Rudowłosa

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

CZĘŚĆ PIERWSZA

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

XVII

XVIII

XIX

XX

XXI

CZĘŚĆ DRUGA

XXII

XXIII

XXIV

XXV

XXVI

XXVII

XXVIII

XXIX

XXX

XXXI

XXXII

XXXIII

XXXIV

XXXV

XXXVI

XXXVII

XXXVIII

XXXIX

XL

XLI

XLII

XLIII

CZĘŚĆ TRZECIA

Rudowłosa

Nota o wymowie tureckiej

Tytuł oryginału: KIRMIZI SAÇLI KADIN

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Redakcja: KAMIL BOGUSIEWICZ

Adiustacja i korekta: Pracownia 12A, HENRYKA SALAWA

Projekt okładki i stron tytułowych: RAFAŁ KUCHARCZUK

Na okładce wykorzystano zdjęcie z „The Ladies’ home journal” (1889) – fot. Newell Convers Wyeth oraz fragment obrazu J.A.D. Ingres’a Edyp i Sfinks (ok. 1805).

Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA”

Copyright © 2015, Orhan Pamuk

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2017

Wydanie drugie

ISBN 978-83-08-05993-7

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

dla Aslı

Edyp mordercą ojca, mężem własnej matki, Edyp autorem rozwiązania zagadki Sfinksa! Co nam mówi tajemnicza troistość tych przypadków losu? Istnieje pewne prastare, przede wszystkim u Persów, ludowe przekonanie, że mądry mag może się narodzić tylko z kazirodztwa [...].

Friedrich Nietzsche, Narodziny tragedii, przeł. Bogdan Baran

Edyp: Gdzież znajdą się ślady Dawnej i wiekiem omszałej już zbrodni?

Sofokles, Król Edyp, przeł. Kazimierz Morawski

Ojciec bez syna jest jak syn bez ojca: nikt go nie przyjmie jak swego.

Ferdousi, Księga królewska, przeł. Leszek Tylko

CZĘŚĆ

PIERWSZA

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

I

Właściwie chciałem być pisarzem. Lecz po wydarzeniach, które tu zrelacjonuję, zostałem inżynierem geologiem oraz deweloperem. Niech moi czytelnicy nie sądzą jednak, że skoro zacząłem opowiadać tę historię, wszystkie składające się na nią wypadki mam już całkowicie za sobą. Bynajmniej, w miarę jak przypominam sobie bieg owych wydarzeń, coraz głębiej się w nie zanurzam. Dlatego też przeczuwam, że tak jak mnie, was także wciągnie opowieść o tajemnicach relacji między ojcem a synem.

W roku 1985 mieszkaliśmy na obrzeżach dzielnicy Beşiktaş, nieopodal Pałacu Lipowego. Ojciec prowadził niewielką aptekę, która nazywała się Vita. Raz w tygodniu pozostawała otwarta przez całą noc, a ojciec pełnił w niej wówczas dyżur. Wtedy to ja zanosiłem mu kolację. Lubiłem siedzieć w aptece i wdychać woń lekarstw, gdy mój wysoki, szczupły, przystojny ojciec jadł posiłek, siedząc przy kasie. Dziś, po trzech dekadach, gdy sam mam już czterdzieści pięć lat, wciąż lubię zapach starych aptek wyposażonych w drewniane meble.

Vita nie miała wielu klientów. Podczas swoich nocnych dyżurów ojciec zazwyczaj wpatrywał się w jeden z owych małych przenośnych telewizorów, jakie modne były w tamtych czasach. Niekiedy widywałem też, jak ściszonym głosem rozmawiał z odwiedzającymi go znajomymi. Gdy jego polityczni towarzysze mnie zauważali, natychmiast przerywali rozmowę i najpierw chwalili, że jestem przystojny i uprzejmy jak tata, a potem zaczynali pytać, do której klasy chodzę, czy lubię szkołę i kim zamierzam być, gdy dorosnę.

