Jane EyreTekst

Z serii: Filmowa
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jane Eyre
Jane Eyre
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,34  47,47 
Jane Eyre
Jane Eyre
Audiobook
32,14 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Мэнди Хейл, Cast Full, Tom Burke
48,29 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
75,06 
Szczegóły
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Alison Larkin
137,10 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Juliet Mills
160,69 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Wanda McCaddon
171,42 
Szczegóły
Jane Eyre
Jane Eyre
Darmowy e-book
Szczegóły
Jane Eyre
Darmowy e-book
Szczegóły
Jane Eyre
E-book
2,24 
Szczegóły
Jane Eyre
E-book
2,24 
Szczegóły
Jane Eyre
E-book
2,24 
Szczegóły
Jane Eyre
E-book
4,53 
Szczegóły
Tekst
Jane Eyre
E-book
9,29 
Szczegóły
Tekst
Jane Eyre
E-book
26,77 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Mais oui, certainement10.

– Czy to są cudzoziemki? – zapytałam, ze zdumieniem usłyszawszy język francuski.

– Bona jest cudzoziemką, a Adelka urodziła się na kontynencie, który dopiero przed kilku miesiącami opuściła. Gdy tu przybyła, nie umiała zupełnie mówić po angielsku, teraz mówi trochę; ja jej nie rozumiem, tak miesza angielski z francuskim, ale pani z pewnością potrafi dobrze ją zrozumieć.

Mnie na szczęście francuskiego uczyła Francuzka; a że starałam się zawsze jak najwięcej rozmawiać z panią Pierrot, że przy tym przez siedem lat uczyłam się codziennie kawałka prozy francuskiej na pamięć, pracowałam nad akcentem, naśladując wymowę swojej nauczycielki, więc też osiągnęłam pewien stopień biegłości i poprawności w tym języku i nie obawiałam się trudności w porozumiewaniu się z Adelką. Mała przybliżyła się do mnie i podała mi rękę, ja zaś prowadząc ją na śniadanie, powiedziałam kilka zdań w jej własnym języku; odpowiadała mi zrazu krótko, ale gdy siadłyśmy do stołu, mała przypatrzywszy mi się badawczo przez jakie dziesięć minut swymi wielkimi piwnymi oczami, zaczęła nagle bardzo szybko mówić:

– Ach! – zawołała po francusku – pani umie mówić moim językiem tak dobrze jak pan Rochester! Mogę rozmawiać z panią, tak jak z nim rozmawiam; i Sophie będzie mogła mówić do pani! Jak ona się ucieszy! Nikt jej tutaj nie rozumie; pani Fairfax umie tylko po angielsku. Sophie to moja bona; przybyła tu ze mną przez morze wielkim okrętem z kominem, który dymił, i jak jeszcze!... Ja chorowałam i Sophie także, a i pan Rochester chorował. Pan Rochester leżał na kanapie w ładnym pokoju, który nazywał się salonem, a Sophie i ja miałyśmy łóżeczka gdzie indziej. Ja o mało nie wypadłam ze swego, było takie jak półeczka. A mademoiselle, jak się mademoiselle nazywa?

– Eyre. Jane Eyre.

– Aire? Ba! nie umiem tego wymówić! No, i nasz okręt zatrzymał się rano, zanim jeszcze zupełnie jasny dzień nastał, przed wielkim miastem, gdzie były bardzo ciemne domy, a wszystkie zadymione; wcale nie takie jak w ładnym, czystym mieście, skąd przybyłam; a pan Rochester przeniósł mnie na rękach przez deskę na ląd; a Sophie szła za nami; a potem wsiedliśmy wszyscy do powozu, który nas zawiózł do pięknego, wielkiego domu, większego niż ten i piękniejszego; taki dom nazywa się hotel. Tam pozostaliśmy prawie tydzień; ja i Sophie chodziłyśmy codziennie na spacer do wielkiego zielonego ogrodu pełnego drzew, który nazywają parkiem; i było tam oprócz mnie wiele innych dzieci i staw z pięknymi ptakami, które karmiłam chlebem.

– Czy pani ją rozumie, choć ona tak prędko trzepie? – zapytała pani Fairfax.

Rozumiałam ją bardzo dobrze, gdyż byłam przyzwyczajona do szybkiej mowy madame Pierrot.

– Pragnęłabym – ciągnęła dalej poczciwa staruszka – żeby jej pani zadała parę pytań o jej rodziców; ciekawam, czy ich pamięta.

– Adelko – zapytałam – u kogo mieszkałaś wtedy, gdy byłaś w tym ładnym, czystym mieście, o którym mówiłaś?

– Dawno temu mieszkałam u mamy; ale mama poszła do nieba. Mama uczyła mnie tańczyć, śpiewać i mówić wierszyki. Wielu panów i wiele pań przychodziło do mamy z wizytami, a ja wtedy tańczyłam przed nimi albo siadywałam u nich na kolanach i śpiewałam im; ja to lubiłam. Czy mam pani zaśpiewać co teraz?

