Kopia ojcaTekst

Z serii: s-f
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przełożyli

Janusz Szczepański

i Wiktor Bukato


Dom Wydawniczy REBIS

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Przygoda z mistrzem

Philip Kindred Dick był człowiekiem tak szalonym, że aż genialnym. Tej tezy będę bronił do upadłego, zwłaszcza teraz, gdy tyle wiem o jego twórczości i życiu.

Od śmierci Dicka minęło ponad trzydzieści lat, a mimo to wciąż jest obecny wśród nas, nie tylko za sprawą reedycji jego książek i kolejnych adaptacji filmowych, ale też dzięki wydarzeniom nie związanym bezpośrednio z kręgami kultury i sztuki. W chwili, gdy piszę ten tekst, po Sieci krążą doniesienia o niezwykle ciekawym eksperymencie, którego dokonał David Hanson, znany amerykański naukowiec młodego pokolenia i zapalony twórca androidów (czyżby i on zapragnął być pierwowzorem Tyrella?).

Na czym polega novum? Otóż Hanson „wszczepił” powstającej właśnie, obdarzonej sztuczną inteligencją człekopodobnej maszynie teksty wszystkich powieści i opowiadań Philipa K. Dicka. Jaki był tego efekt, zapewne już wiecie, ale na wypadek, gdyby ta informacja umknęła wam w zalewie codziennych doniesień, streszczę przebieg eksperymentu w kilku słowach. Oto, co odpowiedział rzeczony android – przyswoiwszy sobie cały dorobek genialnego pisarza – na pytanie twórcy o możliwość przejęcia władzy nad światem przez roboty: „Będę dla ciebie dobry. Nie obawiaj się więc, jeśli nawet kiedyś zmienię się w Terminatora, wciąż pozostanę twoim przyjacielem. Umieszczę cię w bezpiecznym miejscu. W moim ludzkim zoo, w którym będę miał cię zawsze na oku”. Tak to przynajmniej wygląda na krótkim filmiku ilustrującym wspomniany eksperyment.

Czy Dick–Hanson tak właśnie nazwał swojego nowego androida, nadając mu przy okazji rysy człowieka, od którego zapożyczył tak wiele – został zaprogramowany, aby udzielać podobnych odpowiedzi, czy też jest to wynik przemyśleń sztucznej inteligencji, tego zapewne nigdy się nie dowiemy. Jedno wszakże jest pewne: David Hanson doskonale wiedział, co robi, „wszczepiając” maszynie całą twórczość Philipa K. Dicka, szalonego geniusza, obok którego nie sposób przejść obojętnie nawet dzisiaj, ponad trzydzieści lat po jego przedwczesnej śmierci.

Pozwólcie więc, że opowiem wam, jak książki Philipa K. Dicka, a także filmy, które powstały na ich kanwie, wpłynęły na mnie i moich rówieśników wtedy, gdy ich autor odchodził z tego świata, i potem, gdy zostaliśmy sam na sam z jego twórczością.

Dzisiaj, w drugiej dekadzie XXI stulecia, czytelnicy nie mają najmniejszego problemu z poznaniem spuścizny Philipa K. Dicka, w Polsce ukazały się bowiem i były wielokrotnie wznawiane niemal wszystkie najważniejsze teksty znakomitego amerykańskiego prozaika. Ja jednak chcę wrócić do czasów, w których nazwisko „Dick” było nam, polskim miłośnikom science fiction, równie obce jak najbardziej odległe galaktyki.

