Zaręczynowy skandal

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Chantelle Shaw
Zaręczynowy skandal

Tłumaczenie:

Maria Nowak

ROZDZIAŁ PIERWSZY

To był chyba najgorszy poranek w jej życiu.

Kristen skuliła ramiona, usiłując choć trochę osłonić twarz przed strugami lodowatego deszczu, zacisnęła zdrętwiałe z zimna palce na pasku swojej przepastnej torby, która dzisiaj wydawała jej się ciężka jak kula galernika, i pognała po mokrych, śliskich schodach w dół, wśród szarej, wezbranej o tej porze rzeki, wlewającej się gwałtownymi falami na peron stacji metra. Zamrugała, kiedy jej wzrok, wbity w brudne stopnie, zasnuła mgła.

Łzy? Potrząsnęła głową. Nie płakała od tamtego, absurdalnie słonecznego dnia, kiedy na progu jej rodzinnego domu pojawił się młody, wyraźnie zakłopotany policjant. Z ogromną przykrością musiał zawiadomić ją, jako najbliższą krewną pani Kathleen Russell, że poniosła ona śmierć w wypadku drogowym. Przebiegała przez jezdnię tuż za zakrętem, nadjeżdżający samochód nie zdążył zahamować. Prowadzone jest śledztwo, które ma ustalić, czy kierowca jechał z przepisową prędkością i czy nie znajdował się pod wpływem środków odurzających. Policjant przestępował z nogi na nogę, mnąc służbową czapkę w spoconych dłoniach. Powtórzył co najmniej pięć razy, że jest mu przykro z powodu jej straty, a ona milczała, patrząc na niego nieruchomym wzrokiem, ciężko oparta o framugę drzwi. Widziała wyraźnie, jak usta policjanta się poruszają. Słyszała słowa, które wypowiadał, ale rozum odmawiał posłuszeństwa, a w głowie miała kompletną pustkę. Pierwsze zareagowało serce, instynktownie, na krawędzi świadomości. Kristen poczuła ból, przeszywający ją na wskroś niczym cios sztyletu. Wybuchnęła płaczem. Potem nie było już czasu na łzy. Jej niespełna trzyletni synek, Nicolas, zeskoczył ze swojej ulubionej huśtawki i przybiegł przez trawnik, zaintrygowany wizytą „panalicjanta”. Kristen musiała wziąć się w garść, błyskawicznie otrzeć łzy i przywołać na twarz spokojny uśmiech. Nie miała pojęcia, jak powiedzieć chłopcu, że jego ukochana babcia, najlepsza kompanka do szalonych zabaw, odeszła na zawsze, choć miała tylko skoczyć do sklepu spożywczego po kakao. Nie będzie czekoladowych ciasteczek na podwieczorek… nie będzie beztroskiego, domowego życia… Jak miała wytłumaczyć to trzylatkowi, skoro sama nie pojmowała?

Na pogrzebie stała wyprostowana jak żołnierz na warcie, trzymając synka za rączkę. Malec, ubrany w zbyt poważnie jak na niego wyglądający garniturek, patrzył na trumnę smutnym, nierozumiejącym spojrzeniem swoich dużych, okrągłych oczu, o tęczówkach ciemnych jak gorzka czekolada. Chcę do babci, mówił, wyginając buzię w podkówkę. Czy babcia nie mogłaby już wrócić z tego nieba?

Kristen krajało się serce. Czy mogła się dziwić, że Nicolas tęsknił za babcią? To Kathleen, na dobrą sprawę, zajmowała pierwsze miejsce w życiu chłopca. Kiedy Kristen, młodziutka studentka i wschodząca gwiazda brytyjskiej akrobatyki, wróciła z długich wakacji na kontynencie, przywożąc pod sercem pasażera na gapę, jej mama stanęła za nią murem. Nie zadawała zbędnych pytań, nie wyrażała krytycznych opinii, nie dawała budujących rad. Po prostu oświadczyła, że być młodą babcią – a miała lat niespełna pięćdziesiąt – to supersprawa. Wspierała ciężarną córkę, siedziała obok niej podczas badań USG, a kiedy przyszedł czas, zawiozła ją do szpitala i nie dała się wyprosić z sali porodowej. Potem, kiedy Kristen wróciła do domu z maleńkim Nicolasem, Kathleen oświadczyła bez wstępów, że złożyła rezygnację w pracy. Od kariery zawodowej interesowała ją o wiele bardziej kariera babci. Dodała, że jej wnuk zasługuje na to, żeby mieć wykształconą i samodzielną mamę. Kristen zgadzała się z tym całkowicie. Skończyła więc studia i poszła do pracy, spokojna o synka, którego co rano zostawiała pod opieką babci. Chłopiec rósł zdrowo i wręcz rozkwitał, a jego mama powoli wyrabiała sobie markę jako młoda, zdolna fizjoterapeutka.

