Doktor BluthgeldTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przełożył

Tomasz Jabłoński


Dom Wydawniczy REBIS


Postnuklearna idylla

Powstała w 1963 roku powieść Philipa Dicka Doktor Bluthgeld nie jest wymieniana w rzędzie jego najwybitniejszych dokonań, jak Ubik, Człowiek z Wysokiego Zamku, Trzy stygmaty Palmera Eldritcha czy Valis, a jednak Lawrence Sutin w swym rankingu dzieł Dicka daje jej aż dziewięć punktów na dziesięć. Już samo to świadczy o jej randze i jakości, przy czym Sutin nazywa ją „postnuklearną idyllą” i zalicza do „najcieplejszych i najłatwiejszych w odbiorze powieści Dicka”. Istotnie, po Katastrofie polegającej na wybuchu wielu bomb atomowych w USA, Europie i Rosji cywilizacja cofnęła się o sto lat, ale w hrabstwie West Marin w Kalifornii żyje się względnie łatwo, nikt nie umiera na chorobę popromienną, niektórym tylko pozłaziła skóra i, jak tytułowemu bohaterowi, powypadały zęby.

W rzeczywistości wybuchy tylu bomb na tak rozległych przestrzeniach skutkowałyby – oprócz wzrostu poziomu radiacji – wzbiciem się mnóstwa radioaktywnego pyłu do atmosfery i efektem zimy nuklearnej, ciągnącej się co najmniej kilka lat. O żadnej idylli w takich warunkach mówić nie można. Cywilizacja cofnęłaby się pod względem technicznym, jak to zabawnie opisuje Dick, a ludzkość zostałaby poważnie przerzedzona. Tymczasem u Dicka jedynym właściwie skutkiem biologicznym jest błyskawiczne zmutowanie gatunków, w tym psów i kotów, objawiające się nabyciem przez nie wyższej, niemalże ludzkiej, inteligencji. Pies ukrywającego swą tożsamość doktora Bluthgelda posługuje się nawet szczątkowym językiem i pełni funkcję cerbera nie dopuszczającego intruzów do swego pana. Wygląda to tak, jakby psy, koty i inne zwierzaki podeszły już dawniej do progu owej wyższej inteligencji, ale nie potrafiły go przeskoczyć. Dopiero impuls w postaci dawki promieniowania „przerzucił” je ponad ową barierą, stanowiąc coś w rodzaju języka spustowego uruchamiającego dalszą ewolucję.

W posłowiu do tej powieści Dick wyznaje, że nie kocha swojego bohatera: „mam wyjątkowo uproszczony pogląd na Bluthgelda – nienawidzę go i nienawidzę wszystkiego, co sobą reprezentuje”. Na tle sielsko-anielskiego krajobrazu Bluthgeld istotnie przedstawiony został dość demonicznie – jako świr, który niby myśli logicznie, ale paradygmaty tego myślenia są skażone przedustawnie i nic dobrego stąd wyniknąć nie może. Jako fizyka atomowego obciąża się go odpowiedzialnością za Katastrofę, jakby to on wydał rozkaz miotania bomb atomowych na miasta na wszystkich kontynentach. Mało tego: sam Bluthgeld w jakimś sensie podziela tę opinię, Dick stylizuje go na wielkiego zbrodniarza przetrąconego przez bezmiar zła, które wyrządził w przeszłości. Odchyły psychiczne Bluthgelda zdają się wynikiem wadliwego funkcjonowania chorego umysłu, ale i stygmatem, skutkiem uświadomienia sobie, do czego doprowadził swą pracą w charakterze jądrowca.

Biograf Dicka Sutin pisze w Bożych inwazjach, że pierwowzorem tej postaci był amerykański fizyk węgierskiego pochodzenia Edward Teller, nazywa go nawet ojcem bomby atomowej. Owszem, Teller pasuje do Bluthgelda pod względem pewnych cech charakteru, ale nie biografii. Jeśli można go mianować ojcem jakiejś bomby, to raczej termojądrowej vel wodorowej (którą rozpracował przy współudziale naszego Stanisława Ulama), nie zaś atomowej. Na to szczytne miano bardziej zasługuje inny wybitny fizyk z Węgier, Leó Szilárd, który w 1926 roku opatentował cyklotron, w 1933 roku wpadł na pomysł wywołania reakcji łańcuchowej przez bombardowanie jąder atomów neutronami, zgłosił też patent na reaktor atomowy i razem z Fermim brał udział w jego budowaniu.

