Zaginione wrotaTekst

Z serii: Zaginione wrota #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału

THE LOST GATE

Copyright © 2010 by Orson Scott Card

All rights reserved

Projekt okładki:

Dark Crayon/Piotr Cieśliński

Redakcja

Agnieszka Rosłan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-7961-524-7

Warszawa 2012

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Erin i Phillipowi Absherom

Po wszystkim, co wspólnie przez lata przeżyliśmy,

Od Kalifornii do Kansas,

Od Prowansji do Myrtle Beach,

Ze wszystkimi napotkanymi po drodze magiami

– Ta książka jest dla Was

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

DREKKA

Danny North dorastał w otoczeniu duszków leśnych, duchów, mówiących zwierząt, żywych kamieni, drzew, które chodziły, i bogów, którzy wywoływali wiatr i sprowadzali deszcz, niecili ogień z powietrza i dobywali żelazo z głębin ziemi tak łatwo, jak zwyczajni ludzie czerpią wodę ze studni.

Rodzina Northów mieszkała w osadzie położonej w zacisznej dolinie w zachodniej Wirginii i większość jej członków nigdy nie pokazywała się w mieście, bo trochę wstyd im było, że oni, bogowie, musieli w tych czasach sami robić zakupy i sprzedawać plony jak zwykli ludzie. Różne gałęzie rodziny tak często przez wieki splatały się ze sobą, że na prawie wszystkich dorosłych oprócz własnych rodziców mówiło się „ciociu” i „wujku”, a wszystkie dzieci uważało się za kuzynów.

Dla dziesiątków kuzynów Northów „miasto” było czymś odległym, jak „ocean”, „kosmos” i „rząd”. Co ich to obchodziło? No może tylko na lekcjach, kiedy ciocia Tweng lub ciocia Uck stukały ich w głowę palcem w naparstku, jeśli nie znali właściwych odpowiedzi.

Szkoła była czymś, co dzieci musiały przecierpieć rano, by móc poświęcić popołudnie na naukę stwarzania istot zwanych przez pospólstwo duszkami leśnymi, duchami, golemami, trollami, wilkołakami i innych podobnych cudów, które były dziedzictwem Northów.

Ten talent był ich dziedzictwem, jednak nie każdemu dziecku danym. Stryjeczny dziadek Zog często mamrotał pod nosem: „Krew za bardzo się rozrzedziła, krew za bardzo się rozrzedziła”, był bowiem głęboko przekonany, że Northowie osłabli w ciągu trzynastu i pół wieku od czasu, kiedy Zły zamknął wrota. „Inaczej dlaczego mielibyśmy tylu słabeuszy, co to nie potrafią wysłać swojego zewnętrznego ja dalej niż na sto metrów? – powiedział kiedyś. – Dlaczego mamy tak mało dzieci, które potrafią wzbudzić klanta z czegoś solidniejszego od pyłków i kurzu albo związać się sercem z członkiem swojego klanu? Skąd biorą się w każdym pokoleniu takie nędzne drekki jak Danny? Grzebanie ich na Hammernip Hill nie wzmocniło nas. Nic nas nie wzmacnia”.

Danny usłyszał to, kiedy miał jedenaście lat i wcale jeszcze nie było pewne, czy rzeczywiście jest drekką. Wiele dzieci nie wykazywało żadnych talentów, dopóki nie skończyły kilkunastu lat. Przynajmniej tak pocieszała go mama; jednak na podstawie słów stryjecznego dziadka Danny zaczął w to wątpić. Jak to możliwe, by „wiele” dzieci nie wykazywało żadnych talentów, skoro dziś on był jedynym w rodzinie dzieckiem w wieku powyżej dziewięciu lat, które nawet nie mogło stwierdzić, czy w ogóle ma zewnętrzne ja, a co dopiero wysłać je w świat? Kiedy inne dzieci wykorzystywały swoje zewnętrzne ja, żeby ściągać od Danny’ego na klasówkach, on nie potrafił nawet wyczuć ich obecności, a co dopiero im przeszkodzić.

– Przegońże ich, co? – zażądała kiedyś ciotka Lummy. – Tylko ty się uczysz, ale wszyscy dostają te same oceny co ty, bo dajesz im ściągać!

– Wiem – powiedział Danny – ale jak mam ich przegonić, kiedy ich nie widzę ani nie wyczuwam?

– Po prostu staraj się być większy, niż jesteś – poradziła mu. – Pilnuj swojej prywatnej przestrzeni. Nie dawaj sobie wchodzić na głowę!

