Elektryczna mrówkaTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przełożył

Janusz Szczepański


Dom Wydawniczy REBIS

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Docieranie się z klasykiem

Obecnie, w dobie agresywnego marketingu ze strony wydawnictw, wiele pojęć dotyczących literatury czy też pozycji i znaczenia danego autora mocno się zdewaluowało. Raz po raz z okładek i not wydawniczych atakują czytelników informacje o tym, że dana pozycja to bestseller, książka jedyna w swoim rodzaju, autor zaś najczęściej zyskał status twórcy kultowego – a nawet klasyka – za życia. W wypadku przymiotnika można wiele wybaczyć, bo jest całkiem spore grono pisarzy mających się jeszcze całkiem nieźle (jak chociażby Stephen King czy George R.R. Martin), a już otoczonych tą niezbędną, acz trudną do zidentyfikowania mieszanką popularności i uznania, która sprawia, że dany autor (lub utwór) osiągają status kultowości.

Inaczej ma się rzecz z określaniem kogoś klasykiem, czy to w obrębie całości literatury, czy konkretnego gatunku. Chyba każdy podświadomie wyczuwa, że autor taki nie może być młody, a nierzadko dopiero po śmierci zyskuje prawo do zaszczytnego miana klasyka. Nie jest to, rzecz jasna, warunek konieczny, by posłużyć się przykładem z fantastycznego poletka – chociażby Ursula K. Le Guin to przecież nadal żyjąca, tworząca i aktywnie komentująca istotne sprawy ikona literatury, nie tylko fantastycznej zresztą. O wiele ważniejsze są aspekty związane z twórczością danego autora: jej zasięgiem, recepcją, problematyką, czy wreszcie, w jakiej mierze była źródłem inspiracji dla późniejszych autorów, a może wręcz udało jej się przekroczyć granice, wypłynąć na szerokie wody (pop)kultury i zagościć również w innych mediach?

To nieco przydługie wprowadzenie miało za zadanie jedno: wskazać, że chyba jak nikt inny Philip K. Dick zasługuje na miano klasyka. Był pisarzem niezwykle płodnym, choć przy tym dość nierównym. Jednakże w jego bogatym dorobku znalazło się tyle utworów wybitnych, być może nawet genialnych, a przy tym nacechowanych charakterystycznym stylem i problematyką, że jego dzieła żyją jeszcze długo po jego śmierci. Ba, w zasadzie na dobre zaistniały w szerokiej świadomości społecznej dopiero pod koniec burzliwego życia Amerykanina, a jeszcze później, w latach 80. i 90. ubiegłego wieku, zyskały należną im popularność.

Co sprawiło, że czytelnicy tak długo docierali się z prozą Dicka i dopiero po wielu latach od debiutu zaczęli go doceniać na szerszą skalę? Bez wątpienia dużą rolę odegrała tu poruszana przezeń tematyka, w wielu aspektach różna od klasycznej science fiction tworzonej w jego czasach; a jeśli nawet dotykała typowych kwestii, takich jak podróże w czasie, rozwój społeczeństwa i zagrożenia związane z technologią, a nawet kosmiczne inwazje, naznaczone to było specyficzną mieszanką problematyki teologicznej, filozofii i licznych obsesji, które na dobre zagościły w twórczości Dicka. W efekcie próg wejścia w jego twórczość jest dość wysoki i pierwszy z nią kontakt wcale nie musi być łatwy czy przyjemny.

Dawno, dawno temu pewien o wiele starszy i bardziej oczytany czytelnik fantastyki przy okazji konwentowej dyskusji powiedział mi, że z prozą Dicka jest jak z delektowaniem się szlachetniejszymi odmianami whisky: niedoświadczony, początkujący amator tego trunku będzie grymasił i wybrzydzał, narzekał na ostrość, posmak, torfowość, bukiet i ogólne wrażenie organoleptyczne, a już w ogóle nie zrozumie, dlaczego nie można do szklanki dolać coli albo przynajmniej wrzucić sterty lodu, by złagodzić wrażenie na podniebieniu. Potrzebny jest czas, eksperymenty i obycie, by w pełni docenić jego walory.

