Wszystkie barwy Toskanii

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wziął prysznic, przebrał się i ledwie usiadł ze szklaneczką aperitifu na tarasie, usłyszał kroki ciotki. Podniósł się.

– A teraz porozmawiamy – oznajmiła z groźnym błyskiem w oku.

W tym samym czasie Magda kąpała Benjiego. Po kąpieli w basenie właściwie nie musiała tego robić, ale chciała mu w ten sposób zrekompensować przerwaną zabawę, choć nie miała specjalnych wyrzutów sumienia, bo obydwoje wykorzystali wolny czas do maksimum i przez ostatnie dwa dni pływali do woli.

Zbyt długo. Żałowała teraz, że nie wróciła do willi dziesięć minut wcześniej, uniknęłaby spotkania z Rafaelem. Gdyby zażenowanie potrafiło zabijać, padłaby trupem na miejscu. Ciągle miała jego obraz przed oczami: smukłe, opalone ciało, męska doskonałość…

Na szczęście nie zaczerwieniła się i nie wlepiała w niego cielęcego spojrzenia, ale miała świadomość, że Rafael patrzy na nią z politowaniem.

Zerknęła w lustro. Boże, jak ona wygląda. Sprany, rozciągnięty T-shirt, nijaka twarz, włosy nieokreślonego koloru. Nie pamiętała, kiedy ostatnio była u fryzjera. Strzyżenie kosztowało, nie stać jej było na taki luksus.

Musiała wyglądać odstręczająco w oczach każdego mężczyzny, a co dopiero tak zabójczo atrakcyjnego jak Rafael di Viscenti. To jego spojrzenie, pełne politowania, jeśli nie odrazy.

Nie powinna w ogóle o tym myśleć. W końcu to nie jej wina, że jest nieatrakcyjna, tak jak Rafael nie ponosił winy za to, że był ideałem męskiej urody.

Benji prysnął na nią pianą i zaśmiał się radośnie. Przynajmniej jemu jest wszystko jedno, jak wygląda mama, potrzebował tylko jednego, jej miłości. I miał tę miłość na zawsze, pomyślała, nachylając się nad nim z uśmiechem.

Przebrała go w piżamkę, położyła do łóżka i zaczęła czytać bajkę na dobranoc. Był zmęczony po całym dniu na świeżym powietrzu i senny. Kiedy już zaśnie, ona wymknie się do kuchni i poprosi o jakąś kanapkę. W domu byli goście, nie chciała przyczyniać Marii dodatkowych kłopotów. Potem wróci do swojego pokoju.

Rafael wiedział, że rozmowa z ciotką nie będzie przyjemna – i nie była, ale ciotka przynajmniej potrafiła spojrzeć na sprawę z jego punktu widzenia, na co ojciec nie potrafił się zdobyć, acz nie omieszkała dodać, że obaj są siebie warci.

– Jesteście nieznośni – zakończyła swoje pouczenia, po czym dodała: – Powiedziałam, co miałam do powiedzenia. Teraz idź i przyprowadź pannę młodą.

Rafael właśnie podnosił do ust szklaneczkę z aperitifem. Dłoń zastygła w powietrzu. Spojrzał na ciotkę zdumiony.

– Czas chyba, żebym ją zobaczyła.

– Jest w swoim pokoju – powiedział zdławionym głosem.

– No więc idź po nią. Nie będzie przecież siedziała tam sama cały wieczór.

Rafael odstawił szklaneczkę.

– Zajmuje się dzieckiem.

Ciotka machnęła niecierpliwie ręką.

– Któraś z pokojówek może zająć się dzieckiem. Idź i poproś, żeby się przebrała i zeszła na kolację.

– Nie rozumiesz, ciociu… – zaczął, ale Elizavetta nie dała mu dokończyć.

– Rozumiem tylko tyle, że przywiozłeś tutaj tę biedną dziewczynę i zostawiłeś ją samą sobie – sarknęła. – Pognałeś natychmiast do Rzymu, bo masz bzika na punkcie tej swojej firmy. Powiem ci jedno, interesy interesami, ale nie wolno ci tak zaniedbywać własnej żony. To karygodne, nawet jeśli ożeniłeś się wyłącznie na złość ojcu i popełniłeś mezalians. Formy należy zachować. Ta dziewczyna, nawet jeśli nie nadaje się na signorę di Viscenti, jest jednak twoją żoną.

Rafael zacisnął usta. Tego się nie spodziewał. Wstał, spojrzał na ciotkę.

– Jak sobie życzysz – oznajmił. – Muszę cię jednak prosić, żebyś… okazała jej trochę wyrozumiałości – dodał nieoczekiwanie dla samego siebie.

Znowu poczuł się nieswojo. Ciotka potrafiła być okropna, gotowa zniszczyć dziewczynę jednym słowem, a on tego nie chciał.