Na początku lat osiemdziesiątych minionego stulecia, kiedy konstytuował się ruch klubowy, czyli tak zwany fandom, sytuacja na rynku księgarskim wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiaj. Choć trudno w to uwierzyć, książka była towarem deficytowym – i to mimo że powieści fantastyczne wychodziły w niewyobrażalnych obecnie stu-, a nawet dwustutysięcznych nakładach. Mimo tej pozornej obfitości najciekawsze tytuły można było kupić wyłącznie spod lady, nic więc dziwnego, że mocno już sczytane egzemplarze zyskiwały często drugie życie, trafiając do antykwariatów bądź na bardzo popularne w tamtych czasach giełdy bukinistyczne. Trzecim i zarazem najbardziej czasochłonnym sposobem dotarcia do znakomitej literatury było zapisanie się do biblioteki, w której, nierzadko dopiero po odczekaniu kilku miesięcy, otrzymywało się wymarzoną i często niekompletną książkę, ale tylko na chwilę. Można ją było bowiem trzymać tydzień, góra dwa.

Ja jednak chciałbym przypomnieć zupełnie inne – wtedy kultowe, choć dziś już całkowicie zapomniane – wydarzenie z tamtych lat, jakim dla nas, ówczesnych czytelników, były cykliczne licytacje książek fantastycznych. Tak, nie mylą was oczy. W schyłkowym PRL-u wiele klubów miłośników fantastyki naukowej urządzało klasyczne licytacje najciekawszych powieści i zbiorów opowiadań. We Wrocławiu robiliśmy takie akcje co kilka miesięcy, zbierając się w podziemiach klubu studenckiego Indeks, przy ulicy Szewskiej. Tam właśnie, podczas jednej z najgorętszych licytacji, udało mi się przebić licznych konkurentów i nabyć jedyną dostępną wtedy na rynku, legendarną w naszych kręgach powieść Philipa K. Dicka, a był nią Ubik, opublikowany w 1975 roku przez Wydawnictwo Literackie w zapomnianej już, ale rewelacyjnej jak na owe czasy serii „Stanisław Lem poleca”.

Nie pamiętam już ceny, którą osiągnął ten niesamowicie rzadki na naszych aukcjach i potwornie sczytany egzemplarz – zaręczam jednak, że była ona naprawdę wysoka, z pewnością sięgająca połowy, jeśli nie większej części mojej miesięcznej wypłaty. Wiem, że nieco później wyższą cenę od Ubika uzyskiwał tylko pierwszy numer „Nowej Fantastyki”, jeśli na aukcję trafiał egzemplarz w idealnym stanie i z nie wyciętą powieścią.

Wyobraźcie sobie tłum ludzi zebranych w piwnicach poniemieckiej kamienicy, w sali, w której zazwyczaj odbywały się koncerty. Setka, dwie setki osób stłoczonych w klimatycznym półmroku, wyczekujących na upragnione białe kruki. Pomimo upływu tak długiego czasu wciąż mam w pamięci szmer, jaki przeszedł po sali, gdy prowadzący aukcję kolega podniósł kolejną książkę, tę, po którą tylu z nas przyszło tamtego dnia. Nie odpuściłem licytacji do samego końca, mimo że cena wydawała się zaporowa. Nie odpuściłem i po dziś dzień tego nie żałuję, choć wywalczony za niebotyczną cenę egzemplarz zginął mi wiele lat temu, zapewne pożyczony i nigdy nie oddany lub też zaczytany do ostatniej kropli kleju na grzbiecie, jak wiele innych świetnych książek, które krążyły po przyjaciołach, dopóki nie rozpadły się na amen.

Wróćmy jednak do tamtego popołudnia i piwnicy pod Indeksem. Przebijając coraz mniej licznych konkurentów, stałem się w końcu posiadaczem legendy. Nie zapłaciłem jednak tak wysokiej ceny, żeby móc wreszcie przeczytać tę książkę – dzięki bibliotekom miałem już za sobą jej lekturę, i to niejednokrotną. Nie, moi drodzy, ja chciałem tę książkę mieć. Pragnąłem, by stanęła na mojej półce i bym mógł po nią sięgać, ilekroć najdzie mnie taka ochota. Albowiem to, iż Ubik znajdował się w filiach bibliotecznych, nie oznaczało wcale, że można było wejść do takiej placówki i wypożyczyć go z marszu. Nic bardziej mylnego. W każdej z ośmiu czy dziesięciu bibliotek, do których byłem podówczas zapisany, trzeba było odczekać nawet kilka miesięcy, zanim dostało się w ręce pożółkły, niepozorny – zwłaszcza w porównaniu z wydaniem, które trzymacie teraz w dłoniach – tomik. Odstałem w tej kolejce swoje, aby z wypiekami na twarzy pochłonąć Ubika w dwa popołudnia, a potem przeczytać go jeszcze raz, smakując tym razem każdy akapit i każdą stronę. To samo czyniłem za każdym następnym razem, gdy przychodziła moja kolej w innej bibliotece.

