CelTekst

Z serii: Off-Campus #4
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 7
Sabrina

Po powrocie do domu z Briar ledwo stoję na nogach.

Już sama nie wiem, czego nienawidzę bardziej — weekendów, kiedy jestem w klubie do drugiej czy trzeciej nad ranem, a potem muszę sortować listy i paczki od czwartej do jedenastej. Czy raczej dni w tygodniu, gdy albo mam zajęcia rano i pocztę po wszystkim, albo zaczynam karygodnie wcześnie od poczty, a potem zasuwam na zajęcia. Dzisiaj było to drugie, więc śmiertelnie zmęczona porzucam plecak w korytarzu.

Nawet gdybym chciała spotkać się ponownie z Tuckerem (a większość moich części ciała jest za zjednoczeniem), jestem zbyt wykończona, by robić cokolwiek innego poza leżeniem na plecach.

Chociaż... tak też byłoby fajnie. Mógłby popieścić mnie na dole, pieprzyć wolno, a ja bym sobie tylko leżała na plecach i czerpała przyjemność.

Daję sobie w myślach pstryczka w nos. Tucker i jego wielki pyton to ostatnia rzecz, o której powinnam myśleć.

W kuchni Nana — ubrana w obcisłe dżinsy, top z lycry, który traci swoją elastyczność, i zawsze obecne puchate różowe laczki — miesza w garnku stojącym na kuchence.

— Ale ładnie pachnie — mówię.

Gotowany na wolnym ogniu czerwony sos wypełnia kuchnię niebiańskim zapachem. Mój żołądek burczy i przypomina mi, że ostatnią rzeczą, którą dziś zjadłam, był bajgiel połknięty na śniadanie przed pracą.

— Dziewczyno, wyglądasz, jakbyś za chwilę miała się przewrócić. Idź i siadaj przy stole. Wszystko będzie gotowe za sekundę.

Nie trzeba mi powtarzać dwa razy, ale na widok nienakrytego stołu zawracam, chwytam talerze i sztućce. Przez drzwi zauważam czubek głowy Raya wpatrzonego w telewizor. Najpewniej się pieści. Wzdrygam się, wyciągając talerze z kredensu.

— Chcesz mleko czy wodę? — pytam, nakrywając do stołu.

— Wodę, kochanie. Coś mnie wzdęło. Wiedziałaś, że Anne Hathaway ma nietolerancję na laktozę? Nie je żadnego nabiału. Może powinnaś pomyśleć o zredukowaniu produktów mlecznych z twojej diety.

— To oznacza zero sera i lodów. Póki lekarz mi nie powie, że nabiał mnie zabije, jestem za krowami.

— Chodzi mi tylko o to, że może przez ten nabiał jesteś ciągle zmęczona. — Potrząsa łyżką w moim kierunku.

— Nie, jestem całkiem pewna, że to z powodu dwóch etatów i dziennych studiów — odpowiadam oschle.

— A jeśli przestanie wcinać nabiał, będzie mniej sukowatym dzieckiem? — pyta Ray, włażąc do kuchni. Ma na sobie te same dresy co zawsze. Materiał jest tak wytarty w okolicach krocza, że przysięgam, widzę kawałek przebijającej przez niego różowej skóry.

Prawie wymiotuję, odwracając głowę, zanim zdąży zabić mój apetyt.

— Ray, tylko nie zaczynaj — narzeka Nana. — Kochanie, podasz mi durszlak?

Ojczym szturcha mnie, gdy przechodzę obok.

— Mówi do ciebie.

— Ale odkrycie. Dobrze wie, że gadanie do ciebie to jak gadanie do obrazu. Ten sam efekt.

Stawiam szklankę wody obok talerza Nany, a potem spieszę do zlewu, by wyciągnąć durszlak. Nana przelewa sos do miski, a ja ogarniam makaron.

Tymczasem Ray opiera się o lodówkę niczym leniwy ropuch, obserwując naszą krzątaninę po kuchni.

