BłądTekst

Z serii: Off-Campus #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2
Logan

Postanowiłem zwolnić z imprezowaniem. I to nie tylko dlatego, że zeszłej nocy zalałem się tak bardzo, że Tuck musiał mnie holować na ramieniu i zataszczyć po schodach do sypialni, ponieważ za bardzo kręciło mi się w głowie, by iść samodzielnie.

Chociaż to był główny czynnik w procesie podejmowania decyzji.

No więc mamy piątkowy wieczór, a ja dość, że odrzuciłem zaproszenie na imprezę od jednego z kumpli z drużyny, to jeszcze wciąż sączę ten sam kieliszek whisky, który podano mi ponad godzinę temu. I nie zaciągnąłem się ani razu skrętem, którym Dean wciąż macha w moim kierunku.

Spędzamy wieczór w naszej chacie. Siedzimy w kupie w małym ogródku na tyłach domu i dzielnie znosimy chłód kwietniowego wieczoru. Zaciągam się papierosem, podczas gdy Dean, Tucker i nasz kumpel z drużyny, Mike Hollis, dzielą się skrętem, i słucham tylko jednym uchem sprawozdania z niesamowicie perwersyjnego seksu, który Dean zaliczył poprzedniej nocy. Przed oczami stają mi wspomnienia z własnego numeru — seksowna jak diabli laska z żeńskiego stowarzyszenia, która zwabiła mnie do jednej z łazienek na piętrze i dobrze się mną zajęła.

Może i byłem pijany, a moje wspomnienia są nieco mgliste, ale z pewnością pamiętam, jak ją wypalcowałem, aż rozpłynęła się na mojej dłoni. A już na pewno pamiętam spektakularnego loda, którym się później odwdzięczyła. Ale nie zamierzam opowiedzieć o tym Tuckowi. Nie, kiedy ten ciekawski sukinsyn prowadzi dziennik moich podrywów.

— Czekaj, jeszcze raz. Co zrobiłeś?!

Krzyk Hollisa sprowadza mnie na ziemię.

— Wysłałem jej zdjęcie swojego kutasa. — Oznajmia nam Dean takim tonem, jakby robił to każdego dnia.

Hollis się na niego gapi.

— Serio? Wysłałeś jej zdjęcie swojego fiuta? Jak jakąś pojebaną pamiątkę po seksie?

— Nieee. Raczej jako zaproszenie na kolejną rundę — odpowiada Dean z uśmiechem.

— A niby jak, do cholery, to ma sprawić, by znów się z tobą przespała? — W głosie Hollisa pobrzmiewa zwątpienie. — Prawdopodobnie uważa cię za palanta.

— Nie ma mowy, stary. Laski doceniają ładne foty z fiutem. Uwierz mi.

Hollis zaciska usta, jakby próbował się nie roześmiać.

— Aha. Pewnie.

Strząsam popiół z papierosa na trawę i zaciągam się ponownie.

— A tak z ciekawości, co składa się na „ładną fotę z fiutem”? Chodzi o światło? A może o pozę? — pytam sarkastycznie, ale Dean odpowiada poważnym głosem:

— Cóż, cały trik polega na tym, by nie pokazać jaj.

Na te słowa Tucker zaczyna się krztusić ze śmiechu.

— Serio — przekonuje Dean. — Jajka nie są fotogeniczne. Kobiety nie chcą ich oglądać.

Dookoła rozbrzmiewa śmiech Hollisa, a w wieczornym powietrzu rozpływają się białe obłoki jego oddechu.

— Dużo czasu o tym myślałeś? Wzruszająca historia.

Ja też się śmieję.

— Czekaj, czy właśnie tym się zajmujesz w pokoju za zamkniętymi drzwiami? Robisz zdjęcia swojemu fiutowi?

— Ej, dajcie spokój. Nie jestem jedyny na świecie, który to zrobił.

— Jesteś jedyny — mówimy z Hollisem jednocześnie.

