Song nauczycielkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

I

II

III

Przypisy

Tytuł oryginału: LÆRERINNENS SANG

Opieka redakcyjna: LUCYNA KOWALIK

Redakcja: KRYSTYNA PODHAJSKA

Korekta: MARIA ROLA, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK,MAŁGORZATA WÓJCIK, KRYSTYNA ZALESKA

Projekt okładki: ØYVIND TORSETER © Cappelen Damm, Oslo, 2018

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© CAPPELEN DAMM AS, Oslo, 2018

© Copyright for the Polish translation by Maria Gołębiewska-Bijak

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020


This translation has been published with the financial support of NORLA.

Tłumaczenie dofinansowane w ramach programu dotowania tłumaczeń literatury norweskiej NORLA (Norwegian Literature Abroad).

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07143-4

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

„W dawnych czasach ludzie zamykali się w klasztorze. Może byli głupi albo bezmyślni? – Cóż, jeżeli tacy ludzie, żeby móc żyć, uciekali się do takich sposobów, problem nie był prosty!”

Ludwig Wittgenstein, Uwagi o religii i etyce, przeł. W. Sady, M. Kawecka, W. Walentukiewicz

I

Nic by się nie stało, gdyby nie.

Ale się stało, wszystko.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Kiedy 10 kwietnia 2016 roku Lotte Bøk wyszła ze swojego starego domu nad Akerselvą do pracy w Wyższej Szkole Sztuk, nie przeczuwała, jak w ciągu najbliższych tygodni zmieni się jej życie. I to za sprawą czegoś, co innym, być może, wydałoby się przypadkiem. Spacerowym krokiem przemierzała Blåmanngata, rozświetloną słońcem zawieszonym wysoko na bezchmurnym kwietniowym niebie, ubrana w ogrodniczki, strój zdaniem niektórych może (zbyt) odważny dla kobiety pięćdziesięciosiedmioletniej. Ona jednak trzymała się świetnie. Poruszała się szybko, miała sprawne i elastyczne mięśnie, a to jej zdaniem powinno być ważniejsze niż kilka zmarszczek na czole – owa możliwość, by gwałtownie się obrócić lub podbiec do autobusu, jeżeli nie ma się tego szczęścia, by posiadać dom w centrum miasta jak Lotte Bøk, która rzadko musiała korzystać z autobusu. Na ogół mogła dotrzeć spacerkiem, dokąd chciała, na przykład do pracy w Wyższej Szkole Sztuk. Miała więc dom w centrum, szybkie i swobodne ruchy oraz dość odwagi, by nosić ogrodniczki podobne do tych, w których Meryl Streep odnawia swój grecki pensjonat w filmie Mamma mia! i nie zdaje sobie sprawy, że mężczyzna jej życia jest już w drodze.

