Cudowna brońTekst

Z serii: s-f
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

System naprowadzania broni 207, na który składa się sześćset zminiaturyzowanych komponentów elektronicznych, najskuteczniej jest zlemieszować w postaci lakierowanej ceramicznej sowy, która umysłom nieoświeconym wyda się zaledwie zabawką. Ale dobrze poinformowani będą wiedzieć, że usunięcie głowy ujawnia wydrążone ciało, w którym można przechowywać cygara lub ołówki.

Z oficjalnego raportu Zarządu Narbezu ONZ-Z Za-Bloku, 5 października 2003 roku, złożonego przez typowca A (prawdziwa tożsamość nie do ujawnienia ze względów bezpieczeństwa, patrz uchwała Zarządu XV 4–5–6–7–8).


1

– Szanowny panie Larsie…

– Obawiam się, że mam tylko chwilę na rozmowę z twoimi widzami. Bardzo mi przykro.

Ruszył przed siebie, ale drogę zastąpił mu autonomiczny telereporter z kamerą w ręku. Jego metaliczny uśmiech błyszczał pewnością siebie.

– Czuje pan, że nadchodzi trans? – spytał autonomik z nadzieją w głosie, jakby marzył, by coś takiego zdarzyło się przed wieloobrazowym zmiennoogniskowym systemem soczewek jego miniaturowej kamery.

Lars Powderdry westchnął. Z miejsca, na którym stał na rampie, widział swe nowojorskie biuro. Widział, owszem, ale dojść do niego nie mógł. Zbyt wielu ludzi – prościaków! – interesowało się bardziej nim niż jego pracą. A liczyła się oczywiście tylko praca.

– Czynnik czasu – powiedział zmęczonym głosem. – Nie rozumiesz? W świecie mody broniowej…

– Tak, słyszeliśmy, że odbiera pan coś po prostu wspaniałego. – Słowa wylewały się z autonomicznego telereportera. Gadał, nie przywiązując choćby grzecznościowej uwagi do ukrytego znaczenia słów Larsa. – Cztery transy w jednym tygodniu! I prawie wszystkie zakończone sukcesem, prawda, szanowny panie Larsie?

Autonomiczny konstrukt był idiotą. Lars cierpliwie próbował wbić mu to do łba. Nie obchodził go legion prościaków, przede wszystkim kobiet, oglądających program Poranek z Szafarzem Wieści, czy jak tam się on nazywa, Bóg mu świadkiem, że nawet tego nie wiedział. W dni pracy nie miał czasu na takie bezmózgie rozrywki.

– Posłuchaj – powiedział, tym razem uprzejmie, jakby autonomiczny telereporter był kimś autentycznie żywym, a nie tylko powołanym do życia kaprysem, tworem pomysłowej techniki Za-Bloku A.D. 2004. Pomysłowej techniki, pomyślał, marnowanej wykorzystywaniem w ten sposób… chociaż, jeśli bliżej się temu przyjrzeć, czyż on sam nie działa na polu bardziej obrzydliwym? Niemiło byłoby rozważać tę refleksję.

Wyrzucił ją z głowy.

– W modzie broniowej – powiedział – dzieło musi pojawić się we właściwym czasie. Jutro, w przyszłym tygodniu, w przyszłym miesiącu może być za późno.

– Proszę nam powiedzieć, co to takiego. – Telereporter czekał na odpowiedź z wyraźnie widocznym napięciem. Jak ktokolwiek, nawet pan Lars z Nowego Jorku i Paryża, ośmieliłby się zawieść wielomilionową widownię w całym Za-Bloku, w kilkunastu krajach? Zawieść ich to służyć Oko-Wschodowi, w każdym razie coś mniej więcej takiego autonomik starał się przekazać całą swą postawą. Starał się, ale mu nie wyszło.

– Nie twój interes – powiedział Lars.

I oddalił się od niewielkiej grupki pieszych, którzy zgromadzili się, by się na niego pogapić. Oddalił się od ciepłych spojrzeń gawiedzi w stronę Mr Lars, Incorporated, jednopiętrowego budyneczku jakby specjalnie wciśniętego między wieżowce korporacji, którym wielkość siedziby miała służyć za uzasadnienie ich niezbędności.