Bluthgeld byłby więc odpowiednikiem jednego z prominentnych fizyków działających w ramach Projektu Manhattan, których jednak nikt za to szczególnie nie piętnował. Dick powinien uwzględnić, że w kwestiach związanych z nowymi rodzajami broni fizycy przypominali świnie prowadzone na trufle – koniec smyczy dzierżyli krzepko politycy i to oni decydowali o grzybach. Nie można więc obarczać naukowca pełną odpowiedzialnością za konsekwencje jego odkryć, skoro kto inny wyrokował o ich wykorzystaniu. Krótko mówiąc, nawet jeśli Bluthgeld był kimś w rodzaju Szilárda, to po pierwsze miał wspólników wśród innych fizyków, a po drugie – wpływ na bieg rzeczy utracił z chwilą wmieszania się do interesu polityków, którzy z właściwym sobie brakiem dowcipu zawładnęli jego osiągnięciem.

Rzecz jasna nie wyklucza to odpowiedzialności w sensie moralnym, do której poczuwał się inny luminarz Projektu Manhattan, Oppenheimer. Można jednak rzec, że wyrzuty sumienia są sprawą indywidualną; jeśli nękały one Bluthgelda, to tylko dobrze o nim świadczy. Oczywiście po tak wielkiej katastrofie i de facto zagładzie cywilizacji rządzący i rządzeni potrzebują kozła ofiarnego i Bluthgeld – ale dlaczego on jeden? – w końcu nim został. Może nawet przyczynili się do tego ci sami rządzący, którzy wyznaczali cele dla bomb i przesądzali o ich zrzuceniu.

Dick interesował się polityką oraz przypadłościami cywilizacji i w przytoczonym posłowiu przyznaje, że mniej więcej od połowy lat pięćdziesiątych XX wieku wyglądał nadejścia końca świata, na co dobrym terminem wydawał mu się rok 1964. „W 1964 roku spodziewałem się, że nastąpi on lada chwila, i ciągle patrzyłem na zegarek”. Wojna atomowa, w Doktorze Bluthgeldzie opisana ledwo w zarysie, dobrze nadawała się na czynnik grożący globalną zagładą. Zauważmy, że po zademonstrowaniu przez Amerykanów działania atomowych środków zagłady na żywym ciele dwóch miast japońskich inne państwa bynajmniej nie popadły w konsternację czy frustrację, tylko ochoczo wzięły się do produkowania własnych bomb A: od 1949 roku dysponował nimi ZSRR, od 1952 Wielka Brytania, od 1960 Francja, a od 1964 Chiny. Krąg krajów mających w arsenałach tę straszliwą broń poszerzał się, rosła więc także możliwość, że ktoś jej w końcu użyje, przypadkiem czy z premedytacją.

Myślę, że na wyobraźnię Dicka mocno podziałał kryzys kubański z 1962 roku, kiedy III wojna światowa z wielce prawdopodobnym użyciem atomu dosłownie wisiała na włosku. Tym razem zanosiło się na nią nie w dalekiej Europie, ale u samego brzegu Ameryki, w odległości, na pokonanie której rakiety z głowicami jądrowymi potrzebują kilkunastu minut. Kto wie, czy to zagrożenie, zażegnane w ostatniej chwili, a przedtem ostro szarpiące nerwy Amerykanów (i świadomej rzeczy reszty świata), nie było bezpośrednim impulsem do powstania Doktora Bluthgelda. Równowaga strachu, wzajemne szachowanie się owymi bombami przez dwa skonfliktowane obozy polityczne, mogła Dickowi wydać się czymś niedorzecznym, jeśli chodzi o trwałość opartej na takiej podstawie polityki. A jednak życie w cieniu bomb i głowic atomowych przetrwało cały okres zimnej wojny, która nawet po upadku ZSRR nie zamieniła się w gorącą. Dziś wiemy, że strach przed uderzeniem odwetowym z użyciem atomu okazał się trwalszą podstawą światowego pokoju, niż się zdawało na początku lat sześćdziesiątych.

