Mapa dniTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Prolog

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Tytuł oryginału

A MAP OF DAYS

Copyright © 2018 by Ransom Riggs

Copyright © 2019 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt okładki

Lindsey Andrews

Zdjęcie na okładce (front) i na s. 449 z kolekcji Davida Bassa Zdjęcia na okładce (tył) z kolekcji Ransoma Riggsa Zdjęcie na s. 466 z kolekcji Erina Watersa Pieczęć Ministry of Peculiar Affairs na s. 472, 474 oraz okładka © 2018 by Chad Michael Studio

Opracowanie polskiej wersji okładki i wyklejki

Rafael Martins

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-690-6

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 60

mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.


.

Nigdy nie powątpiewałem w trzeźwość swojego umysłu tak często, jak tamtej pierwszej nocy, kiedy kobieta-ptak i jej podopieczni przybyli, aby ocalić mnie przed domem wariatów. Tam się właśnie wybierałem, ściśnięty między muskularnymi wujami na tylnej kanapie samochodu rodziców, kiedy na podjeździe przed nami wyrósł mur osobliwych dzieci, zupełnie jakby wyskoczyły prosto z mojej wyobraźni. W świetle reflektorów jaśniał niczym anioły w szyku.

Zahamowaliśmy gwałtownie, a chmura pyłu całkiem przysłoniła widok. Czyżbym przywołał tę wizję, wyczarował rozmigotany hologram, który wyświetlił się z głębin mojego umysłu? Wszystko było bardziej prawdopodobne niż obecność moich przyjaciół tu i teraz. Co prawda przy osobliwcach każda niemożliwa rzecz wydawała się możliwa, niemniej ich odwiedziny jawiły mi się jako jedno z niewielu absolutnie nierealistycznych zdarzeń.

Z własnego wyboru opuściłem Diabelskie Poletko, żeby udać się z powrotem do domu, tam, gdzie przyjaciele nie mogli za mną podążyć. Liczyłem na to, że zdołam pozszywać rozprute życie, że powiążę nitki tego, co normalne, i tego, co osobliwe. Co zwykłe i nadzwyczajne.

To również było niemożliwe. Dziadek na próżno usiłował sfastrygować jedno życie z drugim i w rezultacie tylko oddalił się od obu rodzin – zarówno tej osobliwej, jak i normalnej. Nie chcąc wybierać jednego rodzaju życia kosztem drugiego, skazał się na utratę obydwu. To samo groziło i mnie.

Uniosłem wzrok i ujrzałem postać, która zbliżała się ku nam przez opadający kurz.

– Kim pani jest? – spytał tata.

– Alma LeFay Peregrine – odparła. – Tymczasowa przewodnicząca rady ymbrynek, a także opiekunka tych oto osobliwych dzieci. Już mieliśmy okazję się poznać, choć wątpię, żeby pan to pamiętał. Dzieci, przywitajcie się.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


.

To dziwne, co umysł potrafi zaakceptować, a czemu się opiera. Właśnie przeżyłem najbardziej surrealistyczne lato pod słońcem. Skakałem po minionych stuleciach, ujarzmiałem niewidzialne potwory, zakochałem się w uwięzionej w czasie byłej dziewczynie mojego dziadka. Teraz jednak, w całkiem zwyczajnej teraźniejszości, na prowincjonalnej Florydzie z trudem mogłem uwierzyć własnym oczom.

Na naszej beżowej sofie leżał rozwalony Enoch, sącząc colę ze szklanki z logo Korsarzy z Zatoki Tampy. Olive rozwiązała ołowiane buciki, żeby wzlecieć pod sufit i kręcić się na łopatach naszego wiatraka. Horace i Hugh zabunkrowali się w kuchni, gdzie Horace oglądał zdjęcia na drzwiach lodówki, a Hugh szykował sobie szybką przekąskę. Claire stała z szeroko otwartymi ustami – jednymi i drugimi – gapiąc się na wielki, czarny monolit naszego telewizora na ścianie. Należące do mojej matki czasopisma o wystroju wnętrz unosiły się w powietrzu nad stolikiem, kiedy przeglądał je Millard, którego bose stopy wyciskały ślady w dywanie. Tysiące razy wyobrażałem sobie to pomieszanie światów, lecz nie sądziłem, że jest możliwe. A jednak. Moje Przedtem i Potem zderzyły się ze sobą z siłą planet.