Te słowa nic dla Danny’ego nie znaczyły, bez względu na to, jak bardzo starał się wcielić je w życie, i ściąganie trwało w najlepsze dotąd, aż Lummy i inne ciotki, które były nauczycielkami, zostały zmuszone do przygotowywania oddzielnych klasówek, jednej dla Danny’ego i jednej dla reszty. Bezpośredni skutek był taki, że w wieku dwunastu lat Danny szybko został jedynym uczniem w swojej klasie, bo pozostałych cofnięto do klas niższych. W świecie zewnętrznym Danny byłby na poziomie trzeciej klasy gimnazjum, dwa lata przed czasem.

Inne dzieci znielubiły go i albo z niego drwiły, albo w ogóle nie chciały z nim rozmawiać, jako z drekką. „Nie jesteś jednym z nas”, mówiły – często dokładnie tymi słowami. W czasie wolnym nie zabierały go na swoje eskapady; nie wybierały go do swoich drużyn; nigdy mu nie mówiły, kiedy jedna z ciotek rozdawała ciastka albo inne przysmaki; i zawsze musiał sprawdzać, czy nie ma w swojej szufladzie pająków, węży albo psich kup. Szybko się do tego przyzwyczaił i wiedział, że nie może o tym powiedzieć żadnemu z dorosłych. Co by mu to dało? Jak dobrze by się bawił, gdyby jakiś dorosły zmusił pozostałe dzieci, żeby zabrały go ze sobą? Jakie psikusy płatałyby po tym, jak dostałyby w skórę za umazanie kupą jego czystych ubrań?

Dlatego w owym idyllicznym świecie duszków i duchów, bogów i mówiących zwierząt Danny był bardzo samotny.

Znał wszystkich; wszyscy byli z nim spokrewnieni. Jednak kazano mu wstydzić się za wszystko, co robił dobrze, a jeszcze bardziej za to, czego robić nie potrafił, i nawet tych kuzynów, którzy traktowali go życzliwie, postrzegał tak, jakby ich życzliwość była litością. Któż bowiem mógł szczerze lubić chłopca tak mało wartego, przez którego linia rodu Northów, już osłabiona, słabła coraz bardziej, a on był z nich wszystkich najsłabszy.

Ironia polegała na tym, że Danny od urodzenia wychowywany był osobno, a nie z innymi dziećmi – ale z dokładnie przeciwnego powodu. Jego ojciec, Alf, Brat Skały z darem do czystych metali, znalazł sposób, jak wniknąć do żelaza, z którego zrobione są maszyny, i sprawić, by działały prawie bez tarcia i bez konieczności smarowania. Była to tak pożyteczna i dotąd niespotykana umiejętność, że wybrano go na głowę rodziny i, co za tym idzie, mianowano Odynem, Danny jednak mówił do niego z szacunkiem „Baba”.

Matka Danny’ego, Gerd, była tylko trochę mniej nadzwyczajna; magini światła, nauczyła się zmieniać barwę załamanych promieni światła tak, by różne rzeczy stawały się niewidoczne, chowały się w cieniu bądź świeciły jasno jak słońce. Stary Gyish, ówczesny Odyn, przez wiele lat nie pozwalał na ślub Alfa i Gerd w obawie, że połączenie dwu tak potężnych gałęzi rodu zaowocowałoby wydaniem na świat kogoś strasznego – maga wrót, którego Northom nie wolno było już nigdy mieć, albo zaklinacza ludzi, którego wszystkie rodziny przysięgły unicestwić.

Kiedy jednak Gyish ustąpił po ostatniej przegranej wojnie i mag maszyn Alf został mianowany Odynem na jego miejsce, rodzina niemal jednogłośnie wyraziła zgodę na to małżeństwo. Jego owocem był Danny, dziecko, które jak żadne od wielu pokoleń zasługiwało na miano królewicza.

Wszyscy dorośli rozpieszczali Danny’ego we wczesnym dzieciństwie. Był złotym chłopcem i wiele się po nim spodziewano. Od małego inteligentny, szybko nauczył się czytać, biegle opanował wszystkie języki Northów, miał zręczne palce, biegał i skakał jak sportowiec, był aż nazbyt ciekawy i prawie każdego potrafił rozśmieszyć. Jednak w miarę jak dorastał, te cechy nie mogły przysłonić jego zupełnego braku harmonii z którąkolwiek z magii rodziny.

Danny próbował wszystkiego. Uprawiał ogródek u boku kuzynów obeznanych z ziołami, drzewami i trawami – tych, którzy jako dorośli magowie mieli dopilnować, by farmy Northów pozostały tak zadziwiająco urodzajne jak dziś. Jednak rośliny wysiane jego ręką wschodziły słabo, nie potrafił też wyczuć tętniącego pulsu drzewa.