Wtedy jednak racjonalne podstawy takiego przekonania były dość kruche. Wprawdzie łatwo było sobie wyobrazić skutki masowych uderzeń jądrowych – wystarczyło podnieść Hiroszimę i Nagasaki do właściwej potęgi – ale z drugiej strony zbrojenia szły pełną parą, głowic wciąż przybywało, aż doszło do słynnego overkillu, czyli możliwości, że każdy mieszkaniec Ziemi zostanie zabity wielokrotnie. Ludzkość powoli wczołgiwała się w jamę bez wyjścia, a Dick postanowił sprawdzić, co by się stało, gdyby bomby jednak eksplodowały. Musiał jednak pisać Doktora Bluthgelda w pogodnym nastroju, gdyż wizja, którą zarysował, wydaje się stanowczo zbyt łagodna w stosunku do piekła, które by się rozpętało na rażonych atomem terenach. Określenie Sutina „postnuklearna idylla” w pełni oddaje moje przekonanie, że Dick w przypływie optymizmu i wyrozumiałości ułaskawił w tej powieści szaloną ludzkość.

Do podsycenia eschatologicznego nastawienia Philipa Dicka w owym czasie przyczyniła się też zapewne astronautyka. Pierwsze rakiety wynoszące na orbitę satelity i statki załogowe były po prostu zmodyfikowanymi międzykontynentalnymi pociskami balistycznymi, których zasadniczym zadaniem było przenoszenie głowic jądrowych. Sukcesy sowieckie w kosmosie miały ewidentny kontekst wojskowy: kto dysponował sprawniejszymi środkami transportu obiektów na orbitę, ten tym skuteczniej dosięgał odległych terytoriów wroga. Szoku, który wywołało w Ameryce wystrzelenie przez Sowietów pierwszego sztucznego satelity Ziemi w październiku 1957 roku, nie spowodowała utrata palmy pierwszeństwa w dziedzinie techniki kosmicznej, tylko uzmysłowienie sobie, że oto Ameryka przestała być niedosiężna dla sowieckich głowic, a sama w tej dziedzinie pozostała w tyle. Stawką w wyścigu kosmicznym był więc nie tylko prestiż mocarstw, lecz także dominacja militarna.

W tym kontekście trudno się dziwić, że obiegająca planetę sześćdziesięciocentymetrowa wypolerowana kula z odchodzącymi do tyłu drutami anten zwyczajnie budziła strach. W książce Wschód czerwonego księżyca Matthew Brzezinski pisze: „Jak kraj długi i szeroki ludzie wylegiwali nocą na dachy albo czuwali na trawnikach przed swoimi domami, licząc na to, że uda im się dostrzec na nocnym niebie złowieszczą kulę. Uważano, że nadawany przez nią sygnał odpowiedzialny jest za niespodziewane, tajemnicze przypadki samoczynnego otwierania się drzwi przydomowych garaży („Washington Post” spekulował, że były one wynikiem interferencji spowodowanej nadawaniem zaszyfrowanych wiadomości dla sowieckich szpiegów)”. Szok został jeszcze wzmocniony przez orbitalny lot Gagarina w kwietniu 1961 roku; o jednym i drugim Dick z pewnością słyszał, bo nie sposób było tego przeoczyć. Ameryka oczywiście natychmiast przestawiła swoje priorytety, ale w 1963 roku autor Doktora Bluthgelda mógł tego nie wiedzieć.

 

Tak czy owak wydaje się, że okrążający Ziemię astronauta Dangerfield, wysłany wraz z żoną w charakterze kolonisty na Marsa, ale zatrzymany przez wojnę, nim jeszcze obrał kurs na Czerwoną Planetę, znalazł się w powieści jako efekt zdarzeń śledzonych w owym czasie przez Dicka w kosmosie. Po samobójczej śmierci żony Dangerfield nie może wrócić na powierzchnię planety, gdyż nie ma po temu możliwości technicznych. Mając żywność na dziesięć lat i morze wolnego czasu, postanawia zamienić swój statek w rodzaj planetarnego radiowęzła: daje ludziom rady, podtrzymuje ich na duchu, czyta książkę Maughama w odcinkach, puszcza im piosenki ze swej bogatej taśmoteki. Staje się też przekaźnikiem coraz bardziej zapominanej technologii i z czasem awansuje do rangi instytucji. Idea Dicka zrealizowała się po latach w pokrewnej formie, czego dowodem mrowie anten satelitarnych wycelowanych w niebo ku orbitującym tam przekaźnikom telekomunikacyjnym.

