Łazarz

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału

Lazarus

Projekt okładki

NATALIA TWARDY

Fotografia na okładce

© serikbaib/iStock

Koordynacja projektu

NATALIA STECKA

Redakcja

IWONA GAWRYŚ

Korekta

IWONA HUCHLA

Redakcja techniczna

ADAM KOLENDA

Copyright © Lars Kepler 2018

Published by agreement with Salomonsson Agency

Polish edition © Publicat S.A. MMXIX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

ISBN 978-83-271-5940-3

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Rozdział 75

Rozdział 76

Rozdział 77

Rozdział 78

Rozdział 79

Rozdział 80

Rozdział 81

Rozdział 82

Rozdział 83

Rozdział 84

Rozdział 85

 

Rozdział 86

Rozdział 87

Rozdział 88

Rozdział 89

Rozdział 90

Rozdział 91

Rozdział 92

Rozdział 93

Rozdział 94

Rozdział 95

Rozdział 96

Rozdział 97

Epilog

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Świetlistość białego nieba obnaża świat w jego najbardziej posępnej postaci – takim musiał się wydawać Łazarzowi stojącemu przed grotą.

Podłoga ze stali ryflowanej drży pod nogami. Pastor jedną ręką trzyma się poręczy, a w drugiej ma laskę, dzięki której utrzymuje równowagę.

Szare morze porusza się sennie jak wybrzuszone płótno namiotu.

Prom jest przeciągany za pomocą podwójnych lin z drutu stalowego, rozpiętych pomiędzy dwiema wyspami. Liny wynurzają się, ociekając wodą, a za promem ponownie znikają.

Kapitan hamuje, kilwater staje się spieniony i nieregularny, trap chybocze zgrzytliwie nad betonowym pomostem.

Kiedy część dziobowa uderza o odbijacze i ciężki stukot rozchodzi się echem po kadłubie, pastor chwieje się na nogach.

Przybył w odwiedziny do emerytowanego kościelnego Erlanda Linda, bo ten nie odbierał telefonów i nie przyszedł na nabożeństwo adwentowe w kościele Länna, choć miał to w zwyczaju.

Erland nadal mieszka w kwaterze dla kościelnego, za należącą do parafii kaplicą na wyspie Högmarsö. Cierpi na demencję, ale wciąż zarabia koszeniem trawy i posypywaniem dróg piaskiem, kiedy jest ślisko.

Pastor wychodzi na krętą żwirową drogę i czuje, że od zimnego powietrza drętwieje mu twarz. Nie widać żadnych ludzi, ale tuż przed kaplicą słychać głośny dźwięk szlifierki w suchym doku stoczni.

Nie pamięta już, który cytat z Biblii zapisał rano na Twitterze. Chciał wspomnieć o tym Erlandowi.

Na tle ponurych płaskich pól i skraju lasu biała kaplica wygląda, jakby była ze śniegu.

Świątynia jest zamknięta na zimę, więc pastor idzie prosto do niskiego budynku i zakrzywioną rączką laski stuka do drzwi. Chwilę czeka i wchodzi do środka.

– Erland?

Nikogo nie ma. Otrzepuje buty i się rozgląda. W kuchni panuje bałagan. Pastor wyjmuje torbę z bułeczkami cynamonowymi i stawia ją na stole obok aluminiowej tacki ze starymi resztkami jedzenia: zaskorupiałym purée ziemniaczanym, zaschniętym sosem i dwoma zszarzałymi klopsikami.

Szlifierka przestaje pracować.

Pastor wychodzi, sprawdza drzwi do kaplicy i zagląda do otwartego garażu.

Na podłodze leży porzucona ubłocona łopata. W czarnym plastikowym wiadrze pełno jest zardzewiałych pułapek na myszy.

Pastor unosi laską folię przykrywającą odśnieżarkę, ale nieruchomieje, gdy słyszy dobiegające z oddali muczenie.

Wychodzi ponownie, rusza w stronę dawnego krematorium nieopodal skraju lasu. W wysokich chwastach wciąż stoi piec z zabrudzonym sadzą przyłączem kominowym.

Pastor okrąża stos palet i mimo woli spogląda przez ramię.

