Jane Eyre

Tekst
Z serii: Filmowa
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jane Eyre
Jane Eyre
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,57  47,66 
Jane Eyre
Jane Eyre
Audiobook
32,37 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Мэнди Хейл, Cast Full, Tom Burke
48,64 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
75,61 
Szczegóły
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Alison Larkin
136,96 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Juliet Mills
161,87 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Wanda McCaddon
172,68 
Szczegóły
Jane Eyre
Jane Eyre
Darmowy e-book
Szczegóły
Jane Eyre
Darmowy e-book
Szczegóły
Jane Eyre
E-book
2,24 
Szczegóły
Jane Eyre
E-book
2,24 
Szczegóły
Jane Eyre
E-book
2,24 
Szczegóły
Jane Eyre
E-book
4,53 
Szczegóły
Tekst
Jane Eyre
E-book
9,41 
Szczegóły
Tekst
Jane Eyre
E-book
26,97 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział IX

Poprawiały się jednak z wolna niedostatki, a raczej surowe warunki pobytu w Lowood. Wiosna nadciągała, właściwie już nadeszła. Mrozy ustały, stopniały śniegi, złagodniały ostre wiatry. Nieszczęsne moje nogi, opuchłe, poranione mroźnym styczniowym powietrzem, zaczęły goić się pod wpływem łagodnych tchnień kwietnia. Noce i ranki kanadyjską temperaturą już nam nie mroziły krwi w żyłach; znośne teraz były godziny zabaw spędzane w ogrodzie, a niekiedy w dzień słoneczny, bywało nawet mile i wesoło. Ciemne, brunatne grządki zaczynały zielenieć, stawały się coraz świeższe i nasuwały myśl, że nadzieja przechadza się po nich co noc, zostawiając co ranek jaśniejsze ślady swoich kroków. Kwiaty wyzierały spomiędzy liści: śnieżyczki, krokusy, aurykle, złotookie bratki. W czwartkowe popołudnia (wolne od zajęć) odbywałyśmy dalsze spacery i znajdowałyśmy jeszcze milsze kwiaty rozkwitające przy drogach i pod płotami.

Odkryłam też źródło wielkiej przyjemności, leżące poza wysokim, szpikulcami najeżonym murem naszego ogrodu; tym źródłem radości był widok na malownicze szczyty okalające wielką dolinę górską, bogatą w zieloność i w cień, i jasny strumień, pełen ciemnych kamieni i iskrzących wirów. Jakże inaczej przedstawiał się ten krajobraz, gdy oglądałam go pod ołowianym niebem zimy, gdy zesztywniały był od mrozu, zatulony w śniegi... gdy śmiertelnie chłodne mgły, gnane wschodnim wiatrem, tłukły się wśród tych fioletowych szczytów i opadały do ich stóp, łącząc się z chłodnym strumieniem. Ten sam strumień był wtedy mętnym, rwącym potokiem; wyrywał się z lasu, śląc w powietrze szalony łoskot, często wzmożony szumem ulewy czy śnieżycy, a las nad jego brzegami wyglądał jak szereg szkieletów.

Kwiecień minął, przyszedł maj, jasny i pogodny maj. Dni były słoneczne, niebiosa błękitne, powiewy zachodnie lub południowe – łagodne. Teraz roślinność dojrzewała pośpiesznie. Lowood rozpuściło warkocze, zazieleniło się, rozkwieciło całe; wielkie szkielety jesionów, klonów i dębów przywdziały znów majestatyczną szatę życia, leśne rośliny wyrastały obficie w zakątkach lasu, niezliczone odmiany mchów wypełniały jego wgłębienia, a dzikie prymulki słały się wśród trawy jak plamy słoneczne, leżały połyskując bladym złotem na gęsto ocienionej trawie, jak promienie najmilszego światła. Wszystkim tym radowałam się często i w całej pełni, wolna, niepilnowana i nieledwie sama. O przyczynie tej niezwykłej wolności teraz mówić mi wypada.

Czy nie opisałam miłego miejsca zamieszkania, mówiąc, że położone było wśród wzgórz i lasu, wznosząc się nad brzegiem strumienia? Istotnie, miłe ono było, ale czy zdrowe, to inna sprawa.

Leśna dolinka, w której leżało Lowood, była kolebką mgły i z mgły rodzącej się epidemii. Zarazki jej rozwinęły się wiosną, wdarły się do schroniska sierot; tyfus zagnieździł się w przeludnionym pokoju szkolnym i sypialni i zanim nadszedł maj, zakład zmienił się w szpital.