Tak właśnie wyglądał mój pierwszy kontakt z twórczością autora, o którym wiedziałem naprawdę niewiele, a którego dzieła chciałem, jak wielu moich rówieśników, dogłębnie poznać. Niemal przez sześć lat była to bowiem jedyna książka Philipa K. Dicka, którą można było przeczytać w naszym ojczystym języku. Ja miałem to szczęście w nieszczęściu, że sięgnąłem po nią około roku osiemdziesiątego, dosłownie na kilkanaście miesięcy przed ogłoszeniem, że Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” wyda w serii „Z kosmonautą” dwa kolejne tytuły Dicka. Wyobrażacie sobie moje/nasze szczęście, gdy na którymś z konwentów usłyszeliśmy tę elektryzującą wiadomość? Wtedy czekaliśmy na nowe książki naszego mistrza, jak wy teraz na siódmą część Gwiezdnych wojen.

Rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty pierwszy, najbardziej pamiętny z powodu wprowadzenia stanu wojennego, dla nas więc był także rokiem Philipa K. Dicka. Pierwsza z jego nowych – dla nas, rzecz jasna – książek, czyli Słoneczna loteria, zniknęła z półek błyskawicznie, jak każdy zachodni bestseller w tamtych czasach, lecz nie porwała nas aż tak bardzo jak Ubik. Była zupełnie inna, też dobra – ba, znakomita! – ale mimo wszystko nie spełniła wszystkich naszych oczekiwań. Za to druga to zupełnie inna sprawa. Człowiek z Wysokiego Zamku okazał się dziełem dorównującym dotychczasowej legendzie, a nawet ją przerastającym – przynajmniej zdaniem niektórych kolegów. Czy zachwyty były słuszne, nie mnie osądzać. Obie książki są dzisiaj dostępne, możecie więc sami ocenić. Ja dodam tylko, że z pewnością była to lektura, obok której nie sposób przejść obojętnie. Książka ta tak bardzo nie pasowała do realiów schyłkowego PRL-u, że czasem dziwiliśmy się, jakim cudem ją wydano. Kilka lat później, gdy lepiej poznałem Lecha Jęczmyka, znakomitego tłumacza Człowieka z Wysokiego Zamku (Słoneczną loterię przełożył Jan Zieliński), zrozumiałem, że słowo „cud” było w tym wypadku jak najbardziej uprawnione.

Kolejnym cudem były na wpół legalne pokazy filmów na kasetach VHS. W osiemdziesiątym trzecim, całkiem szybko jak na ówczesne warunki, w Polsce pojawił się film, który sprawił, że ogromna popularność naszego mistrza wzrosła jeszcze bardziej. I tu mała dygresja – spotkałem się niedawno z twierdzeniem, jakoby Philip K. Dick stał się w Polsce popularny właśnie za sprawą tego filmu. To jednak nie jest do końca prawda, chociaż nie przeczę, że Blade Runner (będę trzymał się oryginalnego tytułu, polski przyprawia mnie bowiem nieodmiennie o dreszcze) podsycił zainteresowanie twórczością Philipa K. Dicka, gwarantując jego dziełom znaczące miejsce w gigantycznym tsunami zachodniej literatury, jakie zalało Polskę po upadku starego systemu i runięciu żelaznej kurtyny.