Wałęsał się po lesie z tymi, którzy znali się na zwierzętach – tymi, którzy, jeśli tylko zdołają ustanowić głęboką więź z wilkiem, niedźwiedziem czy (kiedy z niczym większym się nie uda) wiewiórką lub wężem, zostaną Przyjaciółmi Oka albo Braćmi Szpona i będą przemierzać świat w zwierzęcej postaci, gdy tylko zechcą. Jednak wszelkie stworzenia uciekały przed nim, warczały lub wręcz brały się do gryzienia, nie znalazł więc wśród zwierząt przyjaciół.

Próbował zrozumieć, co to znaczy służyć kamieniowi, wodzie, wiatrowi czy elektryczności przeszywającej powietrze błyskawicy. Jednak kamienie siniaczyły mu palce i poruszały się na jego wezwanie, tylko kiedy je rzucał; wiatr jedynie kołtunił mu włosy; a z burz i stawów wychodził przemoczony, zmarznięty i bezsilny. Nie był cudownym dzieckiem, przeciwnie, jeśli chodzi o magię, uczył się powoli. Gorzej niż powoli. Nie robił żadnych widocznych postępów.

A mimo to, pomijając samotność, nie narzekał na los. Długie wędrówki po lesie sprawiały mu przyjemność. Jako że nie przyciągał drzew ani zwierząt, po prostu biegł, szybki i niestrudzony. Na początku biegał tylko w obrębie osady, bo inaczej drzewa strzegące granic pochwyciłyby go i podniosły alarm, sprowadzając dorosłych Strażników Nasion i nawet wujka Poota, aktualnie jedynego Żywicznika w rodzinie – a oni nie daliby mu odejść.

Jednak ostatniej zimy – może dlatego, że drzewa były uśpione i mniej czujne – znalazł trzy różne trasy, które pozwalały mu obejść drzewa wartowników z daleka. Zdawał sobie sprawę, że jako prawdopodobny drekka jest obserwowany – nigdy nie wiedział, czy nie śledzi go zewnętrzne ja któregoś z dorosłych. Dlatego za każdym razem docierał do tych tajnych przejść inną drogą. Chyba nikt nigdy go nie widział, kiedy przekraczał granicę ziemi Northów. A przynajmniej nikt nigdy mu tego nie zarzucił.

 

Znalazłszy się na swobodzie, biegł i biegł w pierwszym lepszym kierunku. I jakże był szybki! Pokonywał wiele kilometrów, a mimo to zdążał na kolację do domu. Zatrzymywał się, dopiero gdy napotykał szosę, ogrodzenie, dom, fabrykę lub miasto, po czym pod osłoną lasu, chaszczy albo krzaków patrzył, jak suszłacy żyją swoim życiem, i myślał: Z natury jestem jednym z tych ludzi bez żadnych magicznych darów ani mocy, żyjących z pracy rąk albo ze słów płynących z ust.

Z jedną małą różnicą: suszłacy nie wiedzieli, że są pozbawieni wszystkiego, co na świecie szlachetne. Nie mieli poczucia utraconej spuścizny. Rodzina Northów ignorowała ich, zupełnie się nimi nie zajmowała. Gdyby jednak Danny spróbował odejść, wszelkie tajemnice rodziny byłyby zagrożone. Wszystkie opowiadane ciemnymi nocami historie o zdrajcach, o wojnach między westiliańskimi rodami kończyły się tym samym morałem: każdy, kto przeciwstawi się rodzinie i bez zezwolenia ucieknie z osady, zostanie odnaleziony i zabity.

W tym okresie swojego schyłku Northowie może nie mieli tyle mocy co w czasach, zanim Loki zamknął wrota, przed wiekami wojen z pozostałymi rodami. Byli jednak niezrównanymi myśliwymi. Nikt nie mógł im uciec. Danny wiedział, że ilekroć opuszczał osadę, brał swoje życie we własne ręce. Był szalony, że to robił. Jednak poza osadą czuł się wolny. Świat był tak wielki, tak pełen ludzi, którzy jeszcze nim nie gardzili.

Nie mają talentów jak nasze, a mimo to budują drogi, fabryki, budynki. Musimy sprowadzać ich maszyny, żeby klimatyzować nasze domy. Łączymy się z ich internetem, żeby czytać wiadomości i pisać e-maile do zaufanych zwiadowców, których rodzina wysyła w świat. Jeździmy samochodami, które kupujemy od nich. Jakim prawem czujemy się lepsi? Wszystkie te rzeczy są poza zasięgiem naszej mocy i kiedy westiliańskie rody władały światem jako bogowie Frygijczyków, Hetytów, Greków, Celtów, Persów, Hindusów, Słowian i oczywiście wikingów, życie zwykłych ludzi było okropne, brutalne i krótkie – a nasze wymagania wobec nich czyniły je jeszcze okropniejszym, krótszym i brutalniejszym.

