Inwazja z Ganimedesa

Tekst
Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przełożył

Maciej Szymański


Dom Wydawniczy REBIS


Jak zarobić na otwarcie drzwi

Inwazja z Ganimedesa nie jest najlepszą powieścią w dorobku Philipa K. Dicka. Nie był zresztą jej samodzielnym autorem, pomagał mu Ray Nelson, pisarz, który – jak twierdził – w grudniu 1964 roku poczęstował Dicka LSD.

Pod wpływem tego doświadczenia Dick zaczął uważać, że jest starożytnym Rzymianinem, i mówić „bezbłędną łaciną”. Jedynym świadkiem był oczywiście Nelson, który po latach powiedział Anthony’emu Peake’owi, że nie umiałby odróżnić łaciny udawanej od bezbłędnej.

Jedno nie ulega wątpliwości: Dickowi ten towar wszedł zdecydowanie mocniej. Ray Nelson pozostał sobą – drugorzędnym wyrobnikiem popkultury. Tymczasem Dick w połowie lat 60. przeżywa przełom równie wyraźny, jak u Beatlesów – którym mniej więcej w tym samym okresie LSD podsunął dentysta George’a Harrisona, przemieniając ich nieodwracalnie z „czterech chłopców w grzecznych garniturkach” w Orkiestrę Klubu Samotnych Serc Sierżanta Pieprza.

Dickowski przełom doprowadzi go do szaleństwa i do tworzenia największych arcydzieł w jego twórczości. Jedno łączyło się zresztą z drugim. Valis, Ubik, Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? (sfilmowane jako Blade runner), Boża inwazja czy Przez ciemne zwierciadło to jednocześnie i arcydzieła, i zarazem osobiste kroniki pogrążania się w mroku.

Zgodnie z beatlesowską metaforą, Inwazja z Ganimedesa to coś jak Help! czy Rubber Soul. Jeszcze nie jest to psychodelia Sierżanta Pieprza, ale mamy już wyraźne odejście od skocznych, przesłodziuteńkich przebojów typu She loves you, yeah, yeah, yeah.

Dick żegna się więc z beztroską pulp SF, którą z powodzeniem uprawiał w latach 50. Jego utwory z tego czasu, zwłaszcza opowiadania, z grubsza trzymały się kanonu wymyślonego jeszcze w latach 30. przez Hugona Gernsbacka i Josepha Campbella. Obce cywilizacje, trzecia wojna światowa, pozaziemskie kolonie, sztuczna inteligencja, latający samochód, srebrzysty skafander: wszyscy znamy ten stereotypowy zestaw gadżetów i didaskaliów towarzyszących klasyce science fiction.

Dick od początku dodawał do tego swój charakterystyczny element, zazwyczaj związany ze zwątpieniem bohatera w rzeczywistość albo w swoją tożsamość. Powiedzmy, „wszyscy uważają go za kosmitę/robota/szaleńca, on nie wie, jak im udowodnić, że się mylą – a potem się okazuje, że jednak się nie mylili”. Do połowy lat 60. jeszcze na tyle to jednak kontroluje, że jego książki nie odstają od tego, co piszą inni czołowi autorzy SF tego okresu – można je bezpiecznie sytuować gdzieś między Heinleinem a Ellisonem.

W drugiej połowie lat 60. Dick odlatuje ku własnym regionom. Inwazja z Ganimedesa jest jakby boosterem – pierwszym członem rakiety kosmicznej. Mało kto się ekscytuje boosterami, odpadają sobie w pierwszych minutach lotu, ale to dzięki nim Apollo czy Endeavour mogły realizować swoje misje.

Prywatne życie Dicka bardziej jednak przypomina nieudaną misję wahadłowca OV-099 Challenger z 1986. Jego booster się nie odłączył, tylko eksplodował, zamieniając statek w ognistą kulę. Dick za ten swój „odlot” z końca lat 60. zapłacił cenę zatracenia się w narkotykach, destrukcji życia rodzinnego, finansowego bankructwa, utraty zdolności odróżniania urojeń od rzeczywistości, próby samobójczej…

I przejścia do historii literatury. Bo w odróżnieniu od innych ofiar psychodelicznych lat 60. potrafił swoje przeżycia opisać w kolejnych książkach. Nie bardzo miał zresztą inne wyjście. Nie potrafił zarabiać inaczej, niż pisząc, więc pisać musiał, bo zwłaszcza w Ameryce wszystkie problemy mają tylko jedno jedyne rozwiązanie, zazwyczaj związane z przekazaniem komuś pewnej ilości zielonych papierków.

