Pod specjalną ochronąTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tina Duncan
Pod specjalną ochroną

Tłumaczenie:

Barbara Górecka

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Fotografia nie oddawała w pełni jej urody. Sara Atwood była tak promienna i pełna życia, emanowała tak zaraźliwą energią, że nie sposób było nie zwrócić na nią uwagi. Nic dziwnego, że tłumnie przybyli do klubu goście podziwiali jej wyjątkowo zmysłowy taniec. Młodzi samotni mężczyźni otwarcie się na nią gapili, śledząc każdy ruch. Ci nieco starsi lub w towarzystwie kobiet czynili to bardziej dyskretnie, acz niemal równie często.

Royce nie zaliczał się do żadnej z tych kategorii. Uważnie obserwował Sarę, ponieważ było to jego obowiązkiem. Od godziny właśnie na tym polegała jego praca. Ku jego utrapieniu to zajęcie nader mu się spodobało. Sygnały wysyłane przez podniecone ciało tylko potwierdzały ów irytujący fakt. A przecież Sara Atwood należała do kobiet, którymi Royce szczerze gardził. Była wprawdzie piękna i szalenie ponętna, lecz zarazem samolubna, zepsuta i egoistyczna. Znał dobrze ten typ i starał się trzymać z daleka, chyba że uniemożliwiała mu to praca.

Przypomniawszy sobie, dlaczego się tu znalazł, oderwał się od ściany i przebił przez tłum bliżej parkietu. Ludzie rozstępowali się przed nim, automatycznie schodzili mu z drogi. Dwumetrowy umięśniony facet tak na nich działał. Nikt nie chciał się z nim zderzyć, nawet przypadkowo.

Royce zatrzymał się na skraju parkietu i dopiero z tej odległości zauważył, że Sara ma zamknięte oczy. Kołysała zmysłowo biodrami i obracała się w rytm muzyki, nie zwracając uwagi na nikogo, w tym również na młodego szatyna, który rozpaczliwie starał się to zmienić. Na oczach Royce’a chwycił dziewczynę za ramię, ale strząsnęła jego dłoń, jakby opędzała się od uprzykrzonej muchy. Chłopak powiedział coś do niej, a wtedy przez jej piękną twarz przemknął cień irytacji. Royce nie słyszał wprawdzie odpowiedzi, ale słowa Sary musiały być brutalne, bo młodzieniec odskoczył gwałtownie jak ukąszony przez skorpiona. Czerwony jak burak, chwiejnym krokiem zszedł z parkietu i wmieszał się w tłum.

– Spadaj stąd, stary, i nawet się nie oglądaj – mruknął Royce pod nosem. – Ona nie jest tego warta.

Błahy na szczęście incydent przypomniał mu, że powinien się skupić na pracy, a nie na podziwianiu bujnych kształtów i włosów Sary.

Stanął przed dziewczyną i zawołał ją po imieniu. Tańczyła dalej, ale wiedział, że go usłyszała. Wyraz jej twarzy nie zmienił się ani na jotę, ale Royce był ekspertem w odczytywaniu mowy ciała. Zwracanie uwagi na najdrobniejsze szczegóły stanowiło element jego pracy. Taneczne ruchy dziewczyny były nadal płynne i rytmiczne, ale na ułamek sekundy ledwo dostrzegalnie zesztywniała. Zniecierpliwiło ją, że ktoś przerywa jej taniec. Royce miał to w nosie. Nie pozwoli się odesłać do kąta z podkulonym ogonem jak gołowąs, którego obserwował przed chwilą. Jest poważnym mężczyzną.

I nie znosił być ignorowany, zwłaszcza kiedy miał zadanie do wykonania.

– Saro – powtórzył tonem nieznoszącym sprzeciwu. Takim, który ludzie ignorowali wyłącznie na własne ryzyko.

Sara ostentacyjnie westchnęła. Dlaczego nie mogli zostawić jej w spokoju? Okej, popełniła błąd, przychodząc dzisiaj do klubu. Dowiedziała się tego w momencie przekroczenia progu lokalu. Już od dawna, ściśle biorąc od roku, nie była w nastroju do beztroskiej zabawy.

Grupa znajomych, z którą się wcześniej zadawała, zaczęła ją serdecznie nudzić. Potwierdziło się to, gdy tylko weszła do zatłoczonego klubu, gdzie panował ogłuszający hałas.

No cóż, błędna decyzja o przyjściu tutaj była kolejnym z długiego szeregu fatalnych posunięć, jakich ostatnio dokonywała. Weszło jej to w nawyk czy jak?

– Saro.