Świat byłby lepszy, gdyby takich bogów w ogóle nie było. Braliśmy wszystko, co chcieliśmy, bo mogliśmy, zabijaliśmy każdego, kto wchodził nam w drogę, obalaliśmy królów i osadzaliśmy na tronie ich następców, wysyłaliśmy naszych uczniów na podboje – za kogo myśmy się uważali? W dawno zaginionym świecie Westil, gdzie talent miał każdy, może byłoby to sprawiedliwe, bo wszyscy mieliby mniej więcej równe szanse. Jednak tutaj w Mittlegardzie – na Ziemi – gdzie tylko kilka westiliańskich rodów posiadało takie moce, to było nie w porządku.

Takim to rozważaniom oddawał się Danny, kiedy patrzył, jak nastolatki wychodzą ze szkół średnich w Buena Vista i Lexington i rozjeżdżają się autobusami i samochodami. W domu nigdy nie pozwalał sobie na myślenie o takich sprawach, bo wtedy jego twarz mogłaby zdradzić odrazę lub oburzenie czymś, co zrobił jakiś krewny, bądź jakąś starą historią o przygodach przodka. Jego jedyną nadzieją na w miarę pożyteczne życie było przekonać pozostałych, że mogą mu zaufać na tyle, by wypuścić go w świat, że jego lojalność wobec rodziny jest i będzie niezachwiana.

Tymczasem ślęczał nad książkami, które dzieciom wolno było czytać, zwłaszcza mitologiami, i usiłował odróżnić prawdziwą historię Westilian od pasjonujących opowieści zebranych przez suszłaków. Kiedyś zapytał ciocię Uck, które z historii w „Mitologii Bulfincha” są prawdziwe, a ona tylko zgromiła go wzrokiem i powiedziała: „Wszystkie”, co było po prostu głupie.

Gdzieś tam były książki, które podawały całą prawdę. Wiedział, że rody spisywały swoje historie – historie sięgające tysięcy lat wstecz. Inaczej jak dorośli mogliby czynić zagadkowe aluzje do takiej czy innej osoby lub wydarzenia z zamierzchłej przeszłości? Oni wszyscy znali te historie i pewnego dnia powierzą zawarte w nich tajemnice dorastającym kuzynom – ale nie Danny’emu, choć to on najlepiej nadawał się do tego, by przeczytać, zrozumieć i zapamiętać. Jeśli miał poznać prawdę, musiał sam się do niej dokopać.

Na razie musiał pozostać przy życiu. Co znaczyło, że choć uwielbiał biegać poza osadą, robił to tylko od czasu do czasu – gdy nie mógł dłużej znieść tego więzienia i swojej samotności; kiedy nachodziła go myśl, że może najlepiej będzie po prostu pójść na Hammernip Hill, wykopać sobie grób, położyć się w nim i czekać, aż ktoś przyjdzie i dokończy robotę.

Kiedy to analizował, dochodził do wniosku, że bieganie poza osadą samo w sobie było rodzajem samobójstwa. Rosyjską ruletką bez wiedzy, ile w rewolwerze jest komór i ile kul. W chwili gdy dopadał tajnego wyjścia i biegł dalej, pociągał za spust.

Oczywiście nie był tak zupełnie samotny i otoczony wrogością. Wujowie i ciotki, kochający go od dzieciństwa, zdawali się kochać go nadal, choć niektórzy niewątpliwie stali się bardziej chłodni. A ponieważ Baba i mama nigdy go szczególnie nie hołubili, nie miał wrażenia, by ich dzisiejsza obojętność była inna niż kiedyś. Pod wieloma względami w domu czuł się normalnie. No, prawie.

Może kiedyś znajdzie sposób, by przydać się na coś rodzinie, a wtedy pozwolą mu żyć.

Namawiał dorosłych, żeby zrobili go rodzinnym ekspertem od komputerów.

– Pozwólcie mi założyć sieć lokalną. Czytałem o tym w internecie. Moglibyśmy mieć komputery w każdym domu, ba, w każdym pokoju, wszystkie korzystające z tego samego połączenia z internetem, żeby nie płacić operatorowi ani dolara więcej.

Jednak spytali tylko:

– Skąd ty to wiesz?

– Wyguglałem – odpowiedział.