— Gówno prawda, kłamiecie jak z nut. — Do Deana dociera nagle, że Tucker nie wyraża sprzeciwu, i nie marnuje ani chwili, by wykorzystać milczenie współzawodnika. — Ha. Wiedziałem!

Unoszę brwi i spoglądam na Tucka, który — jak mi się wydaje — czerwieni się pod kilkucentymetrowym zarostem na twarzy.

— Serio, stary? Serio?

Uśmiecha się z zakłopotaniem.

— Pamiętasz tę laskę, z którą kręciłem w zeszłym roku? Sheena? No więc przysłała mi zdjęcie swoich cycków. I stwierdziła, że mam się podobnie odwdzięczyć.

Deanowi opada szczęka.

— Fiut za cycki? Ale dałeś dupy, stary. To zupełnie inna liga.

— Więc co za cycki? — pyta z zaciekawieniem Hollis.

— Jajka — oznajmia Dean i głęboko zaciąga się skrętem. Wypuszcza kółko z dymu i wszyscy śmiejemy się z jego odpowiedzi.

— Przecież dopiero co mówiłeś, że kobiety nie chcą oglądać jajek — zauważa Hollis.

— Nie chcą. Ale każdy idiota wie, że za fotę fiuta wymaga się pełnego ujęcia od pasa w dół od przodu. — Przewraca oczami. — Proste jak drut.

Ktoś odchrząkuje przy przesuwanych drzwiach za moimi plecami. Głośno.

Odwracam się i widzę, że stoi w nich Hannah i moja klatka piersiowa ściska się tak mocno, że bolą mnie żebra. Ma na sobie legginsy i jedną z treningowych bluz Garretta. Jej ciemne włosy są rozpuszczone i opadają przez jedno ramię. Wygląda zachwycająco.

I tak, jestem totalnym dupkiem, ponieważ nagle wyobrażam ją sobie w mojej bluzie. Z moim numerem.

Tyle w temacie pogodzenia się rzeczywistością i ruszenia do przodu.

— Eee… no dobra — mówi wolno. — Pytam, bo muszę się upewnić, czy się nie przesłyszałam, ale… czy wy rozmawiacie o wysyłaniu dziewczynom zdjęć swoich penisów? — Patrzy na nas z rozbawieniem tańczącym w oczach.

Dean parska śmiechem.

— Oczywiście, że tak. I nie rób takiej miny, Wellsy. Czy naprawdę będziesz tak stać i wciskać nam kity, że G nie przysłał ci zdjęcia swoich klejnotów?

— Nie zamierzam zaszczycić tego pytania odpowiedzią. — Wzdycha i opiera się przedramieniem o drzwi. — Zamawiamy z Garrettem pizzę. Chcecie się dołączyć? Aha, i włączamy film w salonie. Dziś on wybiera, więc pewnie będzie jakieś beznadziejne kino akcji, gdybyście chcieli z nami obejrzeć.

Tuck i Dean natychmiast zgadzają się entuzjastycznie, ale Hollis potrząsa z żalem głową.

— Może następnym razem. W poniedziałek mam ostatni egzamin, więc będę wkuwał cały weekend.

— Pewnie. Połamania. — Uśmiecha się do niego, odciąża framugę i robi krok do tyłu. — Jeśli chcecie mieć coś do powiedzenia w kwestii dodatków do pizzy, to lepiej wchodźcie do środka, bo inaczej zarządzę same warzywa. O, Logan, a co to ma być, do diabła? — Szare spojrzenie koncentruje się na mnie. — Tylko mi się zdawało, czy mówiłeś, że palisz wyłącznie na imprezach? Czy mam ci teraz dać klapsa?

— Chciałbym to zobaczyć, Wellsy — odpowiadam z rozbawieniem w głosie, ale gdy tylko Hannah wskakuje do środka, mój humor gaśnie.

Przebywanie w jej pobliżu jest jak cios pięścią wymierzony w brzuch. A myśl, że miałbym siedzieć w pokoju z nią i Garrettem, jeść pizzę, oglądać film i widzieć ich wtulonych w siebie i zakochanych, jest sto razy gorsza niż cios w brzuch. To jakby cała hokejowa drużyna przycisnęła cię do bandy.