Fizyczna wielkość, myślał Lars, wchodząc do zewnętrznego, dostępnego dla każdego holu Mr Lars, Incorporated, to fałszywe kryterium. Nawet autonomiczny telereporter nie dał się oszukać, chciał przedstawić wiernej publiczności Larsa Powderdrya, nie przemysłowe jednostki, które miał w bezpośrednim zasięgu. Chociaż jednostki te byłyby więcej niż szczęśliwe, gdyby widziały, jak ich eksperci ak-propu – akwizycji i propagandy – z hukiem i zgiełkiem wpadają przez nastawione czujnie uszy do głów jego widowni.

Drzwi do Mr Lars, Incorporated zamknęły się, jakby były dostrojone do jego fal mózgowych – bo też i były. Za drzwiami pan Lars zyskiwał osłonę przed wpatrzonymi w niego jak w obraz tłumami, których ciekawość dodatkowo podkręcali profesjonaliści. Zostawione samym sobie prościaki zachowywałyby się jak to one, czyli byłyby apatyczne.

– Panie Larsie…

– Tak, panno Miękka? – Lars przystanął. – Ach, oczywiście, wiem. Kreślarnia nie radzi sobie ze szkicem 285.

To było nieuniknione. Obejrzał go po piątkowym transie. Wiedział, jak bardzo jest niejasny.

– No więc mówią… – Zawahała się, młoda, drobna, źle wyposażona przez naturę do znoszenia pretensji tych, których była rzeczniczką.

– Sam z nimi porozmawiam – powiedział Lars, co było bardzo ludzkie z jego strony. – Szczerze mówiąc, mnie wydało się to samoprogramującą się trzepaczką do jajek na trójkątnych kółkach.

Zastanowił się przelotnie, co można by zniszczyć czymś takim.

– Och, oni są chyba zdania, że to doskonała broń. – Naturalne, ale powiększone hormonami piersi poruszały się w rytmie jego rosnącego zainteresowania. – Mam wrażenie, że nie radzą sobie ze źródłem zasilania. Struktura ergowa, pan rozumie. Nim przejdzie pan do 286…

– Chcą, żebym bliżej przyjrzał się 285. W porządku.

Nie przejmował się tym. Lars był przyjaźnie nastawiony do życia w ten przyjemny kwietniowy dzień, a panna Miękka, jeśli spojrzeć na jej miękkości, swą urodą każdego mężczyznę nastawiłaby przyjaźnie do świata. Nawet projektanta mody. Nawet projektanta mody broniowej.

Nawet, pomyślał, najlepszego jedynego projektanta mody broniowej w całym Za-Bloku.

Bo żeby znaleźć mu równego – choć i to wątpliwe, przynajmniej jego zdaniem – trzeba było zwrócić się ku tej drugiej półkuli, Oko-Wschodu. Blok chino-radziecki posiadał, zatrudniał, czy jak tam załatwiono tę sprawę, w każdym razie miał na usługi takie medium jak on sam.

Często o nim myślał. Panna Topczewa, tak się nazywała, przynajmniej według informacji udzielonych mu przez ogólnoplanetarną agencję policyjną KACH. Lilo Topczewa. Miała tylko jedno biuro i to w Bułganingradzie, nie w Nowej Moskwie.

Sprawozdanie KACH robiło z niej samotniczkę, no, ale oni nigdy nie rozwodzili się nad subiektywnymi aspektami prowadzonych badań obiektów. Być może, pomyślał, panna Topczewa szydełkuje szkice swej broni… lub nadaje im, ciągle w transie, formę malowanych jaskrawymi farbami płytek ceramicznych. Albo coś podobnie artystycznego. Czy to się podobało czy nie jej klientowi, a raczej pracodawcy, BeGabowi, ponuremu holistycznemu zgromadzeniu surowych ważniaków, przeciw którym od dziesiątków lat jego półkula kierowała wszystkie swe wysiłki i zasoby.

Bo o projektantów mody broniowej trzeba dbać. W trakcie swej kariery Lars zapewnił sobie odpowiednią troskę.

Przecież nie można go zmuszać, by pięć razy w tygodniu wchodził w trans. I Lilo Topczewej najprawdopodobniej też.

Pozostawił panią Miękką. Wszedł do gabinetu. Zdjął wierzchnią pelerynę, czapkę i pantofle. Ubranie uliczne wrzucił niedbale do podręcznej szafy.

