wszystkich i wszystko niewidzącym spojrzeniem – dopóki raz na jakiś czas coś w nim nie kliknęło i na moment wracał do rzeczywistości.

Nat Johnson postukał fajką o stopień. Napełnił główkę tytoniem ze skórzanego kapciucha, przypatrując się najstarszemu synowi. Cris właśnie ożył. Ruszył przed siebie, spokojny i wyprostowany, z rękami na piersi, jakby zstąpił skądś do ich świata. Jean go nie widziała; odwrócona tyłem brała zamach do kolejnego rzutu.

– Hej! – bąknął zaskoczony Dave. – Cris przyszedł.

Cris zrównał się z siostrą, stanął i wyciągnął rękę. Stał jak posąg, wielki, niewzruszony. Jean niepewnie podała mu podkowę.

– Chcesz ją? Zagrasz z nami?

Cris milczał. Zgiął się lekko w pasie i nagłym, nieuchwytnym dla oka ruchem wykonał rzut. Podkowa ze świstem przecięła powietrze, grzmotnęła w kołek, zakręciła się wokół niego i osunęła na ziemię.

Dave zacisnął usta.

– To było wredne, wiesz? – wycedził.

– Cris, nie grasz fair – zawtórowała Jean.

Nie, Cris nie grał fair. Pół godziny przyglądał się poczynaniom brata i siostry, po czym wkroczył do akcji i rzucił. Jeden jedyny raz, za to nieomylnie i perfekcyjnie.

– On nigdy nie robi błędów! – wyrzekał Dave.

Cris tkwił nieruchomo, z obojętną miną. Złoty posąg w południowym blasku. Złote włosy, skóra, złoty meszek na gołych ramionach i nogach.

Raptem zesztywniał.

Nat wyprostował się zaskoczony.

– Co jest? – warknął.

Złotoskóry chłopak obrócił się szybko dookoła, spięty i czujny.

– Cris! – krzyknęła dziewczyna. – O co…?

Cris rzucił się naprzód niczym uwolniony kwant energii. Przez pole, ponad płotem, do stodoły i dalej tylnymi wrotami. Zdawał się lecieć tuż nad suchą trawą. Przemknął między cedrami i zapadł w koryto wyschniętej rzeczki. Krótki złoty błysk – i już go nie było. Zniknął. Bez dźwięku, bez najlżejszego poruszenia. Wtopił się w tło.

– Co to było tym razem? – Jean westchnęła ze znużeniem. Podeszła do ojca i klapnęła na schody w cieniu. Kropelki potu lśniły na jej smukłej szyi i nad górną wargą. – Co on zobaczył?

– Za czymś pogonił – podsunął Dave.

– Może i pogonił. – Nat odchrząknął poirytowany. – Kto go tam wie.

– To chyba lepiej powiem mamie, żeby dla niego nie nakrywała – rzekła Jean. – Pewnie nie wróci na obiad.

Nata Johnsona ogarnęła bezsilna złość. Nie, nie wróci. Ani na obiad, ani jutro. I pojutrze. Zniknął na Bóg wie jak długo. I gdzie. Dlaczego. Zawsze tak ucieka, sam jeden, nie wiadomo dokąd.

– Gdybym wiedział, że to coś da, tobym was posłał za nim – powiedział. – Ale…

Urwał nagle. Traktem nadjeżdżał jakiś samochód. Stary zdezelowany buick z rumianym tłuściochem za kółkiem. Facet w szarym garniturze machał do nich wesoło z daleka. Podjechał pod ganek i wyłączył silnik.

– Dzień dobry – rzucił na powitanie, wysiadł i uchylił kapelusza. Był w średnim wieku, prezentował się przyjemnie, mimo że twarz i ubranie miał mokre od potu. – Może państwo mi pomogą.

– Niby w czym? – spytał chrapliwie Johnson. Był przerażony. Kątem oka lustrował nadrzeczne cedry, modląc się w duchu, żeby tylko Cris teraz nie wrócił. Jean oddychała szybko, również wystraszona. Dave przybrał obojętny wyraz twarzy, ale wyraźnie pobladł. – Kim pan jest?