Towarzyszymy pięćdziesięciosiedmioletniej Lotte Bøk idącej w ogrodniczkach po Blåmanngata. W ostatnich latach zaczęła się ubierać w nieco męskim stylu. Tyle kobiet starało się zrekompensować utraconą młodość wyjątkową starannością w doborze stroju: kostiumami z odpowiednio dopasowanymi butami, torebkami, apaszkami i biżuterią. To jednak było kosztowne, czasochłonne, a zwłaszcza niewygodne. Inne zaś rezygnowały, zdawać by się mogło, ostatecznie – zwykle to te, które od lat miały tego samego męża. Skupiały się wyłącznie na tym, co praktyczne: krótko ostrzyżone włosy, prostokątne oprawki okularów, obuwie zdrowotne, całoroczne kurtki na grubiejącej z czasem figurze. Lotte Bøk wybrała inną drogę, styl niedbały, jednak z lekka wyrafinowany. Od dawna była rozwiedziona, nie miała partnera, za to dorosłą córkę, także rozwódkę, i dwoje wnucząt. Te najbliższe jej osoby kilka lat temu przeniosły się do Sydney w Australii, bo tam córka dostała stypendium doktoranckie z botaniki. Zatem Lotte nie widywała ich tak często, jak by chciała, i nie prowadziła już – kiedyś prawie codziennych – rozmów z córką o życiowo istotnych sprawach. Brakowało jej oczywiście tych rozmów, ale dawała sobie radę; zresztą co właściwie można było jeszcze powiedzieć o życiowo istotnych sprawach w odniesieniu do niej samej? Dlatego pozostawiła córce decyzję co do częstotliwości kontaktów telefonicznych i mailowych, a ta dzwoniła lub pisała z reguły wtedy, gdy skonfliktowała się ze swoim byłym i tak się na niego wkurzyła, że w złości miała wielką ochotę napisać do niego agresywny mail. Dzwoniła wówczas do Lotte, która przyczyniała się do stłumienia frustracji, szczególnie zaś do złagodzenia ziejących wściekłością sformułowań, aby brzmiały bardziej dyplomatycznie i pojednawczo. Lotte lubiła tę rolę, była wszak specjalistką od języka i na ogół po takich rozmowach czuła się zadowolona. Oczywiście była także matką. Miała też przyjaciółki, ale nie spotykała się z nimi tak często jak dawniej, bo odnosiła wrażenie, że te kontakty kosztują więcej energii, niż jej przynoszą. Nie wiedziała, czy ma to związek z przyjaciółkami, z nią samą czy też z okresem w życiu, w którym się znalazły. Nie działo się u nich tak wiele jak przedtem, nie za bardzo miały o czym rozmawiać. Wiedziały, jakie mają poglądy polityczne oraz w innych sprawach; w decydujących kwestiach żadna nigdy nie zmieniła zdania, tak więc niewiele pojawiało się nowości, natomiast wymiana komunałów na temat wnuków – to nie dla niej. Teraz jednak nastała wiosna. Mogłyby się spotkać na kawie, gdyby zrobiło się dość ciepło, żeby usiąść na zewnątrz! Zdarzało się, że Lotte jadła kolację lub szła do teatru z mężczyzną, ale od dawna z żadnym nie dzieliła łoża. Od czasu do czasu nachodziła ją myśl, że byłoby miło mieć przyjaciela, mężczyznę, z którym spędziłoby się – cóż, była tego świadoma – stojącą za progiem starość, lecz nie odnosiła wrażenia, że należy się z tym spieszyć. Nie pociągał jej pomysł, by jeszcze raz wkładać tyle pracy w poznanie nowego człowieka, wysłuchiwanie wspomnień z dzieciństwa, relacji o minionych związkach, tych, które trwały zbyt długo – „powinienem był się rozwieść dawno temu” – albo tych, które trwały w sferze marzeń – „była moją wielką miłością i pewnie nadal bylibyśmy razem, gdybym tylko nie zrobił tego czy tamtego”. Szczególną odrazę czuła na myśl o konieczności poznawania nowego ciała, no tak, ciała starzejącego się – co do tego nie miała złudzeń. Żeby wykonać takie zadanie, trzeba się głęboko zakochać, a Lotte od lat się nie zakochiwała i nie sądziła, że jeszcze potrafi się zakochać. Związek z młodszym mężczyzną także jej nie pociągał, bo silniej skoncentrowałby jej uwagę na własnym procesie starzenia.