W oczach ciotki pojawił się dziwny błysk; jakby Rafael ją zaskoczył.

– Wezmę pod uwagę jej… niefortunne położenie – powiedziała sucho. – Twój ojciec histeryzuje, że wziąłeś sobie ladacznicę za żonę, ale z tego, co mówi Maria, owszem, porozmawiałam sobie z Marią, to po prostu samotna matka. W dzisiejszych czasach to nic wielkiego. W każdym razie Maria dobrze się o niej wyraża, a wiesz, jak ona surowo osądza ludzi. Jestem naprawdę ciekawa tej dziewczyny. No, idźże po swoją żonę.

Żona. Rafael ruszył na górę. W uszach rozbrzmiewały mu jeszcze słowa ciotki. Nie tak miało być. Nie chciał dopuścić, żeby ta dziewczyna wkroczyła w jego życie. Już sam ślub był wystarczającym naruszeniem prywatności, a tu ciotka żąda, by jego „żona” zasiadła z rodziną do kolacji, jakby naprawdę była nową signorą di Viscenti.

„Ożeniłeś się z nią…”

Ale nie zamierzałem się wiązać, pomyślał markotnie, idąc na górę. Zatrzymał się przed drzwiami sypialni i zapukał energicznie.

Magda drgnęła. Zdrzemnęła się, obserwując lecące do światła ćmy. Odganiała je od lampy, próbowała ratować przed fatalnym końcem. Była podobna do nich w swojej tęsknocie za niemożliwym. Rafael di Viscenti był światłem, olśniewającym i śmiertelnie niebezpiecznym, a ona ćmą, która zginie, jeśli zbyt się doń zbliży.

Pukanie rozległo się ponownie. Magda podniosła się i podeszła do drzwi.

W progu stał Rafael i Magda na jego widok wstrzymała oddech.

– Mogę wejść? – Wszedł, nie czekając na odpowiedź, spojrzał na śpiącego malca. – Nie przeszkadzam?

Owszem, przeszkadzasz, miała ochotę krzyknąć na cały głos. Wchodzisz tutaj, wyglądasz niczym spełnienie marzeń każdej kobiety i pytasz, czy nie przeszkadzasz?

– Nie, skądże – bąknęła.

Skinął głową. W miękkim świetle lampy jego twarz wydawała się jak rzeźbiona, doskonała w swoim pięknie.

– Za chwilę kolacja. Będziesz gotowa?

Patrzyła na niego, nic nie rozumiejąc.

– Jedna z pokojówek zajmie się ma… Benjim – poprawił się szybko. – Zawoła cię, gdyby się obudził.

– Zwykle śpi do północy, potem się budzi – odpowiedziała machinalnie.

Niekoniecznie. Przez ostatnie dwie noce Benji spał jak zabity; zapewne toskańskie powietrze tak na niego działało, powietrze i zdrowe zmęczenie po całym dniu zabaw w ogrodzie. Dzięki temu i ona mogła się wyspać: chyba po raz pierwszy od urodzenia Benjiego czuła się naprawdę wypoczęta.

– Zostawiam cię w takim razie. Przygotuj się i schodź zaraz na dół. – Rafael spojrzał z niesmakiem na jej stary T-shirt i wyszedł.

Kiedy wszedł do salonu, gdzie czekali ciotka i wuj, Giuseppe oznajmił z kamiennym wyrazem twarzy, że starszy pan poczuł się zmęczony i nie będzie jadł kolacji. Rafael powstrzymał się od komentarza; skoro ojciec nie chciał usiąść do stołu z „synową”, to trudno.

Ciotka była znacznie bardziej wyrozumiała.

– Straszny człowiek! – zawołała. – Mam nadzieję, że twoja wybranka jest osobą odporną.

Odporną. Rafael znowu poczuł wyrzuty sumienia. Dziewczyna okazywała wyjątkową odporność od pierwszej chwili, kiedy to mierzył ją uważnym wzrokiem, oceniając, czy będzie dobrą kandydatką.

Usłyszał kroki i oto stanęła w progu.

Wyglądała jak szara myszka. Miała na sobie tę samą straszną sukienkę, w której brała ślub. Włosy zaczesała gładko do tyłu i ściągnęła w pozbawiony stylu i wdzięku węzeł. Jedyne, co można było o niej dobrego powiedzieć, to to, że wyglądała czysto.

– Dobry wieczór – powiedziała ledwo słyszalnie i cała krew odpłynęła jej z twarzy.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Rafael podszedł do niej, ujął pod łokieć i wprowadził do pokoju.

– Poznaj moją ciotkę i wuja.

Dziewczyna poruszała się sztywno, jakby kij połknęła.