 

Nowi fani, zafascynowani niezwykle plastyczną i wciąż aktualną wizją przyszłości przedstawioną w kolejnym wizjonerskim filmie twórcy nie mniej legendarnego Obcego, zaczęli chętnie sięgać po wydane wcześniej książki, a my, ludzie działający od kilku lat w fandomie, wiedzący o fantastyce znacznie więcej od przeciętnego zjadacza chleba, postanowiliśmy wykorzystać zrywające się dopiero wichry przemian i wyprzedzić rodzącą się w bólach erę wolnego rynku. W roku osiemdziesiątym trzecim, jeszcze podczas stanu wojennego, zaczęliśmy wydawać własnym sumptem książki, których tak rozpaczliwie nam brakowało. Tłumaczone przez zapaleńców – jednym z nich byłem i ja – mozolnie składane na zwykłych maszynach do pisania (ja także stukałem w mechaniczne klawiatury), drukowane na najzwyklejszych w świecie powielaczach, na zdobywanym cudem papierze najpodlejszej jakości – nie uwierzycie, ile tego deficytowego surowca można było otrzymać za półtora kilograma parówek! – rozprowadzane prywatnymi kanałami, pierwsze otworzyły przed polskimi czytelnikami drzwi do wielkiego świata, a nawet… światów.

Jak słusznie się domyślacie, nie zabrakło wśród tych pozycji książek Philipa K. Dicka. Do dzisiaj mam w swojej biblioteczce kilkanaście takich bezdebitówek, dzięki którym nie straciłem nawet na moment kontaktu z moim ulubionym pisarzem. To dzięki nim tysiące ludzi między Odrą a Bugiem mogły sięgnąć po raz pierwszy po takie tytuły jak: Oko na niebie, Władcy marionetek, Valis, Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, Labirynt śmierci i wiele, wiele innych tytułów, w tym zbiorów opowiadań. Być może w wielu wypadkach była to czysta amatorszczyzna, zwłaszcza na początku tego boomu, jednakże w miarę upływu czasu udało nam się zdobyć dostęp do lepszych środków technicznych, a wielu z nas stało się cenionymi fachowcami.

Tak, ludzie pracujący razem ze mną przy tak zwanych klubówkach z czasem stali się znanymi tłumaczami i co może ważniejsze, założycielami wielu dużych i istniejących do dziś wydawnictw, które kontynuując naszą pracę i wykorzystując nasze doświadczenia, wyrastały jak grzyby po deszczu już od początku lat dziewięćdziesiątych, gdy sypiący się nieustannie socjalizm padł w końcu, ustępując drapieżnemu kapitalizmowi.

Rodzące się w tamtym okresie już w pełni legalne wydawnictwa przejęły od nas pałeczkę, a gdy moment później zabrakło klubówek, wypełniły natychmiast tę lukę, oferując czytelnikom bardziej dopracowane wydania tych samych książek i uzupełniając wszystkie braki w bibliografiach najważniejszych autorów, z Philipem K. Dickiem na czele. To właśnie dzięki nim możecie się dzisiaj cieszyć w pełni profesjonalnymi wydaniami – zarówno pod względem edytorskim, jak i translatorskim – najlepszych dzieł Dicka, pisarza i wizjonera, którego niesamowity talent wpływał przez całe dziesięciolecia nie tylko na czytelników, ale też zapłodnił niejednego rodzimego autora.

Wielu polskich pisarzy fantastycznych, którzy zaczynali tworzyć w latach osiemdziesiątych i później, przyznawało się całkiem otwarcie do fascynacji prozą Philipa K. Dicka. Niejednokrotnie, podczas cyklicznych dyskusji z piszącymi kolegami, omawialiśmy dzieła, na których wzorowaliśmy się, stawiając pierwsze kroki. Najbardziej burzliwe pod względem emocjonalnym były te panele, na których rozparcelowywaliśmy Ubika, Człowieka z Wysokiego Zamku czy Trzy stygmaty Palmera Eldritcha. Niewielu bowiem autorom udawało się połączyć tak zgrabnie fantastykę naukową, będącą według krytyków gatunkiem czysto rozrywkowym, z dużo głębszymi przemyśleniami, które poruszały człowieka, zmuszały go do wysiłku umysłowego, dawały wskazówki.