Niedożywianie oraz zaniedbane przeziębienia i katary osłabiły odporność dziewcząt. Czterdzieści pięć z osiemdziesięciu uczennic zachorowało równocześnie. Rozpuszczono klasy, złagodzono regulaminy. Nielicznym zdrowym dano prawie nieograniczoną swobodę, raz, że doktor zalecał konieczność ruchu i przebywania na świeżym powietrzu dla podtrzymania zdrowia, a potem, gdyby nawet nie to, nikt nie miał czasu pilnować ich i czuwać nad nimi. Całą uwagę panny Temple pochłaniały pacjentki. Przebywała cały czas w pokoju chorych, nie opuszczając go wcale, chyba nocą, by parę godzin snu ukraść. Nauczycielki miały dość roboty z pakowaniem i wyprawianiem tych szczęśliwych dziewcząt, które miały przyjaciół lub krewnych, posiadających warunki i okazujących gotowość zabrania ich z siedziby zarazy. Wiele już dotkniętych chorobą pojechało do domu po to tylko, by tam umrzeć; niektóre umarły w szkole, a pochowano je szybko i cicho, żeby nie rozszerzać zarazy.

Podczas gdy choroba w ten sposób panoszyła się w Lowood, a śmierć stała się tam częstym gościem, podczas gdy mrok i lęk panował w jego murach, gdy w pokojach i na korytarzach unosiły się wonie szpitalne (gdyż kadzidła i pastylki daremnie walczyły z wyziewami choroby), słoneczny maj siał blaski na strome wzgórza i piękną lesistą krainę. I sam ogród zapłonął barwami kwiatów: malwy wystrzeliły wysoko jak drzewa, rozwijały się lilie, kwitły tulipany i róże; skraje małych grządek wesoło różowiły się goździkami i pąsowymi podwójnymi stokrotkami; polne różyczki wydawały rankami i wieczorami woń słodką, zalatując jabłkiem i korzeniami. A wszystkie te wonne skarby były bezużyteczne dla większości mieszkanek Lowood, chyba że od czasu do czasu dostarczały garści ziół i kwiatów składanych do trumny.

Ja tymczasem wraz z resztą zdrowych uczennic używałam w pełni piękności widoków o tej porze roku. Pozwalano nam, jak Cygankom, błądzić po lesie od rana do wieczora; robiłyśmy, co nam się podobało, chodziłyśmy, gdzie ochota niosła; lepiej też nas żywiono. Pan Brocklehurst ze swą rodziną nigdy się teraz nie pokazywał w Lowood; w gospodarskie sprawy nie wglądano. Skwaszona gospodyni odeszła, wypędził ją strach przed zarazą; następczyni jej, zatrudniona uprzednio jako kierowniczka izby chorych w Lowood, nieprzywykła do nowego zajęcia, gospodarowała stosunkowo hojnie. Przy tym mniej osób było do żywienia; chore niewiele mogły jeść; nasze śniadaniowe miseczki bywały pełniejsze. Gdy brakło czasu na przygotowanie prawidłowego obiadu, co zdarzało się często, dawała nam po dobrym kawale zimnego pieroga albo po grubej kromce chleba z serem; zabierałyśmy to do lasu, gdzie każda wybierała sobie miejsce najmilsze, i tam ucztowałyśmy wspaniale.

Ulubionym moim miejscem był gładki, szeroki kamień, biały i suchy, sterczący w samym środku strumienia, do którego dostać się można było jedynie brodząc przez wodę; czyniłam to boso. Powierzchnia kamienia była dość szeroka, by wygodnie pomieścić mnie i drugą dziewczynkę, wówczas moją wybraną towarzyszkę, Mary Annę Wilson. Była to bystra i spostrzegawcza osóbka, której towarzystwo lubiłam, po części dlatego, że była dowcipna i oryginalna, a po części, że była łatwa w obejściu i czułam się z nią nieskrępowana. O parę lat starsza ode mnie, lepiej znała świat i umiała opowiedzieć mi wiele rzeczy, których lubiłam słuchać, zaspokajała moją ciekawość, a względem wad moich zachowywała się z pełną pobłażliwością, nigdy mnie nie hamując ani nie powstrzymując, cokolwiek bym mówiła. Miała dar opowiadania, ja skłonność do analizy; lubiła informować, ja lubiłam pytać; toteż stosunek nasz układał się gładko, będąc dla nas obu obfitym źródłem rozrywki, jeśli nie poważniejszej korzyści.

A gdzie tymczasem była Helena Burns? Dlaczego tych miłych dni swobody nie spędzałam z nią razem? Czy zapomniałam o niej? Czy też byłam tak niegodna, iż nudziłam się jej szlachetnym towarzystwem? Mary Anna Wilson z pewnością była mniej warta niż ona; umiała tylko opowiadać zajmujące historie i odwzajemniać się, jeżeli pozwoliłam sobie na jakieś trafne, a czasem złośliwe uwagi. Helena, przeciwnie, potrafiła tych, którzy mieli szczęście z nią rozmawiać, wprowadzać w sferę o wiele wyższych pojęć.