Już Inwazję Dick pisze bardziej z ekonomicznego przymusu niż z potrzeby serca. Nancy Hackett, jego czwarta (!) żona, urodziła w 1967 roku córkę, Isę. Pobrali się rok wcześniej, głównie z powodu tej ciąży.

Dick podjął ostatnią w swoim życiu próbę prowadzenia normalnego życia rodzinnego na amerykańską modłę – z domkiem na przedmieściach, samochodem i niepracującą żoną. Z tym, że jego własne dochody literackie były wciąż na tyle skromne, że Nancy jednak musiała pracować.

Jako urzędniczka na poczcie zarabiała 2,50 dol. na godzinę (dzisiaj 19,33 dol.). To więcej niż Dick jako popularny, nagradzany pisarz. Jak pisze jego biograf, Lawrence Sutin, bardzo to Dicka frustrowało i przekładało się na obsesję na punkcie pieniędzy.

Obsesję, której zawdzięczamy kapitalne literackie fragmenty takich powieści jak Ubik. Jej bohater jest uwięziony w pokoju, bo nie stać go na opłatę, której domagają się drzwi. Wczesną wersję tej sceny widzimy w Inwazji z Ganimedesa.

Tutaj z kolei bohaterka przebywająca w „brudnym i zdewastowanym pokoju hotelowym drugiej kategorii” zostaje upomniana przez „starczy, acz wciąż przenikliwy głos” hotelowej sztucznej inteligencji następującymi słowami: „Panie Płacący Gościu, nie próbuj się oddalić, nie uregulowawszy rachunku w recepcji na parterze”. „Ja tylko wyjrzałam przez okno” – sumituje się bohaterka.

Inwazja z Ganimedesa dzieje się mniej więcej w naszych czasach. Autorzy SF z tamtej epoki chętnie fantazjowali o pierwszych dekadach XXI wieku. I jako czytelnicy z tej epoki doceniamy geniusz Dicka właśnie w takich scenach.

Wszystkie inne prognozy fantastów okazały się przecież zawodne. Nie mamy ani latających samochodów („jonolotów”), ani pozaziemskich kolonii, ani też takiej sztucznej inteligencji jak w tej powieści – w której nawet pochodzący z 1999 roku hotel drugiej kategorii jest w stanie prowadzić z gościem pogaduszkę o jazzie. Realnie istniejące technologie tego typu, jak Siri, Alexa i Google Home, na próby narzucenia takiego tematu rozmowy próbują nam coś sprzedać za skromną opłatą albo deklamują hasło „jazz” z Wikipedii.

Ale z jednym Dick trafił bezbłędnie. Z ową „skromną opłatą”. Dzisiejsza cywilizacja wymyśla coraz bardziej wyrafinowane sposoby pobierania od nas mikro- (oraz całkiem makro-) płatności za wszystko. Także za rzeczy, które kiedyś były po prostu bezpłatne. Kto wie, może jeszcze doczekamy i drzwi, które za darmo mogą się otworzyć dopiero po godzinie czekania. Żeby otworzyły się już teraz, trzeba będzie uiścić skromną opłatę (plus VAT).

Inni pisarze tamtej epoki nie mieli tak trafnych pomysłów, bo ich życie było zbyt udane. Lata 60. to sam środek złotej ery kapitalizmu. Nawet z pensji urzędniczki na poczcie można się było wtedy nieźle utrzymać. Minimalna płaca w USA to teraz 7,25 dol. za godzinę i w dzisiejszych czasach niewykwalifikowana pracownica sektora usług, taka jak Nancy Hackett, ma niewielkie szanse na dużo więcej.