Znowu ten głos. Nie znała go, bo w przeciwnym razie z pewnością potrafiłaby rozpoznać. Głęboki, soczysty baryton stuprocentowego mężczyzny, przenikający ją od stóp aż po korzonki włosów. Dzięki Bogu nie był to Tony. Nie miała już siły powtarzać kolesiowi, że nie jest nim zainteresowana. Narzucał jej się do tego stopnia, że mogłaby go o to oskarżyć. Oby ten tutaj nie okazał się taki sam.

Postąpiła słusznie, przemawiając do Tony’ego tak, że mu w pięty poszło. Nie minęło pięć sekund, a zagadnął ją nieznajomy o aksamitnym głosie. Jeśli go zignoruje, być może facet pojmie aluzję i także się zmyje.

– Saro.

No nie! Głos zabrzmiał tym razem jak młot uderzający o beton. Były w nim upór i determinacja, cechy na tyle rzadkie w kręgach, w jakich się obracała, że poczuła zaciekawienie. Znieruchomiała i otworzyła oczy. Miała przed sobą imponująco umięśnioną klatkę piersiową. Podnosiła wzrok coraz wyżej. Gość był naprawdę wysoki, a do tego piekielnie przystojny. Nie odznaczał się przy tym gładkim powabem amanta, lecz surową męską urodą – szerokie czoło, wydatna szczęka, kształtny, choć leciutko skrzywiony nos. Ponadto był wspaniale zbudowany. Muskularne kolumny ud, płaski brzuch, wąskie biodra w kontraście do szerokiej klatki piersiowej i potężnych barów, duże dłonie. Był taki ogromny! Poczuła, że się rumieni. Przystopowała wprawdzie swe myśli, ale oczy zdążyły ześliznąć się w dół i ocenić… Tak, był bardzo proporcjonalnie zbudowany.

Czy naprawdę zmiękły jej kolana? I dlaczego tak się na niego zagapiła! Wtem uderzyła ją okropna myśl – a jeśli olbrzym zauważył jej spojrzenie? Przeniosła wzrok na przystojną i doskonale obojętną twarz, z której nie potrafiła niczego wyczytać. Zakłopotana swoim zachowaniem, warknęła ostrzej, niż zamierzała:

– Czego, do cholery?!

Royce patrzył w najśliczniejsze błękitne oczy, jakie widział w życiu. Były bardziej niebieskie niż bezchmurne lipcowe niebo, przejrzystsze niż świeżo przecięty szafir i tak tajemnicze jak głębia oceanu. Łatwo byłoby ulec ich urokowi, ale Royce nie należał do wrażliwców, a do tego bezczelne pytanie dziewczyny powiedziało mu o niej wszystko, co potrzebował wiedzieć.

– Czy my się znamy? – spytała wyniośle, mierząc go twardym spojrzeniem.

Ton, jakim zadała to proste pytanie, Royce określił na swój użytek „gadaniem rozkapryszonej księżniczki”. Ów ton sugerował, że absolutnie nie mogła znać kogoś tak przeciętnego jak on. Człowiek słabszego charakteru byłby zakłopotany i marzył o zapadnięciu się pod ziemię, ale nie Royce.

– Nie – odparł z uśmiechem – ale za moment zostaniemy znajomymi.

Przymrużyła oczy, leciutko wykrzywiła usta i choć była od niego niższa o dobre trzydzieści centymetrów, to udało jej się spojrzeć na niego z góry.

– Wątpię. Nie jesteś w moim typie.

– I nawzajem, a zatem bez obaw – rzucił przeciągle, zupełnie niespeszony zamierzoną przez Sarę obrazą. – Wykonuję tylko swoje obowiązki.

Jej twarz nieco złagodniała. Ponownie omiotła go wzrokiem, on zaś poczuł się zmieszany tak samo jak wcześniej. Serce przyspieszyło rytm i zrobiło mu się nieprzyjemnie gorąco. Ta nieoczekiwana reakcja spodobała mu się jeszcze mniej niż za pierwszym razem.

– Jeżeli jesteś tu bramkarzem, to bardzo mi przykro, ale nie zrobiłam nic złego. Tańczę sobie i nikomu nie przeszkadzam. Może więc już byś sobie poszedł? – Machnęła kilka razy ręką. – No już, sio!

Royce stłumił śmiech. Słowa i zachowanie dziewczyny były doprawdy zabawne. Opędzała się od niego jak od muchy.

– Nie pracuję w tym klubie. Twój ojciec poprosił mnie, żebym odstawił cię do domu.

– Czyżby? – spytała nieufnie.

– Tak. Czy możemy już iść?

Potrząsnęła głową, zamiatając kaskadą lśniących ciemnych włosów.