Widząc, jak bardzo ojciec jest niespokojny w towarzystwie owych znajomych, nie zostawałem w aptece długo, lecz zabierałem pojemnik po kolacji i pod bladym światłem ulicznych latarni oraz gałęziami platanów wracałem pieszo do domu. Matce nie wspominałem, że u ojca ktoś był. Pewnie by się zmartwiła, że znów będzie miał kłopoty lub że ponownie nas zostawi, i byłaby zła zarówno na niego, jak i na jego znajomych.

Wiedziałem jednak, że polityka nie stanowiła jedynego powodu cichych dni między ojcem a matką. Czasami długo pozostawali na siebie obrażeni i niemal wcale ze sobą nie rozmawiali. Być może nie było między nimi miłości. Zauważyłem za to, że ojciec kocha z wzajemnością wiele innych kobiet. Matka czasami mówiła o którejś z nich tak, żebym ja też zrozumiał. Kłótnie między rodzicami ogromnie mnie jednak przygnębiały, więc zabroniłem sobie o nich myśleć, rozpamiętywać je.

Po raz ostatni widziałem ojca pewnego wieczoru, gdy przyniosłem mu do apteki kolację. Chodziłem wówczas do pierwszej klasy liceum, był zwyczajny jesienny dzień. Ojciec oglądał wiadomości w telewizji. Później, kiedy jadł posiłek, ja obsłużyłem dwóch klientów – jeden prosił o aspirynę, a drugi o witaminę C i antybiotyk – po czym włożyłem pieniądze do starej kasy, której szuflada otwierała się z przyjemnym brzękiem dzwonka. Oddalając się od apteki, rzuciłem ojcu spojrzenie; on, stojąc w drzwiach, pomachał mi z uśmiechem.

Rankiem nie wrócił do domu. Powiedziała mi o tym matka, gdy po południu przyszedłem ze szkoły. Oczy miała podkrążone, widać było, że płakała. Uznałem, że tak jak bywało wcześniej, ojca aresztowano w aptece i odwieziono do ekspozytury policji politycznej. Tam był zapewne bity, katowany i rażony prądem.

 

Jakieś siedem lub osiem lat wcześniej zniknął w podobny sposób, by po dwóch latach powrócić. Wówczas jednak matka nie przyjęła go tak, jakby torturowano go na przesłuchaniu. Była na niego wściekła. „On już wie, co zrobił!”, powiedziała pewnego razu.

Natomiast gdy którejś nocy wkrótce po puczu wojsko aresztowało ojca, matka bardzo się zasmuciła, powiedziała mi, że mam być z niego dumny, bo jest bohaterem, i wraz z praktykantem Macitem zaczęła pełnić dyżury w aptece. Czasami ja zakładałem biały fartuch Macita. W przyszłości oczywiście miałem być nie pomocnikiem farmaceuty, lecz tak jak chciał ojciec, naukowcem.

Po ostatnim zniknięciu ojca matka w ogóle nie zainteresowała się apteką. Nie wspomniała ani o Macicie, ani o żadnym innym praktykancie, ani o losach rodzinnego przedsiębiorstwa. To zaś sprawiło, że pomyślałem, iż tym razem ojciec przepadł z innego powodu. Czym jednak jest to, co nazywamy myśleniem?

Już wtedy rozumiałem, że myśli przychodzą nam do głowy czasem jako słowa, a czasem w postaci obrazów. Zdarzało mi się nawet, że nie potrafiłem pomyśleć jakiejś idei za pomocą słów... Jednakże obraz związany z tą myślą – choćby to, jak biegłem, gdy lało jak z cebra, i co wtedy odczuwałem – natychmiast pojawiał mi się w głowie. Czasami znów myślałem o czymś za pomocą słów, lecz za nic nie potrafiłbym nadać owej myśli postaci wizualnej: bywało tak na przykład w przypadku czarnego światła, śmierci matki czy nieskończoności.