Ale wtedy amerykański sen zdaje się na wyciągnięcie ręki – dla każdego. Wystarczy mieszkać w tej krainie marzeń, a szybko zarobimy na dom, samochód i obowiązkowy element tego zestawu, czyli trophy wife, piękną, niepracującą żonę, pasażerkę naszego cudnego samochodu i gospodynię naszego wypielęgnowanego domu.

Wkrótce cała Ameryka obudzi się z amerykańskiego snu, zazwyczaj z ręką w nocniku. Dick to przebudzenie przeżył wcześniej niż inni. Dlatego kiedy tzw. poważni pisarze ekscytowali się takimi tematami, jak snucie się od czapy autostopem albo życie seksualne klasy średniej, Dick już swoim bohaterom fundował zmartwienia mniej więcej podobne do tych, jakie naprawdę mają ludzie z XXI wieku: jak zarobić na otwarcie drzwi?

Kiedy większość Amerykanów czuje się ludźmi sukcesu, Dick ponosi życiową porażkę za porażką. Samochody go już nie interesują, w lipcu 1964 roku spowodował dachowanie, gdy jechał z ówczesną kochanką, Granią Davidson. Od tego czasu zaczął bać się samego siebie jako kierowcy, prawdopodobnie słusznie.

Bał się też swojej byłej żony, Anne Rubinstein. To była trzecia z kolei, ale pierwsza, z którą rozstawał się w burzliwych okolicznościach. Poprzednie (Jeanette Marlin i Kleo Apostolides) Dick po prostu porzucił, gdy się nimi znudził.

Rozstanie z Anne nie było takie proste. Może dlatego, że mieli dziecko (Laurę, pierwszą córkę Dicka). Może dlatego, że nie był jej pierwszym mężczyzną. Może dlatego, że była od niego bogatsza. Może dlatego, że zdiagnozowała problemy psychiczne Dicka i próbowała go zmusić do terapii. W każdym razie pisarz z tego rozwodu wyszedł zdruzgotany. Bał się adwokatów byłej żony, agentów FBI, psychiatrów, siebie samego, własnego cienia. W następnej dekadzie jego choroba pogorszy się na tyle, że zacznie na dodatek bać się cesarza Nerona i twarzy na niebie, która mówi mu złowrogie rzeczy (a także zakamuflowanej komunistycznej organizacji do spraw infiltracji amerykańskiej science fiction, działającej w Krakowie pod kryptonimem L.E.M.).

Jako pisarz czuł się niespełniony. Początkowo traktował science fiction jako fuchę, dzięki której będzie mógł się utrzymywać podczas pisania naprawdę istotnych powieści – jak Wyznania łgarza (napisane w 1959, opublikowane w 1975) czy Człowiek o jednakowych zębach (napisany w 1960, opublikowany pośmiertnie w 1984). W 1963 roku jednak agencja Scotta Mereditha zwróciła mu te maszynopisy z informacją, że nikt tego nie chce wydać – za to bez trudu znajdą mu wydawcę na kolejną powieść SF.

 

Dick więc taśmowo tłukł fantastykę, która nawet gdy jest słaba, to jednak jest dobra. Jak Inwazja z Ganimedesa. Swoje lęki i frustracje Dick przelał w oryginalną dystopię. Inwazja nie jest opowieścią o brutalnym reżimie wzorowanym na dwudziestowiecznych totalitaryzmach. W tej powieści poddaliśmy się jako ludzkość praktycznie bez walki, a okupanci narzucili nam ustrój, w którym znaczna część społeczeństwa może się jakoś urządzić, o ile pogodzi się z rolą „wasala”.

Okupowana Ziemia z powieści Dicka przypomina więc nowoczesne dystopie, jak seriale Black Mirror czy Opowieść podręcznej, film Elizjum czy powieść Player One. Panuje w nich ustrój, który jest jakimś wcieleniem kapitalizmu, a czasem nawet czegoś w rodzaju demokracji. Posłuszeństwo nie jest wymuszane pałką czy karabinem – to są środki stosowane tylko w ostateczności. Na co dzień wystarczy motywacja ekonomiczna. Dla czytelników z lat 60. to pewnie była czysta fantazja, dla nas karykatura czasów, w których żyjemy.