Royce z trudem tłumił irytację. Nie cierpiał takiej roboty, ostatnio skupiał się niemal wyłącznie na zarządzaniu firmą. Jeśli się jednak angażował, to wybierał dochodzenie albo zabezpieczanie budynków, a nie osobistą ochronę. Tego rodzaju przypadki zawsze zlecał pracownikom. Lecz Gerard Atwood, prezes Atwood Industries, był jego najlepszym klientem. Skoro poprosił Royce’a o wyświadczenie przysługi, nie wypadało mu odmówić.

– Jeśli chciałabyś zabrać torebkę i pożegnać się ze znajomymi, to lepiej się nie ociągaj. Chcę jak najszybciej stąd wyjść.

Choć klub cieszył się dobrą reputacją, nie oznaczało to wcale, że Sara jest bezpieczna. Zlokalizowanie jej zajęło mu niecałe dwadzieścia minut, a nie miał powodu przypuszczać, że jej były mąż nie potrafiłby dokonać tej samej sztuki.

– Nie to miałam na myśli – oznajmiła chłodno.

– W takim razie co? – Przyglądał jej się bacznie. Skrzyżowała ręce na piersi, co przyciągnęło jego wzrok do ponętnego dekoltu. Ofuknął się za to w duchu.

Miała wyjątkowo bujny biust i Royce był niemal pewien, że kształtne półkule cudownie wypełniłyby wnętrza jego wielkich jak bochny dłoni. Na tę myśl natychmiast poczuł przypływ pożądania.

– Nigdzie z tobą nie idę – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Royce ostygł równie prędko, jak się podniecił.

– Dlaczego? – wycedził.

– Nie mam pojęcia, kim jesteś. Skąd mam wiedzieć, że faktycznie przysłał cię mój ojciec?

W duchu przyznał jej słuszność. Nie przedstawił jej się, nie wyjaśnił zaistniałej sytuacji. Z początku przeszkodziło mu w tym obserwowanie jej tańca, a potem irytacja wskutek nieznośnie wyniosłej maniery, z jaką najpierw odprawiła chłopaka, a później jego samego. Zaniedbał przez to swój profesjonalizm.

– Jestem z Agencji Royce’a. Słyszałaś o niej?

– Owszem, ojciec korzysta z ich usług. Przechwalają się, że są największą i najbardziej kompetentną firmą ochroniarską na planecie.

– To wcale nie przechwałki, naprawdę tak jest – odparł z dumą.

W przyszłym miesiącu upłynie czternaście lat od założenia agencji. Royce ledwie skończył wtedy dwudziestkę, a pierwsze biuro mieściło się w pokoju gościnnym w domu rodziców w Sydney. Osiągnięcie obecnej pozycji na rynku kosztowało go wiele godzin ciężkiej pracy.

 

Sięgnął do tylnej kieszeni spodni, wyjął brązowy skórzany portfel i podsunął dziewczynie. Nie okazała bynajmniej zaciekawienia.

– To moje prawo jazdy. Możesz sprawdzić tożsamość.

– To nie będzie konieczne.

– Ależ przeciwnie, nie powinnaś wychodzić z nieznajomym. Trzeba być ostrożnym. W dzisiejszych czasach nie należy nikomu ufać.

– Znów mnie źle zrozumiałeś. Nie zamierzam się stąd nigdzie ruszać!

Niezrażony, podetknął jej portfel prawie pod nos.

– Dobrze się przyjrzyj, bo za chwilę stąd wychodzimy – powiedział.

Prychnęła pogardliwie i wyrwała mu portfel z ręki. Włosy opadły jej na twarz lśniącą kaskadą, a Royce ledwie zdołał się powstrzymać, by nie zatopić w nich palców.

– Royce, do usług – powiedział głosem lekko ochrypłym z emocji i wyciągnął do niej rękę.

Popatrzyła na nią jak na jadowitego węża, po czym z ociąganiem podała mu swoją. Nie potrafił wytłumaczyć tego, co następnie zaszło. Coś takiego dzieje się wtedy, gdy w chłodny, wietrzny dzień dotknie się ręką metalu. Albo gdy ścierpnięte ramię budzi się znowu do życia. Wrażenie było podobne, ale tylko do pewnego stopnia. Najbardziej trafnym określeniem byłby chyba przekaz pewnego rodzaju energii. Gdyby Royce się postarał, znalazłby naukowe wyjaśnienie dla tego zjawiska.

Sara wyszarpnęła dłoń.

– Jesteś właścicielem Agencji Royce’a? – spytała lekko drżącym głosem, po raz pierwszy wytrącona z równowagi.

– Na to wygląda.

– Wobec tego, panie Royce…

– Nie panie, wystarczy Royce.

Zerknęła na prawo jazdy i postukała w nie polakierowanym na purpurowo paznokciem.

– Tu jest napisane „A. Royce”, z czego wynika, że jednak mam rację.

