PościgTekst

Z serii: Briar U #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pościg
Pościg
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,99  49,59 
Pościg
Pościg
Audiobook
Czyta Agnieszka Bomba
29,99  22,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Elle Kennedy

Pościg


Tytuł oryginału

The Chase ISBN 978-83-8116-771-0 Copyright © 2018 by Elle Kennedy All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Redakcja Agnieszka Zienkowicz Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Rozdział trzydziesty pierwszy

Rozdział trzydziesty drugi

Rozdział trzydziesty trzeci

Rozdział trzydziesty czwarty

Nota od Autorki

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział pierwszy
Summer

— To jakiś żart? — Wpatruję się z otwartymi ustami w pięć dziewcząt, które właśnie wydają na mnie wyrok. Każda z nich różni się od pozostałych fryzurą, kolorem skóry i oczu, a mimo to wszystkie wyglądają jednakowo, bo mają identyczny wyraz twarzy. Widzę, że spod maski żalu przebija podła radość. Próbują ją ukryć, udając, że naprawdę przygnębiły je przekazywane mi wieści.

Ha. Ależ się napawają tą chwilą.

— Przykro mi, Summer, ale to nie żart. — Kaya uśmiecha się ze współczuciem. — Jako Komitet Standardowy bardzo poważnie podchodzimy do kwestii reputacji Kappa Beta Nu. Dziś rano otrzymałyśmy wiadomość z góry...

— Och, doprawdy? Otrzymałyście wiadomość? Wysłali wam telegram?

— Nie, e-mail — odpowiada, zupełnie nie wyczuwając sarkazmu. Przerzuca przez ramię błyszczące włosy. — Upomnieli komitet, iż każda członkini naszego stowarzyszenia studenckiego musi zachowywać się zgodnie z wyznaczonymi przez nich standardami, inaczej nasz oddział straci dobrą pozycję w kraju.

— Musimy utrzymać dobrą pozycję — włącza się Bianca, rzucając mi błagalne spojrzenie. Ze wszystkich pięciu suk, które stoją przede mną, ona wydaje się najrozsądniejsza.

— Zwłaszcza po tym, co przydarzyło się Daphne Kettle­man — dodaje dziewczyna, której imienia nie mogę sobie przypomnieć.

Zwycięża moja ciekawość.

— Co się stało z Daphne Kettleman?

— Zatrucie alkoholowe. — Czwarta dziewczyna — chyba ma na imię Hailey — ścisza głos do szeptu i szybko rozgląda się wokół, jakby wśród antycznych mebli wypełniających pokój dzienny w willi Kappa ukryto podsłuch.

— Musiała przejść płukanie żołądka — wyjaśnia radośnie dziewczyna bez imienia. Zastanawiam się, czy naprawdę cieszy się z tego, że Daphne Kettleman o mało nie umarła.

Kaya mówi oschle:

— Dość już rozmowy o Daphne. Nie powinnaś nawet poruszać tego tematu, Coral.

Coral! Racja. Tak się nazywa ta dziewczyna. Brzmi to równie kretyńsko teraz, jak i wtedy, gdy przedstawiała się piętnaście minut temu.

— Nie wymawiamy imienia Daphne w tym domu — wyjaśnia mi Kaya.

Jeeezu. Jedno nędzne płukanie żołądka i już biedna Daphne zyskuje status Voldemorta? Oddział Kappa Beta Nu na Uniwersytecie Briar kieruje się znacznie surowszymi zasadami od oddziału w Brown.

Sytuacja przedstawia się następująco: zostaję wykopana za drzwi domu stowarzyszenia, zanim jeszcze zdążyłam się do niego wprowadzić.

— To nic osobistego — ciągnie Kaya, znów obdarzając mnie uśmiechem pełnym udawanego współczucia. — Nasza reputacja jest dla nas bardzo ważna i chociaż twoje dziedzictwo...

— Dziedzictwo prezydentury — uściślam. Ha, a więc rzuciłam ci to prosto w twarz, Kayu! Mama była prezeską oddziału Kappa na pierwszym i ostatnim roku studiów, tak jak i babcia. Kobiety Heyward i Kappa Beta Nu to nierozłączna para, tak jak kaloryfer na brzuchu i dowolny facet o nazwisku Hems­worth.

— Dziedzictwo — powtarza — ale my nie przywiązujemy wagi do powiązań rodowych tak jak onegdaj.