Wtedy słuchałem go jednym uchem. Po części dlatego, że o mocniejszych trunkach pojęcie miałem żadne, ważniejsze jednak było, że niewielki wówczas kontakt z prozą Dicka nie wywołał u mnie fascynacji; raczej poczucie zagubienia i niezrozumienia. Jednakże ziarno wątpliwości zostało zasiane; skutecznie, skoro po tak długim czasie nadal pamiętam tę rozmowę, a moje podejście do prozy Dicka (i, jak już przy tym jestem, do whisky), znacznie się zmieniło.

Nie wątpię, że są czytelnicy, którzy od pierwszego kontaktu zakochali się w prozie Amerykanina, ale w moim wypadku początki były trudne, czy to za sprawą wieku, czy też doświadczeń (lub ich braku) płynących z innych lektur. Był nawet moment, w którym poważnie zastanawiałem się nad umieszczeniem Philipa K. Dicka w moim prywatnym indeksie ksiąg zakazanych, czyli zbioru autorów, którzy – z różnych przyczyn – nie znajdują się w obrębie moich zainteresowań. Z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że do tego nie doszło. Dałem jeszcze jedną szansę, potem jeszcze jedną… a potem szans już nie trzeba było dawać, bo połknąłem bakcyla.

Tak, moja ścieżka z prozą Philipa K. Dicka była dość wyboista, ale chyba nie mogła być inna. Amerykański pisarz zmarł w marcu 1982 roku, kilka miesięcy przed moimi narodzinami. Gdy mniej więcej w połowie lat 90. ubiegłego wieku zaczynałem przygodę z fantastyką, Dick miał już status klasyka, a jego powieści były wśród różnych polecanek wymieniane jednym tchem obok takich tuzów, jak Isaac Asimov, Arthur C. Clarke, Brian W. Aldiss czy Robert A. Heinlein. I o ile twórczość tych autorów bardzo szybko przypadła mi do gustu, o tyle już z utworami Dicka nie poszło mi tak łatwo – zanurzenie w jego prozę przypominało skok na głęboką wodę w momencie, kiedy umiejętności pływackie wskazywały raczej na pozostanie pod czujnym okiem ratownika.

Należy pamiętać, że w połowie lat 90. dostęp do informacji nie był tak powszechny jak teraz. Nawet nastolatek wywodzący się z dużego miasta, acz ze środowiska nie mającego kontaktu z fantastyką, miał problem z dotarciem do informacji o konkretnych tytułach i autorach. W bibliotekach (szczególnie szkolnych) dobór tytułów był dość losowy, a w księgarniach sytuacja przedstawiała się odwrotnie: zalew tytułów, pośród których trudno było się samemu zorientować, co jest wartościowe, a co jedynie trafiło na półki za sprawą popularności gatunku (de facto podobną sytuację mamy i obecnie). Efektem było poruszanie się po omacku, sięganie na chybił trafił po pozycje, o których przypadkowo słyszeliśmy, lub wybrane na podstawie innych, równie niemiarodajnych kryteriów. Sytuacja się poprawiła w dobie upowszechniania się dostępu do internetu, rozkwitu forów internetowych, a nieco wcześniej IRC-owych kanałów tematycznych.

I tak, trochę mimowolnie, bodajże w 1995 roku trafiłem na Ubika, najbardziej polecaną powieść Philipa K. Dicka. I z perspektywy czasu mogę uznać, że jedną z najlepszych. Jest to zarazem jedna z jego najbardziej złożonych i poruszających wiele tematów książek, co zaważyło wówczas na jej odbiorze. Chociaż powieść ta ma jak na twórczość tego autora wręcz zawrotną akcję, to i tak przyćmiewają ją charakterystyczne dla niego kwestionowanie rzeczywistości i wielość wątków. Dick jest mistrzem w wywoływaniu poczucia niepewności, mylenia tropów i stawiania pytań, na które odpowiedź może być niewygodna, dotyka bowiem drażliwych kwestii związanych z naszą egzystencją. Ubik to także prawdziwa galeria niesamowitych pomysłów, pośród których koncepcja odwróconego czasu – obecna także w nieco innej formie w opowiadaniu Umówimy pana na wczoraj w niniejszym zbiorze – wcale nie należy do najbardziej oryginalnych czy nietypowych.