Millard już wcześniej usiłował mi wytłumaczyć, że mogą tu przebywać, zasadniczo bezpiecznie i bez obaw. Zapadnięcie się pętli, które niemal nas zabiło na Diabelskim Poletku, zresetowało ich wewnętrzne zegary. Nie bardzo rozumiał dlaczego, ale wiedział, że nie zagraża im już nagły i katastrofalny proces starzenia się związany ze zbyt długim pobytem w teraźniejszości. Mieli się starzeć dzień po dniu, tak jak ja. Ich dług wyrażony latami najwyraźniej został im darowany, całkiem jakby nie spędzili większości dwudziestego wieku na ciągłym powtarzaniu tego samego słonecznego dnia. Bez wątpienia był to cud i bezprecedensowe wydarzenie w historii osobliwców, jednak nawet w połowie nie zadziwiał mnie tak jak to, że w ogóle tu się znaleźli.

Jak to, że za rękę trzymała mnie Emma, cudowna i silna, o lśniących zielonych oczach, którymi z zachwytem rozglądała się po pokoju. Tak często o niej marzyłem przez długie, samotne tygodnie od powrotu do domu. Miała na sobie praktyczną sukienkę za kolana i płaskie buciki, w których w razie potrzeby mogłaby swobodnie biegać. Włosy o barwie piasku ściągnęła w kucyk. Lata odpowiedzialności za innych sprawiły, że stała się na wskroś rzeczowa, lecz ani obowiązki, ani ciężar dziesięcioleci nie zdołały zgasić dziewczęcego blasku, który rozświetlał ją od środka. Była zarazem twarda i delikatna, cierpka i słodka, stara i młoda. Najbardziej kochałem w niej właśnie to, że tyle w sobie mieściła. Jej dusza nie miała granic.

– Jacob?

Mówiła do mnie. Usiłowałem odpowiedzieć, ale moja głowa utkwiła w gęstych chmurach.

Emma pomachała do mnie, po czym pstryknęła palcami, a wtedy jej kciuk zaiskrzył niczym uderzony krzemień. Zaskoczony powróciłem do rzeczywistości.

– Hej – powiedziałem. – Przepraszam.

– Dokąd powędrowałeś?

– Ja tylko... – Zamachałem rękami, jakbym wyłapywał pajęczyny z powietrza. – Dobrze cię widzieć, to wszystko.

Dokończenie myśli skojarzyło mi się z próbą utrzymania w ramionach tuzina balonów naraz.

Jej uśmiech nie zamaskował lekkiego niepokoju.

– Wiem, że nasze przybycie musi być dla ciebie okropnie dziwne, ale chyba nie za bardzo cię zaszokowaliśmy?

– Nie, nie. Może troszeczkę. – Ruchem głowy wskazałem pokój i wszystkich w środku. Radosny chaos towarzyszył naszym przyjaciołom, dokądkolwiek się udali. – Jesteś pewna, że nie śnię?

– A ty jesteś pewien, że ja nie śnię? – Chwyciła mnie za drugą rękę i uścisnęła ją. Poczułem, że Emma jest dla mnie ciepłą ostoją, dzięki której świat nabiera nieco sensu. – Nawet nie podejrzewasz, ile razy przez te wszystkie lata wyobrażałam sobie, że odwiedzę to miasteczko.

Przez chwilę nie miałem pojęcia, o czym mówi, lecz nagle... No jasne, dziadek. Abe mieszkał na Florydzie jeszcze przed narodzinami mojego taty. Widziałem jego adres na listach zachowanych przez Emmę. Jej spojrzenie odpłynęło, jakby zatonęła we wspomnieniach, a ja poczułem niemiłe ukłucie zazdrości. Zrobiło mi się głupio. Miała prawo do pamięci o minionych latach, a także, podobnie jak ja, do odczuwania zagubienia towarzyszącego zderzeniu naszych światów.

 

Pani Peregrine wpadła niczym tornado. Już wcześniej zdążyła zdjąć podróżny płaszcz, pod którym miała na sobie żakiet z jaskrawozielonego tweedu oraz spodnie do konnej jazdy, zupełnie jakby przybyła wierzchem. Idąc przez pokój, wydawała polecenia.

– Olive, natychmiast na ziemię! Enoch, zabieraj nogi z sofy.

Przywołała mnie skinieniem palca, po czym ruchem głowy wskazała kuchnię.

– Panie Portman, pewne sprawy wymagają pańskiej atencji.

Emma wzięła mnie pod rękę i ruszyła razem ze mną, za co byłem jej wdzięczny. Pokój jeszcze nie przestał się kołysać.

– Tak od razu idziecie się obściskiwać? – spytał Enoch. – Przecież dopiero się zjawiliśmy!