– Wszyscy mówią do mnie Royce, ponieważ wiedzą, że nie lubię swojego imienia – wyjaśnił bez emocji.

– Ale dlaczego?

– No cóż, to nie twój interes – odparł krótko.

– Chyba tak… – zgodziła się z nim. – Tak czy siak, nigdzie z tobą nie idę, Royce.

Z trudem powściągał irytację. To, że wybrała błahą rozrywkę, zamiast okazać ojcu posłuszeństwo, wiele mu o niej powiedziało. Egoistka, nieszanująca starszych; mógłby jeszcze długo wymieniać, tylko po co?

– Nalegam – rzucił ugodowo. – Ojcu bardzo zależało, żebym cię stąd wyciągnął.

Przez moment wydawało mu się, że Sara będzie się dłużej upierać, ale machnęła ręką.

– Chodźmy. Tatuś nie może czekać, prawda?

Jazda do rezydencji Atwoodów upłynęła w całkowitym milczeniu.

Royce próbował z początku zagadywać, ale monosylabowe odpowiedzi Sary szybko go zniechęciły. Gdy wysiedli przed piętrowym domem z piaskowca, skierowała się prosto do gabinetu ojca i pchnęła drzwi bez pukania. Odwróciła się na pięcie do Royce’a, który wszedł za nią.

– Gdzie on jest, do cholery?

– W samolocie do Nowego Jorku.

Na moment odjęło jej mowę, po czym spytała z oburzeniem, po co Royce jej wmawiał, że ojciec chce się z nią widzieć.

– Nic takiego nie powiedziałem – odparł. – Wspomniałem tylko, że poprosił mnie o przywiezienie córki do domu. Zrobił to na pół godziny przed wyjazdem na lotnisko.

Zapadła dzwoniąca w uszach cisza. Royce nie czuł się winny drobnego kłamstewka. Atwood ostrzegł go, że Sara nie zechce się podporządkować, był więc zmuszony użyć triku, jak adwokat wobec wrogo nastawionego świadka. Jeśli dla bezpieczeństwa dziewczyny należało jej pozwolić na wyciągnięcie fałszywych wniosków, to proszę bardzo. Najważniejsze było wykonanie zadania; to nastawienie zapewniło mu sukces w karierze.

– Dlaczego ojciec prosił, żebyś mnie przywiózł do domu? – Sara przerwała milczenie.

– Uznał, że wizyta w klubie to kiepski pomysł, a ja się z nim zgodziłem.

Spąsowiała, choć nie potrafił rozstrzygnąć: z zakłopotania czy gniewu.

– Nie obchodzi mnie to. Co i kiedy robię, to nie twój interes!

– Przeciwnie, od tej pory wszystkie twoje poczynania leżą w sferze moich zainteresowań.

– Nie rozumiem…

– W czasie pobytu pana Atwooda za granicą będę się tobą opiekował.

– Nie potrzebuję opieki… – wymamrotała, mrugając niepewnie.

– Mam na ten temat inne zdanie.

– Gwiżdżę na to! Jestem chyba trochę za duża na niańkę, nie uważasz?

– Nie jestem niańką, tylko ochroniarzem.

– Nieważne. – Machnęła niecierpliwie ręką, falując przy tym biustem. Royce starał się utrzymać wzrok wbity w ścianę i poniósł sromotną porażkę. – I tak cię nie potrzebuję!

Nie podobało mu się wprawdzie to, co słyszał, ale cieszył się, że Sara otwarcie wyraża opinię. Nie cierpiał, kiedy ktoś mówił jedno, a potem za plecami zachowywał się dokładnie na odwrót.

– Ojciec twierdził inaczej – odparł.

– Nie…

– Tracisz czas – przerwał brutalnie. – Pan Atwood prosił o przekazanie, że dopóki mieszkasz pod jego dachem, musisz się stosować do jego reguł gry.

Upokorzenie Sary było całkowite. Wbiła wzrok w podłogę, walcząc z napływającymi do oczu łzami. Za nic nie chciała się teraz rozpłakać. Najchętniej zwinęłaby się w kłębek i udawała, że świat nie istnieje. Miniony rok nauczył ją wszakże jednego: nie wolno się poddawać, trzeba być silną i walczyć o swoje prawa. Wobec tego śmiało spojrzała Royce’owi prosto w oczy i oznajmiła, że wychodzi. Na pytanie, dokąd to mianowicie się wybiera, odparła, że to nie jego sprawa.

– To ojciec cię wynajął, ja nie potrzebuję ochrony! Rób, co chcesz, ale nie spodziewaj się ode mnie współpracy!

Na przystojnej twarzy Royce’a odmalowała się posępna irytacja.