Efekt był taki, że wprowadzono nową zasadę: odtąd dzieci mogły korzystać z komputerów tylko w obecności dorosłego i musiały w każdej chwili być w stanie pokazać, jak to, co mają na ekranie, wiąże się z pracą zadaną przez nauczyciela.

– Wielkie dzięki, drekko – szydzili Lem i Stem, kiedy następnego dnia przetrzepali mu skórę za stodołą na siano. Szczególnie rozzłościło ich to, że w wyniku inicjatywy Danny’ego ciocia Tweng znalazła ich pliki z pornografią, przez co dostali ostry ochrzan od ich matki drekki, pani Jane, i lanie jedną z najtwardszych drewnianych lasek wujka Poota.

Dlatego teraz, żeby się na coś przydać, Danny pomagał szkolić dzieci, które dopiero uczyły się robić klanty swoimi zewnętrznymi ja. Nie żeby wiedział cokolwiek o klantowaniu, ale ponieważ dzieciaki nie mogły widzieć tworzonych przez siebie klantów, Danny przyglądał się ich powstawaniu, a potem informował o efekcie końcowym. Zwykła obserwacja, ale ponieważ on wziął to na siebie, jeden z dorosłych mógł zająć się czymś innym.

Kłopot polegał na tym, że tymi dziećmi były Tina, Mona i Crista. Zamiast skupić się na swoim zadaniu – stworzyć klanta możliwie najbardziej naturalnych rozmiarów – robiły twory wielkości dłoni, a za to o możliwie najbardziej ponętnych kształtach. Te trzy dziewczyny w swoich rzeczywistych ciałach dopiero zaczynały przeobrażać się w kobiety, ale miniaturowe kobiece postacie, które składały się z opadłych gałązek, liści i skorup orzecha, miały bujne piersi i przesadnie zaokrąglone biodra. Leśne duszki, tak nazwałby je suszłak. Albo dziwki.

– Poskarżę się, uprzedzam! – zagroził dziewczynom Danny.

Strzępił język po próżnicy; żadna z nich nie była na tyle dobra w klantowaniu, żeby słyszeć cokolwiek za pośrednictwem swojego klanta. Widzieć jednak widziały – zewnętrzne ja widziało, czy było w postaci klanta, czy nie – i jedna z nich zauważyła ruch warg Danny’ego.

Niemal natychmiast trzy leśne duszki spojrzały na niego wyzywająco. Dwa zaprezentowały mu swoje piersi; trzeci odwrócił się, wypiął pośladki i pokręcił nimi z boku na bok. Nie mogły wyraźniej okazać swojej pogardy.

Danny się nie przejął. To i tak było lepsze niż wciry od Lema i Stema. Jednak jego obowiązkiem było dopilnować, żeby dziewczyny pracowały nad tym, nad czym miały pracować. Sam nie miał żadnej władzy, a nawet gdyby miał, i tak nie mógłby nic zrobić, gdyby mu się postawiły. Dorosły mógł wysłać swoje zewnętrzne ja, żeby dało klantom dziewczyn kuksańca, którego poczułyby też ich ciała rzeczywiste. Danny nie miał zewnętrznego ja, a przynajmniej jeszcze go nie znalazł. Jedyne, co mógł zrobić, to polecieć do dorosłego na skargę – ale zanimby go ściągnął, one już wróciłyby do tego, nad czym miały pracować, i dorosły zezłościłby się na Danny’ego.

Nie dlatego, że nie uwierzyłby jego słowu – Danny znany był z tego, że nie kłamał, a poza tym wszyscy dobrze wiedzieli, jakie są Tina, Mona i Crista. Jednak sam fakt, że musiał zawołać dorosłego, by zaprowadzić dyscyplinę, oznaczał, że tak naprawdę nie nadawał się na opiekuna klantów. Czasem Danny był dość sumienny, by donosić o takich wygłupach, lecz zwykle przedkładał własne przetrwanie nad osiągnięcie celu, jakim było zmuszenie dzieci do rozwijania swoich umiejętności, i puszczał im wszystko płazem.

Niebezpieczeństwo polegało na tym, że kiedy te dzieci dorosną, przypomną sobie, jak nieudolnym opiekunem był Danny, i nie tylko nie okażą mu wdzięczności za to, że ich za młodu nie wsypał, ale dojdą do wniosku, że nie mogą powierzyć mu własnych dzieci. Wtedy będzie już tylko biednym wujkiem Dannym – drekką. Albo biednym starym Dannym, ciałem pod bezimiennym nagrobkiem na Hammernip Hill.