A może wciąż byłem dzieckiem i potrafiłem czasami nie myśleć o tym, o czym myśleć nie chciałem. Niekiedy bywało jednak odwrotnie: nie umiałem pozbyć się z głowy obrazu albo słowa, o których usilnie pragnąłem nie myśleć.

Ojciec nie odzywał się przez długi czas. Czasem nie mogłem sobie przypomnieć jego twarzy. Czułem się wtedy, jakby wyłączono prąd, a wszystko, co miałem przed oczami, nagle znikło.

Pewnego wieczoru wybrałem się samotnie na spacer w stronę Pałacu Lipowego. Drzwi Vity były zamknięte i w dodatku zawieszono na nich czarną kłódkę, tak jakby nikt nie miał ich już nigdy otworzyć. Z pałacowego ogrodu wypełzała mgła.

Niedługo później matka powiedziała, że nie dostaje już nic ani od ojca, ani z apteki i że nasza sytuacja finansowa jest bardzo zła. Ja nie miałem żadnych wydatków oprócz tych na kino, bułki z kebabem i komiksy. Do liceum Kabataş chodziłem pieszo. Miałem kolegów, którzy handlowali starymi numerami magazynów komiksowych lub je wypożyczali. Nie chciałem jednak tak jak oni stawać w weekendy przy bocznych wejściach do kin dzielnicy Beşiktaş czy na okolicznych uliczkach i cierpliwie czekać na klientów.

Lato 1985 roku spędziłem, pracując jako sprzedawca w księgarni U Deniza, mieszczącej się w centrum Beşiktaşu. Do moich najważniejszych obowiązków należało wyrzucanie ze sklepu złodziejaszków, z których niemal wszyscy byli jeszcze uczniami. Od czasu do czasu szef, pan Deniz, zabierał mnie samochodem do dzielnicy Cağaloğlu, gdzie kupowaliśmy książki. Szef widział, że nigdy nie zapominam nazwisk pisarzy ani nazw wydawnictw, i bardzo mnie lubił; pozwalał mi pożyczać książki do domu i oddawać po przeczytaniu. Owego lata bardzo dużo czytałem: powieści dla dzieci, Podróż do wnętrza Ziemi Juliusza Verne’a, wybór opowiadań Edgara Allana Poego, tomiki poezji, powieści historyczne opisujące przygody wojowników osmańskich, przeczytałem także pewną antologię poświęconą snom. Jeden z tekstów zamieszczonych w tej ostatniej pozycji miał odmienić całe moje życie.

Do księgarni przychodzili też czasami literaci, znajomi pana Deniza. Kiedy szef mnie im przedstawiał, mówił, że w przyszłości będę pisarzem. To ja niepotrzebnie zwierzyłem mu się pewnego razu z tej fantazji. W niedługim jednak czasie pod wpływem szefa zacząłem ją brać poważnie.

II

Matka nie była jednak zadowolona z pieniędzy, jakie zarabiałem w księgarni. Moja pensja miała pokryć przynajmniej koszty kursów przygotowawczych do egzaminów wstępnych na uniwersytet. Po zniknięciu ojca bardzo zbliżyliśmy się z matką, lecz moja decyzja o zostaniu pisarzem nadal budziła jej śmiech. Najpierw miałem się dostać na dobre studia.

Pewnego dnia po powrocie ze szkoły, kierowany instynktem, zajrzałem do szaf i komód w sypialni rodziców i zobaczyłem, że nie ma w nich koszul ani innych rzeczy ojca. Zapach jego wody kolońskiej i tytoniu wciąż jednak utrzymywał się w pokoju. Nie rozmawiałem z matką o ojcu i zdawało mi się, że nawet jego wyobrażenie szybko zaciera mi się w pamięci.