— Wiecie co? Chyba jednak wybiorę się do Danny’ego. Mogę się z tobą zabrać do akademików? — pytam Hollisa. — Pojechałbym sam, ale nie wiem, czy się nie napiję.

Dean wciska skręta w popielniczkę leżącą na pokrywie od grilla.

— Nie napijesz się, stary. Danny mieszka w akademiku, którego pilnuje totalny nazista. Patroluje korytarze i robi naloty na wybrane pokoje. Nie żartuję.

Mam to gdzieś. Wiem jedynie, że nie mogę tu zostać z Hannah i Garrettem. Dopóki nie ogarnę się z tym durnym zadurzeniem.

— No to nie będę pił. Ale muszę zmienić otoczenie. Cały dzień siedziałem w chacie.

— Zmienić otoczenie, powiadasz? — Pochmurna mina Tuckera mówi mi, że mnie przejrzał.

— Tak — odpowiadam chłodno. — Masz z tym jakiś problem?

Tuck nie odpowiada.

Mamroczę pożegnanie przez zaciśnięte zęby i podążam za Hollisem do jego samochodu.

* * *

Piętnaście minut później znajduję się na korytarzu drugiego piętra akademika Fairview House. Dookoła panuje cisza, co dołuje mnie jeszcze bardziej. Kurde. Coś mi się wydaje, że ten nadzorca akademika faktycznie jest zatwardziałym dupkiem. Z ani jednego pokoju nie słychać choćby pisku, a ja nie mogę nawet zadzwonić do Danny’ego, by się dowiedzieć, czy impreza została odwołana, ponieważ tak się spieszyłem, żeby uciec z domu, że zapomniałem telefonu.

Nigdy wcześniej nie byłem w akademiku Danny’ego, więc stoję na korytarzu, przez chwilę próbując przypomnieć sobie numer pokoju, który przysłał mi wcześniej esemesem. Dwieście dwadzieścia? A może to było dwieście trzydzieści? Przechodzę obok każdych drzwi, sprawdzając numery, i mój dylemat sam się rozwiązuje, gdy uświadamiam sobie, że na tym piętrze nie ma pokoju dwieście trzydzieści.

Dwieście dwadzieścia. I już.

Stukam kłykciami w drzwi. Niemal natychmiast po drugiej stronie odzywają się kroki. Przynajmniej ktoś jest w środku. Biorę to za dobrą monetę.

Drzwi się otwierają i nagle staję twarzą w twarz z nieznajomą. Co prawda bardzo ładną nieznajomą, niemniej nieznajomą.

Na mój widok dziewczyna mruga zaskoczona. Jej jasnobrązowe oczy mają ten sam odcień co splecione w długi warkocz włosy. Ma na sobie luźne spodnie w kratkę i czarną bluzę z uniwersyteckim logo. Głucha cisza za jej plecami utwierdza mnie tylko, że zapukałem do złych drzwi.

— Cześć — mówię niezręcznie. — Więc… no… to pewnie nie jest pokój Danny’ego?

— Eee, nie.

— Kurde. — Zaciskam usta. — Powiedział, że to pokój dwieście dwadzieścia.

— No to któryś z was musiał coś pomylić — przerywa. — Z tego, co wiem, nikt o imieniu Danny nie mieszka na tym piętrze. Czy on jest z pierwszego roku?

— Z trzeciego.

— Och, w takim razie na pewno tu nie mieszka. To akademik pierwszaków — mówi, cały czas skubiąc koniuszek warkocza i nawet raz nie spoglądając mi w oczy.

— Kurde — powtarzam.

— Jesteś pewien, że twój kolega miał na myśli Fairview House?

Waham się. Byłem pewien, ale teraz… nie za bardzo. Z Dannym spotykamy się sporadycznie, zwykle na imprezach po meczach lub gdy wpada do nas z innymi chłopakami z drużyny.

— Sam już nie wiem — odpowiadam, wzdychając.