– Baines. George Baines. – Mężczyzna wyciągnął rękę, lecz Nat zignorował gest. – Może pan o mnie słyszał. Jestem właścicielem Pacifica Development Corporation. To myśmy pobudowali te wszystkie domki przeciwatomowe. Wie pan, te małe okrągłe wzdłuż głównej szosy z Lafayette.

– Czego pan chce?

Farmer z trudem powstrzymywał drżenie dłoni. Nazwisko Bainesa było mu obce, ale znał osiedle, o którym tamten mówił. Trudno było nie zauważyć tego mrowiska okropnych betonowych pudełek, które wyrosło po obu stronach autostrady. Gość akurat pasował do czegoś takiego. Tylko czego u nich szuka?

– Nabyłem tu w okolicy trochę ziemi – wyjaśnił przybysz, dobywając z teczki plik papierów. – O, tu mam tytuł własności, ale niech mnie szlag, jeżeli wiem, jak się tam dostać. – Uśmiechnął się jowialnie. – Orientuję się tylko, że to gdzieś niedaleko, po tej stronie autostrady. Według urzędasa z ewidencji gruntów mniej więcej milę od tego tam wzgórza. Ale nie bardzo się wyznaję na mapach.

 

– To nie tutaj – wyrwał się Dave. – Tu są same farmy, nie na sprzedaż.

– Chodzi właśnie o farmę, młodzieńcze. – Baines był samą słodyczą. – Kupiłem ją dla siebie i mojej lepszej połowy. Bo chcemy tu osiąść. – Zmarszczył bokserski nochal. – Tylko mnie źle nie zrozumcie. Nie zamierzam tu budować żadnych osiedli. To tylko dla nas. Stare gospodarstwo, dwadzieścia akrów, studnia, parę dębów…

– Pokaż pan ten papier. – Johnson wyrwał mu dokumenty z ręki i zanim osłupiały przedsiębiorca zdążył choćby mrugnąć, przewertował je błyskawicznie. Twarz mu stężała. Powoli oddał plik właścicielowi. – Co to za podchody, co? To papier na działkę pięćdziesiąt mil stąd.

– Pięćdziesiąt mil? – Baines nie posiadał się ze zdumienia. – Ale ten urzędnik mówił, że…

Johnson stanął tuż przy nim. Górował nad grubasem wzrostem i był w znakomitej formie, a przy tym z natury podejrzliwy.

– Urzędnik, akurat! Wsiadaj pan do tej swojej gabloty i zjeżdżaj stąd, pókim dobry. Nie wiem, o co tu chodzi i czego pan szukasz, ale won mi z mojej ziemi.

W szerokiej dłoni farmera coś złowieszczo błysnęło. Stalowa rurka odbiła promień słońca. Baines ją zobaczył i głośno przełknął ślinę.

– Bez obrazy szanownego pana – wydukał, odruchowo się cofając. – Drażliwy tu z was narodek, nie ma co. Tylko spokojnie, dobrze?

Johnson nie odpowiedział, tylko mocniej ścisnął rurkę i czekał, kiedy ten wieprzek odjedzie.

Baines jednak zwlekał.

– Bo… widzi pan, jeżdżę tu w tej spiekocie od kilku godzin i szukam własnej posiadłości. Nie miałby pan nic przeciw, żebym skorzystał… z toalety?

Nat patrzył na niego nieufnie, podejrzliwość jednak stopniowo przeszła w odrazę. Wzruszył ramionami.

– Dave, pokaż panu, gdzie łazienka.

– Dzięki. – Baines uśmiechnął się z wdzięcznością. – I jeśli to nie za duży kłopot, to przydałaby się też szklaneczka wody. Z przyjemnością za nią zapłacę. – Zachichotał porozumiewawczo. – Z miastowych trzeba zawsze zedrzeć, nie?

– Jezu Chryste… – Johnson odwrócił się z niesmakiem, gdy grubas podreptał za Dave’em na ganek.

Ledwo nieproszony gość zniknął za drzwiami, Jean przyskoczyła do ojca.