Gdy ukończyłem drugą klasę liceum, przeprowadziliśmy się ze Stambułu do pobliskiego Gebze. Był początek czerwca. Zamieszkaliśmy tam za darmo w przybudówce do należącego do męża mojej ciotki domu z ogrodem. Przez pierwszą połowę lata miałem wykonywać pracę załatwioną przez wuja i odkładać pieniądze, tak by od sierpnia móc wrócić jako sprzedawca do księgarni U Deniza, a jednocześnie rozpocząć kurs przygotowawczy do egzaminów wstępnych, które miały się odbyć za rok. Wiedząc, że mi smutno, iż opuszczamy Beşiktaş, pan Deniz zasugerował, że jeśli zechcę – mogę czasami nie wracać pod Stambuł i zostawać na noc w księgarni.

Praca, którą załatwił mi wuj, polegała na pilnowaniu ogrodu warzywnego oraz sadu z czereśniami i morelami, mieszczących się na obrzeżach Gebze. W ogrodzie zobaczyłem altanę oraz stojący w niej stary stół i sądziłem, że będę miał dużo czasu, by siedzieć przy nim i czytać. Myliłem się. Był sezon na czereśnie i hałaśliwe, bezczelne wrony całymi stadami atakowały gałęzie, a dzieci oraz robotnicy z wielkiej budowy, która trwała w sąsiedztwie, co chwilę przychodzili wykradać owoce i warzywa.

W ogrodzie obok sadu kopano studnię. Chodziłem tam czasami i przyglądałem się pracy mistrza w dole oraz dwóch jego pomocników na powierzchni.

Chłopcy obracali drewnianym kołowrotem, wydającym przyjemny jęk, wciągając na górę jedno po drugim wiadra ziemi wysłane ze studni przez mistrza, po czym opróżniali je do stojących obok taczek. Następnie, gdy pomocnik będący moim rówieśnikiem wywoził ziemię na taczkach, ten starszy i wyższy krzyczał do studni: „Uwagaaa!”, po czym z powrotem spuszczał wiadro.

Przez cały dzień mistrz rzadko wychodził na górę. Po raz pierwszy zobaczyłem go, gdy palił papierosa podczas południowej przerwy. Był wysoki, przystojny i szczupły jak mój ojciec. W przeciwieństwie do niego jednak nie był spokojny i uśmiechnięty, lecz pełny gniewu. Często strofował pomocników. Nie podobało im się, że byłem świadkiem tych przygan, więc starałem się nie zbliżać do studni, gdy mistrz wychodził na powierzchnię.

Pewnego dnia w połowie czerwca od strony studni dotarły do mnie wesołe okrzyki i odgłosy wystrzałów. Podszedłem, by zobaczyć, co się stało: mistrz dokopał się do wody, a pochodzący z Rize właściciel działki przybiegł na miejsce, gdy tylko usłyszał pomyślne wieści, i z radości strzelał z pistoletu w powietrze. Poczułem słodki zapach prochu. Właściciel wypłacił mistrzowi i jego pomocnikom premię. Studni miał używać na budowie, którą zamierzał rozpocząć na działce. W tamtych czasach sieć wodociągowa nie docierała jeszcze na obrzeża Gebze.

W kolejnych dniach nie słyszałem już, by mistrz ganił pomocników. Furmanka przywiozła torby z cementem oraz trochę metalu. Pewnego popołudnia mistrz odlał dookoła studni betonową cembrowinę i założył na nią metalową klapę. Ponieważ wszyscy byli już w doskonałym nastroju, częściej do nich zachodziłem.

Kilka dni później wybrałem się tam, sądząc, że nikogo nie ma w pobliżu. Nagle spomiędzy drzew oliwnych i czereśni wyłonił się mistrz Mahmut. W ręku trzymał część silnika elektrycznego, który montował w studni.

– Chłopcze! – zawołał. – Widzę, że cię ta robota interesuje!

Pomyślałem o bohaterach Juliusza Verne’a, którzy wchodzili pod powierzchnię Ziemi z jednej strony i wychodzili z drugiej.

– Zaczynam kopać studnię za Küçükçekmece. Moi pomocnicy odchodzą. Chcesz jechać ze mną?

Widząc moją konsternację, dodał, że dobry pomocnik studniarza zarabia cztery razy więcej niż stróż w sadzie. Praca miała potrwać około dziesięciu dni, więc szybko mógłbym wrócić do domu.