Złe przeczucia towarzyszyły mu, odkąd tylko wszedł na pokład promu linowego.

Światło tego dnia nie ma w sobie ani odrobiny przyjazności.

Dziwny odgłos rozlega się ponownie, tym razem bliżej. Przywodzi na myśl cielaka zamkniętego w metalowej skrzyni.

Pastor przystaje, milczy.

Wszystko jest nieruchome, wydychane powietrze przypomina dym.

Ziemia za stertą kompostu jest udeptana. Worek z ziemią próchniczą stoi oparty o jedno z drzew.

Pastor rusza w stronę kompostu, ale zatrzymuje się przed metalową rurą, która wystaje z ziemi na pół metra, może znaczy granicę posesji.

Wspiera się na lasce, patrzy w kierunku lasu i dostrzega ścieżkę pokrytą zdmuchniętymi z drzew igliwiem i szyszkami.

W czubkach świerków szumi wiatr, słychać odległe krakanie wrony.

Pastor zawraca, znów słyszy za sobą dziwne muczenie i zaczyna iść szybciej. Mija piec krematoryjny i budynek mieszkalny, znów spogląda przez ramię i czuje, że chciałby po prostu wrócić do swojej parafii i usiąść przed kominkiem z powieścią kryminalną i ze szklaneczką whisky.

1

Brudny radiowóz nadjeżdża z centrum Oslo zewnętrzną obwodnicą. Chwasty pod barierką drogową kołyszą się na wietrze, a do przydrożnego rowu wpada wypełniony powietrzem woreczek foliowy.

Karen Stange i Mats Lystad odpowiedzieli na zgłoszenie alarmowe z centrali komunikacyjnej, choć było już późno.

Właściwie powinni zakończyć dzień pracy, ale jadą do dzielnicy Tveita.

Kilkunastu mieszkańców wieżowca uskarżało się na straszliwy smród. Administrator budynku pojechał sprawdzić pojemniki na śmieci, ale były czyste. Okazało się, że smród dochodzi z mieszkania na dziesiątym piętrze. Za drzwiami dało się słyszeć cichy śpiew, ale właściciel Vidar Hovland nie chciał otworzyć.

Radiowóz mija niskie zabudowania przemysłowe.

Za ogrodzeniem z drutu kolczastego stoją kontenery na śmieci i ciężarówki, widać też magazyny z solą przygotowaną na zimę.

Wieżowce przy Nåkkves vei wyglądają jak wielkie betonowe schody, przewrócone na bok i rozłupane na trzy części.

Przed samochodem dostawczym z napisem Mortens Låsservice AS stoi mężczyzna w szarym kombinezonie i do nich macha. Światła pojazdu padają na niego, a cień uniesionej ręki pojawia się na fasadzie za jego plecami, kilka pięter wyżej.

Karen skręca, podjeżdża do krawężnika i miękko się zatrzymuje, zaciąga hamulec ręczny, wyłącza silnik i wysiada z samochodu w towarzystwie Matsa.

Niebo stopniowo zamyka się przed nocą. Powietrze jest zimne, jakby miał zacząć padać śnieg.

Policjanci podają dłoń ślusarzowi. Jest gładko ogolony, ale jego policzki są szare. Ma płaską klatkę piersiową i szarpane, nerwowe ruchy.

– Szwedzka policja otrzymała zgłoszenie alarmowe z cmentarza: znaleziono trzysta zakopanych ciał – żartuje niemal niesłyszalnie i uśmiecha się, patrząc w ziemię.

Postawny administrator budynku nadal siedzi w pick-upie i pali papierosa.

– Facet pewnie zostawił w przedpokoju worek na śmieci z resztkami ryb – mruczy. Otwiera drzwi samochodu.

– Taką mamy nadzieję – odpowiada Karen.

– Waliłem w drzwi i krzyczałem przez otwór na listy, że zadzwonię na policję – mówi administrator, pstryknięciem posyłając w dal niedopałek papierosa.

– Słusznie pan zrobił, kontaktując się z nami – odpowiada Mats.

Dwa razy w ciągu czterdziestu lat w tym miejscu znaleziono trupa – raz na parkingu i raz w mieszkaniu.