 

— No to może do niego zadzwoń. — Wciąż nie patrzy mi w oczy. Teraz wbiła spojrzenie w wełniane skarpetki w paski, jakby były najbardziej fascynującą rzeczą, jaką zobaczyła w życiu.

— Zostawiłem telefon w domu. — Kurwa. Rozważam opcje, przeczesując włosy dłonią. Zdążyły już odrosnąć i powinienem je ściąć czym prędzej, ale jakoś wciąż zapominam. — Mogę skorzystać z twojego telefonu?

— Ee… pewnie.

Mimo że wygląda na niezdecydowaną, otwiera drzwi szerzej i gestem zaprasza do środka. Wchodzę do dwuosobowego pokoju, ale podczas gdy jedna połowa jest czysta i schludna, druga to z pewnością siedziba niechluja. Najwyraźniej mieszkają tu osoby zupełnie odmiennie rozumiejące słowo „porządek”. Z jakiegoś powodu nie dziwi mnie, że dziewczyna kieruje się do posprzątanej części. Z pewnością wygląda na tę porządną. Podchodzi do biurka i odłącza telefon od ładowarki, a potem mi go podaje.

— Proszę.

W chwili, gdy telefon ląduje w mojej dłoni, ona wycofuje się w kierunku drzwi.

— Nie musisz tam stać przez cały czas — mówię oschle. — No, chyba że rozważasz ucieczkę.

Jej policzki różowieją.

Uśmiecham się, przesuwam palcem ekran i uruchamiam klawiaturę.

— Nie martw się, ślicznotko. Chcę tylko skorzystać z twojego telefonu. Nie zamierzam cię zamordować.

— Och, przecież wiem. Albo przynajmniej wydaje mi się, że wiem — duka. — To znaczy wyglądasz na przyzwoitego chłopaka, no ale przecież wielu seryjnych morderców też potrafi sprawiać dobre pierwsze wrażenie. Wiedziałeś, że Ted Bundy był w rzeczywistości naprawdę czarujący? — Otwiera szeroko oczy. — Jakie to popaprane. Wyobraź sobie tylko, że pewnego dnia spotykasz naprawdę miłego, czarującego faceta i myślisz sobie: „O mój Boże, on jest idealny”, a potem lądujesz w jego piwnicy pełnej obcisłych kostiumów i lalek Barbie z wydłubanymi oczami…

— Jezu — przerywam. — Czy ktoś ci już kiedyś powiedział, że dużo mówisz?

Jej policzki są teraz jeszcze bardziej czerwone.

— Przepraszam. Czasami tak mam, gdy się denerwuję.

Częstuję ją kolejnym uśmiechem.

— Denerwujesz się z mojego powodu?

— Nie. No, może trochę. To znaczy… ja cię nie znam i… tak. No wiesz, te wszystkie „miej się na baczności przed nieznajomymi”, „oni są niebezpieczni”… Choć jestem pewna, że ty akurat nie jesteś niebezpieczny — dodaje pospiesznie. — Ale… no wiesz…

— No tak. Ted Bundy — podpowiadam, starając się nie roześmiać.

Ponownie zaczyna miętosić warkocz, a ja korzystam z jej odwróconego wzroku, by dokładniej jej się przyjrzeć. Kurde, jest naprawdę śliczna. Nie zabójczo piękna, ale ma taki świeży wygląd dziewczyny z sąsiedztwa, który jest poważnie pociągający. Piegi na nosie, delikatne rysy i gładką, kremową cerę niczym prosto z reklamy kosmetyków do makijażu.

— Dzwonisz czy nie?

Mrugam oczami, nagle przypominając sobie, po co w ogóle wszedłem do tego pokoju. Spoglądam na telefon w dłoni i teraz wpatruję się w klawiaturę numeryczną równie intensywnie, jak chwilę temu w tę dziewczynę.

— Podpowiem ci. Palcami wybierasz numer, a potem naciskasz zielony klawisz.

Podnoszę głowę, a jej ledwo powstrzymywany uśmiech wywołuje ryk z mojego gardła.