Zespół medyczny już na niego czekał. Jego jedyni członkowie, dr Todt i pielęgniarka Elvira Funt, wstali i podeszli, pełni szacunku, a za nimi niemal psionicznie do niego dostrojony quasi-podwładny, Henry Morris. Nigdy nie wiadomo – pomyślał Lars, rekonstruując ich przypuszczenia z ostrożnego, trwożliwego zachowania – kiedy przyjdzie trans. Dokrwienna maszyneria siostry Funt szumiała już w gotowości, a doktor Todt, najbardziej luksusowy z produktów najlepszego świata zachodnioniemieckiej medycyny, był w pełni gotów do obsługi precyzyjnego sprzętu, służącego dwóm przeciwstawnym celom: po pierwsze, obronie organizmu przed mogącymi się zdarzyć w transie zatrzymaniem akcji serca, martwicą płuc lub upośledzeniem działania nerwu błędnego, co powodowało zatrzymanie czynności oddechowej, a przez to uduszenie, i po drugie, bez czego nic nie miało sensu, ustanowieniu podczas transu mentacji wraz z zapisem ciągłym, do odtworzenia po jego zakończeniu.

Doktor Todt był więc niezastąpiony w działaniu Mr Lars, Incorporated. W paryskim biurze czekał w gotowości równie utalentowany zespół, ponieważ Lars Powderdry często odbierał tam emanacje potężniejsze niż w zatłoczonym, nerwowym Nowym Jorku.

Poza tym w Paryżu mieszkała i pracowała jego kochanka, Maren Faine.

Słabość projektantów mody broniowej – czy też, w opinii Larsa, raczej ich siła, przynajmniej w porównaniu z ubogimi krewnymi z tradycyjnego świata mody – objawiała się w tym, że lubili kobiety. Jego poprzednik, Wade, także był heteroseksualny, nawet zginął za przyczyną pewnej drobnej śpiewaczki koloraturowej z zespołu Festiwalu Drezdeńskiego. Doznał migotania przedsionków w najgorszym możliwym momencie: w łóżku dziewczyny w jej luksusowym wiedeńskim apartamencie o drugiej nad ranem, długo po zakończeniu Wesela Figara, a Rita Grandi zrzuciła jedwabne pantalony, bluzę i tak dalej – co ujawniły w swych zdjęciach zawsze czujne homeogazy – na próżno.

I tak w wieku lat czterdziestu trzech pan Wade, poprzedni projektant mody broniowej dla Za-Bloku, zszedł ze sceny, zwalniając miejsce wielkiej wagi. Inni byli jednak gotowi wyjść z cienia, by go zastąpić.

Być może to przyspieszyło odejście pana Wade’a. Sama praca była wystarczająco wyczerpująca, nauki medyczne nadal nie potrafiły określić do jakiego stopnia, a także dlaczego. A nic – pomyślał Lars Powderdry – tak nie wytrąca z równowagi jak wiedza, że jesteś, owszem, niezbędny, lecz także łatwy do zastąpienia. Był to ten rodzaj paradoksu, który nikogo nie cieszy, z oczywistym wyjątkiem Narbezu ONZ-Z, Zarządu Za-Bloku, który pilnował, by zastępca był zawsze gotowy i zawsze widoczny.

 

Pomyślał też: Z pewnością już mają następnego.

Lubią mnie, pomyślał. Są dla mnie dobrzy, a ja jestem dobry dla nich. System funkcjonuje.

Ale władza najwyższa, rządząca życiem miliardów nędznych prościaków, nie podejmuje ryzyka. Nie przekracza granicy świata szarych ludzi, oznaczonego taśmą z napisem NIE PRZEKRACZAĆ.

Nie żeby prościaki mogły pozbawić kogoś pracy… nie, nic z tych rzeczy. Pozbawianie pracy było przywilejem hierarchicznym. Generał Gorge McFarlane Nitz, naczelny dowódca Zarządu Narbezu, o tak, Nitz mógł pozbawić pracy każdego. Prawdę mówiąc, gdyby zaszła konieczność (a może wystarczyłaby tylko możliwość?) usunięcia z pracy samego siebie… proszę sobie tylko wyobrazić satysfakcję z własnego, prywatnego rozbrojenia, pozbawienia samego siebie układu domózgowego poświadczającego jego tożsamość w ramach jednostki kognizów, czyniącego go rozpoznawalnym nawet dla autonomicznych strażników samego Festung Waszyngtonu!