Emma uniosła wolną rękę i przypaliła mu włosy na czubku głowy. Cofnął się gwałtownie, przyklepując dymiący czerep, a śmiech, którym wybuchnąłem, do pewnego stopnia oswobodził mój umysł z pajęczyn.

Tak, moi przyjaciele byli prawdziwi i pojawili się tutaj. Co więcej, pani Peregrine powiedziała, że na jakiś czas zostaną – trochę poznają współczesny świat i zrobią sobie wakacje. Udadzą się na zasłużony odpoczynek od udręk na Diabelskim Poletku, które po tym, jak utracili piękny, stary dom na Cairnholm, stało się ich tymczasowym miejscem zamieszkania. Naturalnie, byli tu bardzo mile widziani i ogromnie się cieszyłem z ich obecności, ale jak to miało wyglądać w praktyce? Co z moimi rodzicami i wujkami, których Bronwyn obecnie pilnowała w garażu? Za dużo było tego wszystkiego, więc chwilowo odsunąłem od siebie niepokojące myśli.

Pani Peregrine rozmawiała z Horace’em przy otwartej lodówce. Okropnie nie pasowali do ostrych kątów i wyposażenia z nierdzewnej stali w nowoczesnej kuchni moich rodziców, całkiem jak aktorzy, którzy zabłądzili na niewłaściwy plan filmowy. Horace wymachiwał paczką zafoliowanego sera w nitkach.

– Tu jest tylko jakieś dziwne jedzenie, a ja nic nie jadłem od wieków!

– Nie przesadzaj, Hugh.

– Nie przesadzam. Na Diabelskim Poletku jest tysiąc osiemset osiemdziesiąty szósty rok, a właśnie tam jedliśmy śniadanie.

Horace wymaszerował z naszej spiżarni.

– Przeprowadziłem już inwentaryzację i jestem wstrząśnięty. Jedna torebka sody oczyszczonej, jedna puszka sardynek w słonej zalewie i jedno zaatakowane przez wołki zbożowe pudełko ciastek w proszku. Czy rząd racjonuje żywność? Trwa tu jakaś wojna?

– Jemy dużo dań na wynos – odparłem i podszedłem do niego. – Moi rodzice właściwie nie gotują.

– To po co im ta powalająco wielka kuchnia? – zapytał Horace. – Mogę sobie być znakomitym szefem kuchni, ale nie zdołam zrobić czegoś z niczego.

Prawda była taka, że ojciec zobaczył kuchnię w magazynie wnętrzarskim i uznał, że musi ją mieć. Próbował usprawiedliwić ten wydatek, obiecując nam, że nauczy się gotować i będzie urządzał spektakularne przyjęcia dla rodziny, ale – podobnie jak wiele z jego planów – ten również poszedł w niepamięć po kilku lekcjach gotowania. I tak oto rodzice mieli teraz przeraźliwie drogą kuchnię, wykorzystywaną zazwyczaj do gotowania mrożonych posiłków i odgrzewania potraw na wynos z poprzedniego dnia. Zamiast to jednak wytłumaczyć, tylko wzruszyłem ramionami.

– Z pewnością nie umrzesz z głodu w ciągu najbliższych pięciu minut – oznajmiła pani Peregrine, po czym wypędziła Horace’a i Hugh z kuchni. – A teraz do rzeczy. Wcześniej wydawał się pan nieco oszołomiony, panie Portman. Już wszystko w porządku?

– Z chwili na chwilę jest coraz lepiej – odparłem z lekkim zakłopotaniem.

– Być może odczuwa pan dolegliwości po podróży przez pętlę – oświadczyła pani Peregrine. – Nieco opóźnione w pana przypadku. Pętloza to zupełnie naturalne zjawisko wśród podróżników w czasie, zwłaszcza tych, którzy robią to od niedawna. – Mówiła do mnie przez ramię, krążąc po kuchni i zaglądając do każdej szafki. – Objawy z reguły mijają bez konsekwencji, ale lepiej ich nie lekceważyć. Od jak dawna kręci się panu w głowie?

– Odkąd tu przybyliście. Ale wszystko ze mną w porządku, naprawdę...

– A pęknięte wrzody, groniaste haluksy i migreny?

– Nie.

– Nagłe ataki szaleństwa?

– Hm... Nie przypominam sobie.

– Nieleczona pętloza to nic śmiesznego, panie Portman. Ludzie od tego umierają... O, herbatniki! – Wyciągnęła pudełko z szafki, wytrząsnęła ciastko na dłoń i wepchnęła je do ust. – Ślimaki w odchodach? – zapytała, przeżuwając.