Tego dnia Lotte o nim nie myśli. Słońce świeci, a ona wędruje niespiesznie po Blåmanngata do lubianej pracy w Wyższej Szkole Sztuk. Jest dobrą nauczycielką, zaangażowaną, pełną życia – często słyszy takie opinie. W powietrzu pachnie wiosną, ptaszki ćwierkają. Lotte Bøk wstąpiła do kafejki po cappuccino na mleku sojowym, które teraz popija. Czuje się elegancka w nowych okularach słonecznych kupionych w Retro w Kristiansandzie. Sytuacja na świecie rysuje się wprawdzie ponuro, lecz ona ma dobry humor i myśli raczej nie o starzeniu się, lecz o tym, że może się cieszyć, że nie jest młodsza, że miała szczęście przeżyć całe prawie życie w stosunkowo spokojnych czasach, w pokojowym kraju. To znaczy, przerywa sobie i poprawia sama siebie, jej kraj przez ostatnie dwadzieścia lat uczestniczył w wielu wojnach, niemniej toczyły się one gdzieś daleko i dlatego większość jej rodaków nie miała do nich stosunku. Nie odnosiło się wrażenia, że kraj Lotte, Norwegia, był w stanie wojny. Ludzie w pewnym sensie o tym wiedzieli. Ona wiedziała doskonale, bo regularnie prowadziła cykle wykładów o dramatopisarstwie Bertolta Brechta, a nikt, kto wykłada o dramatach Brechta, nie może sobie nie uświadamiać, że wyrażenia takie jak „akcja humanitarna w obronie przestrzegania praw człowieka” często są używane jako kamuflaż. Mają ukrywać to, że mówi się o wojnie. Rządy piszą traktaty pokojowe. Szary człowieku, spisuj testament![1] Kto przez lata wykładał Brechta, nie pozostanie naiwny w obliczu konfliktów międzynarodowych. Mimo to Lotte nie odczuwała wojny na własnej skórze. No właśnie. Na własnej skórze jej nie odczuwała. Zatrzymała się i sprawdziła. Nie, nie odczuwała wojny na własnej skórze. Czy coś by to zmieniło, gdyby odczuła? Zapewne nie. Natomiast gdyby wielu, bardzo wielu Norwegów, gdyby ich setki tysięcy odczuły wojny na własnej skórze, wyszłyby może na ulice i zażądały natychmiastowego ich wstrzymania. Zrobiłyby to z innym zaangażowaniem, inną desperacją niż te, które ona i jej studenci okazywali, kiedy czasem czuli się zmuszeni do zaprotestowania przeciwko wojnom w liście do redakcji lub podczas pochodu pierwszomajowego. Gdyby wojny dawały się boleśnie odczuć na norweskiej skórze jednostek. Tak jednak nie było. Lotte Bøk minęła naciągacza, który miał zwyczaj kręcić się w okolicy Wyższej Szkoły Sztuk. Opierał się czołem o mur, w drżącej dłoni trzymał butelkę ringnesa, a spodnie opadły mu tak nisko, że do połowy odsłoniły przedziałek między pośladkami. Może on na własnej skórze odczuwał wojnę. Lotte była wdzięczna za radość, którą czerpie z faktu, że nie odczuwa wojny na własnej skórze, co – choć raczej niechętnie – musiała przyznać.

 

Minęła rumuńską żebraczkę, zawsze rano siedzącą przy bramie do Wyższej Szkoły Sztuk, i wrzuciła jej do tekturowego kubka drobne z kafejki; przeszła przez bramę obok stojaka na rowery, witając skinieniem głowy znajomych, którzy nadchodzili z przeciwka – kupili kawę w kantynie, ale woleli wypić ją na zewnątrz, bo świeciło słońce i nadeszła wiosna. Pierwszy dzień wiosny. Zauważalny we wszystkim. Lotte weszła głównymi drzwiami z uśmiechem, ponieważ nie miała pojęcia, że ten dzień jest początkiem końca życia, które uznawała za swoje.

Podeszła do swojego biurka, wdzięczna za tę odczuwaną radość. Nie zdarzało się to aż tak często. Miała w życiu ciężkie chwile – jak tylu innych; niemniej właśnie tych, którzy przeżyli ciężkie chwile, zwykle wypełnia wdzięczność, kiedy na powrót zjawia się radość, co na ogół dzieje się na wiosnę. Córce wiodło się dobrze, wnukom wiodło się dobrze, ona sama miała stałą pracę, którą lubiła i na której się znała, liczne ciekawe funkcje w zarządach, żadnych problemów finansowych – chyba wolno jej było czuć zadowolenie.