– Wykluczone! – powiedziała matka. – Nie będziesz żadnym studniarzem. Pójdziesz na studia i będziesz się pięknie uczył.

Perspektywa szybkiego zarobku nie dawała mi jednak spokoju. Uparcie tłumaczyłem matce, że dzięki tej pracy w niecałe dwa tygodnie zdobędę tyle pieniędzy, ile w sadzie wuja zarobiłbym w dwa miesiące, i że dzięki temu więcej czasu będę mógł poświęcić na kursy do egzaminów oraz lekturę książek, które chciałem przeczytać. Zacząłem nawet biednej mamusi grozić:

– Jak mi nie pozwolisz, ucieknę z domu.

– Nie gaś w chłopaku zapału, jeśli chce pracować i zarabiać pieniądze – powiedział wuj. – Popytam i dowiem się, co to za jeden ten studniarz.

Wuj, matka i mistrz Mahmut spotkali się beze mnie w kancelarii prawniczej wuja, mieszczącej się w budynku urzędu gminy. Ustalili, że w razie potrzeby to nie ja będę schodził do studni, lecz drugi pomocnik. Wuj poinformował mnie, ile wyniesie moja dniówka. W domu do starej walizki ojca spakowałem koszule i parę tenisówek, których używałem na lekcjach WF-u.

Furgonetka, która miała nas zabrać na miejsce, była tamtego deszczowego dnia sporo spóźniona, i matka kilkakrotnie płakała w naszym jednopokojowym domu z przeciekającym dachem; prosiła, bym zmienił zdanie, mówiła, że będzie tęsknić i że może nie powinniśmy podejmować tak pochopnych decyzji, kierując się jedynie brakiem pieniędzy.

Gdy z walizką w ręku i z podniesionym czołem opuszczałem dom, obiecałem matce, żartobliwie naśladując stanowczy ton ojca, który ten przybierał, udając się do sądu:

– Nie będę schodził do studni.

Furgonetka czekała na placu za dużym, starym meczetem. Widząc, że się zbliżam, palący papierosa mistrz Mahmut przyjrzał się z uśmiechem dumnego nauczyciela mojemu ubraniu, sposobowi chodzenia i walizce, którą trzymałem w ręku.

– Chodź, wsiadaj, jedziemy – powiedział.

Usiadłem pomiędzy mistrzem a kierowcą pana Hayriego, biznesmena, który zlecił kopanie studni. Przez pierwszą godzinę drogi nie odezwaliśmy się ani słowem.

Gdy przejeżdżaliśmy mostem na drugą stronę Bosforu, patrzyłem uważnie na dół, w lewo, na Stambuł, na moje liceum w dzielnicy Kabataş i próbowałem dostrzec znajome budynki Beşiktaşu.

– Nie martw się, robota szybko się skończy – zapewniał mistrz Mahmut. – Zdążysz jeszcze na kurs.

Ucieszyłem się, że matka i wuj opowiedzieli mu o moich troskach; nabrałem do niego zaufania. Po przejechaniu przez most utknęliśmy w stambulskich korkach i dopiero gdy zachodzące słońce wbiło nam prosto w oczy swoje palące promienie, udało nam się wyjechać za miasto.

Niech dzisiejszego czytelnika nie zmyli to, że piszę o wyjeździe za miasto. Stambuł liczył sobie wówczas pięć milionów mieszkańców, a nie piętnaście jak dziś, gdy opowiadam tę historię. Gdy tylko wyjechało się trochę za bizantyńskie mury, zabudowa stawała się rzadsza, budynki mniejsze i biedniejsze, a zaczynały się fabryki, stacje benzynowe i motele.