Szczerze powiedziawszy, nie pamiętam kilku następnych utworów Dicka, które czytałem. Na pewno były jakieś opowiadania, także jedna czy dwie powieści. Ani nie wywołały takiego szoku poznawczego jak Ubik, ani nie pozostawiły po sobie większego wrażenia. Był to etap, w którym zacząłem się chyba oswajać z tą wymykającą się prostemu szufladkowaniu prozą. Natomiast doskonale pamiętam trzy powieści, dzięki którym całkowicie odmieniło się moje spojrzenie na twórczość Amerykanina. W dodatku są to utwory z zupełnie innych obszarów tematycznych poruszanych przez tego autora: Człowiek z Wysokiego Zamku, Valis i Płyńcie łzy moje, rzekł policjant.

Pierwsza z nich to jedna z najciekawszych historii alternatywnych, choć sprowadzenie tej powieści tylko do tego terminu byłoby niesprawiedliwością, bo w dużej mierze jest to powieść redefiniująca ten gatunek. Z pozoru rozgrywa klasyczny motyw odmienionej rzeczywistości – w tym wypadku w drugiej wojnie światowej zwyciężyły Niemcy i Japonia, które dokonały rozbioru Stanów Zjednoczonych – ale można też dostrzec zmianę podejścia do zasad rządzących tą zmianą. To nie jeden punkt, jedno wydarzenie, lecz ciąg niekoniecznie przyczynowo-skutkowych zdarzeń, które doprowadzają do powstania różnych osi czasowych, wzajemnego przenikania się różnych wszechświatów i oddziaływania jednego na drugi. W tym wypadku nie jest ważne – jak przy typowym podejściu – zdefiniowanie nadrzędnej rzeczywistości czy przełomowego momentu rozdzielenia, lecz przedstawienie tego, co osoby żyjące w tym zagmatwanym splocie światów rozumieją, myślą i jakie podejmują działania. Człowiek z Wysokiego Zamku przestawia w umyśle czytelnika wajchę kierunku myślenia. Pokazuje, że można pisać o tym samym, a jednak nie tak samo. Rzecz, którą wytrawni czytelnicy twórczości Dicka odkryją niejednokrotnie.

 

Zupełnie inne wrażenia pozostają po Płyńcie łzy moje, rzekł policjant – powieści, która prezentuje bardzo emocjonalny, choć niewyzbyty literackiego szaleństwa nurt w twórczości Dicka. Pojawiają się w niej co prawda główne wątki z jego twórczości, jak zagubienie i strata tożsamości czy opresyjność systemu, ale jednocześnie stawiana jest w niej błyskotliwa diagnoza społeczna, nieco tylko zamaskowana narkotycznymi wizjami czy chorobami psychicznymi. W tej powieści Dick nie pierwszy i nie ostatni raz ostukuje ściany otaczającej go rzeczywistości, a przy tym miesza wątki autobiograficzne, by uwypuklić ważne dla niego kwestie. Przede wszystkim jest to jednak powieść o miłości: różnych jej przejawach, obliczach i przekleństwach, które się z nią wiążą. To powieść z końcowego etapu twórczości Dicka, który z pewnością czerpał z doświadczenia nabytego w licznych związkach.

Jednakże powieścią, która w pełni przekonała mnie do twórczości Dicka, w której odnalazłem idealne proporcje pomiędzy pomysłami i obsesjami tego autora, było Valis. Wiele oczywiście zależy od momentu – po tę książkę sięgnąłem już jako człowiek dorosły i bogatszy o wiele doświadczeń. Jest to świadectwo genialnego szaleństwa, którego przejawy pojawiały się we wcześniejszych utworach. I nie chodzi tu o prawdziwe czy domniemane problemy psychiczne samego autora, lecz o wizję, której dawał upust w swej prozie. Mianowicie narratorskie alter ego pisarza doświadcza teofanii, czego efektem są poszukiwania wyjaśnień informacji otrzymanych w objawieniu. Czego tu nie ma! Dick serwuje prawdziwy przegląd teorii spiskowych i konspiracji, od starożytności po źródła pozaplanetarne. A jednocześnie to tylko pierwsza płaszczyzna, gdyż sednem powieści jest ukazanie, że racjonalistyczne podejście do rzeczywistości nie przystaje do jej postrzegania przez istoty myślące, świadome i emocjonalne. Autor nie udziela żadnych odpowiedzi, ale stawia (aż za) dużo pytań, które zasiewają wątpliwości i wskazują na dualizm otaczającej nas rzeczywistości. Valis potrafi wytrącić czytelnika ze strefy komfortu jak niewiele innych utworów w literaturze.