Tego dnia miała uczyć studentów pierwszego roku wydziału aktorskiego o Dobrym człowieku z Seczuanu Bertolta Brechta – o sztuce, w której z wszelkim prawdopodobieństwem przyjdzie im grać w trakcie ich kariery aktorskiej. Wyzwanie polegało na tym, że powinni zrozumieć realizm i ważkość tej sztuki. Studenci pierwszego roku wydziału aktorskiego byli bardzo ambitni, niemal wojowniczy w kwestii swoich ambicji, trudno więc było zmusić ich do zaangażowania się w mechanizmy społeczne, które na pierwszy rzut oka nie dotyczyły ich bezpośrednio. Lotte chciała zaś spowodować, żeby spojrzeli ponad siebie, uświadomili sobie, w jakim kontekście społecznym funkcjonują i jaka w związku z tym odpowiedzialność na nich ciąży. Dobrze się do tego przygotowała. Wyjęła notatki i ruszyła do sali na drugim końcu budynku. Drogę zastąpił jej młody człowiek, który wyraźnie na nią czekał. Przedstawił się, ale nie dosłyszała nazwiska. Odniosła wrażenie, że nigdy wcześniej go nie widziała. Nie dosłyszała nazwiska i nie pamiętała, by go wcześniej widziała, ale w szkole było prawie pięciuset studentów, a ona miała głównie do czynienia z tymi, którzy zajmowali się teatrem. Ów zaś studiował w Akademii Sztuk Pięknych[2]. Wyjaśnił, że zajmuje się sztuką wideo i jego nowy projekt dotyczy kilku głównych wykładowców Wyższej Szkoły Sztuk. Chciał sfilmować ich zajęcia oraz, na co miał nadzieję, ich codzienność poza instytucją i kontekstem nauczania. Założeniem projektu było bowiem, że istnieją silne związki pomiędzy życiem a nauczaniem. Czy Lotte Bøk zechciałaby w tym uczestniczyć? Podał jej opis projektu i dane kontaktowe. Wzięła je i powiedziała, że o tym pomyśli, po czym poszła do swojej sali.

Wykładowcy Wyższej Szkoły Sztuk wychodzili studentom naprzeciw; do niektórych ich studenci wysyłali SMS-y przez całą dobę. Z tego powodu uczelnia stanowiła dla nauczyciela miejsce fantastyczne i wymagające jednocześnie. Jeżeli miał on pod opieką merytoryczną studenta pracującego nad bardzo spersonalizowanym zadaniem, a takich było wielu, zazwyczaj nie udawało mu się uniknąć zaangażowania emocjonalnego. To z kolei mogło rodzić sytuacje o dużym, wręcz wybuchowym potencjale. Lotte nie przeżyła wielu takich sytuacji, niemniej temat ten stale powracał w rozmowach pracowników, przede wszystkim opiekunów studentów Akademii Sztuk Pięknych, zwłaszcza studentów czwartego roku. Ten, który przedstawił się Lotte, był właśnie z czwartego roku. Sprawiał wrażenie sympatycznego, w ujmujący sposób niezręcznego, nie był hałaśliwy ani zadufany w sobie jak wielu studentów Akademii, szczególnie płci męskiej. Lotte powiedziała, że pomyśli o jego propozycji. Myślała. I myśląc o tym, opowiadała o dramatycznym życiu Bertolta Brechta. Myśląc o tym, prezentowała kilka najbardziej znanych jego wierszy. Myśląc o tym, rysowała kontury akcji Dobrego człowieka z Seczuanu: Trzej bogowie zstępują na ziemię, żeby sprawdzić, jak się wiedzie ludziom, i szybko stwierdzają, że wiedzie im się źle. Lotte wyobraziła sobie młodego człowieka z kamerą siedzącego na końcu sali. Ludzie kradną, zdradzają, oszukują i zabijają, nikt nie chce przyjąć bogów pod swój dach. Poza jedynym dobrym człowiekiem, prostytutką Szen Te, która ich ugaszcza. Gdy rozczarowani ludźmi bogowie wracają do swojego nieba, zostawiają Szen Te sklepik, żeby nie musiała się prostytuować. Ale Szen Te, dobry człowiek z Seczuanu, jest za dobra, by prowadzić interes. Pierwszoroczni studenci pokładli się na stołach, niektórzy pisali coś na laptopach. Lotte podejrzewała, że nie miało to nic wspólnego z Brechtem. Musiała spiesznie przejść do kuzyna. Wychyliła się w przód i podniosła głos. – Szen Te jest zbyt miła, żeby prowadzić sklep – powiedziała. – Szen Te daje tym, którzy nie mogą zapłacić – dorzuciła i obdarzyła głosem matkę, żebrzącą o chleb dla głodnego dziecka, oraz Szen Te, która nie umiała nie ulec prośbie i dała chleb bez zapłaty. Użyczyła głosu umierającemu starcowi: – Kochana Szen Te, jedyny dobry człowieku w naszym mieście, dajże staremu miskę ryżu, żebym nie musiał umierać z piszczącym z głodu brzuchem. – Szen Te nie ma serca odmówić. Szen Te daje, a studenci teraz słuchają uważnie; kamera zaś mogłaby wychwycić, jak stopniowo dociera do nich, że jeżeli Szen Te nadal będzie tak postępowała, straci cały sklep. Mogą sobie plastycznie wyobrazić, czym się kończy wieczne dawanie. Przecież sami sobie często to powtarzali. Że jeśli dawałbyś co rano nie tylko rumuńskiej żebraczce przed bramą Wyższej Szkoły Sztuk, lecz także facetowi, który siedzi na rogu Blåmanngata i Thereselunden, i kobiecie przed sklepem Kiwi koło parku, byłbyś zrujnowany, zanim wróciłbyś do wynajętego pokoju w centrum. Każdy chciałby być dobry dla każdego, ale jak to osiągnąć?