Jedyne, co mógł, to rozwalić ich klanty kopnięciem, żeby musiały pozbierać ich części składowe i odtworzyć się od nowa. Zajmowało to tylko chwilę – robiły leśne duszki tych rozmiarów, odkąd miały dziewięć–dziesięć lat, a Danny był kochanym małym ośmiolatkiem, którego rozpieszczały, kiedy w pobliżu byli dorośli, i dręczyły, gdy ich nie było.

Cóż, mimo że Danny nie potrafił stworzyć klanta wielkości naparstka, na pierwszych lekcjach pilnie słuchał i zapamiętał to, co ci z talentem często zapominali. Na przykład przestrogę, żeby nie dać suszłakom schwytać małego, kruchego klanta.

– Wy jesteście w klancie – powiedział im wujek Poot – a klant jest w was. Jeśli złapią was w małej postaci, mogą nie pozwolić waszemu zewnętrznemu ja wrócić do waszego ciała, a wtedy będziecie zupełnie bezradni.

– Dlaczego nie można wtedy klanta porzucić? – zapytał Danny; w tych czasach jeszcze myślał, że te lekcje mu się do czegoś przydadzą.

– Żeby odrzucić od siebie części składowe klanta, trzeba kręcić się w kółko i skakać – tłumaczył wujek Poot. – Jeśli będziecie uwięzieni gdzieś, gdzie nie będzie na to dość miejsca, elementy klanta pozostaną z wami związane. Tak to po prostu jest.

– To ja zrobię klanta z nożyczkami – oznajmił chełpliwie Friggy, wówczas najlepszy kolega Danny’ego. – Wytnę dziurę i wydostanę się na wolność.

– Klanta z nożyczkami? – Wujek Poot się zaśmiał. – A czemu nie z pistoletem, żeby zastrzelić porywaczy z wnętrza wora, do którego cię złapali?

– Dziecięce klanty są małe i słabe – rzekł Danny. – Nie mają siły.

– Otóż to – przytaknął wujek Poot. – Syn Odyna nie zapomina niczego. Prawdziwy klant musi być naturalnej wielkości i pod każdym względem tak solidny jak wasze ciała. W przeciwnym razie jest to małek, słabiak albo twarz, co to nie tylko głazu, ale nawet nożyczek nie udźwignie.

Przypominając sobie te i podobne lekcje, Danny ściągnął T-shirt przez głowę i od niechcenia podrapał się w bok, jakby tylko po to się rozebrał. Dziewczyny nakazały swoim klantom wytykać go palcami i udawać, że tarzają się po ziemi ze śmiechu – potrafiły sprawić, by ich małki poruszały się jak żywe, trzeba przyznać – dla Danny’ego jednak liczyło się tylko to, że nie zwracały uwagi na grożące im niebezpieczeństwo. Narzucił koszulkę na dwa najbliższe duszki i uwięził je jak w worku.

Trzeci, wciąż wolny duszek podskoczył, smyrgnął po koszulce i jego rękach i uczepił się twarzy. To jednak była tylko drobna niedogodność – Danny odtrącił go machnięciem ręki i figurka klanta rozsypała się na kawałki. Spodziewał się, że ta dziewczyna – nie miał jak stwierdzić która, bo jeszcze nie były na tyle dobre, żeby dać swoim tworom twarz – opuści swoje zewnętrzne ja na ziemię i zrobi klanta od nowa, nie czekał więc, żeby to zobaczyć na własne oczy. Wziął T-shirt w zęby i zaczął wdrapywać się na najbliższe drzewo.

Był w tym najlepszy. Piął się do góry szybko, jakby frunął, lekko tylko odbijając się rękami i nogami od gałęzi. Uwięzione duszki raz po raz próbowały podskoczyć i zakręcić się wkoło, żeby zrzucić z siebie klanty i wrócić do ciał, nie miały jednak dość siły, tylko trochę potrząsały workiem.

 

Wysoko na drzewie Danny przywiązał T-shirt do wiotkiej gałęzi tak mocno, że klanty praktycznie nie mogły się ruszać. Potem zszedł z powrotem na dół dużo większymi skokami niż w drodze na górę. Kiedy znalazł się u stóp drzewa, po klancie trzeciej dziewczyny nie było śladu.

Zmierzał do domu, by powiedzieć wujkowi Pootowi, co zrobił, lecz po drodze dopadli go stryjeczny dziadek Zog i dziadzio Gyish i nie dali mu wytłumaczyć, że chciał tylko dać dziewczynom nauczkę.

– Gdzie one są?! – krzyczał dziadzio Gyish.