– Tato – szepnęła – myślisz, że…

– Trzymaj się, córciu. – Nat otoczył ją muskularnym ramieniem. – On zaraz sobie pójdzie.

Ciemne oczy dziewczyny zmętniały od strachu.

– Ilekroć ktoś przyjeżdża, z wodociągów, ze skarbówki, jakiś włóczęga, dzieciak, ktokolwiek, aż mnie tu kłuje pod sercem. – Położyła rękę między piersiami. – I tak już trzynaście lat. Jak długo jeszcze damy radę? Jak długo?

Człowiek przedstawiający się jako Baines wychynął z łazienki na korytarz. Dave czekał na niego pod drzwiami, sztywny i milczący, z kamienną twarzą.

– Dzięki, młodzieńcze. To gdzie mogę się napić wody? – Gość cmoknął z apetytem. – Jak się tyle pojeździ w takim żarze w poszukiwaniu chałupy, którą ci wcisnął cwany agent…

Chłopiec ruszył w stronę kuchni.

– Mamo, ten pan chciałby wody! – zawołał. – Tata mówi, że można.

Bainesowi mignęła w kuchennych drzwiach sylwetka drobnej siwej kobiety o pomarszczonej twarzy bez wyrazu, idącej ze szklanką – zapewne do zlewu. Korzystając z tego, że syn gospodarzy był odwrócony do niego plecami, wpadł do otwartej sypialni. Rozejrzał się szybko, zobaczył prowadzące dokądś drzwi i szarpnął za klamkę. Była to tylko garderoba. Zawrócił i przebiegł do salonu, potem jadalni i kolejnej sypialni. Przeszukanie reszty domu zajęło mu już tylko chwilę.

Wyjrzał przez okno na podwórko na tyłach. Rdzewiejący wrak półciężarówki. Wejście do podziemnego schronu. Puste puszki. Kury leniwie grzebiące za robakami. Pies drzemiący pod szopą. Dwie zużyte opony.

Odszukał tylne drzwi i po cichu wyszedł. Nikogo nie zauważył. Po przeciwnej stronie chyliła się stara drewniana stodoła, za którą widniał szpaler cedrów i coś, co kiedyś było wychodkiem.

Baines ostrożnie obszedł dom. Miał może pół minuty; zostawił łazienkę zamkniętą, żeby chłopak pomyślał, że wrócił do środka. Zajrzał przez najbliższe okno – pomieszczenie wypełniały znoszone ubrania, ustawione jeden na drugim kartony i powiązane w paczki czasopisma.

Ruszył z powrotem wzdłuż ściany. Wychynął zza węgła…

Drogę zagrodził mu farmer.

– Sam tego chciałeś, Baines.

Różowy błysk na ułamek sekundy przyćmił słońce. Baines odskoczył do tyłu i sięgnął do kieszeni. Fala światła musnęła go samą krawędzią, jednak to wystarczyło, by zatoczył się i omal nie upadł ogłuszony. Szara marynarka-tarcza wchłonęła i rozproszyła energię, lecz od siły uderzenia zęby mu zadzwoniły i rozedrgały się wszystkie mięśnie. W oczach mu pociemniało; czuł, że wpleciona w materiał siatka ochronna rozgrzała się do białości.

Wyciągnął broń. Johnson nie miał tarczy.

– Jesteś aresztowany – wykrztusił Baines. – Rzuć tę zabawkę i łapy do góry. Zwołaj rodzinę. – Niedwuznacznie kiwnął lufą miotacza. – No, na co czekasz?

Rurka wysunęła się z dłoni farmera i spadła na ziemię.

– Ty… żyjesz? – Nata ogarnęła zgroza. – To znaczy, że jesteś…

Przerwało mu nadejście Jean i Dave’a.

– Tato!

– Chodźcie tu – polecił Baines. – Gdzie wasza matka?

– W domu. – Dave wskazał ruchem głowy.

– To idź i ją przyprowadź.

– Jesteś z Agencji – wyszeptał Johnson.