Studenci słuchali w skupieniu, bo co też ma zrobić Szen Te? Co mają zrobić oni sami? – Jesteśmy u sedna – powiedziała Lotte. – Szen Te wymyśla sobie złego kuzyna. Przebiera się za niego raz w miesiącu, obchodzi wioskę i bezlitośnie ściąga długi.

Ludzie dobrzy

Nie mogą w naszym kraju

Długo pozostać dobrymi.

Tam, gdzie talerze są puste,

Jedzący biorą się za łby,

A przykazania bogów

Nic nie poradzą przeciw niedostatkom[3].

Ciąg dalszy nastąpi.

Zanim Lotte poszła po zajęciach do domu, zastukała do drzwi koleżanki, Laili May, która w Akademii wykładała teorię koloru. Ta od razu się zorientowała, o kogo chodzi: Tage Bast, bardzo obiecujący, ciężko pracujący młody człowiek, duży talent. Trzydzieści trzy lata, więc stosunkowo stary jak na Wyższą Szkołę Sztuk, ale w Akademii Sztuk Pięknych studiowali ludzie na ogół starsi niż gdzie indziej. Zachęciła Lotte do udziału, jak się wyraziła.

Kiedy tego samego popołudnia Tage Bast napisał do Lotte mail z pytaniem, czy przemyślała jego propozycję, odpowiedziała, że chętnie weźmie udział w projekcie, a gdy spytał, czy mógłby ją filmować już następnego dnia, zgodziła się, ponieważ w opisie został położony nacisk na natychmiastowość, na to właśnie, by niczego nie planować ani nie przygotowywać. Na kolejne pytanie, czy po zajęciach mógłby towarzyszyć jej do domu, także odpowiedziała – po chwili zwłoki – twierdząco, w duchu projektu. Dodała jednak, że wieczorem jest umówiona na kolację, choć nie było to prawdą. Odpowiedział emotikonem z uśmiechem.