– Ciociu, to Magda. Magdo, oto moja ciotka Elizavetta Calvi, a to mój wuj, profesor Bernardo Calvi.

Magda nie mogła otrząsnąć się z szoku: Rafael di Viscenti po raz pierwszy wymówił jej imię.

Dotąd, co było przykre, zwracał się do niej per ty, z pominięciem imienia. Dzisiaj wypowiedział i jej imię, i imię jej dziecka. Nie mogła w to uwierzyć.

Tak jak nie mogła uwierzyć, że przedstawia ją ciotce i wujowi. Schodząc na dół, oczekiwała kolejnej burzy, tymczasem przywitało ją badawcze spojrzenie starszej, ubranej z dyskretną elegancją pani. Ocena nie wypadła chyba najlepiej, bo elegancka pani zacisnęła usta, ale przynajmniej nie dostała apopleksji. Przeciwnie, na jej twarzy pojawił się, o dziwo, uśmiech. Może nie serdeczny, niezbyt ciepły, ale uprzejmy, w ogóle uśmiech. Profesor też się uśmiechnął i był to uśmiech pełen sympatii, choć niepozbawiony wahania.

– Mój ojciec poczuł się niezbyt dobrze i nie będzie jadł z nami kolacji – powiedział Rafael trochę sztywno. – Mam nadzieję, że mu wybaczysz.

Magda przygryzła wargę. To oczywiste, że ojciec Rafaela unikał jej niczym zarazy. Cóż, w jego oczach była zapewne czymś na kształt zarazy. Trudno, żeby cieszył się z takiej synowej. Dlaczego, u diabła, Rafael nie ożenił się z bardziej odpowiednią dla siebie kobietą, jeśli chciał uniknąć ślubu z kuzynką? Nie, on postanowił wziąć sobie za żonę pierwszą napotkaną dziewczynę i proszę, do czego doprowadził. Chyba zdawał sobie sprawę, że sprzątaczka z nieślubnym dzieckiem to nie najlepszy wybór.

Uniosła dumnie głowę. To sprawa między Rafaelem i jego ojcem. Jej akurat nie przeszkadzało, że zarabia na życie, szorując łazienki w domach bogaczy, ani to, że Benji nie ma ojca. Benji był całym jej życiem, pożegnalnym prezentem od umierającego człowieka. Kaz i Benji…

Giuseppe odchrząknął i oznajmił, że podano do stołu. Rafael ujął Magdę pod łokieć i cała czwórka przeszła do jadalni.

Usługiwał Giuseppe i dwie pokojówki. Na przystawkę była delikatna szynka parmeńska z gruszkami, do tego białe wino. Magda odczekała, aż reszta zacznie jeść, wybrała te same sztućce i włożyła do ust pierwszy kawałek cieniutko krojonego, wędzonego prosciutto di Parma.

 

– Smakuje ci? – zagadnęła ciotka Rafaela.

– Pyszna – odparła Magda spontanicznie.

Signora Calvi uśmiechnęła się dobrodusznie.

– Gruszki z importu, niestety – powiedziała. – Nie pochwalam tego. Jak większość Włochów lubię jeść te owoce, na które akurat jest sezon, a u nas na gruszki jeszcze za wcześnie. Ale szynka jest znakomita. To szynka z Parmy, miasta lepiej pewnie znanego w Anglii z tamtejszego sera, parmezanu.

Chciała najwyraźniej, żeby Magda dobrze się czuła i było to miłe, choć nie musiała nic wyjaśniać. Szynkę parmeńską można było dostać w każdym angielskim supermarkecie, tyle że była bardzo droga i zapewne nie tak dobra jak ta, którą podano dzisiaj.

– Na pewno zasmakuje ci kuchnia toskańska – ciągnęła signora Calvi, kładąc nacisk na słowie „toskańska”. – Jest bardzo prosta, słynie z takich dań, jak bistecca alla fiorentina, to stek z rusztu, lubimy też kaczkę, dziczyznę.

Profesor Calvi upił łyk wina.

– Nie osądzaj zbyt surowo Parmy, moja droga. W końcu to miasto ma pewne związki z Toskanią, prawda?

Wuj Rafaela, który odezwał się po raz pierwszy, mówił po angielsku równie płynnie, jak reszta rodziny. Spojrzał teraz na Magdę pytająco, jakby była jedną z jego studentek i zdawała właśnie u niego egzamin.

– To pierwsza wizyta Magdy we Włoszech, Bernardo, na pewno nie wie, o czym mówisz… – wpadł wujowi w słowo Rafael.

– Księżna Parmy… – odezwała się Magda niemal równocześnie, przypominając sobie, co wyczytała w książkach. – Maria Ludwika, księżna Parmy, wdowa po Napoleonie, była również księżną Lukki.

– Bardzo dobrze – profesor uśmiechnął się szeroko. – Powinnaś koniecznie odwiedzić Lukkę, to perła Toskanii.