Skończyła śniadanie, więc pozwoliłam jej przedstawić próbkę swych umiejętności. Zsunęła się z krzesła, przyszła do mnie i siadła mi na kolanach; potem złożywszy rączki poważnie przed sobą, strząsnąwszy w tył loki i podniósłszy oczy do sufitu, zaczęła śpiewać arię z jakiejś opery. Była to skarga opuszczonej kobiety, która opłakuje zdradę swego kochanka, wzywa dumę na pomoc, a potem każe służebnej, by ją ubrała w najpiękniejsze klejnoty i najbogatsze suknie, i postanawia spotkać się z niewiernym wieczorem na balu, by mu okazać wesołością i zachowaniem, jak mało obeszła ją jego zdrada.

Temat wydał mi się dziwnie niestosowny dla dziecka; przypuszczam jednak, że cała puenta leżała w tym właśnie, by słyszeć słowa miłości i zazdrości śpiewane usteczkami dziecka. Według mnie był to pomysł w bardzo złym guście.

Adelka śpiewała wcale czysto i melodyjnie i z naiwnością swojego wieku. Skończywszy, zeskoczyła mi z kolan i powiedziała:

– A teraz, mademoiselle, powiem pani wierszyk!

Stanęła, jak należało, i zaczęła: ,,La ligue des rats, fable de La Fontaine”11. Po czym zadeklamowała bajkę z przejęciem, modulując głos, zwracając uwagę na interpunkcję i z odpowiednią gestykulacją, istotnie niezwykłą jak na jej wiek; dowodziło to starannego wyuczenia.

– Czy to mama nauczyła cię tego wierszyka? – zapytałam.

– Tak, i to ona właśnie w ten sposób go mówiła: ,,Qu’avez-vous donc? lui dit un de ces rats; parlez!”12. Kazała mi rękę podnosić – o, tak – żebym sobie przypomniała, że mam głos podnieść przy zapytaniu. A teraz czy mam pani zatańczyć?

– Nie, tymczasem dosyć. Lecz gdy mama twoja poszła do nieba, jak mówisz, u kogo potem mieszkałaś?

– U pani Frédéric i jej męża. Opiekowała się mną, ale to nie żadna moja krewna. Ja myślę, że ona musi być biedna, gdyż nie miała tak ładnego domu jak moja mama. Ale ja tam nie byłam długo. Pan Rochester zapytał mnie, czy chciałabym pojechać i mieszkać z nim w Anglii, a ja odpowiedziałam, że chciałabym, bo pana Rochestera znałam już przedtem, zanim poznałam panią Frédéric, a on zawsze był dla mnie dobry i dawał mi ładne sukienki i zabawki. Ale widzi pani, jak nie dotrzymał słowa! Przywiózł mnie do Anglii, a teraz sam wyjechał i ja go nigdy nie widzę.

Po śniadaniu udałam się z Adelką do biblioteki, którą, zdaje się, pan Rochester wyznaczył na pokój szkolny dla nas. Większość książek zamknięta była w oszklonych szafach. Jedna tylko szafa była otwarta, a zawierała wszystko, co mogłoby być potrzebne z dziedziny elementarnej nauki, oraz kilka tomów lekkiej literatury, poezji, biografii, książek podróżniczych, kilka romansów itd. Prawdopodobnie pan Rochester uważał, że to jest wszystko, czego nauczycielka może potrzebować do własnej lektury; istotnie książki te zadowoliły mnie na razie w zupełności; w porównaniu z tym, co niekiedy dorywczo mogłam zdobyć w Lowood, przedstawiały one dla mnie źródło rozrywki i wiadomości. W tym pokoju również znajdował się fortepian, zupełnie nowy, o doskonałym tonie, sztalugi do malowania i dwa globusy.

Adelka była uczennicą dostatecznie posłuszną, choć nieskłonną do pilności i uwagi. Nie była wdrożona do pracy systematycznej. Czułam, że byłoby nierozsądnie na początek przetrzymywać ją zbyt długo nad książką; toteż opowiadałam jej dużo, zadałam jej trochę do nauki, a że zbliżało się południe, pozwoliłam jej powrócić do bony. Następnie obiecywałam sobie wyrysować parę małych szkiców na jej użytek.

Idąc na górę po swoją tekę i ołówki, usłyszałam wołającą ku mnie panią Fairfax:

– Zapewne pani skończyła już ranne lekcje!