Z trudem stłumiłem śmiech.

– Nie.

– Samoistna ciąża?

– Chyba nie mówi pani poważnie?! – wzdrygnęła się Emma.

– Wiemy tylko o jednym takim przypadku – oświadczyła pani Perergrine. Odłożyła ciastka i wbiła we mnie wzrok. – Osobnik był płci męskiej.

– Nie jestem w ciąży! – powiedziałem nieco zbyt głośno.

– Dzięki Bogu! – krzyknął ktoś z salonu.

Pani Peregrine poklepała mnie po ramieniu.

– Wygląda na to, że naprawdę nic panu nie dolega. Ale należało pana ostrzec.

– Może i dobrze, że pani tego nie zrobiła – odparłem.

Pewnie popadłbym w paranoję, nie mówiąc już o tym, że gdybym przez ostatni miesiąc robił ukradkiem testy ciążowe i sprawdzał, czy nie mam ślimaków w odchodach, rodzice jeszcze wcześniej wysłaliby mnie do domu wariatów.

– Może i tak – zgodziła się pani Peregrine. – Zanim się jednak zrelaksujemy i nacieszymy swoim towarzystwem, załatwmy pewne kwestie. – Zaczęła krążyć między podwójnym piekarnikiem a dodatkowym zlewozmywakiem. – Punkt pierwszy: bezpieczeństwo i ochrona. Obeszłam dom i wygląda na to, że wszędzie panuje spokój, ale pozory mogą mylić. Powinnam coś wiedzieć o pańskich sąsiadach?

– Na przykład?

– Czy byli notowani? Czy mają skłonność do przemocy? Czy kolekcjonują broń palną?

Sąsiadowały z nami tylko dwa domy. W jednym mieszkała wiekowa pani Melloroos, osiemdziesięcioparolatka na wózku inwalidzkim, która opuszczała dom wyłącznie w towarzystwie całodobowej pielęgniarki. Drugi zajmowała pewna niemiecka para, przez większość roku nieobecna, którą tylko zimą można było zastać w dużej, banalnej posesji w stylu Cape Cod.

– Pani Melloroos bywa trochę wścibska – oznajmiłem. – Ale jeśli nikt nie będzie demonstracyjnie osobliwy na podwórku przed jej domem, nie powinna sprawiać kłopotów.

– Będę to mieć na względzie – zapowiedziała pani Peregrine. – Punkt drugi. Czy od powrotu do domu wyczuł pan obecność jakiegokolwiek głucholca?

Poczułem, jak podskoczyło mi tętno. Od kilku tygodni ani razu nie pomyślałem o tych stworach ani tym bardziej nie wypowiedziałem ich nazwy.

– Nie – odparłem szybko. – Dlaczego? Zdarzyły się ataki?

– Ani jeden. W ogóle nie dają znaku życia i właśnie to mnie niepokoi. Wracając do pańskich bliskich...

– Czy nie rozprawiliśmy się z nimi wszystkimi na Diabelskim Poletku? – przerwałem jej, drążąc temat głucholców.

– Zabiliśmy lub pojmaliśmy prawie wszystkie. Niestety, po naszym zwycięstwie mała grupa uciekła wraz z kilkoma upiorami. Żywimy przekonanie, że potwory zbiegły do Ameryki. Wątpię, aby zbliżyły się do pana, gdyż z pewnością na długo zapamiętały daną im lekcję, niemniej zapewne coś knują. Ostrożności nigdy za wiele.

– Budzisz w nich przerażenie, Jacob – zauważyła Emma z dumą.

– Naprawdę? – zdumiałem się.

– Po łomocie, jaki im spuściłeś, musiałyby być głupie, żeby się nie bać – rozległ się głos Millarda zza progu kuchni.

– Dobrze wychowane osoby nie podsłuchują prywatnych rozmów – oburzyła się pani Peregrine.

– Nie podsłuchiwałem, byłem głodny. A poza tym przysłano mnie tutaj z prośbą, żeby pani nie monopolizowała Jacoba. Przebyliśmy okropnie długą drogę, żeby się z nim spotkać.

– Bardzo tęsknili za Jacobem – powiedziała Emma do pani Peregrine. – Prawie tak jak ja.

– Może pora, żeby zwrócił się pan do wszystkich. – Pani Peregrine przeniosła na mnie wzrok. – Mógłby pan wygłosić mowę powitalną i opisać podstawowe zasady.

– Podstawowe zasady? – powtórzyłem. – Czyli jakie?