Ostatnią powieścią (choć chronologicznie czytaną gdzieś pomiędzy wymienionymi), która w pełni ukształtowała moje podejście do twórczości Dicka, było napisane w duecie z Rogerem Zelaznym – notabene jednym z najbardziej niedocenianych obecnie pisarzy w naszym kraju – Deus Irae. Jest to niesamowita mieszanka pomysłów zrodzonych z wyobraźni dwóch niesamowitych twórców, którzy jednak potrafili odnaleźć wspólną płaszczyznę. Nie wszystko wyszło im idealnie, miejscami wyraźna jest potrzeba dominacji nad wątkami i wizją, ale dzięki połączeniu talentów obu twórców powstała wybuchowa mieszanka rozważań filozoficznych i teologicznych, a to wszystko podlane postapokaliptyczną wizją z odrobiną absurdu i humoru.

Bez wątpienia mocą prozy autora Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? jest jej niejednoznaczność, wielowątkowość i do pewnego stopnia niedookreśloność. Stanowi to spore wyzwanie dla czytelników, ale jeszcze większe dla twórców pragnących zaadaptować jego twórczość na mały lub wielki ekran. A jednak współcześnie to właśnie za sprawą ekranizacji wielu konsumentów popkultury ociera się – bo stwierdzenie, że poznaje, byłoby nadużyciem – o twórczość Dicka. Dzieje się tak, gdyż scenarzyści i reżyserzy raz po raz natrafiają na problem z adaptacją jego prozy w bardziej linearną i jednotorową formę. W rezultacie powstało już przynajmniej kilka niezłych filmów czerpiących z prozy Amerykanina, ale wykorzystywano w nich zaledwie fragmenty pasujące do ogólnej wizji. Tak było poniekąd w wyśmienitym Blade runnerze, podobnie w Pamięci absolutnej (na remake z 2012 roku spuśćmy łaskawie zasłonę milczenia) powstałej na bazie obecnego w tym zbiorze opowiadania Wpamiętamy to panu hurtowo, ale także w Zapłacie czy Raporcie mniejszości.

Ogólnie rzecz biorąc, symptomatyczne jest, że jeśli już filmowcy zabierają się do ekranizacji utworów Dicka, to częściej sięgają po opowiadania: w nich łatwiej wyłapać oś fabularną, przekaz jest jednoznaczny, a wyobraźnia autora nie miała miejsca, by zdryfować w bardziej egzotyczne i fascynujące wizje – przynajmniej dzieje się to w ograniczonym stopniu. Być może nadzieją na przywrócenie dzieł Dicka szerszemu gronu odbiorców będzie rozwijający się cały czas rynek serialowy. Na razie mamy całkiem udaną, choć też nieco odklejoną od oryginału adaptację Człowieka z Wysokiego Zamku, nakręconą na potrzeby platformy Amazona – wybór akurat tego tytułu wydaje się zrozumiały z racji nośności przedstawionej wizji, a jednocześnie umiarkowanej komplikacji wątków.

Philip K. Dick był pisarzem nierównym i obok dzieł genialnych trafiały mu się także teksty przeciętne, napisane z potrzeby chwili i pustki w portfelu. W niniejszym zbiorze jednakże zamieszczone są opowiadania z końcowego etapu życia amerykańskiego pisarza; twórcy w pełni już ukształtowanego, świadomego i nie rozmieniającego swych pomysłów na drobne. Jednocześnie nadal żywe są motywy przewijające się w jego twórczości od początku, a stosowane rozwiązania były dopracowywane przez lata.

To nie czas i miejsce, by wnikliwie analizować poszczególne opowiadania; zresztą jeden z uroków twórczości Dicka polega na samodzielnym odkrywaniu jego niesamowitych światów i budzących podświadomy dyskomfort wizji. Warto jednak podkreślić kilka motywów, które w Elektrycznej mrówce pojawiają się niejednokrotnie, często się przenikając lub pojawiając gdzieś w tle głównej historii. To kwestie związane na przykład z czasowymi zaburzeniami i predestynacją w Oku Sybilli i Małym co nieco dla nas, chrononautów czy postapokaliptyczne (postkatastroficzne?) wizje świata obecne chociażby w tekstach Odyseja nowa lub Cenny relikt.