— Dzięki za tę świetną radę. Ale… — wzdycham posępnie — właśnie sobie uświadomiłem, że nie znam jego numeru. Jest zapisany w moim telefonie.

Kurwa. Czy to jakaś kara za fantazjowanie o dziewczynie Garretta? Utknąłem nie wiadomo gdzie w piątek wieczorem bez telefonu i podwózki do domu. Coś mi się wydaje, że na to zasłużyłem.

— Pierdolić to. Zadzwonię po taksę — decyduję w końcu. Na szczęście pamiętam numer korporacji obsługującej kampus, więc dzwonię natychmiast tylko po to, by usłyszeć muzykę w trakcie oczekiwania na połączenie. Ze świergotem w uszach dławię jęk.

— Czekasz na połączenie, co?

— Aha. — Znów na nią spoglądam. — Tak w ogóle to jestem Logan. Dzięki za użyczenie telefonu.

— Żaden problem. — Milknie. — Jestem Grace.

Coś pstryka na łączach, ale zamiast głosu dyspozytora w słuchawce słyszę następny trzask, po którym rozlega się kolejna fala muzyki. Ale w sumie to się nie dziwię. W końcu to piątkowy wieczór, taksówkarze są najbardziej zajęci. Kto wie, jak długo będę musiał czekać.

Opadam ciężko na brzeg jednego z łóżek — tego perfekcyjnie zasłanego — i próbuję sobie przypomnieć numer korporacji z Hastings, miasteczka, w którym znajduje się większość kwater studenckich, włączając w to moją chatę w centrum. Ale nic nie przychodzi mi do głowy, więc wzdycham i znoszę kolejną dawkę świergotu do ucha. Moje spojrzenie przesuwa się na włączony laptop po drugiej stronie łóżka i gdy zauważam, co jest na ekranie, spoglądam zdziwiony na Grace.

— Oglądasz Szklaną pułapkę?

— Właściwie to Szklana pułapka 2. — Wygląda na zawstydzoną. — Mam wieczór ze Szklaną pułapką. Właśnie skończyłam część pierwszą.

— Kochasz się w Brusie Willisie?

To ją rozśmiesza.

— Nie. Po prostu lubię klasyczne filmy akcji. W zeszłym tygodniu oglądałam Zabójczą broń.

Muzyka w telefonie znów się urywa, by za chwilę wybrzmieć od nowa, co wywołuje przekleństwo w moich ustach. Rozłączam się i odwracam do Grace.

— Mogę skorzystać z twojego komputera i sprawdzić numer korporacji taksówek w Hastings? Może z nimi będę miał więcej szczęścia.

— Pewnie. — Po chwili wahania siada obok mnie i sięga po laptopa. — Włączę ci przeglądarkę.

Dotyka klawiatury i komputer wznawia odtwarzanie filmu, a z głośników rozbrzmiewa dźwięk. Na ekranie pojawia się otwierająca film scena walki na lotnisku i natychmiast pochylam się bliżej, by ją obejrzeć.

— O kurde, kapitalne są te sceny walki.

— Prawda?! — krzyczy Grace. — Uwielbiam ten moment. A właściwie to uwielbiam cały film. Mam gdzieś, co mówią inni, jest super. Oczywiście nie tak dobry, jak pierwsza część, ale z pewnością nie jest tak zły, jak uważają ludzie.

Sięga dłonią, by zatrzymać film, ale ją powstrzymuję.

— Możemy najpierw obejrzeć do końca tę scenę?

Na jej twarzy maluje się zdziwienie.

— Eee… tak, OK. — W widoczny sposób przełyka ślinę. — Jeśli chcesz, możesz zostać i obejrzeć ze mną cały film — dodaje. Jej policzki płoną w momencie, gdy wypowiedziała zaproszenie. — Chyba że musisz gdzieś teraz być.

Zastanawiam się przez sekundę, zanim potrząsam głową.

— Niee, nie mam żadnych konkretnych planów. Mogę zostać na trochę.