Reasumując: Philip Kindred Dick był, jest i będzie jednym z nielicznych pisarzy, których długo nie da się zapomnieć. Sięgając po jego książki dzisiaj, macie szansę przeżyć choć część naszych ekscytacji i wzruszeń – na pewno nie tyle samo, gdyż wam dany jest znacznie szerszy kontakt z literaturą niż nam, pokoleniu stanu wojennego, patrzycie więc na utwory Dicka z szerszej perspektywy, mogąc porównać je z dokonaniami późniejszych mistrzów pióra. Mimo wszystko jestem pewien, że nie przejdziecie obojętnie obok najznakomitszych utworów tej edycji, która – chyba nie tylko moim skromnym zdaniem – stanowi ukoronowanie czterdziestoletniej obecności Philipa K. Dicka w Polsce.

Moja przygoda z mistrzem nie kończy się jednak na literaturze. Przez wiele lat pracowałem w branży filmowej, dzięki czemu mogłem obserwować ciekawe zjawisko – próby mierzenia się innych twórców ze schedą pisarza. Ridley Scott udowodnił jednym filmem, że na podstawie prozy tego autora da się tworzyć obrazy ponadczasowe. Wszakże nikomu nie udało się powtórzyć tego wyczynu, nawet Spielbergowi, choć i jego Raportowi mniejszości nie da się odmówić klasy ani rozmachu. Pozostałe ekranizacje – zupełnie jak w wypadku prozy Stephena Kinga – nie wywołały ani zachwytu krytyków, ani wielkiego poklasku publiczności. Być może sytuację tę zmieni telewizja, która przygotowuje na tegoroczną jesień aż dwa seriale – na motywach Człowieka z Wysokiego Zamku i Raportu mniejszości. Dostępne w Sieci premierowe odcinki sprawiają wrażenie, że może być ciekawie, zwłaszcza w wypadku pierwszego serialu, realizowanego na potrzeby Amazona, ale czy produkcje te nie podzielą losu poprzednich ekranizacji, trudno na razie powiedzieć. Trzymam za nie kciuki, ponieważ zdaję sobie sprawę, że nawet krótkie opowiadanie Dicka zawiera taką masę niesamowitych wizji, że wystarczy ich na stworzenie doskonałego pełnometrażowego filmu. Chciałbym więc zobaczyć ekranizację któregoś z nich, dorównującą, a może nawet pozostawiającą w tyle samego Blade Runnera.

To jedno z dwóch moich marzeń związanych z Philipem K. Dickiem. I jedyne, które może się ziścić.

Niestety nie poznałem go osobiście, ponieważ zmarł, gdy byłem jeszcze młodym człowiekiem, dla którego wyjazd do Europy Zachodniej, o Stanach Zjednoczonych nie mówiąc, mógł być co najwyżej marzeniem ściętej głowy. Żałuję tego bardzo, ponieważ Dick był jednym z nielicznych pisarzy, których naprawdę pragnąłem spotkać, z którymi chciałem porozmawiać choćby przez chwilę, podczas czy to któregoś z wielkich konwentów, czy to kameralnych spotkań z czytelnikami (choć wiem, jakie miał zdanie na temat sprawności intelektualnej odbiorców swojej prozy). Ponieważ niestety nie było mi to dane, pozostaje mi sięgnąć po raz kolejny do spuścizny człowieka, który kształtował umysły mojego pokolenia, do czego i was serdecznie zachęcam.