Onegdaj? Kto tak teraz mówi? Czy ona przeniosła się w czasie z zamierzchłej przeszłości?

— Jak już mówiłam, mamy swoje zasady. A ty nie opuściłaś oddziału w Brown w najlepszych okolicznościach.

— Nie wyrzucono mnie z Kappa — upieram się — tylko wydalono mnie ze szkoły.

Kaya wpatruje się we mnie z niedowierzaniem.

— Czy to dla ciebie powód do dumy? Wydalenie z jednego z najlepszych college’ów w kraju?

Odpowiadam przez zaciśnięte zęby:

— Nie jestem z tego dumna. Mówię tylko, jak się sprawy mają. Wciąż jestem członkinią tego siostrzanego stowarzyszenia.

— Być może, ale to nie znaczy, że masz prawo mieszkać w tym domu. — Kaya zakłada ręce na piersiach okrytych białym moherowym swetrem.

— Rozumiem. — Przybieram taką samą pozycję jak ona, dodatkowo krzyżując nogi.

Zazdrosne spojrzenie Kai ląduje na moich czarnych zamszowych butach od Prady, które otrzymałam w prezencie od babci z okazji przyjęcia mnie do Briar. Nieźle się uśmiałam, kiedy wczoraj w nocy otworzyłam paczkę. Bunia Celeste chyba nie rozumie, że będę uczęszczać do Briar tylko dlatego, że wyrzucono mnie z innej szkoły. A może o tym wie, tylko wcale jej to nie obchodzi. Bunia zawsze znajdzie jakiś powód, by założyć coś od Prady. To moja bratnia dusza.

 

— I nie pomyślałaś — ciągnę, a w moim głosie pojawia się nieprzyjemna nuta — by powiadomić mnie o tym wcześniej, zanim spakowałam rzeczy, przejechałam całą tę drogę z Manhattanu i weszłam tu przez frontowe drzwi?

Tylko Bianca ma w sobie tyle przyzwoitości, by przybrać minę osoby, którą dopadło poczucie winy.

— Naprawdę nam przykro, Summer. Ale tak jak powiedziała Kaya, krajowa rada skontaktowała się z nami dopiero dziś rano. Musiałyśmy głosować i... — Prawie niedostrzegalnie wzrusza ramionami. — Przykro mi — powtarza.

— Czyli głosowałyście i postanowiłyście, że nie pozwolicie mi tu zamieszkać?

— Tak — potwierdza Kaya.

Zerkam na pozostałe dziewczyny.

— Hailey?

— Halley — poprawia mnie lodowato.

Och, co za różnica. Mam zapamiętać ich imiona? Dopiero co się poznałyśmy.

— Halley. — Przenoszę spojrzenie na kolejną dziewczynę. — Coral. — A potem na następną. Szlag. Co za dramat, nie pamiętam, jak się nazywa. — Laura?

— Tawny — odwarkuje.

Porażka.

— Tawny — powtarzam przepraszającym tonem. — Jesteście pewne swojej decyzji?

Wszystkie trzy kiwają głową.

— Fantastycznie. Dzięki za zmarnowanie mojego czasu. — Wstaję, przerzucam włosy za ramię i zaczynam owijać szyję czerwonym kaszmirowym szalem. Prawdopodobnie robię to zbyt energicznie, bo chyba denerwuję tym Kayę.

— Nie dramatyzuj — nakazuje sarkastycznie. — I nie zachowuj się tak, jakby to była nasza wina, że spaliłaś swój poprzedni dom. Wybacz, ale nie chcemy mieszkać z podpalaczką.

Walczę, by zachować nad sobą kontrolę.

— Niczego nie spaliłam.

— Siostry z Brown twierdzą inaczej. — Zaciska usta. — Za dziesięć minut zaczyna się zebranie. Czas już na ciebie.

— Jeszcze jedno spotkanie? O rany! Ale macie dzisiaj napięty grafik.

— Dziś wieczorem zajmujemy się organizacją sylwestrowej imprezy charytatywnej, na której zbierzemy fundusze — odpowiada sztywno Kaya.

Ach, co za strata dla mnie.

— A jaki jest cel?

— Och. — Bianca wygląda na zakłopotaną. — Zbieramy pieniądze, by odnowić piwnicę w willi.

O mój Boże. To one są celem zbiórki.

— Faktycznie lepiej, żebyście się tym zajęły. — Uśmiecham się szyderczo i niedbale macham im na pożegnanie, wychodząc z pokoju.