No i tak szczerze, jeśli weźmie się pod uwagę otaczającą generała Nitza policyjną aurę, samo to, że jest najwyżej postawionym facetem od czarnej roboty…

– Ciśnienie krwi, panie Larsie. – Chudy, poważny jak ksiądz doktor Todt postąpił krok w jego kierunku, a jego śladem poszły maszyny. – Larsie, proszę…

Za doktorem Todtem i siostrą Elvirą Funt powstał z fotela szczupły, łysy młody człowiek w uniformie zielonym jak groszek, blady niczym sama śmierć, lecz wyglądający bardzo profesjonalnie. Pod pachą trzymał teczkę. Lars Powderdry natychmiast przywołał go gestem. Odczyt ciśnienia krwi może poczekać. Funkcjonariusz KACH miał mu coś do powiedzenia.

– Czy moglibyśmy udać się do pańskiego biura, panie Larsie? – poprosił.

Lars poszedł przodem.

– Zdjęcia? – spytał.

– Tak, proszę pana. – Policjant ostrożnie zamknął za sobą drzwi. – Jej szkiców z… – otworzył teczkę, przerzucił kserokopie dokumentów – z ostatniej środy. Ich kod: AA-335. – Znalazł kawałek wolnego miejsca na biurku, rozłożył na nim stereozdjęcia. – Plus jedno zamazane ujęcie makiety z laboratorium produkcyjnego Akademii Rostockiej… – sprawdził notatkę – kod BeGabu AA-330. – Odsunął się na bok, by Lars mógł zerknąć na zdjęcia.

Lars nie miał zamiaru na nie zerkać. Nadal siedząc, zapalił cuestę rey astorię. Czuł, jak jego zmysły stają się ociężałe, a cygaro nic na to nie pomagało. Nie cieszyła go myśl, że niczym pies ma obwąchiwać wyszpiegowane dzieła swego odpowiednika z Oko-Wschodu, panny Topczewej. Niech Narbez ONZ-Z wykona analizę! Przy różnych okazjach powtarzał to generałowi Nitzowi, raz na spotkaniu całego Zarządu, z obecnymi okutanymi w najbardziej godne mediastroje, prestiżowe peleryny, infuły, pantofle, rękawiczki… i pewnie nawet gacie z pajęczego jedwabiu, z groźnymi sloganami i ukazami wyszytymi kolorową nicią.

Wówczas, w tak uroczystej atmosferze, nawet dźwigający na barkach brzemię Atlasa biedni typowcy – tych sześciu powołanych, nie wybranych przypadkowo durniów – zgromadzeni na sesji jak najbardziej formalnej, stanęli wobec konieczności udzielenia odpowiedzi na pytanie. Spokojnie, nie podnosząc głosu, pan Lars spytał, czy, na litość boską, nie mogą sami zdobyć się na analizę broni przeciwnika.

Nie. Bezdyskusyjnie. Ponieważ (proszę słuchać uważnie, panie Larsie) to nie są bronie Oko-Wschodu. To są plany broni. Ocenimy je, kiedy z fazy prototypu przejdą w fazę produkcyjną autofaku, zadeklamował generał Nitz. Natomiast w tej wstępnej fazie… Nitz zmierzył go znaczącym spojrzeniem.

Blady i łysy młody człowiek z KACH zapalił staroświeckiego – i nielegalnego – papierosa.

– Panie Larsie – powiedział cicho – mamy coś jeszcze. Być może pana to nie zainteresuje, ale skoro i tak pan czeka…

– Czekam, bo ja tego nienawidzę, a nie dlatego, że chcę obejrzeć jeszcze coś. O Boże, tylko nie to.

– Hmmm… – Młody policjant położył na biurku jeszcze jedną fotografię formatu osiem na dziesięć.

Było to tradycyjne zdjęcie, nie stereo, zrobione z wielkiej odległości, być może nawet przez szpiegowskie oko, satelitę, i znacząco przetworzone. Przedstawiało Lilo Topczewę.


2

– Och, tak – powiedział Lars bardzo, bardzo ostrożnie. – Prosiłem o to, prawda?