Świat jest dziś zadłużony na 60 trylionów. „Wobec kogo, wobec Marsa?” – taki obrazek-pytanie krąży po Facebooku. A może jednak wobec Ganimedesa? To by nam wreszcie wszystko wyjaśniało…

Wojciech Orliński

dla Kirsten i Nancy


1

O trzeciej nad ranem na stoliku nocnym Rudolpha Balkaniego, szefa Biura Badań Psychodelicznych, zadzwonił wideofon. Dzwonił długo, zanim Balkani zareagował, choć – jak to często ostatnio bywało – nie spał już od wielu godzin.

– Tak, tu Balkani.

– Potrzebuję informacji – odpowiedział mu stroskany głos z drugiego końca linii. Balkani od razu go rozpoznał: to był przewodniczący Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych. – Pomyślałem, że moglibyśmy pogadać…

– Byle zwięźle – przerwał mu Balkani. – Jestem chory.

– Słyszał pan transmisję?

– Jaką transmisję? – Balkani podrapał się po zarośniętym podbródku.

– Ultimatum obcych. Nadawali na wszystkich kanałach telewizji i radia…

– Nie zwykłem marnować czasu na rozrywkę w mass mediach – odparł Balkani. – Co zaproponowali?

– „Przynosimy wam pokój. Przynosimy wam jedność”.

– Niech pan mi oszczędzi propagandy. Rozumiem, że żądają bezwarunkowej kapitulacji Ziemi.

– Tak jest. Ale czy pan nie pracuje nad jakimś nowym psychogadżetem, doktorze? Nad bronią, która mogłaby ich zatrzymać?

– To prawda – odparł Balkani lekko ironicznym tonem. – Niestety, zatrzymałaby i nas. Prawdę mówiąc, zatrzymałaby wszystko na tej planecie i w jej okolicach, co tylko posiada własny umysł.

– O ile mi wiadomo, mógłby pan uodpornić niektórych na jej działanie. Na przykład kluczowych przywódców.

– Jeszcze nie. Jedynym antidotum okazać się może radykalna psychoterapia, nad którą pracuję. Ale jeśli tylko da mi pan trochę czasu, a także zastępy, powiedzmy, „ochotników” do udziału w moich eksperymentach, to…

– Musimy ją mieć natychmiast! – warknął przewodniczący Rady Bezpieczeństwa. Po chwili, z wyraźnym trudem, zdołał odzyskać panowanie nad sobą i na jego obliczu na wideofonie znowu malował się spokój. – Co zatem pan doradza?

– Ja nie doradzam – odrzekł Balkani. – Jestem tylko szamanem tego plemienia, nie jego wodzem. Tworzę małe laleczki voodoo, a pańskim zadaniem jest decydować, czy zaczniemy wbijać w nie szpilki. Mimo to chciałbym pana prosić o przysługę.

– Mianowicie?

– Jeśli postanowi pan użyć tej broni, niech pan mi o tym nie mówi. Nie chcę wiedzieć.

To rzekłszy, Balkani przerwał połączenie, przewrócił się na drugi bok i dalej usiłował zasnąć.

– Zbyt niewyspecjalizowani – mruknął Mekkis, spoglądając z niesmakiem na schwytanego człowieka. – Ale gdyby tak poddać ich selektywnej hodowli…

Tuż obok ucha Mekkisa zafurkotał Czasomierz i podpowiedział cicho:

– Panie, lepiej zacznij się szykować na spotkanie z Wielką Radą.

– Tak, tak, oczywiście – odparł Mekkis.

Strzelił długim, smukłym językiem, trafiając w guzik na konsoli obok kanapy. Garderobiani zjawili się niemal natychmiast, gorączkowo ćwierkając między sobą. Mekkis zgarbił się, by ułatwić im zadanie.

Podobnie jak wszyscy przedstawiciele ganimedejskiego gatunku dominującego, był istotą beznogą i bezręką, z grubsza przypominającą wyglądem wielkiego robaka. Nie potrzebował własnych kończyn. Jego rękami i nogami byli wasale; był to jedyny cel ich istnienia. Po to przyszli na świat, po to ich wyhodowano.