To prawda, czytelniku. Wiedziałam to i czułam. Chociaż ułomne ze mnie stworzenie, choć wiele mam wad, a niewiele w sobie dobrego, to jednak nigdy nie zobojętniałam dla Heleny Burns, nigdy nie ostygłam w przywiązaniu do niej, tak silnym, serdecznym, tak pełnym uznania, na jakie tylko stać było moje serce. Jakżeby mogło być inaczej, skoro Helena zawsze i we wszystkich okolicznościach okazywała mi spokojną i wierną przyjaźń, której nigdy nie zamącił zły humor, nigdy nie zakłóciło rozdrażnienie? Ale Helena chorowała teraz, od paru tygodni oddzielono ją od nas, przenosząc do niewiadomego mi pokoju na górze. Powiedziano mi, że nie ma jej w szpitalnej części domu z gorączkującymi chorymi, gdyż chorobą jej są suchoty, nie tyfus; ja zaś w nieświadomości wyobrażałam sobie, że suchoty to choroba łagodna, którą czas i starania uleczą niewątpliwie.

Utwierdziłam się w tym przekonaniu, ponieważ raz czy dwa razy zeszła na dół w bardzo ciepłe słoneczne popołudnie, a wtedy panna Temple zaprowadziła ją do ogrodu; mnie jednakże nie pozwolono wtedy pójść do niej i rozmawiać z nią. Widziałam ją tylko z okna szkolnego pokoju, i to niewyraźnie, gdyż była mocno pootulana i siedziała daleko pod werandą.

Pewnego wieczora, w początkach czerwca, zostałam do późnej godziny z Mary Anną w lesie; odłączyłyśmy się, jak zwykle, od innych i zawędrowałyśmy daleko, tak że nawet zabłądziłyśmy trochę i musiałyśmy pytać o drogę w położonej daleko chacie, gdzie mieszkali jakiś mężczyzna i kobieta doglądający stada półdzikich świń żywiących się leśnymi żołędziami. Wracałyśmy już po wzejściu księżyca; konik, w którym poznałyśmy kuca doktora, stał uwiązany przy furtce ogrodu. Mary Anna zauważyła, że ktoś musi być bardzo chory, skoro posłano po pana Batesa o tak późnej porze. Weszła do domu, a ja pozostałam jeszcze chwilę, chcąc zasadzić w ogródku garść roślin wykopanych w lesie, gdyż bałam się, że zwiędną, jeżeli pozostawię je niezasadzone do rana. Skończywszy z tym, nie śpieszyłam się z powrotem: rosa spadła, kwiaty pachniały tak słodko – taki miły był wieczór, pogodny i ciepły; rumiany jeszcze zachód zapowiadał na jutro taki sam piękny dzień; księżyc wschodził tak wspaniale. Rozglądałam się po tym wszystkim i cieszyłam, jak cieszyć się może dziecko. Nagle zbudziła się we mnie myśl:

Jak to smutno być chorą i móc umrzeć. Ten świat jest piękny; strasznie byłoby zostać z niego odwołaną i pójść nie wiadomo dokąd.

I wtedy umysł mój zrobił pierwszy poważny wysiłek, by zrozumieć wpojone weń pojęcia o niebie i piekle. I po raz pierwszy wzdrygnął się, nie pojmując; i po raz pierwszy, spojrzawszy za siebie, przed siebie i na wszystkie strony, ujrzał dokoła tylko przepaść niezgłębioną; był pewien tylko jednego punktu, na którym się opierał – teraźniejszości; wszystko pozostałe było tylko bezkształtną mgławicą, pustą głębiną. I zadrżałam z lęku na myśl, że mogłabym zatonąć w tym chaosie.

 

Podczas tych rozmyślań usłyszałam, że otwierają się drzwi frontowe; to pan Bates wychodził, a odprowadzała go pielęgniarka. Gdy już wsiadł na swego konika i odjechał, pielęgniarka chciała zamknąć drzwi, ale ja podbiegłam do niej.

– Jak się miewa Helenka Burns?

– Bardzo marnie – odpowiedziała.

– Czy to do niej przyjeżdżał pan Bates?

– Tak.

– I co powiedział o niej?

– Powiedział, że niedługo już będzie tu z nami.

Gdybym była usłyszała to zdanie wczoraj, miałoby dla mnie ten sens, że Helenę mają odesłać do Northumberland, do jej rodzinnego domu. Nie byłabym podejrzewała, że to znaczy, iż ona ma umrzeć; ale teraz wiedziałam! Zrozumiałam jasno, że Helena dożywa ostatnich dni na tym świecie i że niebawem przejdzie w świat duchów, jeśli taki świat istnieje. Wstrząsnęła mną groza, potem przejął mnie silny, bolesny żal, a w ślad za tym pragnienie – konieczność zobaczenia jej. Zapytałam, w którym pokoju leży Helenka.

– Leży w pokoju panny Temple – odpowiedziała pielęgniarka.

– Czy mogę tam pójść i pomówić z nią?