Znajdowała się w pokoju, którego drzwi były otwarte, weszłam tam, gdy do mnie przemówiła. Był to duży, okazały pokój z orzechową boazerią wzdłuż ścian; meble i portiery były w kolorze purpurowym, dywan turecki zdobił jego środek. Sufit był bogato i artystycznie rzeźbiony; piękny, choć trochę ciemny witraż dopełniał całości artystycznej tej sali. Pani Fairfax ocierała z kurzu piękne wazy z fioletowego kryształu stojące na kredensie.

– Co za piękny pokój! – zawołałam, rozglądając się dokoła, gdyż nigdy jeszcze równie imponującego nie widziałam.

– Tak, to pokój jadalny. Właśnie otworzyłam okno, żeby wpuścić trochę powietrza i słońca, bo wszystko tak wilgotnieje w pokojach rzadko zamieszkanych; tam w salonie czuć wprost piwnicą.

Wskazała szeroką arkadę wprost okna, zawieszoną, tak jak i okno, szkarłatną zasłoną, która była teraz rozchylona. Wstąpiwszy po dwóch szerokich stopniach i zajrzawszy do środka, mniemałam, że oglądam jakąś czarodziejską krainę. Był to tylko bardzo ładny salon, a tuż obok buduar, oba wyłożone białym dywanem w girlandy barwnych kwiatów, oba o sufitach ze śnieżną sztukaterią białych gron winnych i liści, co dawało bogaty kontrast z karmazynowym kolorem kuszetek i otoman. Nad białym marmurowym kominkiem błyszczały ozdoby z czeskiego szkła w kolorze rubinów. Szerokie zwierciadła między oknami odbijały to połączenie barw ognia i śniegu.

– W jakim porządku utrzymuje pani te pokoje! – zawołałam. – Ani odrobiny kurzu, choć nie ma pokrowców, i gdyby nie ten ostry chłód, można by myśleć, że są w codziennym użyciu.

– Bo pani widzi, chociaż pan Rochester rzadko tutaj bywa, to jego odwiedziny bywają zawsze nagłe i niespodziewane. Zauważyłam, że go to drażni, gdy wszystko zastaje pozasłaniane, pozawijane i gdy po przybyciu musi znosić ruch i zamęt porządkowania pokoi; pomyślałam więc, że najlepiej trzymać pokoje w gotowości.

– Czy pan Rochester jest wymagający i wybredny?

– Nie powiedziałabym; ale ma pańskie gusta i przyzwyczajenia i chciałby, żeby odpowiednio do tego kierować sprawami.

– Czy pani go lubi? Czy jest ogólnie lubiany?

– O tak. Ta rodzina zawsze tu była szanowana. Prawie wszystka ziemia w tej okolicy, jak daleko pani okiem sięgnie, od czasów niepamiętnych należała do Rochesterów.

– No dobrze, ale nie mówiąc o jego ziemi, czy pani go lubi? Czy jest w ogóle lubiany?

– Ja nie mam powodu go nie lubić, więc go lubię, a sądzę, że dzierżawcy uważają go za sprawiedliwego i hojnego; ale pan Rochester nigdy długo wśród nich nie mieszkał.

– Tak, ale czy nie ma on jakichś swoich szczególnych właściwości? Słowem, jaki jest jego charakter?

– O! charakter pana Rochestera jest bez zarzutu. Jest on może trochę dziwny: wiele podróżował, widział, sądzę, kawał świata. Myślę, że musi być mądry, ale ja z nim nigdy wiele nie rozmawiałam.

 

– W czym jest dziwny?

– Nie wiem, to niełatwo opisać. Nic uderzającego, ale czuje się to, gdy do człowieka mówi; nie zawsze można być pewnym, czy żartuje, czy mówi serio, czy jest kontent, czy przeciwnie; słowem, trudno go do gruntu wyrozumieć, ja przynajmniej nie potrafię. Ale to nie ma znaczenia, bo to bardzo dobry pan i chlebodawca.

Tyle tylko mogłam się dowiedzieć od pani Fairfax o jej i moim chlebodawcy. Niektórzy ludzie nie potrafią naszkicować charakteru, zauważyć i opisać wybitnych rysów osób czy rzeczy; poczciwa kobieta widocznie należała do tej kategorii. Moje pytania wprowadzały ją w zakłopotanie, ale nie potrafiłam nic z niej wyciągnąć. W jej oczach pan Rochester to był pan Rochester, i koniec; szlachcic, właściciel ziemski – nic więcej; nie pytała i nie szukała dalej, i dziwiła się widocznie, że ja pragnę posiąść dokładniejsze pojęcie o jego osobie.