Prosił. Oczywiście nieoficjalnie. KACH miała mu zrobić grzeczność, nic na piśmie. Przy zachowaniu, jak to ujmowali starzy wyjadacze, „skalkulowanego ryzyka”.

– Niewiele na nim widać – przyznał policjant.

– Ja nic nie widzę. – Zakłopotany Lars przyglądał się zdjęciu.

Policjant wzruszył ramionami z profesjonalną nonszalancją.

– Będziemy próbować. Widzi pan, ona nigdzie nie wychodzi i w ogóle się nie pokazuje. Nie pozwalają jej na to. Być może to tylko taka przykrywka, lecz twierdzą, że jej transy są przypadkowe, według wzoru pseudoepileptycznego. Oczywiście ma to pozostać między nami, ale uważamy, że wywołują je narkotykami. Nie chcą, żeby padła na którejś z publicznych ramp i żeby przejechał ją jakiś ich staroświecki powierzchniowiec.

– Czyli nie chcą, żeby uciekła do Za-Bloku?

Funkcjonariusz KACH wzruszył ramionami z filozoficznym spokojem.

– Mam rację? – przycisnął Lars.

– Obawiam się, że niestety nie. Panna Topczewa pobiera wynagrodzenie równe wynagrodzeniu głównego machera BeGabu, marszałka Paponowicza. Ma apartament na najwyższym piętrze wieżowca, pokojówkę, kamerdynera, latacz Mercedesa-Benza. Dopóki współpracuje…

– Na tym zdjęciu nie widać nawet, ile ma lat. A tym bardziej jak wygląda.

– Lilo Topczewa ma dwadzieścia trzy lata.

Otworzyły się drzwi gabinetu. Niski, zaniedbany, niepunktualny, zawsze o krok od wyrzucenia z pracy, lecz zawsze niezbędny Henry Morris niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmaterializował się w ich układzie odniesienia.

– Macie coś dla mnie? – spytał.

– Wchodź.

Lars wskazał mu leżące na biurku zdjęcia. Policjant szybko schował je do teczki.

– Tajne, panie Lars – powiedział. – 20-20. Rozumie pan, tylko dla pańskich oczu.

– Pan Morris jest moimi oczami. – Trafił mi się wyjątkowo trudny funkcjonariusz KACH, pomyślał Lars. – Jak się nazywasz? – zapytał go, trzymając pióro nad notesem.

Policjant zesztywniał, lecz zaraz się odprężył.

– Ipse dixit, ale… proszę robić z tym zdjęciem, co się panu podoba, panie Larsie.

Położył zdjęcie z powrotem na blacie, jego blada twarz eksperta pozostała nieruchoma. Henry Morris obszedł biurko, żeby mu się lepiej przyjrzeć, pochylił się nad nim, mrużył oczy, krzywił się i dosłownie przeżuwał, jakby próbował przełknąć coś treściwego, ukrytego w zamazanym obrazie.

Zadzwonił widkom na biurku Larsa.

– Połączenie z paryskiego biura – rozległ się głos panny Grabhorn, sekretarki Larsa. – Zdaje mi się, że to sama panna Faine. – W głosie sekretarki słychać było doskonale maskowany chłód, niemal niewyczuwalną dezaprobatę.

– Proszę wybaczyć – zwrócił się Lars do policjanta. A potem, nadal trzymając pióro w gotowości, dodał: – Ale proszę o imię i nazwisko, tak czy inaczej. Żeby było jasne, proszę o nie na ten bardzo mało prawdopodobny przypadek, gdybym chciał jeszcze kiedyś się z tobą zobaczyć.

– Jestem Don Packard, panie Larsie – powiedział funkcjonariusz KACH z wahaniem, jakby zdradzał jakąś wstydliwą tajemnicę. Wpatrywał się w swe dłonie, zacierał je i w ogóle pytanie o nazwisko dziwnie wyprowadziło go z równowagi.

Lars zapisał je, a potem włączył widkom. Twarz jego kochanki rozświetliła się od środka jak piękna ciemnowłosa maska z dyni.

– Lars!

– Maren! – powiedział z czułością, nie okrutnie.

Maren Faine budziła w nim instynkty opiekuńcze. A także irytowała tak, jak może irytować kochane dziecko. Maren nie wiedziała, kiedy przestać.