U schyłku XX wieku okazało się, że Dangerfield nie tylko naśladował Gagarina, ale i antycypował los innego sowieckiego kosmonauty, Siergieja Krikalowa. Ten rekordzista, jeśli chodzi o czas spędzony w kosmosie, został wystrzelony w czasie pierestrojki, ale w trakcie jego długotrwałego lotu zdążył rozpaść się Związek Sowiecki, przestała istnieć partia komunistyczna, a w jego kraju i gdzie indziej zaczął się kryzys gospodarczy. Pojawiły się trudności z zaopatrzeniem – paczkę cytryn dostarczoną przez statek transportowy Progress Krikalow zawdzięczał przyjacielowi z Austrii. Wobec natłoku zdarzeń nikt nie miał głowy do myślenia o samotnym kosmonaucie, a tym bardziej do organizowania kosztownej akcji sprowadzenia go na Ziemię. Szkoda, że statek Krikalowa nie był tak dobrze wyposażony jak Dangerfielda, a sam kosmonauta kiepsko znał literaturę SF – moglibyśmy mieć do czynienia z samospełniającą się przepowiednią.

Spośród licznych interesujących postaci występujących w tej powieści warto zwrócić uwagę na Edie Keller, siedmiolatkę będącą rówieśnicą postatomowego porządku, gdyż została poczęta, akurat gdy z nieba jak grad sypnęły się bomby. Dick z premedytacją zgrał ze sobą te dwa zdarzenia, aby uzasadnić niezwykły fenomen Edie i jej brata Billa, ulokowanego w jej jamie brzusznej w okolicach wyrostka robaczkowego. Szok matki wywołany wojną i bombardowaniem, a może promieniowanie i Bóg wie co jeszcze spowodowały, że Bill nie urodził się jako bliźniak, tylko pozostał w organizmie Edie – ślepy, nie znający świata, lecz używający stosownej do swego wieku logiki i pragnący wydostać się ze swego więzienia. Bill rozmawia z Edie o różnych sprawach, posługując się głosem wewnętrznym, który tylko ona słyszy; Edie radzi się go i zawiera z nim transakcje – on zaś dysponuje niedostępną dla zwykłych śmiertelników umiejętnością teleportowania się ze swej kryjówki i wcielania w inne stworzenia, od dżdżownicy przez sowę do człowieka.

Nie odkryję Ameryki, mówiąc, że rodzeństwo Keller stanowi inwersję przypadku znanego Dickowi z autopsji, czyli jego oraz jego bliźniaczej siostry Jane. Urodzeni jako wcześniaki, nie mając odpowiedniej opieki, przez pierwsze sześć tygodni życia głodowali, gdyż spanikowana matka nie zadbała o nich należycie. Jane w dodatku poparzono nóżkę, tak że nawet gdyby przeżyła, być może do końca życia pozostałaby kaleką. Kiedy dzieci zabrano do szpitala, Jane po drodze zmarła, a Philip ledwie przeżył, skutkiem czego nabawił się trwającego całe życie kompleksu siostry i poczucia, że przyczynił się do jej zgonu. „Czułem się winien – w jakiś sposób ja dostałem całe mleko”, wyznał trzydzieści lat później.

Jane, chociaż martwa, towarzyszyła Dickowi w dzieciństwie i w życiu dojrzałym. „W okresie szkoły podstawowej Phil wymyślił sobie towarzyszkę zabawy, dziewczynkę imieniem Teddy (według jego piątej żony, Tessy) albo Becky (według jego trzeciej żony, Anne) – a może dwie lub więcej. Bawił się z nimi, ponieważ wiedział o Jane i tęsknił za nią, a jeżeli to się komuś wydaje dziwne (jak coś, co zdarzyło się przy jego urodzeniu, mogło tak na niego wpłynąć?), to może zasięgnąć opinii każdego, kto stracił swojego bliźniaka. Jest to więź, która budzi niedowierzanie niebliźniaków, bo jest w istocie niewytłumaczalna”, komentuje ten fenomen Lawrence Sutin.