W holu czuję pierwsze ukłucie łez.

Pieprzyć je. Nie potrzebuję ani ich, ani tego debilnego stowarzyszenia.

— Summer, poczekaj.

Bianca dołącza do mnie przy drzwiach wejściowych. Szybko przywołuję uśmiech na twarz i mrugam, by nie było widać wzbierających mi w oczach łez. Nie pozwolę, by któraś z nich zobaczyła, jak płaczę. Cholernie się cieszę, że zostawiłam wszystkie walizki w samochodzie i przyszłam tu tylko z torebką. Jak bardzo czułabym się poniżona, gdybym musiała taszczyć swoje bagaże z powrotem do samochodu? Pewnie musiałabym kilka razy pokonać tę samą drogę, bo kiedy podróżuję, nie pakuję się oszczędnie.

— Posłuchaj. — Bianca mówi tak cicho, że muszę się wysilić, by ją usłyszeć. — Powinnaś wiedzieć, jakie masz szczęście.

Unoszę brwi.

— Bo jestem bezdomna? O tak, to dla mnie błogosławieństwo.

Uśmiecha się.

— Nazywasz się Heyward-Di Laurentis. Nie jesteś i nigdy nie będziesz bezdomna.

Uśmiecham się z zakłopotaniem. Nie da się temu zaprzeczyć.

— Ale ja mówię poważnie — szepcze. — Nie chcesz tutaj mieszkać. — Spojrzenie jej migdałowych oczu biegnie ku drzwiom. — Kaya zachowuje się jak sierżant przeprowadzający musztrę. To jej pierwszy rok w roli prezeski Kappa i upaja się swoją władzą.

— Zauważyłam — stwierdzam oschle.

— Powinnaś zobaczyć, co zrobiła Daphne! Udawała, że chodzi o tę sprawę z alkoholem, ale tak naprawdę była zazdrosna, bo Daph przespała się z jej byłym chłopakiem, Chrisem, więc uprzykrzyła jej życie. W pewien weekend, gdy Daph wyjechała, Kaya „przez przypadek” — Bianca robi w powietrzu znak cudzysłowu — przekazała wszystkie jej ubrania pierwszo­roczniakom, którzy przeprowadzali doroczną zbiórkę odzieży dla potrzebujących. Daphne w końcu opuściła stowarzyszenie i wyprowadziła się.

Zaczynam sądzić, że zatrucie alkoholowe to najlepsze, co mogło przytrafić się Daphne Kettleman, skoro pozwoliło jej to wyrwać się z tego piekiełka.

— I co z tego. Nie obchodzi mnie, czy będę tu mieszkać, czy nie. Tak jak stwierdziłaś, poradzę sobie — mówię aroganckim tonem, który ma zasygnalizować, że nic mnie w życiu nie dotyka. Doskonaliłam go całymi latami.

To moja zbroja. Udaję, że moje życie przypomina przepiękny wiktoriański dom. Mam nadzieję, że nikt nie przyjrzy mu się z bliska i nie zobaczy pęknięć w fasadzie.

Ale bez względu na to, jak bardzo jestem przekonująca w oczach Bianki, nie potrafię opanować fali niepokoju, która zalewa mnie, gdy pięć minut później wsiadam do samochodu. Sprawia, że oddycham z trudem, a serce bije mi tak szybko, że ledwo mogę jasno myśleć.

Co mam teraz zrobić?

Dokąd pójdę?

Robię głęboki wdech. Nic się nie stało. Wszystko w porządku. Jeszcze raz nabieram tchu. Tak, wszystko sobie poukładam. Zawsze tak robię, prawda? Nieustannie coś zawalam, a potem zawsze znajduję sposób, żeby to naprawić. Muszę tylko się skupić i pomyśleć...

Telefon zaczyna głośno wygrywać przerobioną na dzwonek wersję Cheap Thrills Sii.

Niezwłocznie odbieram.

— Hej — witam mojego brata, Deana. Jestem mu wdzięczna za to, że mi przerwał.

— Hej, Gluciku. Tylko sprawdzam, czy cała i zdrowa dotarłaś do kampusu.

— Czemu miałoby być inaczej?

— Rany, kto cię wie. Mogłaś uciec do Miami z jakąś łapiącą stopa przyszłą gwiazdą rapu, którą zabrałaś z drogi międzystanowej. Zwykle nazywam to sposobem na zostanie dawcą kostiumu z własnej skóry dla jakiegoś seryjnego mordercy. Och, czekaj! Ty to już przecież kiedyś zrobiłaś.