Dick nie dowierza też wszelkim instytucjom, mając je jedynie za fasadę dla znacznie poważniejszych i nikczemnych działań. Czasem przyjmuje to postać na poły humorystyczną, jak w Grze nielosowej, gdzie kosmiczne wesołe miasteczko jest przykrywką dla inwazji obcych; czasem uderzając w znacznie poważniejsze tony, jak w Wierze naszych ojców, gdzie tworzy skomplikowaną mieszankę totalitaryzmu rodem z Roku 1984 połączoną z konspiracją i mocnym akcentem teologiczno-filozoficznym. Bohater, choć świadom pęknięć kreowanej wokół niego rzeczywistości, nie jest gotowy zaakceptować w pełni prawdy kryjącej się za omamami.

Podejście solipsystyczne jest zresztą typowe dla wielu utworów. Chociażby w tytułowej Elektrycznej mrówce kluczem jest rozróżnienie świata i obserwatora, co zwieńczone jest zaskakującą puentą (przewrotność lub dobitność zakończeń to także jedna z cech wyróżniających wiele z utworów tego zbioru). W znacznie bardziej rozbudowanym fabularnie Syndromie ucieczki bohaterowi narzucane są różne wizje świata i przeszłości, a on je odrzuca, budując własną wersję rzeczywistości – ale czy prawdziwą? Dick niejednokrotnie pozostawia takie kwestie otwarte, zarzucając przynętę, wierząc, że czytelnik się na nią złapie i podąży z rozmyślaniami w zasugerowanym kierunku.

Często pojawiającym się motywem, acz nie zawsze fabularnie najważniejszym, jest zagrożenie ze strony postępującego rozwoju technologii; rzecz, która obecna jest wśród pisarzy i myślicieli także obecnie. W tekście Dzień, w którym pan Komputer z choinki się urwał Dick daje upust obawie przed nadmiernym zawierzeniem kontroli nad ludzkim życiem sztucznej inteligencji, podkreślając zarazem, że najważniejsza dla człowieka nie jest racjonalna analiza, lecz związki emocjonalne. Niejako w kontrze stoi Święty spór, w którym ludzki osąd przegrywa z analizą komputerową; choć wydaje się, że obie interpretacje wywodzą się z nie do końca właściwych przesłanek.

Z tym, że autor jest uznawany za klasyka, wiąże się zagrożenie, iż będzie przez pewną grupę czytelników pomijany: czy to z przekory, czy też z obawy, że ma się do czynienia z ramotkami – może zasłużonymi i ważnymi, ale nie pasującymi do współczesności, na przykład pod względem rozwoju technologii czy społeczeństwa. W wypadku prozy Dicka nie należy się tego obawiać, jego utwory bowiem w dużej mierze mają charakter uniwersalny, w wielu miejscach koncentrując się przede wszystkim na człowieku i jego uczuciach. Forma science fiction była dla niego przede wszystkim narzędziem, dzięki któremu mógł opisywać – a znacznie częściej kwestionować – naturę otaczającego go świata, zadawać pytania o słuszność kierunku rozwoju, a przede wszystkim zmuszać odbiorcę do myślenia. Nierzadko Dick balansuje na granicy szaleństwa, ale jej nie przekracza. Owszem, jego proza stanowi wyzwanie, ale cierpliwość zdecydowanie się opłaca. Warto poświęcić nieco wysiłku na znalezienie nici porozumienia z tym wybitnym umysłem, obcując z jego ponadczasową twórczością.

Tymoteusz Wronka


Przedmowa do wydania amerykańskiego

Według konwencjonalnej mądrości są pisarze dla pisarzy i pisarze dla czytelnika. Ci drudzy to garstka szczęśliwców, których książki za sprawą jakiejś chemii feromonowej – nie do skopiowania przez tych pierwszych – rok po roku figurują na listach bestsellerów. Czasem im się udaje zaspokoić wysublimowany smak krytyków literackich, znacznie częściej nie – jednak ich dzieła się sprzedają. Pisarze dla pisarzy zbierają wspaniałe opinie, zwłaszcza od ich przepełnionych podziwem kolegów, nie przyciągają jednak czytelników; ci bowiem potrafią – nawet na odległość recenzji – rozpoznać cechy książki stworzonej dla pisarzy. Wychwalany bywa styl jej prozy (prawdziwy pisarz dla czytelnika za nic nie chciałby być posądzany o coś tak elitarystycznego jak „styl”); postacie mają w niej „głębię”; przede wszystkim zaś taka powieść jest „poważna”.