– Ostrzegam, że zamierzam porządnie wykonać powierzone mi zadanie. Byłoby mi łatwiej, gdybyś zechciała ze mną współpracować, ale to nie jest niezbędne. Jeśli wolisz się zachowywać jak buntownicza nastolatka, to proszę, nie będę cię powstrzymywał.

Sara zaśmiała się w duchu, bo jako młodziutka dziewczyna nie przejawiała śladu buntu, była posłuszna i dobrze wychowana. Ponury rok małżeństwa ze Steve’em Bradym dał jej bolesną nauczkę, że łagodność i skłonność do kompromisu zupełnie nie popłacają. Wyszła z tego ciemnego tunelu kompletnie odmieniona.

– Jestem dorosła i sama decyduję o tym, kiedy i gdzie mam ochotę pójść, nie muszę się nikomu opowiadać.

– W takim razie bądź uprzejma to udowodnić.

– Niby jak?

– Nie wracaj już do klubu. Pokażesz w ten sposób, że wyżej cenisz bezpieczeństwo niż beztroską zabawę – odparł Royce bez emocji.

Miała już dość dyrygujących jej życiem facetów; najpierw ojciec, potem mąż, a teraz jeszcze ten pewny siebie ochroniarz. Jeśli teraz umknie z podkulonym ogonem do pokoju, to przekaże mu pełnię władzy nad sobą. Doskonale wiedziała, czym to pachnie, wiele już przez to wycierpiała. Jest zdolna do stanowienia o sobie, do podejmowania własnych decyzji. Mięśniak Royce niech się lepiej do tego szybko przyzwyczai.

– Nie muszę ci niczego udowadniać – oznajmiła sucho. – Mam dwadzieścia trzy lata, więc jestem dorosła. A jeśli sądzisz, że obrażanie mnie zmieni moje nastawienie, to się grubo mylisz.

Wargi Royce’a wykrzywiły się w słabym uśmiechu.

– Zdaję sobie doskonale sprawę, że taka strategia nie miałaby szans na powodzenie. Widziałem cię w akcji, najpierw w klubie, a później tutaj. Postanowiłaś odmówić współpracy i bez względu na moje argumenty i tak zrobisz po swojemu. Nacisk jedynie zwiększy twój upór.

Sara przygryzła wargę. Intuicja podpowiadała jej, że Royce ma rację, choć za nic by się do tego nie przyznała. Zerknęła na zegarek i oznajmiła sztywno, że owszem, zostanie w domu, lecz bynajmniej nie z powodu nalegań Royce’a, a jedynie późnej pory i zmęczenia.

– Dobranoc. – Odwróciła się zamaszyście do odejścia, po czym zamarła, słysząc niespodziewane pytanie.

– Który pokój należy do ciebie?

Serce zabiło jej mocniej, poczuła mrowienie w całym ciele. Nim zdążyła sprecyzować myśli, Royce dodał tonem wyjaśnienia:

– Bo zamierzam zająć sąsiedni.

– To wykluczone! – krzyknęła ze złością, wyprowadzona z równowagi reakcją swego ciała. W odpowiedzi Royce pokazał jej stojącą w kącie walizkę, której wcześniej nie zauważyła, i oznajmił, że zamieszka z nią na czas nieobecności ojca.

Sara mrugała bezradnie powiekami, łowiąc ustami powietrze. To nie wchodziło w rachubę, z wielu istotnych powodów, z których głównym zdawało się wrażenie, jakie wywierał na niej ten irytujący mężczyzna. Za każdym razem, gdy na niego spojrzała, oblewał ją żar.

– Obawiam się, że sprawa jest przesądzona. Polityką Agencji Royce’a jest ochrona osoby, a nie jej domu. Na nic ci się nie przydam, jeśli będę siedział w samochodzie przed domem, a twój były mąż włamie się tylnymi drzwiami.

Przeszedł ją zimny dreszcz. Na samą myśl, że Steve miałby się tu brutalnie wedrzeć, ogarnął ją strach. Nie sądziła jednak, że ochroniarz musi przebywać aż tak blisko z osobą, którą chroni. W filmach wyglądało to zupełnie inaczej.

Sara nie miała wyjścia. Facet był zbyt potężny, żeby dać się wyrzucić, i miał zgodę ojca na przebywanie w domu, więc wezwanie policji nie zdałoby się na nic. Mogła jedynie zadzwonić rano do Nowego Jorku i spróbować przekonać ojca do zmiany decyzji. W przewciwnym razie pozostawało tolerowanie obecności Royce’a i traktowanie go z doskonałą obojętnością. Coś jej podpowiadało, że nie będzie to bynajmniej łatwe. Był niesamowicie pewny siebie i w przeciwieństwie do niej świetnie wiedział, dokąd zmierza i jak się tam dostanie.