Nienawidzę tego faceta z całego serca. Od pierwszej chwili, gdy mama przyprowadziła go do domu, a miałam wtedy osiem lat, wiedziałam, że będą z nim kłopoty. Mówiłam mamie, ale słuchanie córki nigdy jej specjalnie nie wychodziło. Zresztą mieszkanie z nią również, jak pokazuje życie. Mama zwiała z jakąś inną gnidą, gdy miałam szesnaście lat, i od tego czasu jej nie widzieliśmy. Dzwoni kilka razy w roku, by się „zameldować”, ale z tego, co widzę, nie planuje powrotu do Bostonu.

Nawet nie wiem, gdzie mieszka. Wiem natomiast, że nie ma najmniejszego powodu, by Ray nadal mieszkał z nami. Nie jest moim ojcem — ten tytuł jest zarezerwowany dla zera, które zostawiło mamę po zmajstrowaniu jej dziecka, i z całą pewnością nie jest częścią rodziny. Myślę, że Nana trzyma Raya jedynie ze względu na wypłatę z jego ubezpieczenia pracowniczego, która pokrywa jedną trzecią czynszu. Przypuszczam, że sypia z nim z tego samego powodu. Praktyczne rozwiązanie.

Boże, to taki bezwartościowy typ, że nawet robaki kręciłyby na niego nosem. Jeśli robaki mają nosy, oczywiście.

Dopiero gdy stół jest nakryty, a parujący makaron gotowy do podania, Ray siada przy stole.

— Gdzie chleb? — pyta.

Nana zrywa się z krzesła.

— O cholera. W piekarniku.

— Wyjmę go — oferuję. — Nie ruszaj się. — Mimo że bezceremonialne teksty Nany mogą ranić, ta kobieta wychowała mnie, ubierała i karmiła, podczas gdy Ray siedział na swoim grubym tyłku, palił zielsko i masturbował się, oglądając wydarzenia sportowe.

Rzucam gniewne spojrzenie jego plecom i zauważam, po raz pierwszy, białą kopertę wepchniętą w jego spodnie. To pewnie rachunek. Ostatnim razem, gdy ukrył przed nami rachunek (bo obejrzał całą masę płatnych pornoli), dostałyśmy karę za trzymiesięczną zwłokę. Nasz budżet styka tylko wtedy, gdy nie pojawiają się żadne niespodzianki w tym stylu.

Wyjmuję bułki z piekarnika, wsypuję je do koszyka i zanoszę do stołu. Kiedy się pochylam, wyszarpuję kopertę zza spodni Raya.

— Co to jest? — pytam, machając nią w powietrzu. — Jakiś rachunek?

— Chyba nie znowu te świńskie programy, powiedz mi, Ray? — kąciki ust Nany wykrzywiają się w podkówkę.

Oburza się.

— Oczywiście, że nie. Mówiłem ci przecież, że nie oglądam już tych gówien. — Okręca się na krześle i częstuje mnie przymilnym uśmiechem. — To do ciebie. — Wyrywa mi kopertę z dłoni i przeciąga ją pod nosem. — Pachnie mi jak nerwowa suka.

Kątem oka dostrzegam coś szkarłatnego na krawędziach koperty i moje serce bije szybciej. Rzucam się w kierunku koperty, ale Ray wyciąga rękę wysoko i z dala ode mnie, zmuszając mnie, bym się o niego oparła. Boże, nienawidzę go.

— Daj jej ten list — rozkazuje ostro Nana. — Jedzenie stygnie.

— Tylko żartowałem — mówi, upuszczając kopertę przy moim talerzu.

Zatrzymuję wzrok na szkarłatnej tarczy w górnym lewym rogu.

— Otwórz — ponagla Nana.

W jej tonie słychać ton przejęcia. Może drwić z mojej bezużytecznej edukacji i absurdalnych marzeń, ale myślę, że głęboko w środku jest cholernie podekscytowana. Przynajmniej będzie miała czym tyranizować inne panie w salonie fryzjerskim, których wnuczki rodzą dzieci, zamiast studiować na Harvardzie.

Tyle że... koperta jest cienka jak opłatek. Wszystkie dotychczasowe listy z wiadomością o przyjęciu przychodziły w gigantycznych kopertach i pękały od ładnych broszur i katalogów wepchniętych do środka.

— Boi się. Pewnie się nie dostała. — Słowa Raya są zabarwione zarówno pogardą, jak i satysfakcją.