– O nie, dziecko! Nie sądzę. A teraz czas, żebyś wróciła do domu; jeszcze zachorujesz, zostając na dworze, kiedy rosa pada.

Pielęgniarka zamknęła drzwi frontowe; ja weszłam bocznym wejściem prowadzącym do pokoju szkolnego; przyszłam w sam czas; była godzina dziewiąta i panna Miller kazała uczennicom iść spać.

Mogło to być ze dwie godziny później, prawdopodobnie blisko jedenastej, gdy nie mogąc usnąć, a wnosząc z ciszy w sypialni, że towarzyszki moje spoczywają pogrążone w głębokim śnie, wstałam po cichu i zarzuciwszy suknię na nocną koszulę, wysunęłam się boso z sypialni, aby dostać się do pokoju panny Temple. Pokój ten znajdował się w drugim końcu domu, ale ja znałam do niego drogę i dzięki światłu księżyca, wpadającemu tu i owdzie przez okna na korytarzach, odnalazłam ją bez trudności. Zapach kamfory i kadzidła z octem ostrzegł mnie, że zbliżam się do pokoju chorych; minęłam szybko drzwi w obawie, by nie usłyszała mnie pielęgniarka czuwająca tam przez całą noc. Lękałam się, by mnie nie odkryto i nie kazano wracać, bo przecież musiałam zobaczyć się z Helenką, musiałam uściskać ją, zanim umrze – pożegnać ją ostatnim pocałunkiem, zamienić z nią ostatnie słowa.

Zeszedłszy z jednych schodów, przebywszy na dole znaczną część domu, otworzywszy i zamknąwszy szczęśliwie bez hałasu dwoje drzwi, dotarłam do drugich schodów; wstąpiłam na nie, a wtedy znalazłam się na wprost pokoju panny Temple. Światło przedzierało się przez dziurkę od klucza i pod drzwiami; głęboka cisza zalegała dokoła. Zbliżywszy się, dostrzegłam, że drzwi są lekko uchylone, prawdopodobnie, aby wpuścić trochę świeżego powietrza do dusznego pokoju, gdzie leżała chora. Bez wahania, niecierpliwie, ogarnięta śmiertelnym strachem otworzyłam je i zajrzałam do środka. Oczy moje szukały Heleny, a bały się ujrzeć śmierć.

Tuż obok łóżka panny Temple, na wpół zakryte białą jego kotarą, stało wąskie łóżeczko. Widziałam zarysy postaci pod kołdrą, ale twarz zakrywała kotara; pielęgniarka, z którą rozmawiałam w ogrodzie, siedziała w fotelu i spała; nieobjaśniona świeca paliła się ciemno na stole. Panny Temple nie było; dowiedziałam się później, że zawołano ją do innej chorej będącej w ciężkiej malignie. Postąpiłam naprzód; stanęłam przy łóżeczku; już wyciągałam rękę do kotary, ale wolałam wpierw przemówić, zanim ją odsunę. Wciąż jeszcze się bałam, że zobaczę umarłą.

– Helenko! – szepnęłam cicho – czy nie śpisz?

Poruszyła się, odgarnęła kotarę, a wtedy ujrzałam twarz jej bladą, wymizerowaną, ale zupełnie spokojną: wydała mi się tak mało zmieniona, że lęk mój rozwiał się od razu.

– Czy to możliwe, że to ty, Jane? – zapytała swoim miłym głosem.

Och – pomyślałam – ona nie umrze, oni się mylą; przecież nie mogłaby tak mówić ani tak spokojnie wyglądać, gdyby miała umrzeć!

Nachyliłam się nad jej łóżeczkiem i ucałowałam ją: czoło jej było chłodne, policzki chłodne i wychudzone, podobnie i ręce; ale uśmiechała się po dawnemu.

– Dlaczego przyszłaś, Jane? Już minęła jedenasta; słyszałam, jak zegar bił kilka minut temu.

– Przyszłam cię odwiedzić, Helenko. Słyszałam, że jesteś bardzo chora, i czułam, że nie zasnę, dopóki cię nie zobaczę.

– A więc przyszłaś mnie pożegnać. Zdążyłaś, zdaje się, w samą porę.

– Czy ty gdzieś wyjeżdżasz, Helenko? Czy może jedziesz do domu?

– Tak, do mojego dalekiego domu, do mojego ostatniego domu.

– Nie, nie, Helenko! – przerwałam pełna smutku. Lecz gdy usiłowałam opanować łzy, pochwycił ją atak kaszlu; nie obudziło to jednak pielęgniarki i gdy kaszel minął, Helenka leżała parę minut wyczerpana, a potem szepnęła:

– Jane, twoje nóżki są bose, połóż się przy mnie i nakryj kołdrą.