Posprzątała dom. Podczas sprzątania zastanawiała się, w co się wpakowała. Związek nauczania z życiem? W jakiś sposób jedno z drugim oczywiście się zazębiało, ale subtelnie, niełatwo wyjaśnić, a już na pewno uchwycić kamerą – jak. Weźmy dla przykładu rumuńskich żebraków. Jak miało się wykładanie Brechta do jej stosunku wobec nich? Raz dawała im pieniądze, innym razem nie, w zależności od formy w danym dniu, od tego, jak bardzo się spieszyła i czy miała przy sobie drobne, czy łatwo jej było po nie sięgnąć i czy miała czas się zatrzymać i je wyjąć. Jeśli miała być szczera, a postanowiła, że podczas spotkania z Tagem Bastem, gdyby doszło do tej kwestii, nie będzie, dawała pieniądze żebrakom raczej wtedy, gdy nosiła w sobie jakąś nadzieję – że badania krwi zlecone przez lekarza nie wykażą nic poważnego, że córka zrobi doktorat w terminie – jakby dawaniem, jałmużną starała się zasłużyć na dobre wieści. Oto ta głupia prawda. Niemniej nie musiała jej nikomu zdradzać. A jeśli chodzi o Brechta, broniłby zapewne zarówno tego, który dawał, jak i tego, który nie dawał albo wspierał w inny sposób. Wyraził to, można powiedzieć, otwarcie w wierszu Noclegi. Tym wierszem Lotte zwykła kończyć swoje Brechtowskie wykłady i z chęcią mogłaby zadeklamować go przed Tagem Bastem i jego kamerą – o człowieku zbierającym co wieczór na rogu ulicy na Manhattanie pieniądze dla bezdomnych spod mostu kolejowego, by mogli sobie wykupić miejsce w noclegowni. To nie zmieni świata, mówi się tam. Ale kilku bezdomnych znajdzie dach nad głową. Na całą noc schronią się przed wiatrem. Śnieg, który by ich przykrył, spadnie na trotuar. Niemniej to świata nie zmieni. Człowieku, co czytasz te słowa, nie odkładaj książki![4] Kilku bezdomnych znajdzie dach nad głową. Na całą noc schronią się przed wiatrem. Śnieg, który by ich przykrył, spadnie na trotuar. To nie poprawi stosunków między ludźmi. Nie, to do tego nie doprowadzi. Wiersz mówi nam, wyjaśniała zazwyczaj Lotte studentom, że w kontakcie z cierpieniem musimy obrać dwie strategie – pomagać jednostkom tu i teraz, szczególnie jednak zmieniać struktury generujące cierpienie. Tak. Lotte zgadzała się ze sobą, to znaczy z Brechtem. W kwestii zaś zmiany struktur generujących cierpienie uważała, że jest zabezpieczona. Głosowała na partie chcące zmniejszyć nierówności w Norwegii i na całym świecie. Podpisywała wszelkiego rodzaju apele przeciwko broni atomowej lub za humanitarną polityką wobec imigrantów. Zasiadała w zarządzie Stowarzyszenia na rzecz Roślin Użytkowych. Czego jeszcze oczekiwałby Tage Bast? W jaki jeszcze inny sposób nauczanie Lotte Bøk mogłoby się wiązać z jej życiem?