Sara była jeszcze tak młoda, a już zdążyła popełnić masę błędów i wypaść z licznych życiowych zakrętów. Teraz po raz kolejny postanowiła kontrolować wreszcie swój los i podejmować własne decyzje, a tu proszę, co zafundował jej ojciec: ponowne ubezwłasnowolnienie.

– Chodźmy – warknęła przez zaciśnięte zęby. Royce chwycił walizkę i ruszył za nią. – Tu jest mój pokój, a ty możesz zająć ten obok. Sprawdzę tylko, czy w łazience są czyste ręczniki. – Dokonała krótkiej inspekcji i wychodząc, przystanęła na sekundę w progu. – Dobranoc.

– Dobranoc, Saro.

Dźwięczny baryton, jakim wypowiedział jej imię, niemal połaskotał ją w ucho. Wybiegła z pokoju, a godzinę później leżała w łóżku, wpatrując się w sufit.

Od miesięcy myślała przed snem wyłącznie o Stevie i piekle, jakie jej zgotował, dziś jednak było inaczej. Jej myśli całkowicie zajął niedźwiedziowaty Royce.

ROZDZIAŁ DRUGI

Następnego ranka Sara udała się do kuchni, zwabiona zapachem smażonego bekonu. Wiedziała, że to Royce przyrządza śniadanie, bo sprzątaczka przychodziła jedynie w weekendy. Kusiło ją, żeby przeczekać w pokoju, aż intruz sobie pójdzie, ale za bardzo pachniało to tchórzostwem, więc z dumnie uniesioną głową wmaszerowała do pomieszczenia.

Stał tyłem do drzwi w spranych dżinsach i białym, opinającym muskulaturę podkoszulku. Mimo woli omiotła wzrokiem jego sylwetkę, poczynając od szerokich barów poprzez wąską talię, zgrabne pośladki, aż po mocne nogi. Z wrażenia zaschło jej w gardle; Royce był nie tylko przystojny, lecz także wspaniale zbudowany. Zirytowało ją, że spostrzegła to już chyba z dziesięć razy.

– Widzę, że czujesz się jak u siebie w domu – zauważyła z sarkazmem.

– Nie oczekujesz chyba, że będę tu mieszkał i pościł? – spytał, odwracając się do niej.

Sara wolałaby, żeby go tu w ogóle nie było, lecz skoro omówili tę kwestię już wczoraj, uznała wdawanie się w dalszą dyskusję za bezcelowe. Poza tym zadzwoniła do ojca i wysłuchała tyrady o zmartwieniu i przejęciu losem córki oraz zapewnień, że ojciec wie najlepiej, co jest dla niej dobre. Trudno było z nim dyskutować, tym bardziej że wiedział o fatalnej pomyłce, jaką okazało się jej małżeństwo. Jedyna pociecha, że nie zdawał sobie sprawy z jej rozmiarów.

Sara zerknęła na pokaźną ilość pokrojonych składników do jajecznicy.

– Spodziewamy się wizyty pułku wojska?

– Kawał chłopa ze mnie – odparł Royce niezmieszany. – Muszę dużo jeść, a poza tym regularnie ćwiczę, więc powinienem uzupełniać białka i węglowodany. – Wskazał drewnianą łychą patelnię. – Chcesz trochę?

– Nie, dzięki. – Sara aż się wzdrygnęła. – Wolę owoce i jogurt.

Royce odmruknął niewyraźnie, a zagadnięty wytłumaczył, że nie uznaje kobiet, które sądzą, że mogą się odżywiać powietrzem, i skubią tylko jak ptaszki.

– Organizm człowieka potrzebuje dobrego odżywiania – skonkludował pouczającym tonem.

 

Sara zabrała się za mycie truskawek, odkręcając kran z nieco większym impetem, niż to było konieczne.

– Wyciągasz pochopne wnioski. Czy ja wyglądam na kobietę, która je mało jak ptaszek? – Natychmiast pożałowała tych porywczych słów. Piwne oczy Royce’a omiotły uważnie całą jej sylwetkę, od czubka głowy po końce palców. Ani jeden szczegół jej budowy nie umknął jego uwadze. Sara odczuła to spojrzenie jak pieszczotę. Gdy wreszcie popatrzyli sobie w oczy, Royce znów miał nieodgadnioną minę.

– Nie wyglądasz na kobietę na surowej diecie. Podoba mi się – orzekł.