Zrobiłam, jak chciała; otoczyła mnie ramieniem, a ja ułożyłam się tuż przy niej. Po długim milczeniu mówiła dalej, wciąż szeptem:

– Jestem bardzo szczęśliwa, Jane, a jak się dowiesz, że umarłam, pamiętaj, żebyś się nie martwiła, nie ma się czym martwić. Wszyscy musimy kiedyś umrzeć, a choroba, która mnie zabiera, nie jest bolesna; postępuje łagodnie i stopniowo. W duszy czuję spokój. Nie pozostawiam nikogo, kto by mnie bardzo żałował; mam tylko ojca, ale on się niedawno ożenił, więc nie odczuje mej nieobecności. Umierając młodo, uniknę wielkich cierpień. Nie miałam tych cech ani talentów, jakich potrzeba, żeby sobie dobrze torować drogę w świecie; błądziłabym wciąż.

– Ale dokąd ty idziesz, Helenko? Czy ty to rozumiesz? Czy wiesz?

– Wierzę, mam wiarę: idę do Boga.

– Gdzie jest Bóg? I co to jest Bóg, Helenko?

– Mój Stwórca i twój, który nie unicestwi swojego stworzenia. Polegam całkowicie na Jego potędze i ufam najmocniej w Jego dobroć: liczę godziny, rychło nadejdzie ta wielka chwila, która mnie przywróci Jemu i objawi mi Jego.

– Więc ty jesteś pewna, Helenko, że istnieje takie miejsce, które jest niebem, i że dusze nasze mogą się tam dostać, gdy umieramy?

– Jestem pewna, że jest dalsze istnienie. Wierzę, że Bóg jest dobry; powierzam Mu nieśmiertelną cząstkę swojej istoty bez żadnej obawy. Bóg jest moim ojcem; jest moim przyjacielem. Kocham Go i wierzę, że i On mnie kocha.

– A czy ja się z tobą spotkam, Helenko, gdy umrę?

– Przyjdziesz do tej samej krainy szczęśliwości; przyjmie cię ten sam wszechpotężny, wspólny Ojciec, nie wątpię o tym, droga Jane.

Znowu zapytałam, ale tym razem w myśli jedynie: Gdzie jest ta kraina? Czy istnieje? I otoczyłam ramionami Helenkę, tuląc się do niej; droższa mi była niż kiedykolwiek. Nie puszczę cię! nie pozwolę ci odejść! – myślałam; leżałam z twarzą ukrytą na jej ramieniu. A wtedy ona powiedziała jak najłagodniej:

– Jak mi dobrze i wygodnie! Ten ostatni atak kaszlu zmęczył mnie trochę; zdaje mi się, że będę mogła zasnąć. Ale nie odchodź ode mnie, Jane; miło mi czuć cię przy sobie.

– Zostanę z tobą, Helenko najdroższa. Nikt mnie stąd nie zabierze!

– Ciepło ci, kochanie?

– Tak.

– Dobranoc, Jane.

– Dobranoc, Helenko.

Pocałowałyśmy się i wkrótce zasnęłyśmy obie.

Gdy się obudziłam, był już dzień; obudził mnie niezwykły ruch; spojrzałam: byłam w czyichś objęciach, to pielęgniarka niosła mnie przez korytarz z powrotem do sypialni. Nikt się na mnie nie gniewał, że uciekłam z łóżka; inne sprawy ich zajmowały. Nie dano mi wtedy żadnych wyjaśnień na moje liczne pytania, ale w jakieś dwa dni potem dowiedziałam się, że panna Temple, wróciwszy o świcie do swego pokoju, zastała mnie leżącą obok Helenki, z twarzą opartą o jej ramię, z rękoma dokoła jej szyi. Ja spałam, a Helenka – nie żyła.

Grób jej znajduje się na cmentarzu w Brocklebridge; przez piętnaście lat po jej śmierci była to tylko darniowa mogiła, obecnie tablica z szarego marmuru oznacza to miejsce, a napis na tej tablicy głosi jej imię i słowo: Resurgam5.

5 Resurgam (łac.) – zmartwychwstanę.

Rozdział X

Dotychczas opowiadałam szczegółowo wypadki swojego dzieciństwa: pierwszemu dziesięcioleciu mego życia poświęciłam prawie dziesięć rozdziałów. Jednakże to nie ma być dokładna autobiografia; chcę tylko wyławiać z pamięci to, co może wzbudzić pewne zainteresowanie; dlatego teraz okres ośmioletni pominę prawie milczeniem; kilku wierszy tylko potrzeba, by stworzyć łączące ogniwo.

Dopełniwszy dzieła zniszczenia w Lowood, epidemia tyfusu wygasła stopniowo; jednakże jej złośliwość i liczba ofiar zwróciły publiczną uwagę na szkołę. Zbadano powody tej klęski i wkrótce wyszły na jaw różne fakty, które wzbudziły ogólne oburzenie. Niezdrowe położenie, ilość i jakość pożywienia dawanego dzieciom, niedobra, cuchnąca woda używana do gotowania, nędzne ubranie uczennic i braki w urządzeniach mieszkaniowych – wszystko to wykryto, a wykrycie wywołało rezultat przykry dla pana Brocklehursta, ale zbawienny dla zakładu.