– Zajęty?

– Tak.

– Przylecisz do Paryża dziś po południu? Moglibyśmy zjeść razem kolację, a potem och, takie świetne combo gra błękitny jazz…

– Jazz nie jest błękitny – przerwał jej Lars. – Jest bladozielony. – Spojrzał na Henry’ego Morrisa. – Czy jazz nie jest bladozielony?

Henry skinął głową.

– Przez ciebie prawie żałuję… – powiedziała gniewnie Maren.

– Oddzwonię, kochanie – obiecał i wyłączył widkom. – Przyjrzę się teraz projektom broni – powiedział do policjanta.

Tymczasem chudy dr Todt i siostra Elvira Funt weszli do gabinetu bez zaproszenia. Lars odruchowo wyciągnął rękę na pierwszy tego dnia pomiar ciśnienia. Don Packard przesunął zdjęcia na biurku. Wskazywał szczegóły, które wydały się ważne analitykom agencji policyjnej, drugorzędnym i prywatnie wynajętym.

W ten sposób w Mr Lars, Incorporated rozpoczął się dzień pracy. Lars pomyślał, że z jakiegoś powodu nie czuje entuzjazmu. Rozczarowały go bezużyteczne zdjęcia panny Topczewej; być może to wpędziło go w pesymistyczny nastrój. A może czekało go coś jeszcze?

O dziesiątej rano czasu nowojorskiego ma umówione spotkanie z przedstawicielem generała Nitza, pułkownikiem… Boże, jak się on nazywa? W każdym razie dowie się wówczas, jak Zarząd zareagował na nowe modele sporządzone przez Lanferman Associates z San Francisco według wcześniejszych planów Mr Lars, Incorporated.

– Haskins – powiedział Lars.

– Przepraszam? – zdziwił się funkcjonariusz KACH.

– Nazywa się pułkownik Haskins. Wiesz – powiedział z namysłem do Henry’ego Morrisa – że ostatnio Nitz regularnie unika jakichkolwiek kontaktów ze mną? Odnotowałeś ten drobny, nic nieznaczący fakt?

– Odnotowuję wszystko, Lars. Tak, w mojej pośmiertnej teczce.

Pośmiertna… niepalna, odporna na wszystko, także na III wojnę światową, zaszyfrowana, tytanowa, doskonale ukryta teczka, ustawiona tak, by wybuchnąć z chwilą śmierci Morrisa. Właściciel nosił mechanizm detonujący, dostrojony do bicia serca. Nawet Lars nie wiedział, gdzie jest w tej chwili ta teczka, być może w wydrążonej lakierowanej ceramicznej sowie, zrobionej z systemu naprowadzania, kod 207, stojącej w łazience chłopaka dziewczyny Morrisa. W teczce przechowywane były oryginały wszystkich projektów broni, które kiedykolwiek wyemanował Mr Lars, Incorporated.

– I co to może znaczyć?

– Znaczy to – Morris wysunął dolną wargę i przesunął ją na boki, jakby obawiał się, że mu odpadnie – że generał Nitz tobą pogardza.

– Z powodu tego jednego szkicu? – zdumiał się pan Lars. – Dwa zero coś tam, p-termotropiczny wirus wyposażony w mechanizmy pozwalające przeżyć w próżni kosmosu dłużej…

– O nie! – Morris energicznie pokręcił głową. – Ponieważ oszukujesz jego i samego siebie. Tylko że on już nie daje się oszukać. W odróżnieniu od ciebie.

– Jak?

– Nie chcę rozmawiać o tym przy tych wszystkich ludziach – powiedział Morris.

– Mów – polecił mu Lars.

Poczuł jednak mdłości. Uświadomił sobie, że naprawdę boi się Zarządu. „Klient”? Czy tym jest dla mnie, klientem? Już raczej szefem, to bliższe prawdy. Narbez ONZ-Z wychował mnie, znalazł i kształcił przez lata tak, bym mógł zastąpić pana Wade’a. Kiedy Wade Sokolarian zmarł, byłem gotowy i chętny do przejęcia jego funkcji. Ta wiedza, którą mam, że jest ktoś, kto czeka teraz, przygotowany na dzień, gdy dostanę zawału serca, gdy przestanie działać jakiś ważny narząd lub gdy go utracę, czeka na chwilę, gdy stanę się trudny…

A przecież, pomyślał pan Lars, już jestem trudny.