Chwytam za kopertę i otwieram ją nożem Raya. Wypada pojedyncza kartka papieru. Składa się z kilku paragrafów, żadnego nie czytam w całości, gdy wychwytuję wzrokiem najważniejsze słowa.

Serdecznie gratulujemy przyjęcia w poczet studentów Harvard Law School! Mamy nadzieję, że dołączy Pani do klasy...

— No i? — dopytuje się Nana.

Największy uśmiech znany w historii człowieka rozchmurza moją twarz. A głód, wykończenie, irytacja Rayem — wszystko znika.

— Dostałam się. — Słowa wypadają na jednym oddechu. Powtarzam się, ale tym razem krzyczę. — Dostałam się! O mój Boże! Dostałam się!

Macham listem w powietrzu, tańcząc dziko po kuchni. Zazwyczaj nie pozwalam sobie na spontaniczność w towarzystwie Raya, ale teraz ten łajdak dla mnie nie istnieje. Ekscytacja pulsuje w mojej krwi, wraz z uczuciem ulgi tak wielkiej, że nie mogę już dłużej utrzymać się na nogach. Opadam na ramiona Nany i mocno się do niej przytulam.

— Coś mi się zdaje, że teraz to dopiero zaczniesz zadzierać nosa — jęczy, ale w ogóle się nie przejmuję.

— E tam, to wcale nie znaczy, że jest wyjątkowa czy coś — cedzi słowa Ray. — Ma dwie dziury jak każda jedna suka. Trzy, jeśli liczyć buzię.

Czekam na obronę ze strony Nany, ale najwyraźniej zazdrość wygrywa teraz z jej dumą. Śmieje się z tego obleśnego komentarza i to by było na tyle, jeśli chodzi o świętowanie z tymi ludźmi. Jeszcze trochę i wyrwę się z tej dziury.

Mimo wszystko nie pozwolę, by cokolwiek wpłynęło w tej chwili na moje szczęście. Obracam się na piętach i tanecznym krokiem wypadam na korytarz, by zadzwonić do dziewczyn.

— A co z kolacją? — krzyczy Nana za moimi plecami.

Ignoruję ją i idę dalej. W pokoju rzucam się na łóżko i piszę do przyjaciółek.

Dostałam się.

Hope bije Carin o milisekundę.

OMG! GRATKI!!!!!!!!

Carin odpowiada: FOTA! FOTA! FOTA!

Robię zdjęcie listu i wysyłam je. Czekając na odpowiedzi, zbiegam na dół, napełniam talerz makaronem, wpycham bułkę do buzi i biegnę pędem z powrotem do pokoju. Nana i Ray coś tam mruczą, ale nic do mnie nie trafia. W uszach wybrzmiewa jedynie czysta radość.

W pokoju czeka na mnie tuzin odpowiedzi.

Hope: <3

Carin: LOVE! LOVE! LOVE! Jesteś niesamowita!

Hope: Jestem z ciebie taka dumna. Będziesz najlepszą prawniczką na świecie. Proszę, obiecaj, że będziesz mnie reprezentować, jeśli zostanę pozwana za pomyłkę lekarską.

Carin: NAJPIĘKNIEJSZA RZECZ NA ŚWIECIE!

Hope: Kiedy to oblewamy? I zapomnij o odmownej odp.

Odpisuję, przeżuwając bułkę.

Ja: A) Obu wam udzielam dożywotniej gwarancji na darmowe usługi prawnicze.

B) Świętujmy jutro. Przysięgam, że zamówię tyle, że wasze karty zaczną piszczeć.

Hope: To się nie zdarzy. Robię rezerwację w Santino’s.

Carin: Tam trzeba robić rezerwację?!

Hope: Nie wiem! Przenośnia. Ale możemy powtórzyć Malone’s, jeśli chcesz uczcić to seksem.

 

Ja: Wciąż mam numer tego chłopaka z ostatniej soboty. A co z tobą? Ktoś kopał w ogródku panienki?

Obie wybrały się beze mnie na imprezę do Beau Maxwella. Zastanawiam się, czy Tucker też tam był. A jeśli tak, ciekawe, kogo tym razem zabrał do swojego wozu. Myśl, że przesuwał swoje duże, szorstkie dłonie po piersiach jakiejś innej dziewczyny, sprawia, że zaciskam zęby z zazdrości, ale nie mam prawa być zazdrosna. W końcu sama zablokowałam jego numer. I powiedziałam mu jasno i bez ogródek, że ponowne spotkanie mnie nie interesuje.