Bo serio, jaką mam alternatywę? Wrócić do domu, by oglądać Hannah i Garretta karmiących się pizzą i wymieniających ukradkowe pocałunki podczas filmu?

— Och. OK — mówi ostrożnie Grace. — Eee… fajnie.

Chichoczę.

— Spodziewałaś się, że powiem „nie”?

— Coś w tym stylu — przyznaje.

— A niby dlaczego? Serio, jaki facet zrezygnowałby ze Szklanej pułapki? A gdybyś zaproponowała mi jakieś procenty, to w ogóle byłbym w raju.

— Nic nie mam. — Zastanawia się chwilę. — Ale w biurku jest cała paczka misiowych żelków.

— Wyjdź za mnie — mówię natychmiast.

Śmiejąc się, podchodzi do biurka, otwiera dolną szufladę i faktycznie wyciąga ogromną paczkę cukierków. Przesuwam się na łóżku i opieram o stertę poduszek przy zagłówku, a Grace kuca przy minilodówce i pyta:

— Woda czy pepsi?

— Pepsi, proszę.

Podaje mi wielkie opakowanie misiowych żelków, puszkę napoju i usadawia się na łóżku obok mnie, kładąc laptopa na materacu między nami.

Ładuję do buzi garść gumowych miśków i skupiam wzrok na ekranie. No dobra. Z całą pewnością ten wieczór nie tak miał wyglądać, ale, do diabła, co mi tam, niech będzie, jak jest.

Rozdział 3
Grace

John Logan jest w moim pokoju.

Nie, John Logan jest na moim łóżku. A ja jestem na to kompletnie nieprzygotowana. Tak naprawdę kusi mnie, by ukradkiem wysłać Ramonie wiadomość SOS z błaganiem o jakąś radę, ponieważ nie mam pojęcia, co robić lub co powiedzieć. Całe szczęście, że oglądamy film, ponieważ oznacza to, że nie muszę robić nic poza gapieniem się w laptopa, śmianiem się z właściwych powiedzonek i udawaniem, że najgorętszy facet na uniwersytecie nie siedzi na moim łóżku.

A on jest gorący nie tylko w tym znaczeniu. Temperatura jego ciała też jest wysoka. Serio, ciepło promieniujące z jego ciała działa jak podmuch z rozgrzanego piekarnika, a ponieważ jego obecność wywołuje we mnie palące mrowienie, zaczynam się pocić.

Staram się ukradkiem zdjąć bluzę i odłożyć ją obok, ale Logan dostrzega mój ruch i odwraca głowę. Jego głębokie niebieskie oczy skupiają się na mojej obcisłej koszulce bez rękawów i zatrzymują krótko na biuście.

O Boże. Sprawdza moje cycki. I mimo że kołyszę jedynie miseczką B, z wyrazu jego twarzy można by pomyśleć, że mam zderzaki gwiazdy porno.

Gdy uświadamia sobie, że przyłapałam go na gapieniu się, po prostu mruga okiem i odwraca się z powrotem w stronę ekranu.

To już oficjalne: właśnie poznałam chłopaka, który potrafi puścić oko.

Skupienie się na filmie jest niemożliwe. Wbijam wzrok w monitor, ale myśli krążą gdzie indziej. Koncentrują się całkowicie na facecie obok mnie. Jest o wiele większy, niż myślałam. Ma niemożliwie szerokie ramiona, muskularną klatkę piersiową i długie nogi. Widziałam, jak gra w hokeja, więc wiem, że na lodzie jest agresywny, i świadomość, że to potężne ciało znajduje się kilka centymetrów ode mnie, przyprawia mnie o dreszcze. Wygląda też dojrzalej i bardziej męsko niż wszystkie chłopaki z pierwszego roku, z którymi spędzałam czas przez cały rok.

„Co się dziwisz, głupia. To student trzeciego roku”.

Wiem przecież. Ale wygląda jeszcze poważniej. Jest tak dojrzale męski, że mam ochotę zerwać z niego ubrania i wylizać go jak loda w rożku.