Wychodząc z sali jadalnej zaproponowała mi pokazanie reszty domu. Chodziłam więc za nią na górę i na dół, podziwiając wszystko po drodze, bo też wszystko było dobrze urządzone i ładne. Wielkie pokoje frontowe wydały mi się szczególnie wspaniałe, niektóre zaś na trzecim piętrze, chociaż i ciemne, i niskie, zaciekawiały staroświeckim wyglądem. Meble należące pierwej do apartamentów z pierwszego i drugiego piętra przenoszono tutaj, w miarę jak się zmieniała moda... W niepewnym świetle wpadającym przez wąskie okna widziałam łoża sprzed stu lat; dębowe albo orzechowe szafy o dziwnych rzeźbionych gałązkach palm i główkach cherubinów, przypominające kształty arki przymierza; rzędy wytwornych krzeseł, wąskich i o wysokich oparciach; jeszcze starsze taborety, na których wyściełanych siedzeniach znać było wciąż ślady na wpół wytartych haftów, wyszytych palcami, które już od dwóch pokoleń były prochem trumiennym. Wszystkie te staroświeckie pozostałości nadawały trzeciemu piętru Thornfield Hall pozór jakiejś ojczyzny przeszłości – grobowca pamiątek. Miła mi była ta cisza, ten mrok, oryginalność tych zakątków – za dnia; bynajmniej jednak nie pragnęłabym spocząć nocą na którymś z tych szerokich, ciężkich łóżek – niektóre z nich zamykały się na drzwi dębowe; inne ocieniały stare angielskie kotary tkane, pokryte grubym haftem, przedstawiającym obrazy dziwnych kwiatów, dziwniejszych ptaków i najdziwniejszych ludzkich istot, wszystko to wyglądałoby niesamowicie, zaiste, w bladym świetle księżyca.

– Czy to służba sypia w tych pokojach? – zapytałam.

– Nie, służba zajmuje szereg mniejszych pokoi w tyle domu; tutaj nikt nie sypia. Można by prawie powiedzieć, że gdyby Thornfield Hall miało swojego ducha, tutaj byłaby jego siedziba.

– I ja tak myślę. Nie macie tu zatem żadnego ducha?

– Nie, ja nigdy o żadnym nie słyszałam – odpowiedziała, uśmiechając się, pani Fairfax.

– Ani żadnego podania o duchu? Żadnej legendy, żadnej historii o duchach?

– Chyba nie. A jednak słyszy się, że Rochesterowie był to swojego czasu ród gwałtowny i krewki, wcale nie spokojny; może właśnie dlatego śpią teraz w grobach tak cicho.

– Tak... ,,po życia gorączce śpią teraz cicho” – szepnęłam. – A dokąd pani teraz idzie? – zapytałam, widząc, że rusza z miejsca.

– Idę wyjrzeć z górnego tarasu na dachu. Czy chce pani pójść ze mną i obejrzeć widok stamtąd?

Poszłam za nią, najpierw po bardzo wąskich schodach na strych, a stamtąd po drabince i przez podnoszoną klapę na dach domu. Znalazłam się teraz na równym poziomie z kolonią wron, mogłam zaglądać do ich gniazd. Oparta o parapet i patrząc daleko w dół, widziałam zarysy ogrodu leżącego przede mną jak mapa; widziałam jasny, aksamitny trawnik otaczający z bliska szarą podstawę domu; pole, szerokie jak park, poznaczone tu i ówdzie starymi drzewami; las w złotobrązowych barwach, przecięty ścieżką, tak zarośniętą zielonym mchem, że była zieleńsza od drzew i liści; kościół przed bramą, drogę, łagodne pagórki, wszystko to spoczywające w świetle jesiennego słońca; widnokrąg objęty pogodnym, lazurowym niebem, zasnuty perłowobiałymi obłoczkami. Nic w tym krajobrazie nie było niezwykłego, lecz wszystko miłe dla oka. Gdy zawróciwszy, schodziłam przez drzwi w dachu, zaledwie mogłam trafić na drabinkę; olśnionym moim oczom strych wydał się ciemny jak piwnica w porównaniu z błękitem nieba, rozsłonecznionym laskiem, pastwiskiem i zielonymi wzgórkami, na które patrzyłam z rozkoszą.

Pani Fairfax zatrzymała się chwilę, zajęta zamykaniem drzwi w dachu; ja, trochę po omacku, znalazłam wyjście z poddasza i zaczęłam schodzić po wąskich schodach. Stanęłam na chwilę w długim korytarzu, na który prowadziły schody; przegradzał on frontowe i tylne pokoje trzeciego piętra, był wąski, niski i ciemny, o jednym tylko małym okienku na najdalszym końcu; ze swymi dwoma rzędami małych, czarnych pozamykanych drzwi sprawiał wrażenie korytarza w zamku jakiegoś Sinobrodego.

Gdy cicho ruszyłam dalej, uderzył moje uszy odgłos, jakiego najmniej mogłam się spodziewać w miejscu tak spokojnym. Był to śmiech; śmiech dziwny, wyraźny, lecz niewesoły. Stanęłam, śmiech ustał, lecz tylko na chwilę; znów zabrzmiał – ale głośniejszy, gdyż za pierwszym razem, chociaż wyraźny, był bardzo cichy. Teraz przeszedł w hałaśliwy wybuch, który zdawał się budzić echa we wszystkich tych zamkniętych pokojach, jakkolwiek najwyraźniej płynął z jednego pokoju, którego drzwi mogłabym wskazać.