– To moi podopieczni, panie Portman, ale miasto jest pańskie, podobnie jak czasy. Będę potrzebowała pańskiej pomocy, żeby uchronić wszystkich przed kłopotami.

– Wystarczy po prostu ich karmić – wyjaśniła Emma.

Odwróciłem się do pani Peregrine.

– Co mówiła pani wcześniej o mojej rodzinie?

Nie mogli do końca świata tkwić pod kluczem w garażu i niepokoiło mnie, jak załatwimy tę sprawę.

– Proszę się nie martwić – odparła pani Peregrine. – Bronwyn trzyma rękę na pulsie.

Ledwie skończyła mówić, z garażu dobiegł dudniący łoskot, od którego zatrzęsły się ściany. Wibracje sprawiły, że kieliszki pospadały z półki i roztrzaskały się na podłodze.

– To z całą pewnością nie brzmi tak, jakby ktokolwiek trzymał rękę na pulsie – zauważył Millard, lecz już biegliśmy do garażu.


– Nigdzie się stąd nie ruszajcie! – krzyknęła pani Peregrine w kierunku salonu.

Wypadłem z kuchni i napędzany adrenaliną pobiegłem korytarzem z tyłu domu. Emma biegła tuż za mną. Kiedy wpadliśmy do garażu, nie byłem pewien, czego się spodziewać. Dymu? Krwi? Tamten odgłos zabrzmiał jak eksplozja i zupełnie się nie spodziewałem, że ujrzę rodziców i wujów uśpionych w naszym samochodzie, spokojnych jak dzieci. Tył auta był wbity w opuszczoną i mocno wygiętą bramę garażową, a beton dookoła migotał od kawałków porozbijanych tylnych świateł. Silnik pracował na jałowym biegu.

Bronwyn ze zderzakiem w rękach stała przed maską.

– Bardzo przepraszam, nie wiem, co się stało – powiedziała i puściła zderzak, który upadł z brzękiem.

Uświadomiłem sobie, że muszę zgasić silnik, zanim się podusimy, więc oderwałem się od reszty, pobiegłem do drzwi po stronie pasażera i szarpnąłem za klamkę. Zamknięte. No jasne. Moi bliscy nie chcieli wpuścić Bronwyn do auta. Na pewno byli przerażeni.

– Ja mogę otworzyć – powiedziała Bronwyn. – Cofnijcie się!

Stanęła na rozstawionych nogach i oburącz chwyciła klamkę.

– Co ty... – zacząłem.

Nie zdążyłem dokończyć, gdyż Bronwyn jednym potężnym pociągnięciem wyrwała drzwi z takim impetem, że wyfrunęły jej z dłoni, przeleciały przez pomieszczenie i wryły się w ścianę z tyłu. Hałas, który się rozległ, był tak donośny, że cofnąłem się odruchowo, jakbym oberwał.

– Tam do kroćset – wymamrotała Bronwyn w ogłuszającej ciszy.

Garaż coraz bardziej przypominał zbombardowane domy, które widziałem w Londynie z czasów wojny.

– Bronwyn! – krzyknęła Emma, odsłaniając głowę. – Mogłaś kogoś zdekapitować!

Dałem nura do otworu, który pojawił się w miejscu drzwi od strony kierowcy, wyciągnąłem rękę przed pochrapującym ojcem, na którego ramieniu opierała głowę mama, i wyrwałem kluczyk ze stacyjki. Wujkowie smacznie spali z tyłu samochodu. Mimo hałasu żaden z nich nawet nie drgnął. Wiedziałem, że tylko jedna substancja potrafiła wprowadzić ludzi w tak głęboki sen – sproszkowany fragment ciała Matki Pył. Kiedy wyłoniłem się z auta, zobaczyłem, że Bronwyn trzyma w dłoni mały woreczek z proszkiem i usiłuje wyjaśnić, co się stało.

– Ten mężczyzna z tyłu... – Wskazała palcem wujka Bobby’ego. – ...używał tego swojego czegoś... – Wyciągnęła telefon z kieszeni Bobby’ego.

– Komórki – dopowiedziałem.

– No właśnie tego... – ciągnęła. – Więc mu to zabrałam, a wtedy wszyscy dostali wścieklicy, dlatego zrobiłam to, co pokazywała pani P.

– Użyłaś pyłu? – zapytała pani Peregrine.

– Dmuchnęłam prosto na nich, ale nie zasnęli od razu. Tata Jacoba uruchomił auto, ale zamiast ruszyć do przodu, to wziął i... – Bronwyn zabrakło słów, więc pokazała na zdeformowaną bramę.