— O mój Boże. Po pierwsze, Jasper był aspirującym piosenkarzem country, a nie raperem. Po drugie, jechałam samochodem z dwiema innymi dziewczynami do Daytona Beach, a nie Miami. Po trzecie, nawet nie próbował mnie dotknąć, a co dopiero zamordować. — Wzdycham. — Lacey się z nim jednak przespała, a on zafundował jej opryszczkę.

Spotykam się z pełną niedowierzania ciszą.

— Wacuś? — Tym przezwiskiem tytułuję Deana od dzieciństwa. Nienawidzi go. — Jesteś tam?

— Próbuję zrozumieć, dlaczego sądzisz, że twoja wersja tej historii jest w jakikolwiek sposób lepsza od mojej. — Nag­le klnie. — Kurwa mać, czy ja nie przespałem się z Lacey na twojej osiemnastce? — Milknie na chwilę. — Wycieczka z opryszczką w tle przydarzyła się przed tamtą imprezą. Do cholery, Summer! Wiesz, zabezpieczyłem się, ale byłoby miło, gdybyś mnie ostrzegła!

— Nie, nie przespałeś się z Lacey. Myślisz o Laney, przez „n”. Przestałam się z nią po tym przyjaźnić.

— Dlaczego?

— Bo przespała się z moim bratem, a miała spędzać ze mną czas na mojej imprezie. To niefajne.

— Prawda. Samolubne posunięcie.

— Właśnie.

Nagle w słuchawce coś głośno trzeszczy. Brzmi to jak powiewy wiatru, odgłosy silników samochodowych i kanonada klaksonów.

— Przepraszam — odzywa się Dean — ale właśnie wychodzę z mieszkania. Zjawił się mój Uber.

— Dokąd się wybierasz?

— Odbieram nasze rzeczy z pralni. Miejsce, dokąd je zawozimy z Allie, mieści się aż w Tribece, ale są świetni, więc warto poświęcić na to czas. Bardzo polecam.

Dean mieszka wraz ze swoją dziewczyną Allie w West Village na Manhattanie. Allie przyznała przede mną, że okolica jest znacznie wytworniejsza od tej, do której była przyzwyczajona, ale dla mojego brata to zejście o szczebel w dół. Nasz rodzinny penthouse mieści się na Upper East Side i zajmuje trzy najwyższe piętra naszego hotelu Heyward Plaza. Ale nowy dom Deana znajduje się w pobliżu prywatnej szkoły, w której pracuje jako nauczyciel, a ponieważ Allie dostała główną rolę w serialu telewizyjnym, kręconym w wielu miejscach na Manhattanie, lokalizacja odpowiada im obojgu.

Pewnie im miło, bo mają gdzie mieszkać.

— Ale to nieważne. Rozgościłaś się już w domu Kappa?

— Niezupełnie — wyznaję.

— Do kurwy nędzy, Summer. Co zrobiłaś?

Z oburzenia otwieram szeroko usta. Dlaczego moja rodzina zawsze zakłada, że to ja jestem wszystkiemu winna?

— Nic nie zrobiłam — odpowiadam sztywno. Ale wtem w moim głosie pobrzmiewa przegrana. — Dziewczyny stamtąd sądzą, że ktoś taki jak ja zaszkodzi reputacji stowarzyszenia. Jedna z nich nazwała mnie podpalaczką.

— Cóż — Dean nie owija w bawełnę — bo nią po trosze jesteś.

— Spadaj, Wacuś. To był wypadek. Podpalacze podkładają ogień rozmyślnie.

— Czyli jesteś przypadkową podpalaczką. Przypadkowa podpalaczka. To wspaniały tytuł książki.

— Cudownie. Napisz ją. — Nie dbam o to, czy zabrzmiało złośliwie. Mam ochotę kąsać, a moje nerwy są zszargane. — Tak czy owak, wykopały mnie za drzwi, a ja muszę wymyślić, gdzie zamieszkać w tym semestrze. — W gardle formuje się nie wiadomo skąd jakaś kula, przez którą przebija się zdławiony odgłos, prawie już szloch.

— Nic ci nie jest? — pyta natychmiast Dean.