W wywiadzie dla pisma „Rolling Stone” z listopada 1974 roku Dick potwierdził, że jego siostra zmarła „wskutek oparzenia, głodu i braku opieki”. Wyznał także, że w dzieciństwie czuł się bardzo samotny i chciałby mieć siostrę przez te wszystkie lata. Potem dorabiał do tego różne teorie i interpretacje, jak ta o tkwiącym w nim pierwiastku żeńskim, który jest jego stroną płaczliwą, choruje i wymaga leczenia szpitalnego. „To Jane, która chce umrzeć. Albo raczej powtórka Jane, która umarła, a moja anima idzie po jej śladach, powtarza drogę do śmierci wynikłej z niedbalstwa. To Jane-we-mnie boi się teraz i przeżywa depresję. (…) Jane musi prowadzić szczątkową egzystencję we mnie po tej stronie, będąc jednocześnie po drugiej stronie”, pisał Dick w „Egzegezie” w roku 1975, na siedem lat przed własną śmiercią.

Nawet jako dojrzały twórca Dick nie potrafił się wyzwolić spod wpływu zmarłej siostry. Tak pod koniec życia diagnozował swój stan w „Egzegezie”: „Moja siostra jest dla mnie wszystkim. Jestem skazany na to, żeby być oddzielony od niej albo z nią, w ciągłej oscylacji. Bardzo szybkiej. Jedno i drugie: mam ją w sobie i często poza mną, ale straciłem ją. Dwie rzeczywistości naraz, jin-jang”. Sutin dobija puentę: „zawsze nad duszą Phila ciążyła śmierć Jane. Ta strata leży u podstaw wszystkich trudności – pokręconych, walących się światów, śmiercionośnych żon, rozpaczliwych miłości – które jego bohaterowie muszą stale pokonywać”. Tragedia doznana u zarania życia, nie tyle nawet przeżyta, ile uświadomiona, stała się dla Dicka źródłem obsesji, żalu i poczucia straty, z których rozlicza się przy każdej okazji. To niesprawiedliwość, której nie sposób Bogu wybaczyć.

Co się tyczy biologicznego prawdopodobieństwa takiego przypadku „dwóch w jednym”, jak Edie i Billa, w pewnym momencie ku własnemu zdumieniu przeczytałem relację o chińskim wieśniaku mającym na głowie dziwną narośl. Przypadłość ta była dla niego źródłem wiecznej udręki, nie tylko z powodu wyglądu, ale także zwykłego fizycznego bólu i komplikacji psychicznych. Dopiero lekarze z Pekinu postawili diagnozę, że jest to jego szczątkowy brat bliźniak, który wrósł w jego ciało i w tej formie przetrwał. Zacząłem zwracać uwagę na takie przypadki i naliczyłem ich kilka, co dziwne, wszystkie z terenu Chin. W jednym z nich, gdy ów szczątek bliźniaka usytuowany był, jak w przypadku Edie i Billa, w jamie brzusznej, udało się go usunąć operacyjnie.

Tego rodzaju wieści o różnym stopniu wiarygodności dały publicystom powód do snucia sensacyjnych rozważań, jak to przez cały okres ciąży bliźniaki w brzuchu matki nieustannie walczą o dominację. Silniejszy stopniowo wchłania drugiego, pożera go niejako, wbudowuje w siebie i tak pozbywa się konkurenta. Jeden z autorów wyciągnął z tego wniosek, że wszyscy jesteśmy mordercami własnych braci i sióstr bliźniaczych. Ciąże bliźniacze zdarzają się o wiele częściej niż narodziny bliźniaków, ponieważ „po drodze” bezlitośnie rozprawiamy się z konkurencją w łonie matki, a nagrodą za zwycięstwo w tych brato- i siostrobójczych zawodach jest przywilej przyjścia na świat.

Nie potrafię ocenić, ile wspólnego z rzeczywistością ma ta wizja, pokrewna morderczej walce odbywającej się na drugim biegunie – po śmierci – w moratoriach opisanych w innej powieści Dicka, Ubiku.

Uniknąwszy szczęśliwie gehenny związanej z III wojną światową, czujemy się dziś uwolnieni od atomowego zagrożenia. Sowieckie plany wojenne przyjęte przez Układ Warszawski wyznaczały Polskę jako przyszłe pole bitwy z użyciem atomu przez przyciśnięty do ściany Zachód. Gdyby do tej wymarzonej przez władców z Kremla konfrontacji doszło, być może dziś wizja Dicka zarysowana w Doktorze Bluthgeldzie nie wydawałaby się nam tak odległa. Niektóre jej szczegóły są dla nas abstrakcyjne do tego stopnia, że niemal komiczne: pontiac bez silnika ciągnięty przez konia imieniem Edward Książę Walii, pieczony łeb dorsza jako wielki przysmak (kto zjadł resztę ryby?), płacenie monetami sprzed Katastrofy, kalendarze „Playboya” z panienkami jako wielki rarytas i przedmiot pożądania. W tym ostatnim wypadku chodzi o niebywałą jakość poligraficzną i o to, że modelki były okazami zdrowia, miały wszystkie zęby i skórę jak aksamit. Te właśnie cechy, a nie nagość modelek, dostarczają ocalonym niezdrowej podniety.