Przez jakiś czas jechaliśmy wzdłuż torów kolejowych, po czym gdy zapadała już ciemność, odbiliśmy od głównej drogi. Minęliśmy jezioro Büyükçekmece. Raz czy dwa widziałem cyprysy... Oglądałem cmentarze, betonowe mury, puste przestrzenie... Przez większość czasu nie było jednak widać nic i choć patrzyłem bardzo uważnie, nie potrafiłem się zorientować, gdzie jesteśmy. Niekiedy widzieliśmy pomarańczowe światło padające z okna, za którym jakaś rodzina zasiadała do kolacji, a po chwili – neony fabryk. Droga zaczęła prowadzić pod górę. Gdzieś w oddali się błyskało i niebo na chwilę robiło się jasne, lecz ta ziemia niczyja, przez którą jechaliśmy, zdawała się wciąż pozostawać w mroku. Czasem w świetle, którego źródeł nie potrafiłem ustalić, widziałem ciągnące się w nieskończoność nieurodzajne grunty, nieporośnięte drzewami i niezabudowane działki, lecz potem traciłem je z oczu w ciemności.

Wreszcie zatrzymaliśmy się w jakimś miejscu tego pustkowia. Nigdzie w pobliżu nie było widać ani świateł, ani latarni, ani żadnego domu, więc myślałem, że stara furgonetka się zepsuła.

– Pomóż mi to wyładować – polecił mi mistrz Mahmut.

Zdjęliśmy z wozu drewno, części kołowrotu, naczynia, dwa materace owinięte sznurem i proste plastikowe torby wyładowane narzędziami do kopania i innymi przedmiotami.

– No to powodzenia! – rzucił kierowca i odjechał, a ja się przestraszyłem, widząc, że zostaliśmy w całkowitej ciemności. Przed nami się błyskało, ale z tyłu niebo było bezchmurne i gwiazdy lśniły całą mocą. W oddali widać było żółtą mgłę odbijających się od chmur świateł Stambułu.

 

Ziemia była wilgotna od deszczu, a gdzieniegdzie całkiem mokra. Znaleźliśmy sobie na płaskim terenie suche miejsce. Tam zanieśliśmy rzeczy.

Mistrz próbował postawić namiot, używając tyczek, które zdjęliśmy z furgonetki. Za nic jednak nie potrafił tego zrobić. Linki, które należało napiąć, i śledzie, które należało wbić w ziemię, przepadły gdzieś w ciemnościach, a przez ów mrok wszystko stawało się w mojej duszy problemem nie do rozwiązania.

– Złap tam, nie tu – upominał mnie co chwilę mistrz Mahmut.

Usłyszeliśmy pohukiwanie sowy. Zastanawiałem się, czy koniecznie musimy stawiać namiot, skoro deszcz już ustał, lecz czułem szacunek dla determinacji mistrza. Ciężka brezentowa tkanina pachnąca wilgocią opadała na nas jak noc i za nic nie chciała się zatrzymać.

Namiot udało nam się rozstawić długo po północy; rozłożyliśmy materace i się położyliśmy. Chmury, które przyniosły letni deszcz, odpłynęły już gdzieś w dal i zaczęła się jasna, gwieździsta noc. Uspokoiłem się, gdy usłyszałem, że gdzieś w pobliżu cyka świerszcz. Natychmiast zapadłem w sen.

III

Gdy się obudziłem, byłem w namiocie sam. Słyszałem brzęczenie pszczoły. Wstałem i wyszedłem na zewnątrz. Słońce wzniosło się już na tyle, że oczy rozbolały mnie od światła.

Byłem na płaskim terenie, położonym dosyć wysoko. Po mojej lewej stronie zbocze łagodnie opadało na południowy wschód, ku Stambułowi. Na dole, w oddali, były dwa pola kukurydzy, mieniące się jasną zielenią i żółtością, pola pszenicy, puste działki oraz jałowe, skaliste ziemie. Na równinie widać było domy i meczet jakiegoś miasteczka, lecz widok zasłaniało mi pobliskie wzgórze i nie umiałem ocenić, jak duża jest ta miejscowość.