Wsuwam gumowego miśka do buzi, mając nadzieję, że proces żucia nawilży trochę moje suche gardło. Na monitorze żona McClane’a kłóci się w samolocie z nieznośnym reporterem, który wpakował ich w kłopoty w pierwszej części, i nagle Logan zerka na mnie, a po jego twarzy przemyka ciekawość.

— Myślisz, że potrafiłabyś wylądować samolotem, gdybyś nie miała innego wyjścia?

Śmieję się.

— Zdawało mi się, że mówiłeś, że widziałeś ten film. Wiesz chyba, że ona nie będzie musiała nim lądować, co?

— Tak, wiem. Ale zacząłem się zastanawiać, co bym zrobił, gdybym znalazł się w samolocie i był jedyną osobą, która mogłaby sprowadzić go na ziemię. — Wzdycha. — Chyba nie dałbym rady.

Jestem zaskoczona, że tak szybko się do tego przyznaje. Inni chłopcy próbowaliby zgrywać macho i przechwalali się, że potrafiliby to zrobić z palcem w nosie, zamkniętymi oczami i nie wiadomo czym jeszcze.

— Ja też nie — wyznaję. — Jeśli już, to tylko pogorszyłabym sytuację. Pewnie rozhermetyzowałabym kabinę przez przypadkowe dotknięcie złej kontrolki. A właściwie nie. Mam lęk wysokości, więc jestem pewna, że zemdlałabym zaraz po wejściu do kokpitu i wyjrzeniu przez przednią szybę.

Chichocze i ten chrapliwy dźwięk przyprawia mnie o kolejną falę ciarek.

— Może dałbym radę pilotować helikopter — rozmyśla. — To pewnie łatwiejsze niż samolot, co?

— Może. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia o lotnictwie. — Teraz to ja wzdycham. — Zachowaj to dla siebie, ale tak naprawdę to nie wiem nawet, jakim cudem samoloty unoszą się w powietrzu.

Logan się śmieje, a potem znów skupiamy się na filmie. W myślach przybijam sobie piątkę. Właśnie odbyłam rozmowę z przystojnym chłopakiem bez paplania trzy po trzy. Zasłużyłam na zajebisty złoty medal.

Żebyście mnie źle nie zrozumieli, wciąż jestem cholernie zdenerwowana. Ale w Loganie jest coś takiego, co mnie uspokaja. Jest taki wyluzowany, a poza tym trudno, by facet ciumkający żelowe misie mógł onieśmielać.

W czasie filmu zerkam na Logana co kilka sekund, by podziwiać jego idealnie wyrzeźbiony profil. Ma lekko przekrzywiony nos, jakby go kiedyś złamał raz czy dwa. A te seksownie zarysowane usta… czysta pokusa. Mam tak wielką ochotę go pocałować, że nie potrafię logicznie myśleć.

Boże, ale ze mnie frajerka. Ostatnia rzecz, która przyszłaby mu do głowy, to całowanie się ze mną. Został tu, by obejrzeć Szklaną pułapkę, a nie zabawiać się ze studentką pierwszego roku, która godzinę temu porównała go do pieprzonego Teda Bundy’ego.

Staram się skoncentrować na filmie, ale już zaczynam się martwić, że gdy się skończy, to Logan sobie pójdzie.

Na ekranie pojawiają się napisy końcowe, lecz on nie robi najmniejszego ruchu, by wstać. Zamiast tego odwraca się do mnie z pytaniem:

 

— Więc co cię gryzie?

Marszczę czoło.

— Co masz na myśli?

— Jest piątek wieczór, dlaczego siedzisz tu i oglądasz filmy akcji?

Najeżam się, słysząc to pytanie.

— A co w tym złego?

— Nic. — Wzrusza ramionami. — Po prostu się zastanawiam, dlaczego nie imprezujesz.

— Byłam na imprezie wczoraj wieczorem. — „Nie przypominaj mu, że go widziałaś, nie przypominaj mu, że go widziałaś”. — Widziałam cię, tak przy okazji.