Wielu pisarzy dla pisarzy aspiruje do większej sławy i wyższych zaliczek, jakie są udziałem kolegów tworzących dla czytelnika; zdarza się też, że popularnemu autorowi zamarzą się laury, jakich nie kupi się za tantiemy. Henry James, par excellence pisarz dla pisarzy, bohaterami The Next Time, jednej ze swych najdziwaczniejszych historii, uczynił taką właśnie przeciwstawną parę literatów i zakończył jakże prawdziwą konkluzją: oto artysta robi, co może, by stworzyć powieściowy przebój – w efekcie jednak zdobywa serca recenzentów, lecz nie czytelników. Bestsellerowa grafomanka usilnie się stara spłodzić Dzieło Sztuki; rezultat budzi szyderczy chichot krytyków, za to bije rekordy poczytności.

Philip K. Dick był w swoim czasie twórcą dla pisarzy i dla czytelnika, i ani jednym, ani drugim; a zarazem autorem sui generis – pisarzem SF dla pisarzy SF. Dowody tego twierdzenia można znaleźć na okładkach jego licznych książek, wypisane przez kolegów po fachu prześcigających się w superlatywach. John Brunner nazwał go „najbardziej konsekwentnie genialnym twórcą fantastyki naukowej na świecie”. Norman Spinrad przebija to tytułem „największego powieściopisarza amerykańskiego drugiej połowy XX wieku”. Ursula Le Guin namaściła go na Borgesa Ameryki, co Harlan Ellison skontrował etykietką „Pirandello, Beckett i Pinter SF”. Brian Aldiss, Michael Bishop, ja sam – i wielu innych – obsypywaliśmy go laurkami równie przesadnymi, lecz cała ta chwalba miała znikomy wpływ na poziom sprzedaży wysławianych książek, kiedy trafiały na półki księgarskie. Dickowi udało się przetrwać w roli pełnoetatowego niezależnego autora tylko dzięki jego ogromnej produktywności. Popatrzcie na samą objętość niniejszego zbioru opowiadań i weźcie pod uwagę, że większość czytelników nie kojarzy go z krótkimi formami, lecz raczej z powieściami.

Znamienne jest dla mnie to, że tak szczodrze udzielane Dickowi pochwały pochodziły wyłącznie od innych przedstawicieli SF, nie zaś od opiniotwórców z literackiego establishmentu, nie przypominał on bowiem klasycznego pisarza dla pisarzy spoza tego gatunku. Ceni się go nie za świetny styl lub głębię postaci. Jego proza rzadko wznosi się na wyżyny, ba! Często wręcz kuleje jak Quasimodo. Bohaterowie najbardziej nawet niezapomnianych utworów „głębią” dorównują co najwyżej operom mydlanym z lat pięćdziesiątych. (Lub, mówiąc uprzejmiej: pisał dla tradycyjnego grona odbiorców amerykańskiej commedia dell’arte). Nawet te z opowiadań, które zapamiętuje się jako wyjątki od tej reguły, przy ponownym czytaniu mogą się kojarzyć bardziej z Bradburym i van Vogtem niż z Borgesem i Pinterem. Dicka najczęściej satysfakcjonuje płaszczyzna narracji równie prosta (a nawet prostacka) jak w komiksie. Dowodów nie trzeba szukać dalej niż w pierwszym utworze niniejszego zbioru, Czarnej skrzyneczce – a przecież powstał on w 1963 roku, kiedy autor był u szczytu możliwości, z takimi klasycznymi powieściami w dorobku, jak Człowiek z Wysokiego Zamku czy Marsjański poślizg w czasie. Co więcej, w Skrzyneczce tkwi zarodek innej z jego najlepszych książek, Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?.