Pani Peregrine poklepała Bronwyn po ramieniu.

– Tak, skarbie, widzę. Najważniejsze, że wyszłaś z tego bez szwanku.

– Fakt – zgodził się Enoch. – Czego nie da się powiedzieć o ścianie.

Odwróciliśmy się i naszym oczom ukazała gromadka dzieciaków obserwujących nas z korytarza.

– Kazałam wam zostać – zirytowała się pani Peregrine.

– Po takim hałasie? – zapytał Enoch.

 

– Przepraszam, Jacob – powiedziała Bronwyn. – Tak się zdenerwowali, a ja nie wiedziałam, jak się zachować... Chyba nie zrobiłam im krzywdy?

– Wątpię – odparłem.

Sam doświadczyłem łagodnego snu wywołanego proszkiem Matki Pył. To był całkiem niegłupi pomysł na spędzenie kilku godzin.

– Mogę zobaczyć telefon wujka? – zapytałem.

Bronwyn wyciągnęła komórkę z kieszeni i mi ją wręczyła. Ekran był popękany, ale tekst dawał się odczytać. Kiedy telefon się rozjaśnił, ujrzałem serię wiadomości od ciotki:

Co się dzieje?

Kiedy wrócisz?

Wszystko OK??

Wujek Bobby zaczął w odpowiedzi pisać: DZWOŃ PO GLINY, po czym pewnie uświadomił sobie, że równie dobrze może sam wezwać policję, ale Bronwyn zdążyła odebrać mu telefon. Gdyby spóźniła się o kilka sekund, brygada antyterrorystyczna zapewne wpadłaby tu z wizytą. Poczułem ucisk w piersi, gdy sobie uświadomiłem, jak szybko wszystko mogło się niebezpiecznie skomplikować. „Cholera” – pomyślałem, spoglądając na zdemolowany samochód, dziurawą ścianę i zdeformowaną bramę. „Już się niebezpiecznie skomplikowało”.

– Proszę się nie przejmować, Jacob, radziłam sobie w znacznie gorszych okolicznościach. – Pani Peregrine obeszła samochód, przyglądając się zniszczeniom. – Pańscy bliscy będą smacznie spali aż do rana. Sugeruję, żebyśmy poszli w ich ślady.

– I co dalej? – zapytałem z niepokojem, czując, że się pocę.

W nieklimatyzowanym garażu panował nieznośny upał.

– Kiedy się obudzą, oczyszczę im pamięć z najświeższych wspomnień i odeślę pańskich wujów do domu.

– Ale co oni...

– Wyjaśnię, że jesteśmy dalekimi krewnymi ze strony pańskiego ojca i że przyjechaliśmy z Europy, aby odwiedzić grób Abe’a. A co do pańskiej wizyty w zakładzie psychiatrycznym, czuje się pan o wiele lepiej i nie wymaga już specjalistycznej opieki.

– Ale co z...

– Och, uwierzą. Zwykli ludzie z wyczyszczoną pamięcią bardzo łatwo poddają się sugestii. Pewnie udałoby mi się ich przekonać, że jesteśmy gośćmi z kolonii na Księżycu.

– Błagam, niech pani przestanie.

– Proszę wybaczyć. – Uśmiechnęła się. – Lata na dyrektorskim stanowisku sprawiły, że nauczyłam się przewidywać pytania. Dzięki temu oszczędzam czas. Idziemy, dzieci. Musimy omówić protokół na kilka najbliższych dni. Powinniśmy dobrze poznać teraźniejszość i najlepiej zacząć już teraz.

Gdy wyganiała z garażu podopiecznych, skorzystali z okazji, żeby zasypać ją pytaniami i żalami.

– Jak długo możemy zostać? – chciała wiedzieć Olive.

– Czy rano udamy się na zwiedzanie? – spytała Claire.

– Chętnie bym coś zjadł przed śmiercią – wyznał Millard.

Wkrótce zostałem tylko ja. Ociągałem się częściowo dlatego, żeby nie zostawiać rodziny samej na noc, ale też niepokoiło mnie nieuchronne czyszczenie ich pamięci. Pani Peregrine wydawała się pewna siebie, jednak tym razem usuwanie wspomnień byłoby poważniejsze niż to w Londynie. Wówczas wymazała im tylko mniej więcej dziesięć minut zdarzeń. Bałem się, że teraz zlikwiduje za mało albo za dużo. Mogła sprawić, że tata zapomni wszystko, co wie o ptakach, a mamie wyparuje z głowy cały francuski, którego nauczyła się na studiach.