– Packard – powiedział do funkcjonariusza KACH – pracujesz dla niezależnej organizacji. Działacie na całym świecie. Teoretycznie każdy może was zatrudnić.

– Teoretycznie – zgodził się z nim Packard. – Mówi pan o KACH jako firmie, nie o mnie osobiście. Ja zostałem wynajęty.

– Myślałem, że chcesz się dowiedzieć, dlaczego generał Nitz tobą pogardza – przypomniał Larsowi Henry Morris.

– Nie. Zachowaj to dla siebie.

Postanowił, że wynajmie kogoś, prawdziwego zawodowca, żeby prześwietlił ONZ-Z, nawet cały jego aparat, jeśli okaże się to konieczne. Niech się dowie, o co im chodzi, co knują, co na mnie mają. Zwłaszcza, pomyślał, niech się dowie, do jakiego poziomu doprowadzano kolejne medium broniowe, na tym polu muszę mieć najlepsze, najdokładniejsze informacje.

Ciekawe, pomyślał jeszcze, co by zrobili, gdyby wiedzieli, że już dawno wpadłem na pomysł, że zawsze mogę się przenieść do Oko-Wschodu. Gdyby dla świętego spokoju, dla zapewnienia sobie władzy absolutnej, bezpiecznego miejsca na szczycie, zechcieli mnie zastąpić…

 

Próbował wyobrazić sobie rozmiar, kształt i kolor kogoś, kto go śledzi, stawia stopy na jego śladach. Dziecko, młodzian, stara kobieta, tęgi mężczyzna w średnim wieku… psychiatrzy Za-Bloku, niewolni, zmuszeni świadczyć władzy usługi, z pewnością potrafili wykryć psioniczny talent kontaktu z Innym Światem, hiperwymiarowym uniwersum, do którego przenosiły go transy. Wade go miał. Lilo Topczewa go ma. On sam go ma w nadmiarze. Więc talent ten musiał objawiać się jeszcze gdzieś. Im dłużej prowadził działalność, tym więcej czasu miał Zarząd, by się do niego dokopać.

– Mogę poruszyć jedną sprawę? Tylko jedną – spytał Morris z szacunkiem.

– W porządku. – Lars usiadł wygodniej. Czekał.

– Generał Nitz zorientował się, że coś jest nie tak, kiedy odmówiłeś przyjęcia tytułu honorowego pułkownika sił zbrojnych ONZ-Zachód.

Lars wytrzeszczył na niego oczy.

– Przecież to był tylko żart! Miałem dostać kawałek papieru.

– Nie – zaprzeczył Morris. – I w tej chwili dobrze o tym wiesz, nie musisz się nawet zastanawiać. Wiesz nieświadomie, na poziomie intuicyjnym. W ten sposób stałbyś się prawnie podległy wojskowemu wymiarowi sprawiedliwości.

– To prawda – powiedział funkcjonariusz KACH, do nikogo w szczególności. – Powołali wszystkich, do których wysłali te pisma. Wsadzili ich w kamasze. – Twarz miał profesjonalnie nieprzeniknioną.

– Boże! – Lars mimowolnie się skulił. Nie przyjął honorowego stopnia wojskowego wyłącznie dla kaprysu. Odpowiedział żartem na dokument, który był żartem. A jednak kiedy się temu bliżej przyjrzeć…

– Mam rację? – spytał Henry Morris, przyglądając mu się uważnie.

– Tak – przyznał Lars po chwili milczenia. – Wiedziałem. – Rozłożył ręce. – Do diabła z tym.

Całą uwagę znów skupił na dostarczonych przez agenta szkicach. W każdym razie chodziło o coś większego, jego problemy z Narbezem ONZ-Z zaczęły się wcześniej i sięgały głębiej niż jakieś bezsensowne plany nadania honorowego stopnia wojskowego, które stały się naraz podstawą do obowiązkowego podporządkowania się hierarchii wojskowej. To, czemu się sprzeciwiał, rozciągało się poza tereny dające się pokryć dokumentami pisanymi. O tym, jak daleko się rozciągały, wolał nie myśleć.