A teraz pracowicie wzuwali najpiękniejszy, czerwono-pomarańczowy, oficjalny worek na jego długie ciało. Nie wypadało wystąpić w mniej efektownym ubraniu w dniu, który mógł się okazać najważniejszy w całej jego karierze administracyjnej. Maleńcy czesacze tańczyli wokół głowy Mekkisa, sprawnie układając długie rzęski, a czyściciele obrabiali językami jego policzki. Raz jeszcze spojrzał na pojmanego człowieka. Nieszczęśnicy, pomyślał. Trzeba było nie przyciągać naszej uwagi swoją obecnością w tym systemie.

Osobiście uważał, że ta wojna była błędem, ale cóż – stało się.

– Za późno na łzy – wymamrotał do siebie. – Ale bycie wasalem chyba nie jest takie złe, co, przyjaciele?

– Nie, nie, jest całkiem w porządku – zaćwierkał różnorodny tłumek wyspecjalizowanych istot, nie przestając krzątać się wokół Mekkisa w mozolnym procesie przygotowań.

– Podbój, okupacja, wchłonięcie – tak się to zawsze odbywa. Pierwsze dwie fazy mamy już za sobą i obyło się bez wielkich problemów… a dziś, jeśli się nie mylę, wchodzimy w fazę trzecią. – I tu właśnie zaczyna się moja rola, dodał w myślach.

Żeby zyskać absolutną pewność, wezwał swoją Wyrocznię.

– Co powiesz o mojej przyszłości? – spytał Mekkis.

– Chodzi o dziś? – upewnił się prekog.

– Tak, mówże wreszcie!

– Zbierają się nad tobą moce ciemności, panie. To dzień twoich wrogów!

Mekkis oblizał nerwowo wargi i spytał:

– A dalej?

– Jeszcze więcej ciemności, głęboki mrok i wreszcie… O mój dobry panie, ciemność ogarnie nas wszystkich!

Mekkis pogrążył się w niewesołych myślach. Wyrocznia odradzała inwazję na Ziemię; stąd też wziął się i jego sceptycyzm w tej sprawie. Jednakże inwazja zakończyła się sukcesem i niektórzy zaczęli powątpiewać w moc Wyroczni. Być może, dumał Mekkis, przyszłość jest jednak nieodgadniona. Łatwo jest rzucać niekonkretne, przerażające prognozy, których nikt tak do końca nie rozumie, a potem mówić: „Widzicie? Właśnie o to mi chodziło”.

– Te moce ciemności – odezwał się. – Czy mogę jakoś ich uniknąć?

– Dziś? Absolutnie nie. Później – małe szanse. Jeżeli rozwiążesz zagadkę Dziewczyny Znikąd.

– Jakiej znowu Dziewczyny Znikąd? – Mekkis z najwyższym trudem zapanował nad sobą.

– Moje zdolności są ograniczone, a dar widzenia blaknie. Widzę jednak, że z przyszłości nadchodzi coś, czego nie umiem opisać słowami. Jakby olbrzymia otchłań, która próbuje nas wciągnąć. Już teraz jest tak wielka, że zakrzywia strumień czasu. Im bliżej się znajdziemy, tym trudniej będzie jej uniknąć. O panie, tak się boję! Nigdy dotąd nie czułem strachu, a teraz przytłacza mnie groza.

W żaden sposób nie uniknę dziś nieszczęścia, pomyślał Mekkis, więc równie dobrze mogę mu wyjść na spotkanie, nie krzywiąc się i nie blednąc. Nie umiem kontrolować przeznaczenia, ale mogę kontrolować własne reakcje.

Machnięciem języka przywołał tragarzy i wyruszył w stronę Sali Wielkiej Rady.

Na ścianie Sali Wielkiej Rady wisiał ogromny zegar. Wszyscy, który przynależeli do tak zwanej Frakcji Postępowej, zasiadali właśnie po tej stronie sali – pod zegarem. To właśnie oni, frakcja zegara, parli ku wojnie z Ziemią. Ci, którzy zasiadali po przeciwległej stronie, konserwatyści albo antyzegarowcy, bez powodzenia sprzeciwiali się tym planom. I właśnie do tej frakcji należał Mekkis.