– Pani Fairfax! – zawołałam, gdyż usłyszałam, że schodzi po schodach. – Czy pani słyszała ten głośny śmiech? Kto to się śmieje?

– Któraś służąca zapewne – odpowiedziała. – Może Gracja Poole.

– Czy pani słyszała? – powtórzyłam pytanie.

– Owszem, wyraźnie słyszałam: ja ją często słyszę; szyje w jednym z tamtych pokoi. Czasami Lea jest z nią; często, gdy pracują razem, bywają hałaśliwe.

Śmiech znowu się powtórzył cichą gamą i zakończył szczególniejszym mamrotaniem.

– Gracjo! – zawołała pani Fairfax.

Nie spodziewałam się doprawdy, żeby jakaś Gracja odpowiedziała, tak tragiczny, tak nadnaturalny wydał mi się ten śmiech; i gdyby nie to, że było samo południe, że ani pora dnia, ani otoczenie nie sprzyjały zabobonnym nastrojom, byłabym się przelękła. Pokazało się wszakże, że byłam niemądra, dziwiąc się tak bardzo i snując niejasne przypuszczenia. Najbliższe drzwi otworzyły się i wyszła służąca – kobieta trzydziestoletnia, a może starsza, przysadzista, krępa, ruda, nieładna; trudno by sobie wyobrazić zjawisko mniej romantyczne, mniej przypominające ducha.

– Za wiele hałasu, Gracjo – upomniała pani Fairfax. – Pamiętaj, co zapowiedziane.

Gracja ukłoniła się, milcząc, i wróciła do pokoju.

– Jest to osoba, którą wzięliśmy do szycia i do pomocy Lei, pokojowej – mówiła dalej wdowa. – Nie jest ona zupełnie bez zarzutu pod pewnym względem, ale na ogół nieźle się sprawuje. Ale jakże tam dziś lekcje poszły z pani nową uczennicą?

Tym sposobem rozmowa skierowana na Adelkę trwała dopóty, dopóki nie znalazłyśmy się w jasnej i pogodnej strefie na dole. W hallu Adelka wybiegła na nasze spotkanie, wołając:

– Mesdames, vous e tes servies! – i dodała: – J’ai bien faim, moi!13.

Istotnie, obiad był gotów i czekał na nas w pokoju pani Fairfax.

7 James Wolfe (1727–1759) – dowódca wojsk angielskich w bitwie o odebranie Francuzom Quebecu. Zginął od kuli francuskiej, odniósłszy uprzednio zwycięstwo.

8 Thorn – cierń; Thornfield – pole cierniowe.

9 C’est la`· ma gouvernante? (fr.) – Czy to moja guwernantka?

10 Mais oui… (fr.) – Ależ tak, naturalnie.

11 La ligue des rats… (fr.) – „Rada szczurów”, bajka La Fontaine’a.

12 Qu’avez-vous… (fr.) – Co ci jest? – rzekł jeden ze szczurów – mów.

13 Mesdames… (fr.) – Moje panie, podano do stołu. Jestem bardzo głodna.

Rozdział XII

Zapowiedź pogodnego bytowania, która zdawała się kryć w miłym przyjęciu zgotowanym mi w Thornfield Hall, nie zawiodła przy dłuższym zaznajomieniu się z dworem i jego mieszkańcami. Pani Fairfax okazała się taka, jaka się wydawała, kobietą równego usposobienia, dobrotliwą, przyzwoitego wykształcenia i przeciętnej inteligencji. Moja uczennica była dzieckiem żywym, rozpieszczanym, nawykłym do pobłażania i dlatego niekiedy kapryśnym. Ponieważ została powierzona wyłącznie mojej opiece i żadne inne nierozsądne wpływy nie przeszkadzały mi w pracy nad nią, zapomniała wkrótce o małych wybrykach, stała się posłuszna i chętna do nauki. Nie miała wielkich zdolności ani wybitnych rysów charakteru, ani szczególnie rozwiniętych uczuć lub upodobań, co wznosiłoby ją ponad poziom rówieśniczek; ale nie było też w niej żadnych wad ani złych skłonności, które by ją stawiały poniżej tego poziomu. Robiła odpowiednie postępy, miała dla mnie żywe, choć może nie nazbyt głębokie przywiązanie, a ja lubiłam ją dla jej prostoty, wesołego szczebiotu, chęci dogadzania mi, i dobrze nam było z sobą.