– Trochę czytałam o tym mieście – powiedziała Magda. – Słynie ze swoich murów obronnych, prawda?

– Tak. Wzniesiono je pod koniec piętnastego wieku, kiedy Lukka gotowała się do obrony przed Hiszpanami. Zachowała niezależność i w pewnym momencie była jedynym niepodległym miastem-państwem we Włoszech, poza Wenecją. Dopiero Napoleon ją podbił i przekazał swojej siostrze Elizie, którą uczynił księżną Toskanii.

Magda zmarszczyła czoło.

– Czy to ta sama, która była królową Neapolu?

– Nie, królową Neapolu była Karolina, żona generała Murata. Zajęła miejsce burbońskich władców Neapolu. Burbońska królowa Neapolu, także Karolina, miała romantyczne związki z Anglią.

Przerwał, czekając wyraźnie na reakcję Magdy.

– Prawda, przyjaźniła się z lady Hamilton – przypomniała sobie. – To właśnie w Neapolu Emma Hamilton poznała lorda Nelsona.

– Bardzo dobrze – kolejny pełen aprobaty uśmiech.

– Mój mąż jest historykiem, jak zapewne już się domyśliłaś – wtrąciła signora Calvi, obrzucając Magdę zdumionym spojrzeniem, po czym zwróciła się do męża: – Nie zanudzaj nas, Bernardo.

Magda uśmiechnęła się nieśmiało.

– Historia nigdy nie jest nudna, szczególnie historia Włoch. To kraj z taką wspaniałą przeszłością.

– Szczególnie Toskania ma bogatą przeszłość. Już sama nazwa nawiązuje do pierwszej wielkiej kultury naszego półwyspu.

– Etruskiej? – domyśliła się Magda.

– Etruskiej – przytaknął profesor i zaczął rozprawiać o Etruskach.

Magda słuchała zafascynowana. Dotąd czerpała swoją wiedzę z książek, a oto teraz miała okazję siedzieć przy jednym stole z prawdziwym znawcą tematu. Profesor rozwodził się na temat głównych miast Etrusków, ich tajemniczej, mało znanej kultury, ich religii i języka.

– Zawsze lubiłam Etrusków. Etruskie kobiety były wyjątkowo wyzwolone – wtrąciła w którymś momencie ciotka Rafaela. – Jadały z mężczyznami przy jednym stole, miały prawo do posiadania własnego majątku, w ogóle zażywały znacznej swobody.

Magda powściągnęła uśmiech. Dobrze rozumiała, dlaczego pani Calvi podobał się taki stan rzeczy. Zerknęła na Rafaela, ciekawa, jak przyjął uwagę ciotki, ale Rafael zdawał się jej nie słyszeć. Wpatrywał się w Magdę z takim zdumieniem, jakby wyrosła jej druga głowa. Zamrugała, zdezorientowana. Czyżby popełniła jakąś gafę? Zachowała się nie tak, jak powinna? Niepotrzebnie się odzywała? Powinna była milczeć?

– Musisz poświęcić trochę czasu żonie, Rafaelu – mówił profesor. – Musisz koniecznie pokazać jej Toskanię…

Magda ponownie przygryzła wargę. Ostatnia rzecz, jakiej pragnął Rafael, to obwożenie jej po Włoszech.

– Nie, nie – wtrąciła szybko. – To niemożliwe… Mój synek…

– Twoim synkiem zajmę się ja, a Maria mi pomoże. Mały na pewno nie będzie miał powodów do narzekań, a wy powinniście urządzić sobie małą podróż poślubną. Pogoda idealna na zwiedzanie.

– Nie… Nie mogę zostawić Benjiego – opierała się Magda.

– Musi się przyzwyczaić, że nie zawsze jest z mamą. To mu dobrze zrobi – oznajmiła ciotka Rafaela. – Możesz spokojnie zostawić go pod naszą opieką. Maria wie, jak się obchodzić z dziećmi, ma ogromne do świadczenie. Mówiła mi, że twój synek jest bardzo rozwinięty jak na swój wiek i że to łatwe do prowadzenia dziecko, co tylko dobrze świadczy o twoich metodach wychowawczych. – Uśmiechnęła się, a Magda wbiła wzrok w talerz i poczuła ucisk w gardle.

– Musiało być ci momentami ciężko, prawda? – Ciotka dotknęła jej ramienia. – Ludzie potrafią wydawać takie pochopne sądy. – Tu rzuciła wymowne spojrzenie bratankowi i gładko zmieniła temat: – Zadzwoń, Rafaelu, niech Giuseppe podaje następne danie.