Policjanci i ślusarz idą za administratorem, przechodzą przez bramę i natychmiast wyczuwają duszącą woń.

Po wejściu do windy próbują nie oddychać przez nos.

Drzwi się zamykają i wszyscy czują ciśnienie pod stopami, kiedy winda ciągnie ich do góry.

– Dziesiąte piętro to moje ulubione – mruczy zarządca nieruchomości. – W zeszłym roku mieliśmy trudną eksmisję, a w dwa tysiące trzynastym jedno z mieszkań doszczętnie spłonęło.

– Na szwedzkich gaśnicach jest napisane, że muszą zostać przetestowane trzy dni przed pożarem – mówi cicho ślusarz.

Kiedy wysiadają, dociera do nich tak okropny smród, że w oczach wszystkich pojawia się coś na kształt desperacji.

Ślusarz przykłada koszulkę do ust i nosa.

Karen usiłuje powstrzymać odruch wymiotny. To jakby próbna fala, zanim przepona w panice pośle treść żołądkową do przełyku.

Zarządca nieruchomości naciąga T-shirt na usta i nos, a drugą ręką wskazuje mieszkanie.

Karen podchodzi, przykłada ucho do drzwi i nasłuchuje. W mieszkaniu panuje cisza. Naciska guzik dzwonka.

Rozlega się delikatna melodia.

Nagle z mieszkania dobiega słaby głos. Jakiś mężczyzna śpiewa coś lub recytuje.

Karen łomocze do drzwi, a mężczyzna milknie, ale po chwili powoli zaczyna znowu.

– Wchodzimy – decyduje Mats.

Ślusarz podchodzi do drzwi, stawia ciężką torbę na podłodze i rozsuwa zamek.

– Słyszycie? – pyta.

– Tak – odpowiada Karen.

Drzwi innego mieszkania otwiera mała dziewczynka o jasnych rozczochranych włosach. Ma podkrążone oczy, jakby była zmęczona.

– Z powrotem do środka – nakazuje Karen.

– Chcę zobaczyć – mówi dziewczynka z uśmiechem.

– Czy mama lub tata są w domu?

– Nie wiem. – Dziewczynka szybko zamyka drzwi.

Zamiast użyć pick-pistoletu, ślusarz rozwierca cały zamek. Błyszczące metalowe opiłki wirują i opadają na podłogę. Ślusarz wyjmuje rozgrzane części cylindra i wkłada je do torby. Wyłuskuje rygiel i robi krok do tyłu.

– Proszę tu zaczekać – mówi Mats do zarządcy i ślusarza.

Karen wyciąga broń, a Mats otwiera drzwi i krzyczy do środka:

– Policja! Wchodzimy!

Karen spogląda na pistolet w swojej bladej dłoni. Przez kilka sekund czarny metal, połączone części, lufa, zamek, kolba wydają się obce.

– Karen?

Napotyka spojrzenie Matsa, odwraca się w kierunku mieszkania, unosi pistolet i wchodzi, zasłaniając dłonią usta.

W przedpokoju nie dostrzega żadnych worków ze śmieciami.

Dochodzi do wniosku, że odór musi dolatywać z łazienki albo kuchni.

Słychać tylko podeszwy wysokich butów na wykładzinie PCV i oddech Karen.

Policjantka mija wąskie lustro w przedpokoju i wchodzi do salonu, szybko zabezpiecza kąty i ogarnia wzrokiem chaos. Telewizor został zrzucony na podłogę, doniczki z paprotkami są roztrzaskane, przykryta dużymi kocami sofa stoi krzywo, jedna z poduszek do siedzenia jest rozcięta, a lampa leży na podłodze.

Karen zwraca pistolet w kierunku przejścia do łazienki i kuchni, przepuszcza Matsa i idzie za nim.

Pod butami chrzęści potłuczone szkło.

Lampka ścienna jest zapalona, w świetle wirują drobinki kurzu.

Karen przystaje i nasłuchuje.