To, co mówię – nawiasem – wydać się może zbyt chłodnym określeniem osobom głoszącym uroczyste teorie o anielskiej naturze dzieci i o obowiązku wychowawców odczuwania do dzieci bałwochwalczego przywiązania. Ja jednakże nie piszę dla schlebiania rodzicielskiemu egoizmowi lub z chęci wygłaszania obłudnych frazesów i nonsensów; po prostu mówię prawdę. Dbałam sumiennie o dobro Adelki, o jej postępy i lubiłam tę małą osóbkę; zupełnie tak samo, jak byłam wdzięczna pani Fairfax za dobroć i w jej towarzystwie znajdowałam przyjemność odpowiednią do jej spokojnego uznania dla mnie i umiarkowanej skali jej umysłu i charakteru.

Niech mnie zresztą zgani, kto zechce, gdy dodam jeszcze, że niekiedy, gdy przechadzałam się sama po ogrodzie, gdy dochodziłam do bramy i wyglądałam na drogę albo też gdy Adelka bawiła się z boną, pani Fairfax smażyła galaretki, a ja, wyszedłszy na trzecie piętro, podnosiłam klapę na strychu i wydostawałam się na dach – że wtedy, patrząc w dal ponad pola i wzgórza na mglistą linię widnokręgu, pragnęłam mieć siłę wzroku, która by sięgnęła poza te granice, która by dotarła do ruchliwego świata, do miast pełnych życia, o których słyszałam wprawdzie, lecz nie widziałam nigdy – że wtedy pragnęłam więcej poznać i doświadczyć, nawiązać więcej stosunków z ludźmi, zaznajomić się z większą rozmaitością typów, niż mi było dane. Ceniłam to, co było dobre w pani Fairfax i w Adelce, ale wierzyłam, że istnieją inne i żywsze rodzaje dobrego, a to, w co wierzyłam, pragnęłam zobaczyć.

Kto może mieć mi to za złe? Wielu niezawodnie, i ci nazwą mnie malkontentką. Nie moja jednak była to wina. Niepokój leżał w mojej naturze, wzburzał mnie niekiedy do bólu. Wtedy doznawałam ulgi, chodząc wzdłuż korytarza trzeciego piętra tam i z powrotem, bezpieczna w ciszy i samotności, i pozwalając wyobraźni zajmować się jasnymi wizjami, jakie się przed nią jawiły – a liczne one były i promienne. Lubiłam gorączkowe bicie serca, które co prawda napełniało je niepokojem, ale też i życiem; a najbardziej kusiło mnie przysłuchiwanie się nigdy nie- kończącej się opowieści, którą bez przerwy snuła moja wyobraźnia; opowieści tętniącej wypadkami, życiem, ogniem, uczuciem – wszystkim, czego pragnęłam, a czego w rzeczywistości nie posiadałam.

Daremnie byłoby mówić, że istoty ludzkie powinny zadowolić się spokojem: potrzebują działania – a jeżeli nie mogą go znaleźć, stwarzają je sobie. Miliony skazane są na cichszy los od mego i miliony w milczeniu buntują się przeciwko swemu losowi. Nikt nie wie, ile buntów – prócz buntów politycznych – fermentuje w tłumach zaludniających świat. Kobiety uważa się na ogół za bardzo spokojne istoty, ale kobiety czują tak samo jak mężczyźni; potrzebują ćwiczeń dla swych zdolności, pola dla swych wysiłków nie mniej niż ich bracia; cierpią, gdy są zbyt skrępowane, cierpią w bezwzględnym zastoju zupełnie tak samo, jak cierpieliby mężczyźni; i ciasnotą umysłu grzeszą ich bardziej uprzywilejowani bracia, którzy twierdzą, że kobiety powinny się ograniczyć do gotowania puddingów, robienia pończoch, grania na fortepianie i haftowania. Bezmyślnością jest potępiać je albo śmiać się z nich, jeżeli starają się robić więcej albo nauczyć więcej, niż zwyczaj wymaga dla ich płci.

Chodząc tak w samotności, nierzadko słyszałam śmiech Gracji Poole: ten sam wybuch, to samo ciche, powolne ,,cha! cha!”, które słyszane po raz pierwszy przejęło mnie dreszczem. Słyszałam także jej dziwaczne mamrotanie – dziwaczniejsze nawet niż jej śmiech. Bywały dni, gdy była zupełnie milcząca; ale kiedy indziej wcale nie mogłam zrozumieć wydawanych przez nią odgłosów. Niekiedy zdarzało mi się ją widywać: wychodziła z pokoju z miednicą i talerzem albo z tacką w ręku, schodziła do kuchni i zaraz wracała (o, romantyczny czytelniku, wybacz mi słowa brzydkiej prawdy), zazwyczaj niosąc dzbanek porteru. Widok jej działał zawsze jak tłumik na ciekawość podnieconą jej głosowymi dziwactwami: o rysach grubych i tępych, nie miała w sobie nic zajmującego. Próbowałam parę razy wciągnąć ją w rozmowę, ale była małomówna; krótka odpowiedź zazwyczaj udaremniała wszelkie usiłowania dalszej pogawędki.