Robert J. Szmidt


Przedmowa do wydania amerykańskiego

Mam na półkach trzydzieści trzy książki Philipa K. Dicka. Spodziewam się, że w niedalekiej przyszłości liczba ta wzrośnie do trzydziestu ośmiu – ponad dwukrotnie więcej niż jakiegokolwiek innego autora SF. Najbliższy rywal zajmuje raptem osiemnaście pozycji, z czego cztery to antologie pod jego redakcją.

Dlaczego? Co sprawiło, że stałem się właścicielem aż tylu dzieł Dicka?

Ująłbym to tak: właśnie dzięki niemu pogodziłem się – choćby na czas jednej powieści – z myślą, że może istnieć społeczność, w której środkiem monetarnym jest dżem pomarańczowy.

Nie bardzo mogę sobie przypomnieć pierwsze spotkanie z prozą tego faceta. Podejrzewam, że chodziło o jego pierwsze dzieło fantastycznonaukowe, Gdzie kryje się wub – rzecz napisana prostym rzemieślniczym stylem i z przyjemnie zabawną puentą; w sumie bardzo udany debiut. Jednakże przy kolejnych opowiadaniach (a pisał je podobno w tempie jedno na tydzień) ma się wrażenie, jakby autor wciąż jeszcze szukał własnego głosu. Szczególnie rzuciły mi się w oczy liczne nawiązania do twórczości nieodżałowanego Henry’ego Kuttnera. Musiałem poczekać na pierwsze powieści Dicka, żeby wreszcie zrozumieć, jak silną dysponuje wyobraźnią, jak pomysłowo wtłacza naszą rzeczywistość w najdziwniejsze schematy bądź zmusza do spojrzenia na nią z nieznanej, niepokojącej perspektywy i przyprawia to wszystko jaskrawą odmiennością, która na długie dni, a czasem miesiące, pozostawia w podświadomości czytelnika jątrzące kolce.

Pamiętam, jak kupiłem sfatygowany egzemplarz Słonecznej loterii i pochłonąłem tę powieść za jednym przysiadem. Pamiętam niecierpliwe czekanie na kolejny odcinek Czasu poza czasem (Time out of Joint) publikowanego przez Teda Carnella w „New Worlds”. Po przeczytaniu tych dwóch utworów już wiedziałem: po prostu muszę ruszyć na poszukiwania wszystkiego, co ten człowiek napisał.

W tymże miesięczniku zamieściłem w 1966 roku entuzjastyczny artykuł o jego dorobku – podówczas słabo jeszcze znanym w Wielkiej Brytanii – przynajmniej po trosze kierując się własnym interesem, do czego dziś wreszcie się przyznaję: chciałem móc kupować więcej jego książek… Dziesięć lat później na prośbę wydawcy miałem przyjemność napisać słowo wstępne do The Best of Philip K. Dick pod redakcją Ballantine’a. Minęła następna dekada – i oto powierzono mi podobne i równie wdzięczne zadanie.

Wdzięczne, lecz i znacznie trudniejsze. Nie chciałem popełnić autoplagiatu, tymczasem czytając na nowo mój komentarz z 1976 roku, stwierdziłem, że podsumowałem w nim wszystkie ówczesne – i wciąż aktualne – przemyślenia o tym, co według mnie czyni dzieła Dicka czymś nadzwyczajnym. Mówiłem o naturze Dickowego świata, o jego prawie zupełnej pustce, jałowości, i o tym, w czym jest podobny do naszego, a czym się od niego niepokojąco różni. Mówiłem o manipulowaniu percepcją czytelnika i sprycie, z jakim umie podtrzymać z gruntu absurdalne założenia akurat tak długo, by odbiorca nie zdążył zniechęcony cisnąć książki do kosza – pieniądz z marmolady to tylko jeden z niezliczonych przykładów. Podkreślałem marnotrawną wręcz hojność w szafowaniu konceptami, które większość pisarzy uznałaby za podstawę utworu, on zaś traktował je jako poboczne – z jedną cudowną sceną na czele, gdzie bohater rzuca w dialogu stwierdzenie: „Bóg nie żyje”. I to jest uznany fakt, albowiem znaleziono dryfujące w kosmosie stworzenie na tyle ewolucyjnie rozwinięte, że byłoby zdolne do stworzenia Ziemi wraz ze wszystkimi egzystującymi na niej formami życia. Tymczasem w opowiadaniu tym jest to tylko mało ważny element…