Mats otwiera drzwi łazienki, po chwili opuszcza broń. Karen próbuje zajrzeć do środka, ale skrzydło drzwi zasłania światło. Policjantka rozpoznaje tylko brudną zasłonę prysznicową. Zbliża się o krok, nachyla i lekko popycha drzwi. Struga światła sunie po tapecie w łazience.

Umywalka jest zakrwawiona.

Karen się wzdryga, a chwilę później słyszy za plecami dźwięk. Zduszony głos starego mężczyzny. Ze strachu Karen wydaje pisk, obraca się i celuje w korytarz.

Nikogo tam nie ma.

Napompowana adrenaliną, wraca do dużego pokoju, słyszy śmiech i mierzy z pistoletu w kanapę.

Bez problemu dałoby się za nią ukryć.

Karen wie, że Mats próbuje coś jej powiedzieć, ale nie jest w stanie usłyszeć słów.

Puls dudni jej w głowie.

Powoli posuwa się do przodu, kładzie palec na spuście. Czuje, że drży, przytrzymuje broń drugą ręką.

W następnej sekundzie dociera do niej, że głos dobiega ze sprzętu audio. W tej samej chwili rozlega się śpiew starca.

Karen okrąża sofę, opuszcza pistolet, przygląda się zakurzonym kablom i płaskiej torebce chipsów.

– Okej – mówi szeptem sama do siebie.

Na regale ze sprzętem stereo leży pudełko od płyty CD Instytutu Języka i Folkloru. Krótka sekwencja jest odtwarzana raz za razem, w zapętleniu. Stary człowiek opowiada coś w trudnym do zrozumienia dialekcie, potem wybucha śmiechem i zaczyna śpiewać: „Dziś zaślubiny w naszym gospodarstwie, talerze są puste, miski popękane”. Po chwili milknie.

Mats stoi w drzwiach i przywołuje ją gestem. Chce, żeby poszli dalej, do kuchni.

Na zewnątrz jest już prawie zupełnie ciemno, zasłony drżą lekko w cieple kaloryfera.

Karen rusza za kolegą, nagle traci równowagę i ręką z pistoletem przytrzymuje się ściany.

 

Powietrze paruje fetorem latryny i zwłok, jest nim tak przesycone, że aż łzawią oczy.

Karen słyszy, że Mats płytko oddycha, i koncentruje się na zwalczeniu mdłości.

Wchodzi za nim do kuchni i się zatrzymuje.

Na wykładzinie PCV leży nagi człowiek ze zbyt dużą głową i wydętym brzuchem.

Kobieta w ciąży z nabrzmiałym, sinym penisem.

Karen ma wrażenie, że podłoga ucieka jej spod stóp, pole widzenia się kurczy.

Mats jęczy wysokim głosem i opiera się o zamrażarkę.

Karen powtarza sobie w duchu, że to tylko szok. Dociera do niej, że nieboszczyk jest mężczyzną, ale napięty brzuch i rozsunięte uda skojarzyły jej się z kobietą w połogu.

Wkłada pistolet do kabury i czuje, jak drżą jej dłonie.

Ciało jest w stanie daleko posuniętego rozkładu, duże fragmenty wyglądają na mokre i sflaczałe.

Mats podchodzi do zlewozmywaka i wymiotuje, ochlapując ekspres do kawy.

Głowa nieboszczyka jest jak sczerniała dynia przyczepiona prosto do ramion, dolna szczęka całkiem się oderwała, a gardło i jabłko Adama pod wpływem gazów zostały wypchnięte przez ogromne usta.

To była walka, myśli Karen. Pobito go, złamano mu szczękę, uderzył głową o podłogę i umarł.

Mats znów wymiotuje i spluwa wydzieliną.

W salonie pieśń rozpoczyna się od nowa.

Spojrzenie Karen pada znów na brzuch, rozłożone nogi i genitalia mężczyzny.

Mats jest spocony i blady. Karen dochodzi do wniosku, że powinna podejść i mu pomóc, kiedy nagle czuje, że ktoś chwyta ją za nogę. Krzyczy i zaczyna szukać pistoletu, ale po chwili orientuje się, że to dziewczynka z sąsiedniego mieszkania.

– Skarbie, nie możesz tu być – mówi zdyszana.