No to dlaczego go odblokowałaś, hmmm?

Zagryzam wargę, słysząc szyderczy głos w głowie. Dobra, odblokowałam jego numer. Ale nie dlatego, że chcę się z nim umówić. Po prostu pomyślałam sobie, że może się przydać na wypadek... sytuacji awaryjnej.

Boże, ale jestem żałosna.

Z myśli wyrywa mnie brzęczący telefon.

Carin: Nie. Zachowywałam się jak aniołek.

Hope: Kłamczucha! OMG, co za kłamczucha. Zeszła na dół z seksszopą większą niż Cher. Niech ci przyśle fotę jego klaty. W tej chwili albo sama to zrobię.

Carin: Świetnie. Nienawidzę cię.

Czasami naprawdę żałuję, że z nimi nie mieszkam. Wcinam kolejną porcję makaronu w oczekiwaniu na zdjęcie od Carin. Gdy fotka przechodzi, niemal dławię się makaronem.

Ja: Zabawiałaś się wczoraj z nastoletnim wilkołakiem?

Carin: Nie. Brad Allen.

Przeszukuję bank pamięci i wyświetla mi się facet metr dziewięćdziesiąt z okrągłą, słodką twarzą.

Ja: Obrońca liniowy? Wygląda jak cherubinek!

Carin: Prawda. I okazuje się, że ma fetysz ssania. Dobrze, że jest zimno, bo koszulki bez rękawków nie wchodziłyby w grę.

Ja: Oprócz tego, że próbował ci wyssać krew z sutków, podobało ci się?

Carin: Nie było źle. Wiedział, jak używać sprzętu.

Ja: Ha! Moja teoria ze sportowcami dobrze się trzyma!

Hope: Tucker i Brad Allen potwierdzają hipotezę B.

Carin: Obie wiecie, że naukowe metody nie działają w taki sposób, prawda?

Ja: Tak, ale mamy to gdzieś.

Hope: Czy to oznacza, że Tucker może liczyć na powtórkę?

Ja: Wątpię. Jest dobry, ale kiedy znajdę czas?

Piszemy do siebie przez kilka kolejnych minut, ale mój przypływ adrenaliny opada. Odstawiam w połowie pusty talerz na nocny stoliczek i przytulam list z Harvardu do klatki piersiowej. To wszystko dzieje się naprawdę. Marzenia, na które tak ciężko pracowałam, urzeczywistniają się. Nic mnie teraz nie powstrzyma.

Zasypiam z dużym, szczęśliwym uśmiechem na twarzy.

*

Innym razem, sikoreczki, piszę do moich dziewczyn następnego dnia, po tym, jak Hope przysłała mi wiadomość z pytaniem, czy chcę zjeść z nimi lunch.

Hope: Ech, dlaczego??

Ja: Profesor Fromm zaprosiła mnie na wizytę na kampusie. Jestem z powrotem w Bostonie, urwałam się z ostatnich zajęć. Dla twojej wiadomości: jestem oficjalnie za dobra dla ciebie.

Hope: Buziaki! Daj znać, jak idzie. Nie mogę się doczekać przyszłego roku, gdy wszystkie wylądujemy w Bostonie jako absolwentki!!!

Carin jest na zajęciach, ale wiem, że mi odpisze, jak tylko wyjdzie z klasy.

Na Harvard Square docieram czerwoną linią metra. Przysięgam, że tutaj nawet stacja ładnie pachnie — w przeciwieństwie do innych przystanków po drodze, które cuchną śmieciami, stęchłym moczem i niedomytymi ciałami. Kampus jest wspaniały. Mam ochotę rozpostrzeć szeroko ramiona i kręcić się w nieprzyzwoicie szczęśliwych kółkach.

Według mojej mapy osiemnaście czy ileś budynków, które składają się na wydział prawa, znajduje się po drugiej stronie kampusu. Ale nie ma pośpiechu, więc idę powoli, podziwiając masywne budynki z cegły, całe mnóstwo drzew z resztkami liści w koronach i hektary trawników, tu i ówdzie z nadal zieloną trawą. To Briar na steroidach. Nawet studenci prezentują się mądrzej, bogaciej, ważniej.