– Jakim trzeba być drekką, żeby pakować dzieci do wora?! – wrzeszczał stryjeczny dziadek Zog. – Na wzgórze cię za to poślę, ty złodzieju duszków, ty dręczycielu dzieci! – I zaczął potrząsać nim tak mocno, że Danny bał się, że głowa mu odpadnie. Stary Zog latał z orłami, jego ramiona i barki nabrały takiej masy, że jednym ruchem ręki mógł skręcić kark mocarzowi; w czasie wojen zrobił to nieraz. Dlatego Danny odetchnął z ulgą, kiedy zjawiły się ciocie Uck i Tweng i odciągnęły Zoga.

Cóż, kiedy stryjeczny dziadek i tak nie puścił – ciotki go ciągnęły, a on ciągnął Danny’ego, ściskając jego bark jak szponem. Chłopiec usiłował utrzymać się na nogach, żeby nie zwisnąć całym ciężarem z potężnej dłoni Zoga. Kto by pomyślał, że starzec może być tak silny?

Po kilku minutach zebrali się wszyscy dorośli obecni w osadzie i Danny nagle poczuł się jak na procesie – tyle że bez formalności prawnych, które znali z seriali telewizyjnych. Był Danny, była oskarżycielka – Crista, najstarsza z dziewczyn, i był Gyish, przewodniczący rozprawie pod nieobecność Baby, z Zogiem w roli prokuratora.

Na tym jednak podobieństwa do sprawiedliwego procesu się kończyły, nie było bowiem nikogo, kto przemówiłby w obronie Danny’ego. Nawet sam Danny nie mógł tego zrobić – ilekroć próbował się odezwać, albo dostawał w twarz od Zoga, albo Gyish uciszał go krzykiem. Dlatego jedyną wersją wydarzeń, jaką wszyscy poznali, była wersja Cristy.

– Bardzo starałyśmy się powiększyć nasze klanty – powiedziała – i nawet nie zauważyłyśmy, że Danny skrada się do nas z wielgachnym worem. Złapał nas wszystkie, ale ja uciekłam w ostatniej chwili, zanim zamknął wór z Tiną i Moną w środku. A potem połamał mojego klanta na kawałki i zanim mogłam poskładać się do kupy, był już wysoko na niebie.

– Odleciał? – dociekał Gyish.

– Tak! – krzyknęła Crista. – Odleciał, upuścił wór gdzieś poza osadą i one nigdy do nas nie wrócą!

Dopiero po chwili dotarło do niej, że się zagalopowała. Wszyscy dorośli kręcili głowami, a niektórzy śmiali się drwiąco.

– Danny? Odleciał? – kpił wujek Poot. – Gdyby tylko potrafił!

– Sami widzicie, że Crista kłamie – powiedział wujek Mook. – Może nic z tego, co powiedziała, nie jest prawdą.

– To wcale nie kłamstwo! – Gyish nawet nie próbował zachowywać pozorów bezstronności. – Widziałem biedne dziewczynki leżące bez życia w domu! Dzieci tak młode nie mają dość siły, żeby przywołać swoje zewnętrzne ja, kiedy klant zostanie schwytany! Ani nie potrafią obudzić ciała, kiedy zewnętrzne ja klantuje! Mogą się nigdy nie ocknąć!

– Posłuchajmy, co Danny ma do powiedzenia – powiedziała ciotka Lummy łagodnie.

Zog odwrócił się do niej z furią.

– Drekka nie ma prawa głosu!

– Ale syn Odyna i Gerd ma prawo wystąpić w swojej obronie – stwierdziła Lummy. A Mook, jej mąż, stanął u jej boku, żeby przydać mocy tym słowom.

– I cóż od niego usłyszymy, jak nie kłamstwa?! – krzyczał Gyish. – Już ja znam te drekki i suszłaków, wszystko powiedzą, byle ocalić swoje podłe życie!

– Skoro tak bardzo zależy mu na tym, żeby ocalić życie – zauważyła ciotka Lummy – po co miałby zrobić krzywdę dzieciom, które powierzyliśmy jego opiece?

– Bo oni nas nienawidzą! Drekki nienawidzą nas bardziej niż suszłacy! – Gyish niemal toczył pianę z ust. Danny uświadomił sobie, co kryło się za pomrukami i burknięciami, którymi Gyish zwykle porozumiewał się ze światem. Gniew i wstyd po przegranej wojnie i utracie tronu Odyna zmieniły dziadka w tego jadowitego starego gnoma; tak przynajmniej w tej chwili wyglądał, bo zgarbił się i wymierzył drżący palec w ciotkę Lummy, jakby zamierzał przebić nim jej serce, jeśli postąpiłaby krok w jego stronę.