— Sama nie wiem. — Przełykam z trudem. — Ja... to niedorzeczne. Nawet nie wiem, co mnie tak przygnębiło. Te dziewczyny są straszne i chyba bym się nie cieszyła, gdybym z nimi zamieszkała. Wiesz, jest sylwester, a one wszystkie tkwią na kampusie! Zamiast imprezować, robią zbiórkę charytatywną! To zupełnie nie moje klimaty.

Nie jestem w stanie dłużej powstrzymywać łez. Po policzkach spływają mi dwie duże krople. Cieszę się, że Deana nie ma przy mnie i nie widzi tego. I tak już jest źle, bo słyszy, jak płaczę.

— Przykro mi, Gluciku.

— Nieważne. — Z wściekłością wycieram mokre oczy. — To nie ma znaczenia. Nie zamierzam płakać z powodu kilku podłych dziewczyn i przeludnionego domu. Nie pozwolę, by to mi zepsuło nastrój. Czy Selena Gomez pozwoliłaby, żeby coś takiego zepsuło jej nastrój? Absolutnie nie.

Mija pełna dezorientacji chwila.

— Selena Gomez?

— Tak. — Wysuwam podbródek do przodu. — Jest symbolem czystości i kobiety z klasą, a ja wzoruję się na niej. Pod względem osobowości. Oczywiście, jeśli chodzi o styl, zawsze będę starać się być taka jak Coco Chanel i zawsze poniosę porażkę, bo nikt nie może być Coco Chanel.

— Oczywiście. — Milknie na chwilę. — O której Selenie Gomez teraz mówimy? Z epoki Justina Biebera czy The ­Weeknd? Czy części drugiej Biebera?

Marszczę brwi, bo nie wierzę w to, co słyszę.

— Mówisz poważnie?

— To znaczy?

— Mężczyźni nie definiują kobiet. Kobietę określają jej osiągnięcia. I jej buty.

Wędruję wzrokiem ku nowym butom, które zawdzięczam buni Celeste. Przynajmniej osiągnęłam wybitny sukces w dziedzinie obuwia.

Na innych polach nie poszło mi tak dobrze.

— Pewnie mogę poprosić tatę, by zadzwonił do ludzi od zakwaterowania i sprawdził, czy jest wolne miejsce w akademiku. — Ponownie czuję smak porażki. — Ale naprawdę nie chcę tego. Już musiał pociągnąć za parę sznurków, żeby mnie przyjęto do Briar.

I wolałabym nie mieszkać w akademiku, jeśli tylko mogę tego uniknąć. Dzielenie łazienki z dwunastoma innymi dziewczynami to mój najgorszy koszmar. Zostałam do tego zmuszona w domu Kappy w Brown, ale dzięki osobnej sypialni cała ta sytuacja była łatwiejsza do zniesienia. Nie ma jednak mowy, by o tej porze w trakcie roku akademickiego zostały jeszcze jakieś pojedyncze pokoje w akademiku.

Jęczę pod nosem.

— Co ja mam zrobić?

Mam dwóch starszych braci, którzy nigdy, przenigdy nie przegapią okazji, by się ze mną drażnić albo wprawić mnie w zakłopotanie, ale czasem i im zdarzają się chwile współczucia.

— Nie dzwoń jeszcze do taty — mówi szorstko Dean. — Najpierw sprawdzę, czy sam dam radę coś znaleźć.

Marszczę czoło.

— Chyba nic nie jesteś w stanie zrobić.

— Po prostu zaczekaj z telefonem do niego. Mam pomysł. — W słuchawce słychać pisk hamulców. — Sekundę. Dzięki, chłopie. To na pewno pięciogwiazdkowy przejazd. — Drzwi zatrzaskują się. — Summer, tak czy owak, wracasz dziś wieczorem do miasta, prawda?

— Nie planowałam tego — przyznaję — ale chyba teraz nie mam wyboru. Muszę znaleźć jakiś hotel w Bostonie do czasu, aż nie rozwiążę swoich problemów mieszkaniowych.

 

— Nie chodzi mi o Boston. Miałem na myśli Nowy Jork. Semestr zacznie się dopiero za kilka tygodni. Pomyślałem, że zostaniesz do tego czasu w penthousie.

— Nie, chciałam się rozpakować, rozgościć i tak dalej.

— Cóż, dziś nie masz co na to liczyć. To wieczór sylwestrowy, więc równie dobrze możesz wrócić do domu i świętować go ze mną i z Allie. Przyjedzie też do nas kilku starych kumpli.