Kolacja minęła bez zgrzytów. Profesor, znalazłszy wdzięczną słuchaczkę, opowiadał bez końca o historii Toskanii i Włoch. Magda z każdą chwilą czuła się coraz swobodniej. Na szczęście Rafael prawie się nie odzywał, co dla jego wujostwa stanowiło, zdaje się, taką samą ulgę jak dla Magdy.

Kiedy kolacja dobiegła końca, cała czwórka wstała od stołu, by przejść na kawę do salonu.

Rafael wykorzystał ten moment, by zadać pytanie, które doprowadzało go do furii przez cały wieczór.

Kiedy wuj i ciotka wyszli z jadalni, chwycił Magdę za rękę.

– Możesz mi powiedzieć, dlaczego wykonujesz takie podłe zajęcie, skoro jesteś wykształcona? – syknął.

Magda spojrzała na niego zdumiona.

– Wykształcona?

– Dobrze znasz historię – rzucił niemal oskarżycielskim tonem. – Jesteś inteligentna. Dlaczego pracujesz jako sprzątaczka?

Z łatwością mogła odpowiedzieć na to pytanie.

– Nie mam żadnych kwalifikacji. Zawsze lubiłam czytać, to całe moje wykształcenie. W szkole… miałam problemy. – Nie zamierzała mu opowiadać, co znaczy być dzieckiem z „bidula”, narażonym na wieczne kpiny innych dzieci. – Skończyłam edukację na szkole średniej, ale zdałam tylko część egzaminów końcowych.

O tym, że wtedy akurat dowiedziała się, że najbliższa jej osoba, jedyna bliska osoba, Kaz, jest chora na raka, też nie zamierzała opowiadać.

– Kiedy Benji będzie starszy, pomyślę o dalszej nauce…

– Rafaelu! – zawołała ciotka władczo. – Pozwól biedaczce napić się kawy.

Rafael już o nic więcej nie pytał, podał Magdzie ramię i przeszli do salonu.

– Siadaj obok mnie – zażądała Elizavetta i rzuciła bratankowi chytre spojrzenie. – A ty, Rafaelu, idź z wujem na taras. On nie obędzie się bez cygara po kolacji, a tutaj nie będzie palił.

Subtelność zdecydowanie nie jest mocną stroną signory Calvi, pomyślała Magda i zerknęła na Rafaela. Dostrzegła w jego oczach rozbawienie i coś jeszcze: pytanie. Ciotka też je zauważyła.

– Nie martw się o Magdę – oznajmiła. – Zapewniam cię, że powie mi tylko tyle, ile będzie chciała.

Magda mocno w to wątpiła, chociaż w czasie kolacji zdążyła się przekonać, że Elizavetta Calvi, choć władcza, nawet trochę despotyczna, w gruncie rzeczy była osobą życzliwie nastawioną do ludzi.

I rzeczywiście. Popijając kawę, wypytała Magdę dokładnie o jej życie, o dziecko, pracę, powody, dla których zgodziła się wyjść za Rafaela. Jednego tematu tylko nie poruszyła, ku zdziwieniu Magdy: nie pytała o ojca Benjiego.

– Takie rzeczy się zdarzają – stwierdziła wprost. – Zawsze się zdarzały i zawsze będą się zdarzać. Muszę powiedzieć, że podziwiam twoją odwagę. Tak łatwo jest oddać dziecko…

Nigdy! Magda omal nie krzyknęła głośno ze zgrozy na myśl, że mogłaby oddać Benjiego do adopcji. Jej własna matka nie zadała sobie nawet tyle trudu, po prostu zostawiła ją na śmietniku.

Przez francuskie okno widziała sylwetkę człowieka, którego poślubiła za sto tysięcy funtów. Coś się w niej obudziło, jakaś iskierka, i zaraz zgasło. Nie. To bez sensu. Czcze mrzonki. Głupie i żałosne. On nie był dla niej.

Rano obudziła ją uśmiechnięta pokojówka, która przyniosła tacę z kawą.

Benji spał jeszcze i Magda popijała swoją kawę, rozkoszując się jej smakiem, widokiem za oknem, ciszą, słońcem. Było jej po prostu dobrze. Nie zapomnę tych dni do końca życia, myślała. Tak tu pięknie. Posmutniała na myśl, że bajka niedługo się skończy, i zaraz powiedziała sobie, że powinna się cieszyć, że w ogóle coś podobnego dane jest jej przeżyć.

Wracała myślami do minionego wieczoru. Ciotka i wuj Rafaela byli dla niej bardzo mili, sam Rafael też zachowywał się bez zarzutu, a signora Calvi wcale się nie oburzyła, że Magda wyszła za niego dla pieniędzy.

– Jasne, że to nie w porządku – oznajmiła tym swoim nieznoszącym sprzeciwu tonem – ale doskonale cię rozumiem i nie obwiniam.

Magda zachmurzyła się. Czyżby signora Calvi obwiniała swojego bratanka?