– Dyrdymały pleciesz – powiedziała ciocia Uck. – Zachowujesz się jak dziecko, dziadziu Gyish, a ty, Zog, brutal jesteś i tyle. Natychmiast puść tego chłopca, pewnie złamałeś mu bark, a wiesz, że już nie mamy pierwszorzędnego uzdrowiciela. – Znów odwróciła się do Gyisha. – Czego gorzko pożałujesz, jeśli ze złości dostaniesz apopleksji!

Dopiero ten rzeczowy ton cioci Uck zmusił Gyisha, żeby wrócił do swojego zwykłego mamrotania, Zog zaś rzucił Danny’ego na ziemię i stanął nad nim z zaciśniętymi pięściami, czekając, czy okaże się na tyle głupi, by spróbować się podnieść.

Nie musiał się o to martwić. Ramię tak bardzo bolało, że Danny mógł tylko leżeć, trzymać się za nie drugą ręką i powstrzymywać łzy.

– Danny, powiedz nam, co się stało – poprosił wujek Mook.

– Przecież już wszystko powiedziałam! – krzyknęła Crista.

Wujek Poot uciszył ją srogim spojrzeniem.

– Wysłuchaliśmy już twoich kłamstw, dziewczyno. Teraz zobaczymy, czy Danny wymyśli lepsze.

– No, chłopcze? – ponaglił go Zog. – Odpowiadaj!

– Wcale się nie powiększały – rzekł Danny – tylko robiły sobie duże cycki.

– No to co! – krzyknął Gyish. – Nawet jeśli, co z tego?! Są małe i głupie, więc stroją durne żarty!

– Wiedziałem, że jeśli po ciebie pójdę, wujku Poot, skłamią i powiedzą, że próbowały się powiększyć.

– Nie uwierzyłbym im – odparł Poot.

– Ale też byś ich nie ukarał i dalej robiłyby to samo.

Dorośli mruknęli potakująco.

– Co, teraz będziesz mnie krytykował? – odparował wujek Poot. – Chcesz powiedzieć, że nie umiem szkolić młodych?

– To nie usprawiedliwia łapania ich do wora! – wykrzyknął Zog. Także i tym razem rozległy się potakujące pomruki.

– Nie miałem wora – rzekł Danny. – Zdjąłem koszulkę i podszedłem prosto do nich. Było oczywiste, co robię, nie moja wina, że nie uważały. Nie spodziewałem się, że je złapię! Chciałem je tylko nastraszyć, przypomnieć, żeby traktowały naukę poważnie. Kiedy zauważyłem, że dwie złapały się w koszulkę, nie wiedziałem, co robić. Gdybym je wypuścił, wyśmiałyby mnie i już nigdy bym ich nie zmusił do posłuszeństwa bez zawracania głowy jakiemuś dorosłemu. A przecież po to ich pilnuję, żebyście wy nie musieli tracić na to czasu, prawda?

Uprzytomnił sobie, że właśnie przyznał, że nie jest w stanie upilnować klantów, jeśli dzieci tego nie chcą; w takim razie i tak nie oszczędzi dorosłym czasu, więc równie dobrze tę robotę mógł przejąć jeden z nich, zamiast obarczać nią Danny’ego. Ale jaki miał wybór? Crista oskarżała go o coś tak strasznego, a skoro Gyish i Zog nazywali go drekką, kimś, kogo można zabić przy byle okazji, istniało spore zagrożenie, że proces nagle się zakończy urwaniem mu głowy przez Zoga i wyrzuceniem jej w krzaki.

– Czyli złapałeś je w koszulkę – powiedziała ciotka Lummy. – I ich nie wypuściłeś. Gdzie są teraz?

– Klant Cristy chciał mi wydrapać oczy, więc ją odtrąciłem. A potem uciekłem przed nią na drzewo.

– Teraz nie siedzisz na drzewie – rzekł wujek Mook. – I z tego, co widzę, nie masz ani swojej koszulki, ani klantów dwu nieposłusznych i głupich dziewcząt.

– Przywiązałem koszulkę do gałęzi, zszedłem na dół i właśnie miałem pójść po wujka Poota, żeby oddać ich klanty w jego ręce, kiedy zaatakowali mnie stryjeczny dziadek Zog i dziadzio Gyish.

– Nie jestem twoim dziadziem! – krzyknął Gyish; w części miał rację, bo matka Danny’ego, Gerd, była pierworodną wnuczką Gyisha.

– Wierzę ci – stwierdził Mook. – Ale nie wiesz, nie jesteś w stanie pojąć, jak strasznie te dziewczęta są teraz przerażone. Nie ma nic gorszego dla niedoświadczonego dziecka, niż wpaść swoim zewnętrznym ja w pułapkę i nie móc ściągnąć go z powrotem. To tak jakbyś się dusił i nie mógł złapać tchu.