Większość z nich ma na sobie coś, co lubię nazywać mundurkiem bogatej dziewczynki: mokasyny Sperry, Rag & Bone, dżinsy i bluzka Joie — z rodzaju tych, co wyglądają, jakby zostały wyciągnięte psu z gardła, a tak naprawdę kosztują kilka setek dolców. Wiem, bo znam szafę Hope.

Ale to, że moja czarna spódnica i biały top pochodzą z outletu, nie oznacza, że tu nie pasuję. Może i nie mam tyle pieniędzy co tutejsi studenci, ale biję mózgiem na głowę każdego z nich.

Pcham drzwi do budynku Everett, w którym znajduje się gabinet profesor Fromm. W recepcji się przedstawiam. Recepcjonistka zapisuje moje imię w księdze gości, a potem gestem zaprasza mnie do zajęcia miejsca na fotelu.

Nie siedzę dłużej niż minutę, gdy młody człowiek ubrany w koszulę w niebiesko-białą kratkę i ciemnoniebieski krawat wychodzi spokojnym krokiem z boku korytarza, którego nawet nie dostrzegłam.

— Dzień dobry. Jestem Kale Delacroix. — Wyciąga do mnie dłoń.

Potrząsam nią automatycznie, nie będąc pewna, po co się zjawił i zastanawiając się jednocześnie, dlaczego ktokolwiek chciał nazwać swoje dziecko Kale.

— Sabrina James.

— Świetnie. Witamy w Harvard Legal Aid. Oto formularz wniosku. Proszę dać znać, gdyby potrzebna była pomoc.

Wyciąga w moim kierunku podkładkę do pisania. Skanuję wzrokiem dokument, nie do końca pewna, dlaczego mam wypełnić formularz, by spotkać się z profesor Fromm. Chwytam załączony długopis i zaczynam pisać moje imię. Potem zatrzymuję się. Ponieważ nie należę do fanek idiotycznego wyrazu twarzy, dochodzę do wniosku, że lepiej będzie zapytać, o co tu, do cholery, chodzi.

— Czy to Legal Aid? W zasadzie nie jestem pewna...

Przerywa mi.

— Proszę się nie przejmować. Od tego właśnie jest pomoc prawna. Dla ubogich. — Ostatnie słowo aż ocieka protekcjonalnością.

Czuje, jak włosy jeżą mi się na głowie.

— Wiem, co to...

— Nie czytasz po angielsku? Hablo español? — Wyrywa mi podkładkę z dłoni, odwraca formularz i potem pakuje mi go z powrotem w dłonie. Formularz jest teraz po hiszpańsku.

— Mówię po angielsku — warczę przez zaciśnięte zęby.

— Och, okej. Mogę wypełnić za ciebie formularz, jeśli nie potrafisz czytać czy pisać. Jest tu wiele osób z podobnym problemem. Chodzi o domowe sprawy? Najemca/lokator? Nie zajmujemy się czynami niedozwolonymi. — Ponownie obdarza mnie protekcjonalnym uśmiechem.

— Jestem studentką — tłumaczę. — To znaczy, będę studentką.

Gapimy się na siebie przez chwilę i czekam, aż dotrą do niego moje słowa. Widzę moment, gdy tak się dzieje, ponieważ ten blady facet robi się jeszcze bledszy.

— Naprawdę? Chryste, myślałem...

Wiem, co myślał. Rzucił jedno spojrzenie na mój wytarty płaszcz i wziął mnie za biedaczynę, która potrzebuje darmowej porady prawnej. A najbardziej poniżające jest to, że się nie pomylił. Gdybym potrzebowała prawnika, nie byłabym w stanie mu zapłacić.

— Mamy jakiś problem? — przerywa nowy głos. Żyrafa w kobiecej osobie pojawia się za Kalem, trzymając dłonie splecione za plecami.

— Nie, nie ma żadnego problemu, profesor Stein. — Kale posyła mi pseudouśmiech, ale w jego oczach miga ostrzeżenie, jakby chciał powiedzieć, żebym czasem nie zrobiła czegoś durnego.