Dobry nastrój prysł i znowu zrobiło się jej ciężko na sercu. Mimo woli wdepnęła w wyjątkowo paskudną sytuację, wszystkim zawadzała…

Benji się obudził i zajęła się synkiem. Rano zawsze był pogodny jak promyczek słońca, patrząc na niego Magda zapominała o troskach.

Kiedy oboje byli już ubrani, wzięła tacę w jedną rękę, drugą ujęła rączkę Benjiego i już miała zejść do kuchni na śniadanie, ale na korytarzu natknęła się nieoczekiwanie na ojca Rafaela.

Na jej widok zatrzymał się, nasrożył. Magda zamarła. Nie wiedziała, jak się zachować. Ma powiedzieć dzień dobry? Nie odzywać się? Skryć się w sypialni?

Stała tak, z tacą w ręku, z Benjim u boku.

– A więc ciągle tu jesteś? – zagadnął ostro. – Wyobrażasz sobie pewnie, że jesteś wielką damą. Ty i ten twój bękart…

Postąpił krok w jej stronę, wpijając w nią wrogie, pełne obrzydzenia spojrzenie.

– Mój durny syn wybrał cię specjalnie, żeby mnie obrazić. Powiedział mi prosto w oczy, że nie zamierzał podporządkować się moim życzeniom i dlatego znalazł sobie żonę najgorszą, jaką mógł znaleźć. Jesteś brzydka, tępa, amoralna. Jesteś produktem londyńskich slumsów. Ożenił się z tobą mnie na złość.

Myślała, że zemdleje. Słyszała, jak krew dudni jej w uszach. Benji ukrył buzię w nogawce jej spodni i zaczął popłakiwać. Nie rozumiał ani słowa, ale doskonale wyczuwał bijącą ze słów Enrica nienawiść i pogardę.

Stary di Viscenti minął Magdę i zszedł na dół.

Dłonie jej drżały, czuła, że zaraz upuści tacę, ale nie była w stanie schylić się i postawić jej na podłodze.

Raptem ktoś wyjął jej tacę z rąk.

– Wejdź…

Ktoś otworzył drzwi sypialni, pchnął ją łagodnie do środka, uniósł Benjiego. Po chwili siedziała na łóżku, z synkiem w ramionach.

Ktoś stał przed nią, zasłaniał światło. Rafael di Viscenti. Człowiek, który wybrał ją na żonę tylko dlatego, że mogła obudzić wstręt w jego ojcu. Była „najgorszą z najgorszych” i małżeństwo z nią miało stanowić najgorszą obrazę dla starego di Viscenti.

– Magdo…

Tuliła do siebie z całych sił Benjiego i wpatrywała się niewidzącym wzrokiem w dywan. Nie chciała myśleć, nie chciała nic czuć…

– Nie wierz w to, co mówił mój ojciec. Przemawia przez niego wściekłość. Jest wściekły na mnie – Rafael z trudem wypowiadał słowa.

Ona głaskała Benjiego po głowie i nie była w stanie nic powiedzieć. Kompletnie nic.

Rafaelowi też było trudno, ale pomimo wszystko spróbował jeszcze raz:

– Magdo, ja…

Podniosła głowę i utkwiła w jego twarzy puste spojrzenie.

– Nie mów nic. Nie trzeba.

Podniosła się, wzięła Benjiego na ręce.

– Powiedz mi tylko, czy mamy zjeść śniadanie w kuchni, czy też powinnam zostać w swoim pokoju? – Panowała nad głosem, ale miała wrażenie, że lada chwila ten głos ją zawiedzie, pęknie niczym napięta do ostateczności nić.

Rafael zacisnął usta.

– Latem nasza rodzina jada śniadanie na tarasie. Chodź…

Wyciągnął dłoń, ale Magda zignorowała jego gest i ruszyła ku drzwiom. Wyprzedził ją, otworzył drzwi z galanterią należną księżnej. Niepotrzebnie się dla mnie wysila, pomyślała w odrętwieniu.

 

W jego propozycji małżeństwa nie było nic szalonego. Zaplanował sobie wszystko z zimną krwią. Chciał obrazić ojca, dlatego ją wybrał.

Rodzinne śniadanie było ostatnią rzeczą, której sobie teraz życzyła, ale była tak odrętwiała, że dała się zaprowadzić na taras.

Ciotka, wuj i ojciec Rafaela siedzieli już przy stole.

Na widok Magdy profesor poderwał się z fotela i przywitał ją radośnie. Ledwie skinęła głową i bąknęła jakieś słowo. Ojciec Rafaela też wstał, z kawą w dłoni.

– Będę w bibliotece – oznajmił. – Mam kilka pilnych spraw do załatwienia.