Kilku ludzi bogatych i dobrej woli subskrybowało większe sumy w hrabstwie na postawienie odpowiedniejszego budynku i w lepszym miejscu niż dotychczasowe. Ułożono nowy regulamin i wprowadzono ulepszenia w odżywianiu i ubraniu dziewcząt; fundusze szkoły wziął w ręce komitet. Pan Brocklehurst, którego przez wzgląd na jego bogactwo i koligacje nie można było pominąć, zatrzymał stanowisko skarbnika; dopomagali mu jednak w spełnianiu tych obowiązków panowie o szerszych poglądach i bardziej ludzkich uczuciach. Urząd inspektora dzielili z nim tacy, którzy umieli łączyć rozsądek ze ścisłością, wygodę z oszczędnością, współczucie z prawością. Szkoła w ten sposób ulepszona, stała się z czasem prawdziwie pożytecznym, dużej wartości zakładem. Pozostałam w obrębie jej murów, po jej odrodzeniu, przez dalszych osiem lat, z tych sześć jako uczennica, a dwa jako nauczycielka; tak w jednym, jak i w drugim charakterze mogę zaświadczyć o jej wartości i wysokim poziomie.

Przez te osiem lat pędziłam życie jednostajne; nie smutne jednakże, gdyż było pracowite. Miałam możność zdobycia doskonałego wykształcenia; miałam zamiłowanie do niektórych przedmiotów, a pragnienie odznaczenia się we wszystkich. Sprawiało mi wielką przyjemność móc zadowolić nauczycielki, zwłaszcza te, które kochałam; toteż korzystałam w pełni z otwartych przede mną źródeł wiedzy. Z czasem zostałam pierwszą uczennicą najstarszej klasy, a potem powierzono mi stanowisko nauczycielki, na którym gorliwie pracowałam przez dwa lata. Wtedy jednakże nastąpiła zmiana.

Panna Temple przez cały czas pozostawała przełożoną szkoły; jej nauczaniu zawdzięczam największą część wiedzy, jej życzliwość i towarzystwo były stałą moją pociechą; ona zastępowała mi matkę, była moja nauczycielką, a w końcu towarzyszką. W tym okresie jednak wyszła za mąż za duchownego, najzacniejszego człowieka, prawie godnego takiej żony. Wyjechała z mężem do odległego hrabstwa i tym sposobem straciłam ją na zawsze.

Od dnia jej wyjazdu nie czułam się ta sama: Lowood przestał mi być jakby domem rodzinnym. Przejęłam się szczerze indywidualnością panny Temple, a więc wzorowałam się na jej sposobie myślenia, opanowywałam swą impulsywność. Zdawało mi się, że już osiągnęłam równowagę charakteru. Obowiązkowość i porządek uważałam za najwyższe prawa; byłam spokojna i łagodna, a w oczach koleżanek uchodziłam nawet za osobę o silnym charakterze.

Jednakże los w postaci wielebnego pana Nasmytha rozdzielił mnie z panną Temple. Widziałam ją wkrótce po ceremonii ślubnej, wsiadającą w sukni podróżnej do karetki pocztowej; widziałam karetkę podjeżdżającą pod wzgórek i niknącą za jego szczytem; a wtedy udałam się do swego pokoju i tam w samotności spędziłam większą część poobiedniej rekreacji, udzielonej uczennicom na cześć tej uroczystości.

Chodziłam po pokoju, rozmyślając. Zdawało mi się, że odczuwam jedynie żal po stracie panny Temple i obmyślam, jak by ją zastąpić, ale gdy doszłam do końca mych rozmyślań, zobaczyłam nagle, że dzień skłonił się ku wieczorowi, i zaczęłam sobie uświadamiać, że tymczasem zaszła we mnie zasadnicza zmiana; strząsnęłam z siebie wszystko, co zapożyczyłam od panny Temple, a raczej ona zabrała z sobą ten pogodny nastrój, jakim przy niej oddychałam; pozostawiona własnej naturze, poczułam budzenie się dawnych, właściwych mi uczuć. Nie miałam wrażenia, że utraciłam jakąś podporę, ale jak gdyby zabrakło mi bodźca – nie utraciłam umiejętności zachowania spokoju, ale nie dostawało mi do tego motywacji. Światem moim przez szereg lat było Lowood; żyłam w obrębie jego regulaminu i praw; teraz przypomniałam sobie, że rzeczywisty świat jest szeroki i że otwiera on obszerne pole nadziei i obaw, wrażeń i podniety dla tych, którzy mają odwagę iść szukać prawdziwej znajomości życia wśród jego niebezpieczeństw.