— Na przykład kto? — pytam zaciekawiona.

— Garret pojawił się w mieście, bo gra mecz, więc wpadnie do nas. I pokaże się też obecna brygada z Briar. Znasz niektórych z nich — Mike Hollis, Hunter Davenport. Tak naprawdę Hunter poszedł do Roselawn Prep. Chyba był rok od ciebie młodszy. Pierre i Corsen, ale chyba nigdy ich nie poznałaś. Fitzy...

Serce zamiera mi w piersiach.

— Pamiętam Fitzy’ego — stwierdzam tak niedbale, jak tylko mogę — czyli wcale mi się to nie udaje. Nawet ja wyczuwam podekscytowanie w moim głosie.

Ale kto mnie może za to winić. Fitzy to skrót od Colina Fitzgeralda, który przez przypadek jest JEDNOROŻCEM. Wysoki, seksowny, wytatuowany męski jednorożec, który gra w hokeja. Być może jestem w nim trochę zakochana.

Dobra, poddaję się.

Jestem w nim cholernie mocno zakochana.

Jest taki... niesamowity. Ale też pozostaje poza moim zasięgiem. Zwykle kumple mojego brata od hokeja przy pierwszym spotkaniu są mną zachwyceni, ale nie Fitz. Spotkałam go w zeszłym roku, gdy odwiedzałam Deana w Briar. Ledwo spojrzał w moją stronę. Kiedy ponownie ujrzałam go na imprezie urodzinowej przyjaciela Deana, Logana, powiedział do mnie może z dziesięć słów. Jestem też święcie przekonana, że połowa z nich obejmowała takie sformułowania jak „cześć”, „siema” i „do zobaczenia”.

Jest irytujący. To nie tak, że spodziewam się, iż każdy facet, który pojawi się na horyzoncie, padnie mi do stóp, ale ja wiem, że mu się podobam. Poznaję to po tym, jak jego oczy błyszczą, gdy na mnie spogląda. Ja pieprzę, jak one się ­błyszczą.

Chyba że widzę to, co chcę zobaczyć.

Mój tata ma takie cholernie pompatyczne powiedzonko: „percepcja a rzeczywistość to dwa zupełnie inne światy. Prawda leży zwykle gdzieś pomiędzy nimi”. Tata użył kiedyś tych słów podczas mowy końcowej w jednym z procesów o morderstwo, a teraz korzysta z nich za każdym razem, gdy choćby w najmniejszym stopniu pozwala na to sytuacja.

Jeśli prawda kryje się gdzieś między wyraźną powściągliwością Colina Fitzgeralda, którą okazuje w stosunku do mnie (nienawidzi mnie), a żarem w jego oczach, to wówczas... chyba powinnam wyciągnąć z tego średnią i uznać, że widzi we mnie tylko znajomą?

Zagryzam wargi.

Nie. Absolutnie nie. Odmawiam znalezienia się we friend­zonie, zanim jeszcze wykonałam jakikolwiek ruch.

— Dobrze się zabawimy — mówi Dean. — Poza tym minęły całe wieki od czasu, gdy znaleźliśmy się razem w tym samym miejscu podczas sylwestra. Zabieraj więc tyłek do Nowego Jorku i wyślij mi wiadomość, kiedy tam dotrzesz. Jestem teraz w pralni. Muszę lecieć. Kocham cię.

Rozłącza się, a ja uśmiecham się tak szeroko, że trudno sobie wyobrazić, jak zaledwie pięć minut temu zalewałam się łzami. W większości sytuacji Dean wydaje się wrzodem na dupie, ale dobry z niego starszy brat. Jest przy mnie, gdy tego potrzebuję, i tylko to się liczy.

I — chwalmy Pana! — czeka mnie impreza, na którą mogę pójść. Nie ma nic lepszego od balangi, która kończy beznadziejny dzień. A ja bardzo jej potrzebuję.

Sprawdzam zegarek. Jest pierwsza po południu.

Szybko obliczam w myślach. Kampus Briar znajduje się około godziny drogi od Bostonu. Stamtąd czeka mnie trzy i pół do czterech godzin jazdy na Manhattan. To oznacza, że dotrę do miasta dopiero wieczorem, co nie zostawia mi wiele czasu na przygotowania. Jeśli mam zobaczyć dzisiaj swojego jednorożca, to zamierzam zrobić się na bóstwo.

Ten chłopak nawet się nie dowie, czym oberwał.