Odszedł, ostentacyjnie dając do zrozumienia, że nie będzie tolerował towarzystwa „synowej”.

„Najgorsza z najgorszych”.

Wracały do niej cały czas te słowa.

Usiadła, ale nie w fotelu, który odsunął dla niej Rafael, tylko na samym końcu stołu. Chciała zapaść się pod ziemię, umrzeć. Myślała, że serce pęknie jej z bólu.

– A więc to twój synek – odezwała się Elizavetta Calvi trochę zbyt głośno, zbyt stanowczo. – Mówiłaś, że jak ma na imię…?

– Benji – odpowiedział Rafael, siadając naprzeciwko Magdy i rozkładając serwetkę.

Magda zajęła się małym. Posadziła go sobie na kolanach, robiła wszystko, żeby nie patrzeć nikomu w oczy. Benji pił mleko, które przyniosła mu jedna z pokojówek, ale ona nie była w stanie nic przełknąć. Miała wrażenie, że od reszty zebranych przy stole oddziela ją gruba szklana tafla; kiedy ktoś do niej zagadywał, odpowiadała krótko, zdławionym głosem.

– Jesteś zmęczona – bardziej stwierdziła niż zapytała ciotka Rafaela.

Magda skinęła głową, nie podnosząc wzroku. Wszyscy zdawali się tacy dalecy, szczególnie Rafael, jakby dzieliły ich całe lata świetlne.

Obserwował ją cały czas, czuła jego wzrok na sobie. Przygląda się kopciuchowi, pomyślała smętnie. Nie pasuje do jego domu, razi tutaj, jestem niczym śmieć, który czym prędzej należałoby usunąć.

Dlaczego tak to boli, że Rafael di Viscenti, człowiek zupełnie obcy, w każdym znaczeniu tego słowa, użył jej, by obrazić swojego ojca? Dlaczego tak boli, że zobaczył w niej najgorszą z najgorszych, prostaczkę, i taką chciał zaprezentować ojcu: dziewczynę z londyńskich slumsów, sprzątaczkę, samotną matkę?

Racjonalnie myśląc, wiedziała, że nie jest winna własnego położenia i nie ma się czego wstydzić. Ktoś musi szorować toalety. Ktoś musi obsługiwać bogatych. Ci, którzy to robili, nie zasługiwali na wzgardę. To raczej ci, którzy patrzyli na nich z góry, powinni się wstydzić.

A jednak Rafael uznał, że jej osoba będzie niczym obelga rzucona w twarz rodzinie di Viscenti.

Ocknęła się, słysząc szuranie krzeseł. Signora Viscenti coś do niej mówiła:

– Kochanie, pozwól, że zabiorę Benjiego na chwilę. Jedna z wnuczek Marii przywiozła zabawki, na które jej dzieci są już za duże. Podobno jest nawet rowerek na trzech kółkach, Benji na pewno się ucieszy. Nie, nie, siedź, Benji pójdzie ze mną.

Zdjęła małego z kolan Magdy i postawiła na ziemi.

Vene – powiedziała z uśmiechem. – Obejrzymy nowe zabawki.

Benji podchwycił słowo „zabawki”, które dobrze znał, i podreptał ochoczo ze starszą panią i profesorem.

Magda została sam na sam z Rafaelem. Przyglądał się jej uważnie. Zdawała się taka drobna, młodziutka. O wiele za młoda, żeby dźwigać ciężar wychowywania dziecka.

O wiele za krucha, by dźwigać ciężar oskarżeń rzuconych przez ojca.

Zacisnął dłonie. Cierpiała, to oczywiste. Czuł się okropnie. Zamknęła się w sobie, schowała w skorupie. Trudno się dziwić.

Dręczyły go wyrzuty sumienia. Dałby wszystko, żeby cofnąć obrzydliwą scenę, która rozegrała się pod drzwiami sypialni, powstrzymać jakimś sposobem obelgi ciskane przez ojca.

Ale i on nie był bez winy. Pierwszego popołudnia nie omieszkał przedstawić ojcu swojej żony w sposób możliwie najbardziej odrażający, jakby chciał powiedzieć: zmusiłeś mnie do małżeństwa, to teraz zobacz, jaką dostałeś synową.

Nie przypuszczał, że dotrze to do dziewczyny, ale prawda, że z całym rozmysłem wykorzystał dla własnych celów i jej żałosną prezencję, i równie żałosną sytuację.

Teraz męczyły go skrupuły.

Ale oprócz niewczesnych skrupułów odczuwał coś jeszcze, coś, co się w nim obudziło, kiedy patrzył na jej ściągniętą bólem twarz.

Gniew.

Uczucie, z którym żył od wielu miesięcy, od chwili kiedy ojciec wpadł na pomysł ożenienia go z Lucią. Karmił się tym gniewem tak długo, że nie pozostało już nic poza chęcią dowiedzenia ojcu, że nie jest i nie będzie zabawką w jego rękach. Tak, dobrze poznał to uczucie.