 

Zbliżyłam się do okna, otworzyłam je i wyjrzałam. Przede mną wznosiły się oba skrzydła szkolnego budynku, leżał ogród, zarysowywała się granica Lowood, rozciągał się pagórkowaty horyzont. Oczy moje przesunęły się po tym, co najbliższe, i zatrzymały się na najdalszym krajobrazie: na błękitnych szczytach; zapragnęłam je przebyć; wszystko w ich skalistym obrębie wydało mi się więzieniem. Śledziłam okiem białą drogę wijącą się u stóp jednej góry i znikającą w wąwozie pomiędzy dwiema; jakże pragnęłam móc ją śledzić dalej! Przypomniałam sobie swoją podróż po tej drodze dyliżansem, przypomniałam sobie, jak o zmroku schodziłam z tego wzgórka. Wiek upłynął od tego dnia, gdy po raz pierwszy ujrzałam Lowood, i już odtąd nie opuściłam go nigdy. Wszystkie wakacje spędzałam w szkole; pani Reed nigdy nie wezwała mnie do Gateshead; ani ona, ani nikt z jej rodziny nigdy mnie nie odwiedził. Nie miałam żadnych stosunków ani listownych, ani osobistych ze światem zewnętrznym, znałam jedynie szkolne reguły i obowiązki, szkolne zwyczaje i pojęcia, głosy, twarze i zdania, sympatie i antypatie. A teraz czułam, że to nie wystarcza. I oto w jedno popołudnie uświadomiłam sobie, że znużyła mnie rutyna tych ośmiu lat; pragnęłam wolności, brakło mi jej, modliłam się o nią; wydało mi się, że wiatr rozwiewa to westchnienie i modlitwę. Wtedy wzniosłam do nieba skromniejsze błaganie: po prostu o zmianę, o nowy bodziec! I to błaganie zdawało się rozpraszać gdzieś w przestrzeni. ,,Niechże mi chociaż będzie dana nowa służba!” – zawołałam prawie zrozpaczona.

Tu dzwonek, oznajmiający godzinę wieczerzy, wezwał mnie na dół.

Nie mogłam podjąć przerwanych rozmyślań aż do godziny spoczynku; ale i wtedy jeszcze nauczycielka, która dzieliła ze mną pokój, nie pozwalała mi powrócić do przedmiotu, koło którego moje myśli krążyły, przedłużając bez końca zdawkową gawędę. Jakżeż pragnęłam, żeby ją sen uciszył! Zdawało mi się, że skoro tylko będę mogła powrócić do myśli, która zaświtała mi w głowie, gdym stała przy oknie, jakiś szczęśliwy pomysł zrodzi się ku mojej pociesze.

Panna Gryce nareszcie zaczęła chrapać; była to ciężka Walijka i dotychczas jej nosowy koncert dokuczał mi zawsze. Tym razem z zadowoleniem posłyszałam pierwsze głębokie jego tony; nie groziła mi już żadna przeszkoda z jej strony i zaraz też moje przygaszone myśli ożyły.

Nowa służba! Coś w tym jest – rozmyślałam. – Tak, coś w tym jest, bo nie brzmi to nader ponętnie; nie brzmi jak słowa: wolność, radość, zadowolenie; prześlicznie brzmiące słowa, ale dla mnie to tylko puste i przelotne dźwięki, wsłuchiwać się w nie to prosta strata czasu. Ale służba! To coś zwykłego, rzeczywistego. Każdy może służyć. Służyłam tutaj przez osiem lat, teraz chcę służyć gdzie indziej. Czyż mi nie wolno? Czy to się nie da zrobić? Ależ tak, tak, to nie takie trudne zadanie; trzeba tylko wytężyć myśli i znaleźć sposób otrzymania innej służby.

Siadłam w łóżku, by pobudzić myśli; noc była chłodna, otuliłam się szalem i znów pogrążyłam się w rozmyślaniu.

Czego pragnę? Innej posady, w innym domu, wśród innych twarzy, w innych warunkach. Pragnę tego, gdyż daremnie pragnęłabym czegoś lepszego. Jakim sposobem starają się ludzie o inną posadę? Sądzę, że zwracają się do przyjaciół i znajomych; ja ich nie mam. Ale jest wielu takich, którzy również nie mają przyjaciół i sami muszą się starać, sami sobie pomagać. I jak się oni biorą do tego?

Nie wiedziałam – znikąd pomysłu. Nakazałam swemu mózgowi znaleźć wyjście. Mózg mój pracował z natężeniem; czułam, jak krew pulsuje mi w głowie i w skroniach, lecz z godzinę męczyłam się w daremnym chaosie, nie mogąc nic wynaleźć. Rozgorączkowana próżnym wysiłkiem wstałam i przeszłam się po pokoju; odsłoniłam storę, popatrzyłam na gwiazdy, ale poczuwszy chłód, powróciłam niebawem do łóżka.