Przez chwilę patrzyłem, jak śpią, i robiło mi się coraz ciężej na sercu. Nagle poczułem się niezręcznie dorosły, gdyż moi bliscy – bezbronni, spokojni, trochę obślinieni – wyglądali niemal jak niemowlęta.

Może istniał inny sposób.

Emma zajrzała przez otwarte drzwi.

– Wszystko w porządku? Chłopcy pewnie wzniecą bunt, jeśli wkrótce nie dostaną kolacji.

– Nie byłem pewien, czy można ich tak zostawić. – Ruchem głowy wskazałem rodzinę.

– Nigdzie się nie wybierają i nie trzeba nad nimi czuwać. Po takiej dawce będą spali jak zabici aż do jutrzejszego popołudnia.

– Wiem. Po prostu... Trochę źle się z tym czuję.

– A nie powinieneś. – Podeszła i stanęła obok mnie. – To nie twoja wina. Ani trochę.

Pokiwałem głową.

– To chyba trochę tragiczne – westchnąłem.

– Co?

– Syn Abe’a Portmana nigdy się nie dowie, jak wyjątkowego miał ojca.

Emma wzięła mnie za rękę i położyła ją sobie na ramionach.

– Moim zdaniem sto razy bardziej tragiczne jest to, że się nie dowie, jak wyjątkowego ma syna.

Już miałem ją pocałować, kiedy nagle telefon wujka zawibrował w mojej kieszeni. Oboje drgnęliśmy, a ja się odsunąłem i popatrzyłem na nową wiadomość od cioci.

Czy stuknięty J jest już w wariatkowie?

– Co to? – zainteresowała się Emma.

– Nic ważnego.

Schowałem telefon w kieszeni i odwróciłem się do drzwi. Perspektywa pozostawienia rodziny w garażu nie wydawała mi się już taka straszna.

– Chodź, wymyślimy coś na kolację – dodałem.

– Na pewno? – zapytała Emma.

– Bezwzględnie.

Wychodząc, zgasiłem światło.


Zaproponowałem, żebyśmy zamówili pizzę z lokalu, który był otwarty do późnej nocy. Tylko kilkoro dzieciaków wiedziało, co to jest pizza, a pojęcie dostawy do domu było wszystkim całkiem obce.

– Przyrządzają potrawy gdzieś daleko i przywożą ludziom do domów? – spytał Horace takim tonem, jakby to graniczyło ze skandalem.

– Pizza... Czy to lokalny florydzki specjał? – zapytała Bronwyn.

– Niezupełnie – odparłem. – Ale będzie ci smakowała, zobaczysz.

Złożyłem olbrzymie zamówienie, po czym w oczekiwaniu na dostawcę rozsiedliśmy się na sofach i fotelach w salonie.

– Warto byłoby wygłosić mowę – wyszeptała mi do ucha pani Peregrine.

Nie czekając na moją odpowiedź, odkaszlnęła i oznajmiła zebranym, że mam im coś do powiedzenia. W takiej sytuacji wstałem i zacząłem niezręcznie improwizować.

– Ogromnie się cieszę, że wszyscy się tu zjawiliście. Nie jestem pewien, czy wiecie, dokąd wieźli mnie dziś moi bliscy, ale to nie było dobre miejsce. To znaczy... – Zająknąłem się. – ...dla pewnych ludzi jest dobre, bo go potrzebują... tacy z prawdziwymi problemami psychicznymi... ale, mówiąc krótko, ocaliliście mi tyłek.

Pani Peregrine zmarszczyła brwi.

– To ty ocaliłeś nam... siedzenia – odezwała się Bronwyn i zerknęła na dyrektorkę. – Tylko się odwdzięczyliśmy.

– No tak, dzięki. Kiedy się zjawiliście, myślałem, że to sen, bo odkąd się poznaliśmy, przez cały marzyłem o waszej wizycie. No więc strasznie trudno było mi uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Tak czy inaczej chodzi o to, że jesteście tutaj bardzo mile widziani, podobnie jak ja byłem mile widzianym gościem, gdy zatrzymałem się w waszej pętli. – Pokiwałem głową i z nagłym zakłopotaniem wbiłem wzrok w podłogę. – No więc, podsumowując, strasznie się cieszę, że tu jesteście. Kocham was i koniec przemowy.

– My też cię kochamy! – Claire zerwała się na równe nogi i podbiegła, żeby mnie uścisnąć.