Gdzie był mistrz Mahmut? Niesiony wiatrem odgłos trąbki uświadomił mi, że ołowianoszare budynki znajdujące się za miasteczkiem należą do bazy wojskowej. Za nimi, daleko, majaczyły fioletowo góry. Przez chwilę miałem wrażenie, że cały świat pogrążył się w głębokiej ciszy, jakby wyjętej ze wspomnień. Cieszyło mnie, że tu jestem, z dala od Stambułu i od wszystkich ludzi, że sam mogę zarabiać na własne życie.

Z równiny pomiędzy miasteczkiem a bazą wojskową odezwał się gwizd lokomotywy. Spojrzałem w tamtą stronę uważnie i dostrzegłem skład zmierzający w stronę Europy. Pociąg zbliżył się nieco do wzgórza, po czym z gracją wykręcił i zatrzymał się na stacji.

Po chwili zobaczyłem mistrza Mahmuta wracającego z miasteczka. Najpierw podążał szosą, ale potem zaczął skracać sobie drogę, przechodząc przez puste działki i pola.

– Kupiłem wodę – powiedział. – Zrób mi herbatę.

Gdy przyrządzałem napar na małym palniku gazowym, tą samą furgonetką, którą tu przybyliśmy, przyjechał właściciel działki, pan Hayri. Z paki zszedł też jakiś chłopak, nieco starszy ode mnie. Z rozmów wywnioskowałem, że Ali – bo tak miał na imię – zatrudniony jest przez właściciela i że będzie schodził do studni zamiast pomocnika z Gebze, który w ostatniej chwili zrezygnował z przyjazdu.

Mistrz Mahmut i pan Hayri długo chodzili w tę i we w tę. Działka, gdzieniegdzie goła, a gdzieniegdzie pokryta kamieniami lub porośnięta trawą, miała powierzchnię ponad hektara. Od strony, w którą udali się mężczyźni, wiał lekki wiatr i nawet gdy dotarli do najdalszego krańca działki, słyszeliśmy, że dyskutują, że nie potrafią dojść do porozumienia. Ruszyłem w ich kierunku. Pan Hayri, producent tekstyliów, chciał na tej nieurodzajnej ziemi postawić zakład mycia i farbowania tkanin, o który dopominały się wielkie firmy eksportujące materiały do wielu krajów. Potrzebował w tym celu dużych ilości wody.

Pan Hayri kupił tę działkę, do której nie docierały ani wodociągi, ani prąd, po bardzo niskiej cenie. Obiecywał sowite wynagrodzenie, jeśli uda nam się znaleźć wodę. Zapewniał, że po wykopaniu studni jego znajomi politycy pomogą w doprowadzeniu na ten teren linii energetycznej. A wtedy powstanie tu zakład z prawdziwego zdarzenia, z pracowniami barwiarskimi, pralniami, magazynami, eleganckim budynkiem dyrekcji, a nawet stołówką – pewnego dnia pan Hayri przywiózł ze sobą plany, by je nam pokazać. W oczach mistrza Mahmuta widziałem wyrozumiałość dla właściciela działki i zaciekawienie jego wizją, lecz tym, co interesowało nas obu naprawdę, były prezenty i nagrody, które obiecano nam, jeśli znajdziemy wodę.

– Niech Bóg wam sprzyja i sprawi, że wasze dłonie będą silne, a oczy uważne – powiedział pan Hayri, niczym dowódca wyprawiający w drogę wojsko osmańskie. Gdy furgonetka się oddalała, wychylił się przez okno i nam pomachał.

W nocy, nie mogąc zasnąć z powodu chrapania mistrza, wysunąłem głowę z namiotu. Nie było widać świateł miasteczka; niebo było granatowe, lecz w świetle gwiazd świat wydawał się pomarańczowy. Siedzieliśmy więc na powierzchni ogromnej pomarańczy i w ciemności próbowaliśmy spać. Czy czyniliśmy słusznie, marząc o tym, by zamiast wzlecieć ku niebu i sięgnąć światła gwiazd, dostać się w głąb ziemi, na której byliśmy?