Tym razem jednak kierował gniew przeciwko sobie.

Podniósł się gwałtownie.

– Chodź – powiedział rozkazującym tonem.

Wstała niepewnie, strzepując okruszki chleba ze spodni. Kiedy podniosła wzrok, dojrzała grymas na twarzy Rafaela.

Owszem, nędzne te moje spodnie, pomyślała, stare, niemodne, ale muszę je nosić, bo nie mam pieniędzy, żeby kupić sobie inne. Bieda nie jest zbrodnią ani powodem do wstydu. Nie będę chodziła ze spuszczoną głową dlatego, że jestem biedna. Tak jak nie będę chodziła ze spuszczoną głową tylko dlatego, że nie wiem, kim byli moi rodzice.

– Pojedziemy dzisiaj do Lukki – oświadczył Rafael nieswoim głosem.

Magda szeroko otworzyła oczy. Czegoś takiego się nie spodziewała. Widać Rafael wziął sobie do serca słowa wuja i ciotki, którzy wczoraj przy kolacji nalegali, żeby pokazał żonie Toskanię.

– To niepotrzebne – powiedziała cicho.

– Pozwól, że ja o tym będę decydował.

W jego głosie słyszała gniew. Nic dziwnego. Musiał być zły. Ciotka niemal go zmusiła, żeby zajął się żoną. Najgorszą z najgorszych…

– Nie mogę zostawić Benjiego – dodała, nie podnosząc wzroku.

– Będzie miał dobrą opiekę – powiedział Rafael zniecierpliwionym tonem. Jak większość mężczyzn, którzy nie mają dzieci, nie rozumiał matczynych obaw. – Maria i moja ciotka zajmą się nim. Obydwie bardzo go polubiły. – Zerknął na zegarek. – Chciałbym wyjechać za pół godziny. Bądź gotowa, proszę.

Skinął jej głową i zniknął we wnętrzu domu.

Magda westchnęła. Co ma robić? Zaprzeć się i powiedzieć, że nie pojedzie? Nie chciała jechać. Przerażała ją perspektywa spędzenia całego dnia sam na sam z człowiekiem, który nie mógł na nią patrzeć. Dlaczego, u diaska, wystąpił z tą propozycją? Mógł przecież wymówić się, powiedzieć ciotce, że ma mnóstwo pracy i nigdzie nie pojedzie. Poza tym Magda naprawdę nie chciała zostawiać Benjiego. Nigdy jeszcze nie rozstała się z nim nawet na chwilę. Nigdy.

Tymczasem Benji wcale nie narzekał, że został pozbawiony towarzystwa mamy. Maria i ciotka Rafaela zajęły się nim serdecznie i obserwowały zachwycone, jak próbuje jeździć na rowerku.

– Jedź – namawiała ją Maria. – Mały nawet nie zauważy, że cię nie ma. Idź już, póki cię nie widzi. Szybko, znikaj. Jak zacznie płakać, zadzwonię do Rafaela na komórkę, wtedy wrócicie. Obiecał, że w razie czego zaraz cię odwiezie. Zajmiemy się chłopcem jak własnym. Ile ja dzieci miałam pod opieką… Idź już. – Wypchnęła niemal Magdę z kuchni i wróciła do Benjiego.

Magda ruszyła powoli do swojego pokoju. Benji rzeczywiście powinien przyzwyczajać się do samodzielności. Kiedy wrócą do Anglii, kiedy kupi już wymarzony domek, mały będzie musiał pójść do żłobka.

Przebrała się w spódniczkę khaki, która wyglądała nieco porządniej niż stare spodnie. Do tego włożyła białą bawełnianą bluzkę bez rękawów, do torby zapakowała na wszelki wypadek sweter i gotowa do drogi zeszła na dół. Miała ochotę sprawdzić, jak się sprawuje Benji, ale powstrzymała się.

Czekała w sieni na Rafaela, modląc się, żeby nie stanąć ponownie twarzą w twarz z jego ojcem. Był zapewne w bibliotece, bo dochodziły stamtąd dźwięki jakiejś opery, prawdopodobnie Verdiego, jeśli dobrze rozpoznawała. Nie posiadała co prawda wieży hi-fi, ale miała radiomagnetofon. Kiedy Benji już zasnął, zwykle czytała, słuchała wiadomości ze świata i swoich ulubionych stacji nadających muzykę klasyczną.

Usłyszała kroki na schodach, odwróciła głowę i zaparło jej dech w piersiach na widok Rafaela. Zawsze zapierał jej dech w piersiach widok tego ideału męskiej urody, tego najprzystojniejszego faceta w całym wszechświecie.