Jakaś dobrotliwa wróżka widocznie pod moją nieobecność złożyła upragniony pomysł na poduszce, gdyż zaledwie się położyłam, zupełnie spokojnie i naturalnie przyszło mi na myśl: ,,Ci, którzy szukają posady, dają ogłoszenia; musisz dać ogłoszenie w «Heraldzie»”.

,,Ale jak? Nie wiem, jak się to ogłasza”.

Teraz już odpowiedź przyszła gładko i prędko:

,,Musisz włożyć do koperty ogłoszenie i należne za nie pieniądze i zaadresować kopertę do wydawcy «Heralda»; przy pierwszej sposobności musisz to nadać na poczcie w Lowton. Musisz prosić o odpowiedź pod literami J.E. poste restante w Lowton. Za jaki tydzień po wysłaniu listu dowiedz się, czy są odpowiedzi, i stosownie do tego działaj”.

Ten plan rozważyłam jeszcze dobrze, a upewniwszy się w myśli, że jest jasny i praktyczny, usnęłam zadowolona.

Skoro tylko dzień zaświtał, wstałam; napisałam, zapieczętowałam i zaadresowałam ogłoszenie, zanim jeszcze rozległ się dzwonek budzący szkołę. Ogłoszenie moje brzmiało:

Młoda osoba mająca wprawę w nauczaniu – czyż od dwóch lat nie byłam nauczycielką? – pragnie otrzymać posadę nauczycielki w domu prywatnym do dzieci poniżej lat czternastu – pomyślałam, że mając sama zaledwie osiemnaście lat, nie chciałabym podejmować się prowadzenia dziewcząt bliższych mi wiekiem. – Może udzielać zwykłych przedmiotów, objętych programem dobrego angielskiego wykształcenia wraz z językiem francuskim, rysunkami i muzyką. (W owych czasach, czytelniku, ten, na dziś już za szczupły, katalog umiejętności był uważany za wcale obszerny).

Adres J. E. poste restante, Lowton.

Dokument ten przeczekał cały dzień, zamknięty w mojej szufladzie. Po herbacie poprosiłam nową przełożoną o pozwolenie pójścia do Lowton dla załatwienia kilku małych sprawunków; udzielono mi go chętnie i poszłam; odległość wynosiła dwie mile. Wieczór był wilgotny, dni jednakże były jeszcze długie; zaszłam do paru sklepów, wrzuciłam list na poczcie i powróciłam w rzęsisty deszcz, w ubraniu przemoczonym, ale z lekkim sercem.

Następny tydzień wydał mi się długi; dobiegł nareszcie końca, jak wszystko na świecie, i znowu ku schyłkowi miłego jesiennego dnia znalazłam się pieszo na drodze ku Lowton. Malownicza to była droga, biegła brzegiem strumienia i poprzez urocze zakręty doliny; tego dnia jednak więcej myślałam o tym, czy będą dla mnie listy w miasteczku, niż o piękności łąk i wody.

Za oficjalny powód niniejszej wędrówki podałam tym razem zamówienie pary trzewików; ten sprawunek przeto załatwiłam najpierw, po czym spokojną, czystą uliczką przeszłam od szewca na pocztę. Poczmistrzynią była leciwa dama w rogowych okularach na nosie i w czarnych mitenkach.

– Czy są jakie listy dla J.E.? – zapytałam.

Poczmistrzyni przyjrzała mi się przez okulary, a potem otworzywszy szufladę, długo przeglądała jej zawartość, tak długo, że zaczynałam tracić nadzieję. Nareszcie, podniósłszy do oczu jakąś kopertę, trzymała ją w ten sposób z pięć minut może, aż w końcu podała mi ją przez kontuar z jeszcze jednym badawczym i nieufnym spojrzeniem. List był dla J.E.

– Czy ten jeden tylko? – zapytałam.

– Nie ma nic więcej – odpowiedziała.

Wsunęłam list do kieszeni i zawróciłam ku domowi. Nie mogłam teraz otworzyć listu; regulamin wymagał, abym była z powrotem o ósmej, a już było wpół do ósmej.

Różne obowiązki czekały mnie po powrocie: musiałam siedzieć z dziewczętami w czasie godziny odrabiania lekcji; na mnie wypadała kolej odczytania modlitw, dopilnowania, żeby się dziewczęta spać pokładły, potem jadłam kolację z innymi nauczycielkami. Nawet po ostatecznym rozejściu się na noc miałam za towarzyszkę nieodstępną pannę Gryce; miałyśmy mały tylko kawałek świecy w lichtarzu i drżałam, że się wypali, zanim ona przestanie mówić. Na szczęście ciężka kolacja wywarła skutek usypiający; tym razem chrapała już, zanim ja zdążyłam się rozebrać. W lichtarzu był jeszcze kawałek świeczki; wyciągnęłam list; na pieczątce widniał odcisk litery F.; rozerwałam pieczątkę, list był niedługi.