 

Inni domownicy, mianowicie John i jego żona, Lea, pokojowa, i Sophie, bona Francuzka, byli to wszystko ludzie przyzwoici, ale pod żadnym względem nie wybitni; z Sophie rozmawiałam po francusku i niekiedy wypytywałam o jej kraj rodzinny. Nie miała ona jednak daru opisywania ani opowiadania i dawała najczęściej odpowiedzi tak puste i mętne, że to raczej zniechęcało, niż zachęcało do pytań.

Tymczasem upłynął październik, listopad i grudzień. Pewnego styczniowego popołudnia poprosiła mnie pani Fairfax o darowanie Adelce poobiednich lekcji z powodu kataru, jakiego się nabawiła. Zgodziłam się chętnie, zwłaszcza gdy Adelka gorąco poparła tę prośbę, przypominając mi przez to, z jaką radością za lat dziecinnych witałam każdą trafiającą się rekreację. Był to piękny dzień, spokojny, chociaż bardzo zimny; zmęczona byłam, przesiedziawszy w bibliotece całe długie przedpołudnie. Pani Fairfax właśnie napisała list, który czekał okazji, by go zaniesiono na pocztę, więc włożyłam kapelusz i płaszcz i ofiarowałam się odnieść go do Hay; odległość dwu mil stanowiła miły spacer na zimowe popołudnie. Usadowiwszy Adelkę wygodnie na krzesełku przy kominku w saloniku pani Fairfax i podawszy jej do zabawy najlepszą lalkę woskową (którą zazwyczaj trzymałam w szufladzie zawiniętą w srebrny papier) oraz dla odmiany książkę z powiastkami, pocałowałam ją na pożegnanie i wyszłam.

Grunt był stwardniały, powietrze spokojne, droga pusta. Szłam szybko, dopóki się nie rozgrzałam, a wtedy zwolniłam kroku, by nacieszyć się i zastanowić nad przyjemnością, jaką mi dawała ta chwila i widok dokoła. Była godzina trzecia; zegar kościelny wybijał ją, gdy mijałam dzwonnicę. Urok tej godziny leżał w bliskim zmierzchu, w niskich, bladych promieniach słońca. Znajdowałam się o milę od Thornfield, na ścieżce znanej latem z obfitości róż polnych, jesienią z orzechów i jeżyn, nawet teraz posiadających pewne kolorowe skarby w postaci głogów. Ale najmilszy czar zimowy tej okolicy polegał na zupełnej samotności i bezlistnej ciszy. Powiew nie wydawał tu wcale odgłosu; nie było tu bowiem ani jednego krzaczka ostrokrzewu czy bluszczu, który by mógł zaszemrać, a odarte z liści głogi i krzaki leszczyny ciche były jak te białe, zdeptane kamienie, którymi wysypany był środek ścieżki. Blisko i daleko po obu stronach drogi widać było tylko pola, na których pasło się bydło, a małe, brunatne ptaszki, ruszające się niekiedy w bezlistnym żywopłocie, wyglądały jak rdzawe zeschłe liście, które zapomniały opaść.

Dróżka ta szła pod górę przez całą drogę do Hay; doszedłszy do połowy, siadłam na przełazie prowadzącym stąd na pole. Ogarniając się szczelnie płaszczem i chroniąc ręce w mufce, nie czułam zimna, choć mroziło porządnie; dowodził tego lód pokrywający ścieżkę, na którą mały strumyk, obecnie zamarznięty, wylał był po raptownej odwilży parę dni temu. Z miejsca, gdzie siedziałam, mogłam patrzeć na Thornfield; szare, blankami uwieńczone mury dworu były głównym przedmiotem rzucającym się w oczy w dolinie pode mną; lasy i drzewa z gniazdami wronimi wznosiły się na tle nieba na zachodzie. Patrzyłam, dopóki słońce nie zaszło za drzewa i nie zatonęło w nich, czerwone i jasne. A wtedy spojrzałam na wschód.

Spoza szczytu wzgórka nade mną wynurzał się wschodzący księżyc; jeszcze blady jak chmurka, nabierał światłości z każdą chwilą i świecił nad Hay, które wpółukryte w drzewach, słało niebieskie dymy z nielicznych kominów; było jeszcze o milę odległe, ale w tej bezwzględnej ciszy mogłam dosłyszeć słabe odgłosy życia idące stamtąd. Ucho moje chwytało także szmery płynących potoków w jakich dolinach czy zagłębieniach – nie wiedziałam sama, ale wiele było wzgórków poza Hay i niewątpliwie wiele strumieni w wąwozach pomiędzy nimi. W ciszy wieczornej słyszało się plusk najbliższych i szum dalekich strumieni.