Gdy jak zawsze z pompą pojawił się w Sali, przekonał się, że po konserwatywnej stronie nie ma nikogo – wszyscy zgromadzili się wokół przywódcy frakcji zegara. Kiedy tragarze postawili go na grubym, miękkim dywanie, był oszołomiony i w pierwszej chwili nie mógł się ruszyć.

Wcześniej jednak złożył sobie w duchu moralną przysięgę, więc niespiesznie i jakby z bólem ruszył ku niszy po stronie antyzegarowców. Dotarłszy na miejsce, samotny i zgarbiony w formalnej pozie oczekiwania, powiódł wzrokiem po sędziwych idiotach z ławy. Nie mógł się uwolnić od rozważań o ciemności, która miała się czaić tuż-tuż.

Wygrali wojnę, myślał, a to daje im dobry punkt podparcia: mogą wmanewrować elektorów w ratyfikowanie wszelkich spisków, które sobie wymarzą. Jednakże ja się nie poddam. I nie będę wydawał rozkazów. Będę tylko ich wykonawcą.

Zauważywszy jego przybycie, elektorzy przystąpili do kolejnego punktu tej jakże istotnej sesji.

– Pod twoją nieobecność – nadszedł komunikat od Zbiorowego Umysłu – rozpoczęliśmy procedurę podziału władzy nad Terranami. Naturalnie i tobie przypadnie w udziale stosowne terytorium; nie zostałeś pominięty.

– Którą to parcelę przeznaczyliście dla mnie? – odparł Mekkis ze stosowną dozą ironii.

Nie miał wątpliwości, że najmniej wartościowy skrawek, smętne resztki planetarnego łupu. Wyczuwał poprzez Zbiorowy Umysł sardoniczne rozbawienie Wspólnoty i wiedział, że to on jest obiektem drwiny: zebrani wyraźnie radowali się jego frustracją i bezradnością.

– Podajcie mi nazwę parceli – rzucił, zbierając siły, by przyjąć z godnością nawet najbardziej obelżywą ofertę.

– W twój zarząd – oznajmił z nieskrywaną satysfakcją główny elektor – oddajemy parcelę Tennessee.

– Pozwólcie, że zasięgnę informacji – odparł Mekkis i nawiązał telepatyczną łączność z bibliotekarzem w swojej rezydencji.

Chwilę później w jego umyśle pojawiły się obrazy, szczegółowy opis, dane statystyczne oraz mapa parceli. I jej wycena.

Mekkis zasłabł.

Gdy się ocknął, leżał w sali audiencyjnej w rezydencji kardynała majora Zency’ego. Ktoś życzliwy przetransportował go do domu przyjaciela.

– Próbowaliśmy cię przygotować – powiedział Zency. Leżał nieopodal, zwinięty w szykowny kłębek. – Chcesz wody i lautu? Otrzeźwią cię.

– Pnagdrule – zaklął siarczyście Mekkis.

– Cóż, pożyjesz jeszcze wiele lat. Prędzej czy później…

– Przepracowałem całe życie. – Spróbował unieść przednią część ciała i zachować równowagę. – Nie pojadę tam. Zrezygnuję ze służby publicznej.

– Wtedy już nigdy… – zaczął Zency.

– Nie chcę już nigdy wchodzić do Wspólnoty – przerwał mu znowu Mekkis. – Zamieszkam na satelicie. Samotnie. – Czuł się fatalnie, jakby nadepnęła go jedna z tych wielkich, a przecież niższych, niezgrabnych, dwunożnych form życia. – Proszę, daj mi pochłeptać.

Gorliwy sługa z domostwa Zency’ego niemal natychmiast postawił przed nim wypolerowaną, ozdobną misę. Mekkis chłeptał z zamkniętymi oczami, bez przekonania, a Zancy przyglądał mu się z troską.

– W tej parceli – odezwał się po chwili – roi się od niespacyfikowanych Negrów. Wysoko w górach kryją się też hordy Indian Chipua i Chawkta. To kloaka wszystkich podbitych królestw. A oni o tym wiedzą; tylko dlatego mi ją powierzyli. Celowo! – Zasyczał w najzupełniej bezskutecznej furii. – Jeszcze wody – rzucił, spoglądając na służącego, beznadziejnie niższą istotę, która zbliżyła się czym prędzej.