Badając szkice panny Topczewej, wykonywał pracę w tej części, której najbardziej nie znosił. Części odnoszącej się do życia ich wszystkich, łącznie z członkami Zarządu.

Jest. No jest. I nie przypadkiem. Jest na każdym ze szkiców; przejrzał je, a potem odrzucił niedbale na biurko.

– Broń! – powiedział do funkcjonariusza KACH. – Zabierz je, schowaj do tej swojej koperty.

Nie było wśród nich ani jednego szkicu przedstawiającego broń.

– A jeśli chodzi o typowców… – zaczął Henry Morris.

– Kto to taki, ten typowiec? – przerwał mu Lars.

Morris zdumiał się niebotycznie.

– Jak to: „kto to taki”? Przecież wiesz. Zasiadasz z typowcami przy jednym stole dwa razy w miesiącu. – Machnął ręką z irytacją. – Więcej wiesz o sześciu typowcach z Zarządu niż ktokolwiek w Za-Bloku. Powiedzmy sobie szczerze: wszystko, co robisz, robisz dla nich.

– Mówię to sobie szczerze – powiedział spokojnie Lars. Założył ramiona na piersi, poprawił się w fotelu. – Ale załóżmy, że kiedy ten autonomiczny telereporter spyta, czy mam jakieś spektakularne osiągnięcie, powiem mu prawdę.

Zapadła cisza. Funkcjonariusz KACH poruszył się i to on ją przerwał.

– Właśnie dlatego chcieli widzieć pana w mundurze. W mundurze nie stawałby pan przed kamerami telewizji. Nie zdarzyłaby się okazja, żeby coś poszło nie tak.

Szkice zostawił tam, gdzie leżały, na biurku Larsa.

– Może coś już poszło nie tak. – Morris nie spuszczał wzroku z szefa.

– Nie – zaprzeczył natychmiast Lars. – Gdyby poszło, wiedziałbyś o tym pierwszy.

A w miejscu Mr Lars, Incorporated, pomyślał, ziałaby dziura w ziemi. Wybita dokładnie, precyzyjnie, bez zakłócania pracy w otaczających ją wieżowcach. Jej wybicie trwałoby mniej więcej sześć sekund.

– Moim zdaniem zwariowałeś – orzekł Morris. – Siedziałeś tu, za biurkiem, dzień po dniu, wpatrzony w szkice Lilo, i powoli, spokojnie wariowałeś. Ilekroć wchodzisz w trans, tracisz kawałek siebie. – Jego głos brzmiał surowo, poważnie. – Za wiele cię to kosztuje. A rezultatu się doczekamy, kiedy pewnego dnia telereporter dopadnie cię i spyta: „Co też pan dla nas przygotowuje, szanowny panie Larsie?”, a ty powiesz coś, czego nie powinieneś był powiedzieć.

Doktor Todt, Elvira Funt, funkcjonariusz, wszyscy patrzyli na niego z wielkim niepokojem, ale nikt nic nie zrobił i nic nie powiedział. Siedzący za biurkiem Lars kamiennym wzrokiem wpatrywał się w przeciwległą ścianę i wiszący na niej oryginał Utrilla. Dostał go od Maren Faine na Boże Narodzenie 2003 roku.

– Porozmawiajmy o czymś innym – powiedział. – Czymś mniej bolesnym. – Skinął głową na doktora Todta, który wydawał się w tej chwili jeszcze chudszy niż normalnie i jeszcze bardziej przypominał księdza. – Sądzę, że psychicznie jestem już gotowy, doktorze. Możemy inicjować autyzm, jeśli ma pan te swoje gadżety i wszystko, co potrzebne.

Autyzm. Szlachetne odwołanie. Takie godne.

– Najpierw chcę mieć EEG – oznajmił doktor Todt. – Tak dla bezpieczeństwa.

Potoczył przed sobą przenośny elektroencefalograf. Rozpoczynała się procedura wstępna wprowadzenia w trans, podczas którego dochodziło do zerwania kontaktu ze znanym, wspólnym wszechświatem, koinos kosmos, potem zaś do połączenia z innym tajemniczym uniwersum, zapewne idios kosmos, wszechświatem osobowym. Ale ten prywatny świat najwyraźniej zawierał aisthesis koine, jakieś elementy wspólne.

To dopiero sposób zarabiania pieniędzy, pomyślał Lars.