Odpowiadam mu uśmiechem pełnym zębów.

— Dale wziął mnie za klientkę, ale ja przyszłam na spotkanie z profesor Fromm.

Profesorka przygląda mi się, szybko dokonując oceny sytuacji. Uwalnia mnie w końcu od formularza i przechyla głowę w kierunku schodów.

— Drugie piętro, pierwsze drzwi na lewo. — Oddaje formularz chłopakowi.

— Moje imię to Kale — syczy, zanim odmaszerowuje sztywnym krokiem.

Profesorka potrząsa głową.

— Ci nowi studenci — rzuca jako marne przeprosiny, a następnie oddala się w przeciwnym kierunku.

Gdy Kale znika gdzieś w korytarzu, słyszę, jak wita go przenikliwy głos.

— O mój Boże, myślałam, że skonam ze śmiechu. Naprawdę pomyliłeś tę dziewczynę z imigrantką mówiącą po hiszpańsku?

Powinnam się ruszyć, ale moje stopy wrosły w ziemię. Recepcjonistka rzuca mi zbolałe spojrzenie.

— Widziałaś, co miała na sobie? — Kale protestuje w korytarzu. — Wyglądała, jakby się ubrała w rzeczy ze zbiórek dla ofiar przemocy domowej, które organizujemy co roku.

Włącza się nowy głos.

— Z czego tak się śmiejecie?

— Kale pomylił studentkę, która przyszła do profesor Fromm, z bezdomną.

Z palącymi policzkami spoglądam w oczy recepcjonistki.

— Musielibyście coś zrobić z tą akustyką.

Wzrusza ramionami.

— Jeśli wydaje ci się, że to najgorsza rzecz, którą tu słyszę każdego dnia, to się przygotuj na bolesną niespodziankę.

Co za wesoła myśl. Pomysł, żeby pokręcić się po budynku, nie wydaje się już tak kuszący, więc udaję się na piętro, przeskakując po dwa stopnie. Drzwi profesor Fromm są na szczycie schodów. Rozmawia przez telefon, ale dostrzega mnie natychmiast.

— Sabrino, wejdź, proszę. — Kładzie dłoń na słuchawce i, gestykulując, zaprasza mnie do środka. — Daj mi minutę. — Do osoby w telefonie mówi: — Muszę kończyć. Przyszła studentka. Nie zapomnij zdjąć prania, jeśli wyschło.

Gabinet jest wyłożony książkami, większość z nich to publikacje prawnicze z charakterystyczną oliwkową okładką i wydrukowanym na grzbiecie napisem złotymi literami North Eastern Reporter.

Siadam na obitym czarną skórą krześle przed jej biurkiem i zastanawiam się, jak by to było siedzieć po drugiej stronie. Oznaczałoby to, że dotarłam do celu i już nigdy w życiu nikt nie pomyli mnie z ubogim petentem.

— Gratulacje! — Rozpływa się w uśmiechu. — Miałam ochotę powiedzieć ci już wtedy, ale nie chciałam psuć niespodzianki.

— Dziękuję pani. Nie potrafię oddać słowami, jak bardzo jestem podekscytowana.

— Twoje kredencjały są nienaganne, ale... — przerywa, a moje serce zaczyna wchodzić na przyspieszone obroty.

Nie może cofnąć mojego przyjęcia, tak czy nie? Decyzja została podjęta, nie można jej unieważnić, tak?

— Kelly wspomniała, że pracujesz w dwóch miejscach? — kończy.

— Tak. Jestem kelnerką i sortuję pocztę. — Profesor Gibson wie dokładnie, w jakim lokalu obsługuję stoliki, ale stwierdziła, że Harvard niekoniecznie musi być uświadomiony w tej kwestii, więc tę posadę utrzymałam w tajemnicy. — Ale planuję zrezygnować z obu etatów przed rozpoczęciem zajęć tej jesieni.

Profesor Fromm jest wyraźnie uszczęśliwiona.

— To dobrze. Miałam nadzieję, że to powiesz. Co prawda stare porzekadło „spójrz w lewo i prawo, a jeden z was nie będzie tu siedział w przyszłym roku” już nie obowiązuje, ale co roku paru studentów odpada po pierwszym roku. Nie chcę, żebyś była jednym z nich. Twoja uwaga ma być całkowicie skupiona na studiach zaczynających się jesienią. Będzie się od ciebie oczekiwać, że przyswoisz więcej informacji w ciągu jednej nocy, niż większość studentów robi to w semestrze.