– Być może – zasugerował taktownie kardynał major Zency – to komplement z ich strony. Dostałeś parcelę, w której naprawdę jest wiele do zrobienia… To właściwie jedyny obszar, którego nasze siły zbrojne nie zdołały zneutralizować. Wygląda na to, że władza się poddała, przekazuje ci najtrudniejsze zadanie, którego nikt inny nie potrafi wykonać.

Mekkis drgnął mimowolnie. Ta opcja, choć zalatywała litościwą racjonalizacją, nieco go pobudziła. Rozważał ją zresztą już wcześniej – i odrzucił z przyczyn etycznych. Lecz Zency, którego szanował, zdjął z niej brzemię, otworzył ją na nowo. Mimo to Mekkis nie chciał tego zadania. Jakim cudem miałby osiągnąć sukces tam, gdzie wojskowi ponieśli klęskę? Miał jeszcze w pamięci strzępy doniesień o Negrach z Tennessee, partyzantach służących pod rozkazami fanatycznego i zdolnego przywódcy, Percy’ego X, który skutecznie unikał wszelkich homotropowych pułapek przygotowanych specjalnie dla niego. Oczyma wyobraźni widział już swoją konfrontację z tym człowiekiem, bo przecież należało się spodziewać, że Rada zażąda realizacji w Tennessee, jak we wszystkich innych parcelach, standardowego programu podboju: zniszczyć lokalną strukturę władzy i zastąpić ją marionetkowym władcą.

 

– Powiedz im – zwrócił się do kardynała majora – że jestem chory. Że połknąłem zbyt duże jajo gorka i utknęło gdzieś w moim przewodzie pokarmowym. Że będę miał szczęście, jeśli nie pęknę – pamiętasz, co spotkało Cpogrba w zeszłym roku, gdy zeżarł bodaj cztery jaja gorka za jednym posiedzeniem? To był widok: kawałki Cpogrba we wszystkich kątach jadalni!

Wspomnienie na chwilę obudziło w nim cieplejsze uczucia: wspomnienie o pięknym, myślowym zjednoczeniu Wspólnoty, o zbiorowym poczuciu radości i przyjemności, bez emanacji ponurego poczucia obowiązku ze strony samego jądra wielomózgowego umysłu – ławy elektorów i potężnych jednostek zasiadających pod zegarem.

– Spójrz na to inaczej – poradził mu kardynał major. – Jeżeli odniesiesz sukces, twój wojskowy poprzednik wyjdzie na durnia. Prawdę mówiąc, cała frakcja militarna wyjdzie na durniów.

– To prawda – odparł wolno Mekkis.

W jego umyśle pomału formował się plan. W tej chwili Tennessee było kotłem mniej lub bardziej autonomicznych, feudalnych organizmów, skupionych wokół co bardziej rzutkich właścicieli plantacji czy faktorii handlowych – tak było, odkąd rozpadł się centralny rząd Ziemi. Zadaniem Mekkisa było więc wybranie jednego z owych mikrotyranów i wyniesienie go do rangi suwerena całej parceli, wysoko ponad zazdrosnych konkurentów. Nie była to łatwa misja; bez względu na to, kogo by wybrać, decyzja wzbudziłaby sprzeciw, a nawet nienawiść pozostałych. A gdybym tak, dumał Mekkis, wybrał Percy’ego X? Kto inny byłby bardziej wdzięczny za pełnię władzy, a przez to i bardziej potulny jako marionetka? Naturalnie kupcy-książęta zaraz zaczęliby zajadle gdakać, ale tego należało się spodziewać przy każdym wyborze. Czyżby więc istniał sposób na jednoczesne spacyfikowanie Negrów i Indian, a przy tym rozwiązanie problemu władzy lokalnej?

– To prawda – powtórzył Mekkis, tym razem z nutą nadziei w głosie. Nie myślał już o wycofaniu się.

Prorok z jego sztabu niewątpliwie miał rację: tego dnia pojawiło się na jego drodze coś, czego należało się strzec. On zaś, jak zawsze, nie próbował uników – stawił czoło zagrożeniu.

I jak zwykle dostrzegł rozwiązanie, które mogło mu przynieść korzyść.