Jakiś szorstki odgłos wpadł nagle między te delikatne pluskoty i szmery, równocześnie bardzo daleko i wyraźnie: głośny tupot, chrzęst metaliczny zgasił cichutkie szepty płynących fal, tak jak na obrazie potężna masa skał albo surowy zarys wielkiego dębu, ciemny i silnie zaznaczony na przednim planie, zaciera zwiewną odległość lazurowych wzgórz, słonecznego widnokręgu i skłębionych chmur, gdzie barwa stapia się z barwą.

Stuk rozległ się na ścieżce: stuk kopyt końskich; zakręty drogi jeszcze ukrywały jeźdźca, ale przybliżał się. Miałam właśnie zejść z przełazu, ale ponieważ ścieżka była wąska, zostałam na miejscu, żeby koń mógł mnie ominąć. Młoda byłam wówczas i rozmaite fantazje, wesołe i ponure, snuły mi się w głowie: wspomnienia bajek opowiadanych niegdyś w dziecinnym pokoju; gdy wracały w pamięci, dojrzewająca młodość dodawała im siły i wyrazistości, jakiej wiek dziecinny udzielić nie potrafił. Gdy się ten koń przybliżał, a ja czekałam, czy rychło się ze zmierzchu wyłoni, przypomniały mi się niektóre opowiadania Bessie o duchu z północnej Anglii, imieniem Gytrash, który pod postacią konia, muła albo wielkiego psa straszył na pustych, samotnych drogach, a niekiedy objawiał się spóźnionym podróżnym, właśnie jak ten koń miał się objawić mnie.

Bardzo już był blisko, ale jeszcze dla mnie niewidoczny; wtedy oprócz tupotu kopyt końskich usłyszałam szurgnięcie pod płotem i tuż blisko pod krzakami leszczyny przesunął się wielki pies, dzięki czarno-białemu zabarwieniu widoczny wśród drzew. Była to dokładnie jedna z postaci Gytrasha – stworzenie podobne do lwa, długowłose, wielkogłowe. Minęło mnie jednak wcale spokojnie, nie zatrzymując się, by spojrzeć mi w twarz dziwnymi, niemal ludzkimi oczami, jak się tego prawie spodziewałam. Za nim podążał koń – rosły wierzchowiec, na którym siedział jeździec. Mężczyzna, ludzka istota, od razu spłoszył czary. Nikt inny nie dosiadał grzbietu Gytrasha, był zawsze sam; a duszki, o ile wiedziałam, choć mogły przyoblekać nieme ciała zwierząt, nigdy nie szukały schronienia w pospolitym kształcie ludzkim. Nie był to więc żaden Gytrash, tylko podróżny, który wybrał tę krótszą drogę do Millcote. Przejechał, a ja poszłam dalej; parę kroków uszłam zaledwie, gdy musiałam się obejrzeć, usłyszawszy zgrzyt pośliznięcia się, okrzyk: ,,A cóż to, u pioruna?”, i odgłos upadku. Jeźdźca i konia ujrzałam teraz na ziemi; koń pośliznął się na zlodowaciałej powierzchni ścieżki. Pies zawrócił w podskokach, a widząc swego pana w tym położeniu i słysząc stękanie konia, rozszczekał się tak, że aż wzgórza odpowiadały mu echem. Zrazu węszył dokoła leżących, a potem podbiegł do mnie; nie mógł nic innego zrobić, wyraźnie wzywał mnie na pomoc. Usłuchałam go i zbliżyłam się do podróżnego, który tymczasem usiłował wydostać się spod konia. Wysiłki jego tak były energiczne, że pomyślałam, iż wielkiej sobie krzywdy widocznie nie zrobił; zapytałam go jednakże:

– Czy panu się co stało?

Zdaje mi się, że klął pod nosem, choć nie jestem tego pewna; w każdym razie coś tam mamrotał, co mu przeszkodziło odpowiedzieć mi od razu.

– Czy mogłabym może w czym pomóc? – zapytałam znowu.

– Niech pani stanie z boku – odpowiedział, podnosząc się najpierw na kolana, a potem na nogi. Usunęłam się; po czym zaczęło się dźwiganie, tupanie, chrzęst, nawoływanie przy wtórze takiego szczekania, że istotnie odstąpiłam o kilka kroków, nie mogłam się jednak zupełnie dać odpędzić, chcąc się wpierw przekonać, jak się to skończy. Rezultat ostatecznie wypadł szczęśliwie; koń stanął, pies na komendę: ,,Leżeć, Pilot!”, uciszył się nareszcie. Teraz podróżny, nachyliwszy się, zaczął obmacywać stopę i nogę, jak gdyby badał, czy są całe; widocznie coś go bolało, gdyż przytrzymywał się przełazu, skąd ja właśnie wstałam, i usiadł.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?