Wyciąga dwie książki ze sterty leżącej na podłodze i przesuwa je po biurku. Według tytułów jedna to prawo administracyjne, a druga dotyczy sztuki pisania.

— W wolnym czasie, i sugerowałabym, byś go znalazła, poćwicz pisanie. Pióro to tutaj najsilniejsza broń. Jeśli potrafisz dobrze pisać, odniesiesz sukces. Druga rzecz to prawo administracyjne. Wielu ludzi polegnie na pytaniach z praktyki regulacyjnej versus przepisy prawa spółek i deliktów. Dobrze być krok do przodu. — Ponownie przesuwa książki w moją stronę.

— Bardzo dziękuję — mówię z wdzięcznością, zbieram książki i kładę je na kolanach.

— Nie ma za co. Pozdrów ode mnie Kelly w Briar.

Najwyraźniej audiencja dobiegła końca.

— Dziękuję — powtarzam niezręcznie, a potem biorę książki i podnoszę się.

Urwałam się z zajęć, jechałam metrem, przeżyłam upokarzające spotkanie z palantem o imieniu Kale i po co? Dla pięciominutowej rozmowy i rekomendacji dwóch książek?

Dochodzę do drzwi, gdy profesor Fromm ponownie przywołuje moje imię.

— Sabrino, pozwól, że udzielę ci rady. Przeznacz trochę z pożyczki na nową garderobę. Pomoże ci to poczuć się tutaj jak w domu, a w rozgrywkach warunki przestaną wydawać się nierówne. Ubierasz się dla pracy, którą chcesz, a nie tej, którą wykonujesz.

Kiwam głową, mając nadzieję, że moje policzki nie są całkowicie czerwone. I jeszcze pomyślałam sobie, że w tym momencie odcinek „Upokorzenie Sabriny” dobiegł końca.

W trakcie powrotnego spaceru przez kampus rzeczywistość prezentuje się jakoś mniej ciekawie. Tym razem zauważam, że spore połacie trawników są w większości brązowe i górują nad nimi nagie drzewa. Tylko studenci wyglądają bezlitośnie tak samo — bogaci i uprzywilejowani.

 

Po powrocie do domu rzucam książki na komodę i kładę się na łóżko. W narożniku obok okna pęka i żółknie tynk. Woda sączy się tam, odkąd tylko pamiętam, ale gdy wspomniałam o tym Nanie, dostałam w odpowiedzi puste spojrzenie, więc dałam spokój.

Przekręcam się na plecy i gapię w sufit. Tutaj straszy popękany tynk wzbogacony w brązowawe plamy, nad którymi zawsze się zastanawiałam. Może dach przecieka?

Zalewa mnie fala wstydu, ale nie jestem pewna, dlaczego czuję się zawstydzona. Przez ten ohydny, zniszczony dom? Tanie ubrania? Siebie ogólnie?

Później będziesz się nad sobą użalać. Czas opłacić rachunki.

Boże. Ostatnia rzecz, na którą mam teraz ochotę, to opuszczenie jednego miejsca hańby i udanie się do drugiego, ale właściwie nie mam wyboru. Moja zmiana w Boots & Chutes zaczyna się za godzinę.

Zmuszam się do wstania i chwytam obcisłe spodenki i stanik, czyli mój pracowniczy mundurek. Jeszcze tylko dziesięć miesięcy, przypominam sobie, gdy wskakuję w strój i nakładam makijaż. Zakładam striptizerskie buty na piętnastocentymetrowej platformie, narzucam znoszony wełniany płaszcz i ruszam do lokalu ze striptizem. Miejsca, które, tak się smutnie składa, pasuje do mnie idealnie.

Jestem tandeciarą. Mieszkam z tandetnymi ludźmi. Należę do tandetnego świata.

Pytanie brzmi, czy kiedykolwiek będę w stanie zetrzeć smród mojej przeszłości i należeć do Harvardu? Myślałam, że tak.

Ale dziś wieczorem, z ręką na sercu, to już sama nie wiem.