– Tu jest wesoło – odpowiada dziewczynka, patrząc na nią ciemnymi oczami.

Karen wyprowadza dziecko z powrotem na klatkę schodową i czuje, że drżą jej nogi.

– Nikomu nie wolno tu wchodzić – zwraca się do administratora.

– Ja tylko otworzyłem okno.

Tak naprawdę Karen nie chce wracać do mieszkania. Już wie, że czekają ją koszmary, że będzie się budziła w nocy i widziała przed sobą obraz rozkraczonego mężczyzny.

Kiedy wchodzi do kuchni, Mats zakręca kran nad zlewem i spogląda na nią błyszczącymi oczami.

– Skończyliśmy? – pyta Karen.

– Tak. Chciałbym jeszcze tylko zajrzeć do zamrażarki – mówi Mats i wskazuje krwawe odciski dłoni wokół uchwytu.

Wyciera usta, otwiera drzwiczki i zagląda do środka.

Karen widzi, że jego głowa zostaje jakby popchnięta do góry, a usta otwierają się bezgłośnie.

Mats zatacza się do tyłu, drzwiczki trzaskają, aż brzęczy filiżanka na stole.

– Co to? – Karen podchodzi do zamrażarki.

Mats chwyta się krawędzi zlewu, przewraca plastikowy spryskiwacz do kwiatów i patrzy na Karen. Jego źrenice są zwężone niczym krople tuszu, a twarz przybrała dziwnie biały kolor.

– Nie zaglądaj tam – szepcze.

– Muszę się dowiedzieć, co jest w zamrażarce – odpowiada Karen i słyszy we własnym głosie strach.

– Boże jedyny, nie zaglądaj tam...

2

GOSPODARSTWO SZKÓŁKARSKIE U VALERII W NACKA POD SZTOKHOLMEM

Zmierzch zapada powoli, a mrok staje się dostrzegalny wówczas, gdy trzy szklarnie zaczynają świecić jak latarnie z papieru ryżowego.

Dopiero wtedy można poczuć, że już wieczór.

Kręcone włosy Valerii de Castro są związane w koński ogon, kalosze ubłocone, a brudna pikowana kurtka w czerwonym kolorze ciasno opina ramiona.

Z ust Valerii leci para, powietrze ma ostry zapach mrozu.

Tego dnia skończyła już pracę. Rusza do domu i po drodze zdejmuje robocze rękawice.

Na piętrze nalewa wody do wanny i wkłada nieświeże ubrania do kosza na pranie.

Odwraca się do lustra i widzi dużą plamę brudu na czole, a na policzku zadrapanie od krzaka jeżyn.

Dochodzi do wniosku, że musi coś zrobić z włosami, i na widok własnej radości posyła sobie krzywy uśmiech.

Odsuwa zasłonę prysznicową najdalej, jak to możliwe, wspiera się ręką o kafelki i wchodzi do wanny. Woda jest tak gorąca, że czeka chwilę i dopiero potem zanurza się cała.

Opiera głowę o brzeg wanny, zamyka oczy i słucha kropel, które w długich odstępach skapują z kranu.

Wieczorem do domu wróci Joona.

Pokłócili się, to było takie głupie, zraniło ją, ale okazało się tylko nieporozumieniem. Wyjaśnili sobie wszystko jak dorośli ludzie.

Valeria otwiera oczy i widzi na suficie odbicie wody. Krople tworzą na powierzchni szybko rozszerzające się kręgi.

Zasłona znów się zsunęła na drążku. Zasłania drzwi łazienki i gałkę.

Rozlega się ciche pluśnięcie, kiedy Valeria na chwilę wyciąga z wody nogę i kładzie ją na krawędzi wanny.

Zamyka oczy i nadal myśli o Joonie. Czuje, że zaraz zaśnie, i podsuwa się do pozycji siedzącej.

Jest jej tak gorąco, że musi wyjść z wanny. Wstaje, ociekając wodą, próbuje zobaczyć drzwi w lustrze, ale jest zaparowane.

Ostrożnie wychodzi z wanny i staje na śliskiej podłodze, chwyta ręcznik i się wyciera.