Zaschło jej w gardle z emocji. Podobało mu się, że nie jest diecie, czy też miał na myśli jej figurę? Daremnie próbowała wyczytać z jego oczu odpowiedź. Chciała odwrócić wzrok, ale nie była w stanie, zupełnie jakby ktoś rzucił na nią zaklęcie. Wokół nich powietrze zdawało się pulsować w rytm bicia bezgłośnych bębnów. Z niemego oszołomienia wybił ją dopiero widok dymu, unoszącego się znad patelni. Krzykiem zaalarmowała Royce’a, który zaklął pod nosem, błyskawicznie wyłączył gaz i chwyciwszy ścierkę, zaczął nią gwałtownie machać, by rozgonić opary. Pochylony, badał stan patelni.

– Może być, lubię chrupki bekon – orzekł z krzywym uśmieszkiem.

– Jak dla mnie jest przypalony, ale wiem, że się do tego nie przyznasz.

– Nie, naprawdę taki lubię.

– I do tego sadzone jaja z płynnym żółtkiem, co? – skrzywiła się.

– No pewnie – zawołał z entuzjazmem, aż musiała się uśmiechnąć. Uświadomiwszy sobie, co robi, zacisnęła wargi w wąską kreskę.

Ten człowiek nie był jej przyjacielem. Nie był też wrogiem w sensie ścisłym, ale stanął na drodze do celu, na którym bardzo jej zależało, a było nim decydowanie o sobie. Ludzie często doceniają ten dar dopiero wtedy, gdy zostanie im odebrany.

Bez słowa zabrała się za krojenie truskawek na cząstki. Przez chwilę oboje pracowali w milczeniu, ale Sara co rusz zerkała na Royce’a. Jak na olbrzyma jego ruchy były pełne wdzięku i precyzji. Przyszło jej na myśl, że jest taki sam, kiedy się kocha z kobietą. Spłonęła rumieńcem i spuściła wzrok. Co ją w ogóle obchodziło, jakim kochankiem jest Royce? Miała już dość facetów, i to nieodwołalnie. Usiadła przy stole i zabrała się do jedzenia. Po chwili dołączył do niej Royce z kopiastym talerzem bekonu, pomidorów, pieczarek i jajek.

– Opowiedz mi o byłym mężu – poprosił, pochłonąwszy z apetytem połowę porcji. Sara omal nie udławiła się cząstką truskawki.

– To nie jest mój ulubiony temat – odparła z niechęcią.

– Domyślam się. – Royce wsunął do ust kolejną porcję bekonu, przeżuł starannie i przełknął. – Ale im więcej o nim wiem, tym łatwiej mi będzie pracować.

Sara nie dała się jednak przekonać, powtarzając poprzednie argumenty; skoro w ogóle nie chciała mieć ochroniarza, to dlaczego niby miałaby mu cokolwiek ułatwiać? Nie zamierzała odpowiadać na bolesne pytania Royce’a. Nie dał się sprowokować, ale jego spojrzenie stwardniało.

– Może dlatego, że byłoby to uprzejme? I dało dwojgu obcym ludziom temat do pogawędki przy śniadaniu?

– Ja zaś uważam – odparowała Sara, gotując się z gniewu – że nieuprzejmie jest stawiać niemal obcej osobie tak osobiste, wręcz wścibskie pytania. Skoro jesteś zdania, że mamy wieść niezobowiązującą pogawędkę, to znam masę ciekawszych tematów niż mój były mąż. Na przykład pogoda albo szybujące w górę ceny benzyny!

Royce przeżuł ze smakiem kolejny kawałek przypalonego bekonu.

– Wolałbym pogadać o Bradym.

– A ja nie! – Odłożyła z trzaskiem łyżeczkę. – Jeśli nie masz innego tematu, to wychodzę!

– Co za upór… – westchnął ciężko. – Powiedz mi przynajmniej, jak Brady uprzykrza ci życie. Twój ojciec wspomniał mi o telefonach i o tym, że facet wystaje pod domem.

– Czyli ładnie to podsumował – odparła już z większym spokojem. – Sam widzisz, że wynajęcie ochrony było grubą przesadą. – Próbowała przekonać o tym ojca, ale bezskutecznie. Być może się jednak domyślił, że córka nie wyjawiła mu wszystkiego.

– Znam Gerarda od wielu lat – rzekł Royce z namysłem. – Nie należy do panikarzy. – Gdy Sara upierała się przy swoim zdaniu, dorzucił z naciskiem: – Pozwól, że ja to ocenię.

Kilka godzin później Royce otrzymał dość dowodów na poczynania Brady’ego. Wszedł akurat do salonu, gdzie Sara przeglądała czasopisma, gdy zadzwonił telefon. Nie uszło jego uwagi, że zbladła jak ściana i wzdrygnęła się cała.

– Zostaw – polecił, gdy chciała sięgnąć po słuchawkę. Zawahała się, więc dodał: – Przypuszczasz, że to on, prawda? – Gdy pokiwała głową, powiedział: – Niech sobie dzwoni.