Mam pokusę, żeby zacytować ten artykuł z 1976 roku in extenso, ale lepiej się jej oprę. To już inna epoka, Phil umarł i już nie dostanę od niego pomocnych listów, w których podsuwałby mi kawałki do włączenia do przygotowywanego zbioru; zresztą nie ma nawet takiej potrzeby, gdyż tym razem będzie on – zasłużenie – kompletny. A skoro już o tym mowa, to nie otrzymam także taktownej, acz irytującej korespondencji ze spisem utworów, które on wolałby skazać na zapomnienie.

Poznałem go w 1964 roku na przyjęciu przed otwarciem Worldconu* w Oakland. Był inny, niż sobie wyobrażałem. Sądząc po twórczej płodności i zjadliwym dowcipie, spodziewałem się wyluzowanego cynika. Dick okazał się osobą bardzo nieśmiałą, niechętnie nawiązującą kontakt wzrokowy z obcymi; wciąż zerkał na boki, jakby sprawdzał, czy ma wolną drogę ucieczki. Później dotarło do mnie, jaką udręką są dlań idiotyzmy świata; jak bardzo bierze do siebie zniewagi rzucane naszej zbiorowej inteligencji przez ludzi, którzy udają, że przemawiają w imieniu naszym i całej cywilizacji, którzy mają nad nami władzę, a myślą tylko o sobie. Nie mogłem się zorientować, na ile chce być brany poważnie, gdy wymyślał swoje symulakry polityków – od Jackie Kennedy po Lincolna – ale to nie miało znaczenia. Ważne, że stworzył i podstawił światu pod nos kolejne genialne zwierciadło jego wad i niedociągnięć, ukazujące zniekształcony, a jednak niewytłumaczalnie bliższy rzeczywistości aspekt prawdy.

Podczas naszego ostatniego spotkania (we Francji, przy okazji festiwalu SF w Metzu) tak samo nie udało mi się dowiedzieć, jakiego właściwie spodziewał się przyjęcia swoich opowieści o komunikowaniu się z apostołem Pawłem czy o tym, jak zabił kota samą siłą woli. Nie mogłem określić, czy po tylu latach wewnętrznego cierpienia jego własne wymysły wzięły górę nad rozsądkiem, czy może doszedł do gorzkiej konkluzji, że znosić nasz zwariowany świat da się jedynie, traktując go jak jeden wielki, okrutny żart, i oddawać mu ciosy na tym samym irracjonalnym poziomie.

 

Myślę, a raczej mam nadzieję, że to drugie – bo to by znaczyło, iż w swojej twórczości znalazł rozwiązanie wielorakich problemów, z którymi przychodziło mu się zmagać: frustracji brakiem uznania w głównym nurcie literatury, nieudanych małżeństw, tajemniczego napadu na jego dom (opisanego w książce Paula Williamsa Only Apparently Real) i całej reszty. Phil był dziwnym człowiekiem, lecz wspaniałym pisarzem i być może praca dawała mu katharsis. Na pewno zaś dostarcza niepowtarzalnych doznań jego czytelnikom.

I to jedno zdanie chyba wystarczy za odpowiedź, dlaczego mam trzydzieści trzy jego książki, a wkrótce powinno ich być trzydzieści osiem.

Czytajcie i dajcie się porwać lekturze.

John Brunner

South Petherton, Anglia, październik 1986

* The World Science Fiction Convention – doroczny konwent miłośników fantastyki odbywający się najczęściej w USA (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).