W rzeczywistości West Marin po Katastrofie działające radio jest rzadkością (skąd bierze się prąd? uruchomienie elektrowni to poważne zadanie techniczne), brakuje części elektronicznych, nie ma lekarstw, a także kawy, papierosów i wódki, zastąpionych przez namiastki lub podróbki. Nie ma gazet ni książek – te ostatnie w większości spłonęły w pożarach wojennych. Łby dorsza cieszą się wzięciem dlatego, że większość ławic wyginęła albo została napromieniowana, co może wydawać się dziwne, gdyż woda należy do substancji najlepiej pochłaniających promieniowanie neutronowe. No, ale na dno szły pewnie liczne łodzie podwodne o napędzie jądrowym i to one zatruły morza nie gorzej niż wycieki ze słynnego Komsomolska, spoczywającego na dnie Atlantyku opodal wybrzeży Norwegii. W West Marin zbiera się za to grzyby – Dick nie dożył Czarnobyla, więc nie wiedział, że grzyby akumulują w sobie wszelką truciznę z otoczenia, od chemicznej po radioizotopy.

Na głębszym poziomie Doktora Bluthgelda można także odbierać jako krytykę modelu cywilizacji zachodniej. Dziś jej wady widzimy wyraźniej niż pół wieku temu, lecz Dick był dobrym wizjonerem i rozpoznał je już wówczas. Przede wszystkim cywilizacja ta na każdym kroku dopuszcza do ogromnego marnotrawstwa, na co zwracał uwagę inny klasyk, Aleksander Sołżenicyn. W West Marin wszystko się naprawia, nawet przed Katastrofą – w XXI wieku, przy sterowaniu jakością, zepsute urządzenie po prostu się wyrzuca, gdyż naprawianie odbiera zyski producentom.

Sprzętów nie trzyma się do czasu ich technicznego zużycia, jak dawniej, ale wymienia na nowsze modele, których zalety wynoszone są pod niebiosa przez wszechobecne a kłamliwe reklamy. Produkcja, produkcja, produkcja za wszelką cenę plus obowiązek posiadania – to, że żyjemy w świecie coraz mniej przypominającym tak zwane ludzkie warunki, schodzi na dalszy plan.

W kraju takim jak Polska wszystko niby występuje w obfitości (ale coraz więcej kosztuje), żywność niby jest, ale niezdrowa, gazety są, ale nie nadają się do czytania, radio i telewizja działają, ale to, co pokazują i przekazują, urąga inteligencji przeciętnego odbiorcy. Służba zdrowia istnieje tylko na niby – na przyjęcie przez lekarza czeka się miesiącami, na operację bywa, że i latami. Symbolem transportu pasażerów koleją mógłby być u nas ów Edward Książę Walii, ciągnący wprawdzie nie pontiaca, lecz lokomotywę. Itd., itp. Czym taki stan różni się od wizji nakreślonej przez Dicka? Chyba tylko mniejszą intensywnością utrudnień i brakiem alibi w postaci kataklizmu atomowego.

Wydźwięk wizji zarysowanej w Doktorze Bluthgeldzie wydaje mi się taki: cywilizacja minęła jakiś punkt optymalny, który trudno określić, ale od tego momentu żwawo stacza się ku zagładzie. Konflikt atomowy wprawdzie został oddalony, choć nie wszędzie i nie na zawsze. Lada scysja Indii z Pakistanem wywołać może grzyby atomowe na południu Azji, bombą A dysponuje totalitarny reżim Korei Północnej, do bomby dąży Iran – też nie po to, żeby ją pokazywać na wystawach techniki. Istnieje tak zwana brudna bomba, którą mogliby zbudować terroryści; instrukcje po temu dostępne są podobno w Internecie. Tak więc jeszcze nie jest przesądzone, czy wizja atomowej zagłady, wieszczona przez Dicka i gromadę innych pisarzy SF, nie zmaterializuje się gdzieś za naszego życia.

Marek Oramus

maj 2011