Baines nie odpowiedział. Robił coś przy szyi; rozciągał palcami fałdy tłuszczu. Jasny kabelek od ukrytego mikrofonu zalśnił przelotnie w słońcu, nim agent wyciągnął go i schował do kieszeni. Od traktu dobiegł szybko narastający szmer silników. Dwa czarne opływowe pojazdy zajechały pod dom i wypluły oddział ludzi w szaro-zielonych mundurach Policji Obywatelskiej. Z sunących nad farmą śmigłowców sypał się rój ciemnych sylwetek i kanciastych brył sprzętu.

– Nie ma go tutaj – poinformował Baines pierwszego funkcjonariusza, który się przy nim znalazł. – Zwiał. Powiadomcie Wisdoma w laboratorium.

– Mamy cały ten kwadrat zablokowany.

Baines zwrócił się do Nata Johnsona, który sterczał nieruchomo, oszołomiony wydarzeniami, obejmując syna i córkę.

– Skąd on wiedział, że się zjawimy?

– Nie mam pojęcia – odszepnął farmer. – Zwyczajnie… wiedział.

– Jest telepatą?

– Nie wiem.

– Sami się wkrótce dowiemy. Blokada objęła całą okolicę. Nie uda mu się przedrzeć, cokolwiek tam potrafi robić. Chyba że umie się zdematerializować.

– Co z nim zrobicie, kiedy… jeżeli go złapiecie? – spytała ochrypłym głosem Jean.

– Poddamy dokładnym badaniom.

– A potem zabijecie?

– To będzie zależało od wniosków. Gdybyście dali mi więcej informacji, mógłbym postawić dokładniejszą prognozę.

– Nic więcej nie możemy powiedzieć, bo sami nie wiemy! – Dziewczyna podniosła głos. – On z nami nie rozmawia.

– Co proszę? – Baines aż podskoczył z wrażenia.

– Nie rozmawia. Nigdy się nawet nie odezwał. Ani razu.

– Ile ma lat?

– Osiemnaście.

– I brak komunikacji werbalnej. – Agentowi pot wystąpił na czoło. – Przez osiemnaście lat nie było między wami żadnego połączenia semantycznego? Czy w ogóle ma z wami jakiś kontakt? Sygnały? Kody?

– On… nie zwraca na nas uwagi. Mieszka z nami, je, czasem się przyłączy do zabawy albo po prostu siedzi przy nas. Znika na wiele dni i nigdy nie udało się wyśledzić, co wtedy robi ani gdzie. Śpi w stodole, sam.

– I naprawdę ma złoty kolor?

– Tak. Skóra, włosy, oczy, paznokcie. Wszystko złote.

– Jest wysoki, dobrze zbudowany?

Jean nie od razu odpowiedziała. Na jej twarzy zagrały dziwne emocje, coś jakby przelotny blask.

– Jest… niewiarygodnie piękny. Jak bóg, który zstąpił na ziemię. – Skrzywiła wzgardliwie usta. – Nie znajdziecie go. On umie… różne rzeczy. O jakich się wam nawet nie śniło. Ma moc daleko wykraczającą poza wasze ograniczone…

– Myślisz, że go nie złapiemy? – Baines zmarszczył brwi. – Co chwila lądują kolejne oddziały. Nie widzieliście jeszcze agencyjnej blokady w działaniu. Mieliśmy sześćdziesiąt lat, żeby usunąć wszelkie niedociągnięcia. Gdyby uciekł, byłby to pierwszy taki…

Urwał raptownie. Do ganku szybkim krokiem podchodziło trzech mężczyzn. Dwóch w mundurach policyjnych prowadziło między sobą tego trzeciego. Znacznie od nich wyższy, lekko połyskujący, poruszał się bezszelestnie i zwinnie.

– Cris! – wrzasnęła Jean.

– Mamy go – zameldował jeden z policjantów.

Baines odruchowo poderwał miotacz.

– Gdzie był? Jak to wyszło?

– Sam się poddał. – W głosie podkomendnego wyraźnie pobrzmiewała nuta respektu. – Przyszedł z własnej woli. Pan tylko na niego popatrzy. Istny złoty posąg. Jak jakiś… bóg.