 

Skąd więc takie peany? Dla każdego fana SF odpowiedź jest oczywista: za kapitalne pomysły. Czytelnicy zazwyczaj przymykają oko na niedostatki warsztatu w zamian za prawdziwą nowość, jako że zmorą gatunku jest wieczne odgrzewanie starych wątków i scenerii. Świetne koncepcje Dicka zajmują w spektrum wyobraźni unikatową długość fali. Nie dla niego podbój kosmosu; w kolonizacji Układu Słonecznego widzi tylko budowę coraz to nowych i tak samo koszmarnych suburbiów. Nie dla niego wymyślanie nowych ras kosmicznych potworów rodem z Halloween. Dick zawsze był zbyt świadomy ludzkich twarzy za maskami, żeby się bawić w wymyślne maskarady. Jego pomysły brały się z realnego świata, z dzielnic i miasteczek, w których mieszkał, z czytywanych gazet, sklepów, w których robił zakupy, z telewizyjnych reklam. Razem wzięte, jego opowiadania i powieści składają się na jedno z najdokładniejszych i najobszerniejszych odwzorowań kultury amerykańskiej w epoce Populuxe* i Wietnamu, jakie można znaleźć w literaturze współczesnej – nie dlatego, że drobiazgowo opisywał ówczesną rzeczywistość, lecz że odkrywał metafory odsłaniające znaczenie tamtego stylu życia. Z naszych miejsc zwyczajnych tworzył światy cudowne. Czegóż więcej można żądać od sztuki?

Och, odpowiedź jest oczywista: poloru, sprawnego rzemiosła, oszczędności środków i innych niuansów estetycznych. Większość autorów SF jakoś jednak umiała się obejść bez eleganckiego obrusa i kryształów, dopóki na stole znajdowali solidną porcję protein z mięsistej metafory. Estetyczna niedoskonałość Dicka w oczach kolegów po fachu mogłaby stać się cnotą, jako że tak często udaje się nam przejąć sfuszerowaną przez niego piłkę i poprowadzić ją do bramki. Jesteśmy snem Ursuli Le Guin jest jedną z najlepszych powieści Dicka – tylko że nie on ją napisał. Moja własna 334 nie byłaby tą samą książką bez jego wizji Szarzyzny Przyszłości. Lista jego świadomych dłużników jest długa, nieświadomych zaś na pewno jeszcze dłuższa.

Zamieszczona na końcu nota Phila na temat opowiadania Przedosoby zawiera pouczający przykład reakcji, jakie mógł budzić u kolegów po piórze. W tym wypadku Joanna Russ deklarowała chęć pobicia go za historię chłopca porwanego przez kierowcę lokalnego „aborcjobusu”, który niczym hycel odławia przedosoby (dzieci poniżej dwunastego roku życia niechciane już przez rodziców) i odstawia je do któregoś z ośrodków aborcyjnych na zagazowanie. To natchniony kawałek propagandy (Phil nazywa go specjalnym orędziem), na który jedyną adekwatną odpowiedzią z pewnością nie jest mordobicie autora, lecz napisanie opowiadania równie mocno dramatyzującego tę samą kwestię i nie uchylającego się od ciekawego, acz kłopotliwego pytania: jeżeli aborcja, to czemu nie dzieciobójstwo? Podjęcie tego tematu przez Dicka w ówczesnym spolaryzowanym klimacie było dramatycznym zwrotem w dyskusji, lecz bynajmniej nie ostatnim słowem. Na podstawie Przedosób łatwo dałoby się zbudować całą powieść i wcale nie musiałaby to być wypowiedź antyaborcyjna. Krótkie formy Dicka często rozkwitały w pełnowymiarowe powieści, kiedy na nowo przemyślał pierwotny dobry pomysł; pisarzem SF dla pisarzy SF można go nazwać właśnie dlatego, że jego dziełka nierzadko w ten sam sposób inspirowały innych twórców. Czytanie jego opowiadania nie jest tym samym, co kontemplowanie skończonego dzieła sztuki. O wiele bardziej przypomina zaangażowanie w rozmowę. Rad jestem, że biorę udział w tej wciąż trwającej konwersacji.

Thomas M. Disch

październik 1986

* Styl wzornictwa modny w USA na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku; nazwa jest zlepkiem słów popularny i luksusowy (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).