Lekko popycha drzwi łazienki i po odczekaniu krótkiej chwili wygląda na korytarz.

Cienie na tapetach są nieruchome.

Wszędzie panuje kompletna cisza.

Valeria nie jest z natury strachliwa, ale od czasu pobytu w więzieniu w niektórych sytuacjach ma się na baczności.

Wychodzi z łazienki i parująca od gorącej wody przechodzi zimnym korytarzem do sypialni. Nie jest jeszcze zupełnie ciemno, na niebie wciąż widać kontury przepuszczających światło chmur.

Wyjmuje z komody czyste majtki i je wkłada, otwiera szafę, wyciąga żółtą sukienkę i kładzie na łóżku.

Piętro niżej rozlega się jakiś hałas.

Valeria nieruchomieje.

Nie oddycha, jedynie stoi i nasłuchuje.

Co to mogło być?

Joona ma przyjść dopiero za godzinę, przygotowała dla niego pikantny gulasz jagnięcy ze świeżą kolendrą.

Zbliża się do okna i zaczyna opuszczać roletę, kiedy nagle dostrzega, że obok szklarni stoi jakiś człowiek.

Cofa się i wypuszcza z ręki sznurek, a roleta podjeżdża do góry. Rozlega się trzask i zgrzyt mechanizmu plączącego się sznurka.

Szybko wyłącza nocną lampkę i znów podchodzi do okna.

Na zewnątrz nikogo nie ma.

Jest prawie pewna, że na skraju ciemnego lasu widziała stojącego nieruchomo mężczyznę.

Był wychudzony jak szkielet i na nią patrzył.

Szyby w szklarniach lśnią od skroplonej pary. W środku nikogo nie ma. Valeria dochodzi do wniosku, że nie może sobie pozwalać na strach przed ciemnością, po prostu nie może.

Powtarza sobie, że pewnie był to klient albo dostawca, który zniknął, kiedy zobaczył ją nagą w oknie.

Wizyty po godzinach otwarcia zdarzały się dość często.

Sięga po komórkę, ale spostrzega, że bateria jest rozładowana.

Owija się pośpiesznie długim czerwonym szlafrokiem i zaczyna iść w dół po schodach. Już po kilku krokach czuje w okolicach kostek zimny podmuch. Schodzi dalej i widzi, że główne drzwi są szeroko otwarte.

– Halo? – woła cicho.

Na dywaniku w przedpokoju leżą stare jesienne liście, wiatr nawiał je aż na podłogę z desek. Valeria wkłada kalosze na bose nogi, bierze dużą latarkę z półki na kapelusze i wychodzi.

Idzie ścieżką w kierunku szklarni, sprawdza drzwi każdej po kolei i oświetla latarką rzędy roślin.

W świetle ciemne liście stają się jasnozielone. Cienie i odbicia suną po szklanych ścianach.

Valeria okrąża szklarnię znajdującą się najdalej. Skraj lasu jest czarny. Zimna trawa szeleści pod jej ciężarem.

– Czy mogę w czymś pomóc? – odzywa się głośno i świeci w stronę drzwi.

Oświetlone pnie drzew są blade i szare. Dalej, między drzewami, widać tylko mrok. Valeria mija starą taczkę i wyczuwa zapach rdzy. Ostrożnie przenosi snop światła na kolejne pnie.

Średniej długości trawa wydaje się nienaruszona. Valeria nadal oświetla drzewa. Nagle, głębiej pomiędzy nimi, dostrzega coś leżącego na ziemi. Wygląda to jak szary koc przykrywający pień.

Światło słabnie. Valeria potrząsa latarką, która zaczyna świecić trochę mocniej, i podchodzi bliżej.

Odsuwa gałąź, czuje, jak serce wali, a latarka drży w dłoni.

To coś przypomina ciało pod kocem, skulonego mężczyznę, któremu brak jednej albo obu rąk.

Valeria czuje, że musi podnieść materiał i spojrzeć.

Sucha gałąź łamie się pod jej butem i w jednej chwili cały skraj lasu zostaje wypełniony białym światłem. Światło pada od tyłu i pełznie w bok, a podłużne cienie drzew przesuwają się po ziemi razem z jej cieniem.