Co robiła, kiedy nie uczyła? Przygotowywała następną partię wykładów. Czytała i opatrywała komentarzami prace licencjackie i doktorskie. Czytała dokumenty przed zebraniami zarządu. Pisała zaplanowany artykuł o teatrze w dobie Internetu i Netfliksa. Dużo czasu spędzała sama. Lubiła być sama, zapewniało jej to poczucie kontroli. Oddawała się lekturze. Była na bieżąco z życiem kulturalnym. Oglądała wiele przedstawień teatralnych i wszystkie ważne wystawy, choć nie tyle ile dawniej, musiała to przyznać sama przed sobą. Szczerze mówiąc, niewiele rzeczy ją poruszało lub wzbogacało jej umysł. Ale tego nie powie studentowi czwartego roku Akademii Sztuk Pięknych. Nie zdradzi, że sztuka już jej nie fascynuje, nie ma dla niej tej siły przyciągania, jaką miała w czasach jej młodości. Poza, oczywiście, największymi: Brechtem, Ibsenem, Szekspirem. Pozostałą resztę uważała za – cóż, nie użyje określenia „nieistotną”, bo jest za mocne, ale może – niewartą trudu. Przez całe swoje życie zawodowe wykazywała niezbędność sztuki, z zapałem wspierała hojną politykę stypendialną, wzrost nakładów na kulturę. Protestowała przeciw likwidowaniu szkół kultury[5]. Nie zmieniła zdania do dziś, ba, jak dawniej żywiła przekonanie o konieczności zapewnienia sztuce i kulturze miejsca w społeczeństwie, tylko sięgała do trochę bardziej defensywnej argumentacji: tworzenie sztuki nie jest działaniem szkodliwym ani niszczącym – w przeciwieństwie do wielu innych zajęć. Tracenie energii podczas prób stworzenia doniosłych dzieł sztuki nie jest najgorszym rodzajem marnotrawstwa. Ci, którzy w taki sposób tracą energię, mimo wszystko pracują nad sobą, są zmuszeni do ciągłego zastanawiania się nad swoimi motywami. Ba, wszyscy, którzy na serio interesują się sztuką i kulturą, rozwijają umiejętność autorefleksji. Lotte nie wiedziała, czy można tego dowieść naukowo, lecz takie doświadczenie zebrała; z czasem zrobiło się go całkiem sporo. Rozwijanie autorefleksji jest dobre. Właśnie brak tej zdolności sprawił, że świat schodzi na psy. Przecież ludzie sięgający po władzę lub ją sprawujący nie badali siebie ani motywów swojego działania; nie wydaje się, by mieli jakiekolwiek pojęcie o tym, co ich naprawdę napędza.

 

Takie myśli krążyły po głowie Lotte Bøk, gdy szorowała łazienkę, by Tage Bast nie sfilmował, że mieszka w chlewie. Potem doszła do wniosku, że chyba czułby się zaskoczony na widok brudnej, zabałaganionej łazienki. I zapragnęła zaskoczyć Tagego Basta. Później zaś pomyślała, że prawdę, której właśnie postanowiła nie zdradzać studentowi czwartego roku – o tym, że nie wierzy w sztukę tak, jak wierzyła w młodości – on prawdopodobnie przeczuwa. Dlatego chce filmować wykładowców Wyższej Szkoły Sztuk podczas zajęć i wtedy, kiedy ich nie prowadzą. Zwłaszcza wtedy – żeby pokazać, jak wielki jest rozziew między teorią a życiem. Oto wykładowcy w trakcie seminariów mówią o rewolucjonizującym znaczeniu sztuki, a potem wracają do swoich dyskretnie i ze smakiem urządzonych mieszkań, by planować następną wakacyjną podróż do Berlina albo na Florydę. I choćby nakładali sobie nie wiadomo jakie cugle w czasie spotkania z Tagem Bastem i jego wideokamerą, by prezentować się jako żarliwi bojownicy sztuki, obiektyw wychwyciłby nieobecność owej namiętności i bezradności, owego niepokoju, nawet bólu, które znaczą człowieka naprawdę walczącego z samym sobą, gdy próbuje tworzyć lub przekazać sztukę. Kamera z pewnością zauważyłaby i dokładnie pokazała wyłożone w holu mieszkania należące do żony wykładowcy rzeźby czasopisma poświęcone urządzaniu wnętrz, na które nie zwrócił uwagi ów wykładowca, zanim wpuścił do domu Tagego Basta, lecz które przyciągnęłyby wzrok widza gotowego filmu. W jakim stopniu były w istocie wiarygodne ich wypowiedzi na temat tkwiącej w sztuce mocy przeobrażania? Lotte pojęła, że to oczywiście pułapka. Czy więc sprzątała łazienkę na cześć tego, kto ją zastawił?

Cisnęła szmatkę i pożałowała wyrażonej zgody. Nie chciała w domu krytycznej wideokamery Tagego Basta. Najpierw przysiadła na kilka minut na pokrywie muszli klozetowej, potem zaś zadzwoniła do prezesa zarządu Stowarzyszenia na rzecz Roślin Użytkowych z pytaniem, czy pojawił się już szczawik zajęczy. Prezes podpowiedział okolice Sognsvann.

Inne książki tego autora