– Dlaczego?

– Bo tak mówię. – Royce usiadł naprzeciw niej, wyciągając długie nogi.

– O, nie! Nie jestem szczeniakiem, którego chcesz nauczyć posłuszeństwa. Jeśli chcesz, żebym coś zrobiła, to radzę ci zapamiętać dwie rzeczy. – Utkwiła w nim spojrzenie niewiarygodnie błękitnych oczu. – Przeżyłam rok z człowiekiem, który nieustannie dyktował mi, co mam robić. Kiedy od niego odeszłam, poprzysięgłam sobie, że nigdy więcej do tego nie dopuszczę. Jeśli zatem chcesz mnie do czegoś skłonić, to proponuję poprosić, zamiast mi to kazać.

– Dobrze. Proszę, żebyś nie odbierała telefonu. Czy tak lepiej?

– Owszem. Po drugie, jeżeli mam coś zrobić, to muszę wiedzieć, dlaczego. Nie chcesz, żebym odebrała telefon? Wyjaśnij mi przyczynę.

Royce spojrzał na nią z szacunkiem. Nie sposób było odmówić słuszności jej rozumowaniu. W jej sytuacji zareagowałby tak samo. Przeszkadzał mu jedynie jej wyniosły ton. Zachowywała się jak królowa instruująca poddanych. Z reguły takie fochy spływały po nim jak woda po kaczce. Już dawno zrozumiał, że bogaci mają się za lepszych od innych. Przekonał się o tym w nobliwej szkole z internatem, do której uczęszczał, otrzymawszy stypendium. Zamożni koledzy szybko uświadomili mu, że nie przynależy do ich ekskluzywnego grona. Później, kiedy osiągnął sukces i zdobył spory majątek, spodziewał się, że automatycznie wejdzie na salony. Okazało się, że liczy się także sposób dojścia do pieniędzy. Jedynie odziedziczenie ich otwierało drogę do klubu bogaczy. Royce nigdy się z tym nie pogodził. Uważał, że sukces wypracowany własnymi rękami liczy się bardziej od przyjścia na gotowe i że wartości człowieka nie można mierzyć zasobnością jego portfela. Już dawno przestał aspirować do grona ludzi, którzy mieli diametralnie odmienne poglądy na świat. Czemu więc drażnił go wielkopański ton Sary?

Postanowił się w to nie zagłębiać i zwięźle wyjaśnił, że nieodebranie telefonu pozbawi natręta chorej satysfakcji.

– Mało tego, facet się wścieknie, i dobrze. Jak zrozumiałem, zbyt długo wywierał na ciebie presję. Teraz nasza kolej, przejmiemy kontrolę nad sytuacją.

Z miny Sary wywnioskował, że jego metoda niespecjalnie ją przekonuje, ale było już za późno na zmianę decyzji, bo odezwała się automatyczna sekretarka. Po chwili usłyszeli trzaśnięcie słuchawki. Sara drgnęła, Royce uśmiechnął się z triumfem. Niemal natychmiast dzwonienie rozległo się ponownie.

– Nie odbieraj.

– Odbiorę. Może to wcale nie on…

– Ktoś inny zostawiłby wiadomość.

– Niekoniecznie. Przekonamy się o tym, jak odbiorę. To mój dom, nie możesz mnie do niczego zmuszać.

– To dom twojego ojca – poprawił Royce – i z jego woli mam głos decydujący.

Znowu włączyła się sekretarka. Tym razem cisza trwała kilka minut, zanim dzwoniący z trzaskiem przerwał połączenie. Sara tkwiła nieruchomo, wpatrzona w kurczowo splecione dłonie. Royce obserwował ją ukradkiem. Gęste kruczoczarne włosy lśniły jak satyna. Tak bardzo pragnął ich dotknąć, podobnie jak mlecznobiałej, aksamitnej skóry policzka, że zacisnął ręce w pięści. Sara wydawała się taka bezbronna i krucha.

Telefon zadzwonił po raz trzeci, a ona szarpnęła głową, jakby w obawie, że aparat ją ukąsi.

– Okłamałaś mnie dzisiaj rano – zauważył Royce, starając się nie okazać gniewu. Ponad wszystko cenił szczerość. Nie dość, że napatrzył się w pracy na rozmaitych oszustów, to jeszcze po tym, co zrobiła mu Fiona, wszelka forma kłamstwa budziła w nim wręcz odrazę.

– Słucham? – wycedziła.

– Powiedziałaś, że ojciec przesadza, ale widzę, że boisz się byłego męża.

Popatrzyła na niego, próbując pokryć śmiechem wyraźne zakłopotanie, ale nie udało jej się zwieść Royce’a.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?