Dołączyły do niej Olive i Bronwyn, a po chwili niemal wszyscy ściskali mnie tak, że zabrakło mi tchu.

– Tak bardzo się cieszymy, że tu jesteśmy – wyznała Claire.

– A nie na Diabelskim Poletku – dodał Horace.

– Będziemy się świetnie bawić! – zaśpiewała Olive.

– Przepraszamy, że zniszczyliśmy część twojego domu – wtrąciła Bronwyn.

– Zniszczyliśmy? Jacy „my”? – oburzył się Enoch.

– Nie mogę oddychać – wyrzęziłem. – Za mocno ściskacie...

Odsunęli się na tyle, żebym mógł głęboko odetchnąć, a wtedy Hugh przecisnął się bliżej i dziabnął mnie palcem w pierś.

– Zdajesz sobie sprawę, że kogoś brakuje, prawda? – Samotna pszczoła latała nerwowo wokół niego. Pozostali się cofnęli, żeby zapewnić Hugh i jego rozdrażnionej pszczole trochę przestrzeni. – Jak powiedziałeś, cieszysz się, że wszyscy tu jesteśmy. No więc nie wszyscy.

Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, o co mu chodzi, i zrobiło mi się głupio.

– Przepraszam, Hugh. Nie chciałem zapomnieć o Fionie.

Opuścił wzrok na swoje pokryte meszkiem skarpetki w paski.

– Czasem mam wrażenie, że wszyscy poza mną o niej zapomnieli. – Jego dolna warga drżała, więc zacisnął pięści, żeby się opanować. – Ona żyje.

– Obyś miał rację.

Popatrzył na mnie wyzywająco.

– Żyje – powtórzył.

– Okej. Żyje.

– Naprawdę za nią tęsknię, Jacob.

– Wszyscy za nią tęsknimy – odparłem. – Nie chciałem jej pominąć i o niej nie zapomniałem.

– Przeprosiny przyjęte. – Hugh otarł twarz, odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju.

– Trudno uwierzyć, ale to postęp – odezwał się Millard po chwili.

– Prawie z nami nie rozmawia – dodała Emma. – Jest rozzłoszczony i nie chce stawić czoła prawdzie.

– Nie sądzicie, że Fiona może jeszcze żyć? – zapytałem.

– Moim zdaniem to mało prawdopodobne – powiedział Millard.

Pani Peregrine, która podeszła z drugiego końca pokoju, wzdrygnęła się i przyłożyła palec do ust, po czym objęła nas i wyszeptała dyskretnie:

– Rozesłaliśmy informacje do wszystkich pętli i osobliwych społeczności, z którymi utrzymujemy kontakt. Przekazaliśmy komunikaty, ulotki, fotografie, szczegółowe opisy... Wypuściłam nawet gołębie panny Wren, żeby przeszukały lasy w poszukiwaniu Fiony. Póki co nie przyniosło to żadnych rezultatów.

Millard westchnął.

– Gdyby żyła, biedactwo, pewnie już dotarłaby do nas. Nietrudno nas znaleźć.

– Chyba tak – zgodziłem się. – Ale czy ktoś próbował szukać jej... hm...

– Jej zwłok? – dopowiedział Millard.

– Millard, bardzo proszę – ofuknęła go dyrektorka.

– To było zbyt obcesowe? Powinienem wybrać mniej precyzyjne określenie?

– Najlepiej zamilknij – syknęła pani Peregrine.

Millard nie był gruboskórny. Po prostu nie bardzo zwracał uwagę na uczucia innych.

– Fiona zapewne zginęła podczas upadku w menażerii panny Wren, której pętla potem się zawaliła – dodał. – Jeśli ciało Fiony tam było, nie da się go już wydobyć.

– Zastanawiałam się, czy nie przeprowadzić uroczystości żałobnej – wyznała pani Peregrine. – Ale nie mogę nawet poruszyć tego tematu, bo Hugh wpada w głęboką depresję. Obawiam się, że jeśli będziemy zbyt mocno naciskali...

– Nawet nie chce adoptować nowych pszczół – przerwał jej Millard. – Mówi, że nie będzie ich kochał tak samo jak poprzednich, bo nie poznały Fiony. Dlatego trzyma tylko jedną, taką w raczej zaawansowanym wieku.

– Wygląda na to, że przyda mu się zmiana otoczenia – zauważyłem.

W tym momencie rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. I bardzo dobrze, gdyż atmosfera w pokoju robiła się coraz cięższa.

Claire i Bronwyn zamierzały wyjść za mną na korytarz, ale pani Peregrine je powstrzymała.