Wydaje się zaskoczony.

— Naprawdę?

— Tak. W Omega Phi.

— Aha. Nie pamiętam cię. — Rzuca mi zmieszane spojrzenie. — Właściwie to niewiele pamiętam. Ostro się narąbałem.

Trochę to boli, że nie pamięta naszego spotkania w drzwiach łazienki, ale szybko udzielam sobie reprymendy za to uczucie zranienia. Był pijany i właśnie skończył zabawiać się z kimś innym. Niby jak miałam zrobić na nim wrażenie?

— Dobrze się bawiłaś na tej imprezie? — Po raz pierwszy, odkąd wszedł do mojego pokoju, w jego tonie wybrzmiewa niezręczna nuta, jakby na siłę próbował ciągnąć rozmowę o niczym i czuł się z tym niekomfortowo.

— Raczej tak. — Milknę. — Właściwie odwołuję to. Było fajnie, dopóki nie skompromitowałam się na całego przed takim jednym chłopakiem.

Dyskomfort znika z jego twarzy, gdy zaczyna chichotać.

— Tak? A co zrobiłaś?

— Plotłam bez ładu i składu. — Wzruszam lekko ramionami. — Już tak mam, gdy się znajdę w towarzystwie facetów.

— Teraz nie pleciesz — zauważa.

— Tak, teraz nie. A pamiętasz tyradę o seryjnym mordercy, którą cię poczęstowałam dwie godziny temu?

— Możesz być spokojna, pamiętam. — Posyła mi uśmiech, który przyspiesza mój puls. Boże, ale on potrafi się seksownie uśmiechać. I za każdym razem, gdy podnosi kąciki ust, jego oczy iskrzą swawolnie. — Przestałaś się już mną denerwować, prawda?

— Tak — kłamię. Jestem na wskroś zdenerwowana. Przecież to pieprzony John Logan, jeden z najpopularniejszych chłopaków na uniwersytecie. A ja jestem pieprzona Grace Ivers, jedna z tysiąca dziewczyn, która się w nim zadurzyła.

Znów przesuwa po mnie wzrok. Powoli i dokładnie, z gorącym błyskiem, które przeszywa moją skórę niczym prąd. Tym razem nie mam najmniejszych wątpliwości, że w jego oczach jest zainteresowanie.

Powinnam wykonać jakiś ruch?

Powinnam, prawda?

Pochylić się bliżej? Pocałować go. A może poprosić, by mnie pocałował? Wracam myślami do szkolnych czasów i gorączkowo próbuję przypomnieć sobie, jak to było z tamtymi wszystkimi pocałunkami. Czy to chłopcy robili pierwszy ruch? Czy może robiliśmy to na trzy cztery. Tyle że nigdy nie całowałam się z facetem choćby w połowie tak obłędnym.

— Chcesz, żebym już sobie poszedł?

Zaskakuje mnie ten szorstki głos i uświadamiam sobie, że gapię się na niego niemal od minuty bez odezwania się jednym słowem.

Moje usta są tak suche, że zanim będę w stanie odpowiedzieć, muszę przełknąć kilka razy.

— Nie. To znaczy możesz zostać, jeśli chcesz. Możemy obejrzeć coś innego albo…

Nie jest mi dane dokończyć zdania, ponieważ on przysuwa się bliżej i dotyka mojego policzka. W tej chwili struny głosowe w moim gardle zamierają, a bicie serca ostro przyspiesza.

John Logan dotyka mojego policzka.

Opuszki jego palców są chropowate, ocierają się szorstko o moją skórę, a od jego cudownego zapachu zaczyna mi się kręcić w głowie.

Delikatnie głaszcze moje kości policzkowe i muszę się powstrzymać, by nie mruczeć jak spragniona pieszczot kotka.

— Co robisz? — pytam szeptem.

— Patrzyłaś na mnie tak, jakbyś chciała, bym cię pocałował. — Powieki opadają na jego niebieskie oczy. — I pomyślałem sobie, że właśnie to zrobię.