Tragedii, która nieodwracalnie zniszczyła sielankę, nic nie zapowiadało. Nowa rzeczywistość była jak koszmarny sen, z którego Kristen nie potrafiła się obudzić. Dostała tydzień urlopu z przyczyn rodzinnych. Tydzień, żeby wytłumaczyć synkowi, że już nie będzie mógł spędzać beztroskich dni w domu z babcią, podczas kiedy mama jest w pracy. Tydzień, żeby przyzwyczaić go do myśli, że będzie musiał pójść do żłobka.

Tydzień to o wiele za mało, pomyślała, walcząc ze łzami. Tego ranka jej mały Nicolas rozpaczliwie płakał, kiedy zostawiała go w żłobku, pod okiem bardzo miłych, ale zupełnie obcych opiekunek. Wspomnienie tego płaczu prześladowało ją, bolało nieznośnie, jak tkwiąca w sercu drzazga.

Cóż jednak miała robić? Wykorzystała już cały przysługujący jej w tym roku urlop. Potrzebowała pracy, teraz bardziej niż kiedykolwiek. Była samotną matką, w pełnym znaczeniu tego słowa. Na całym świecie nie miała bliskiego człowieka, na którego mogłaby liczyć. Zacisnęła usta w grymasie uporu. Nie, nie będzie się mazgaić, roztkliwiać nad sobą. Musi być silna. Jej mama na pewno nie chciałaby widzieć córki załamanej, a Nicolas… Nicolas potrzebował jej spokoju i pogody ducha. Tylko jak miała mu to zapewnić, skoro tonęła w odmętach czarnej rozpaczy i beznadziei, a zmęczenie zdawało się przygniatać ją straszliwym, śmiertelnym ciężarem?

Jakiś podróżny, który najwyraźniej spieszył się do pracy jeszcze bardziej niż ona, staranował ją potężnym impetem swojego co najmniej studwudziestokilogramowego cielska, wciśniętego w wysłużony garnitur. Uderzenie było tak mocne, że tylko instynktowna reakcja trenowanych od dzieciństwa mięśni uchroniła ją przed upadkiem. Zatoczyła się i oparła o ladę kiosku z gazetami. Tuż przed jej nosem, za szybą wystawową, wielkimi literami krzyczał tytuł na pierwszej stronie tabloidu:

„Udane polowanie! Córka hrabiego ustrzeliła multimilionera z Sycylii!”

Sycylia…

Samo brzmienie tego słowa było cudowne, niczym kęs soczystej, dojrzałej pomarańczy. Kristen poczuła, że fala rozkosznych, krzepiących wspomnień rozgrzewa ją od środka. Kiedyś była na Sycylii. Spędziła tam kilka cudownych miesięcy, pełnych słońca, szczęścia, swobody i… miłości. Czy naprawdę od tego czasu minęły tylko niecałe cztery lata? Miała wrażenie, że to było wieki temu. W innym życiu.

Sama nie wiedząc do końca, dlaczego to robi, wysupłała z kieszeni garść drobniaków, kupiła egzemplarz kolorowego pisma i, wsadziwszy je pod pachę, popędziła ku otwartym drzwiom metra. Kiedy usiłowała wywalczyć sobie skrawek miejsca w nieprawdopodobnie zatłoczonym wagonie, omal nie zgubiła gazety. Unieruchomiona na dobre pomiędzy młodzieńcem z wypakowanym plecakiem a damą o bujnych kształtach, która zdradzała wyraźną predylekcję do mocnych perfum, zdołała wyciągnąć lekko już pomięty papier spod pachy i, pomagając sobie zębami, otworzyć pismo na pierwszej stronie. Metro ruszyło. Kristen, poddając się miarowemu kołysaniu pojazdu, z uszami wypełnionymi wizgiem pędzących po szynach kół, dość bezmyślnie wbiła wzrok w tekst. I zamarła, kiedy jej spojrzenie padło na ilustrujące artykuł zdjęcie, przedstawiające wysokiego mężczyznę o włosach czarnych jak heban. Multimilioner z Sycylii splatał ramiona na szerokim torsie, patrząc prosto przed siebie władczym, chłodnym spojrzeniem oczu o zaskakującej, intensywnie niebieskiej barwie. Nie wydawał się w najmniejszym stopniu przejęty faktem, że jego łokcia uczepiła się blond piękność o figurze modelki, odziana w kreację godną członkini brytyjskiej rodziny królewskiej.

Kristen znała tego multimilionera. Naprawdę dobrze go znała. Nie widzieli się od prawie czterech lat, ale ona codziennie patrzyła na małego człowieka, który był jego wierną kopią. Nicolas wrodził się w ojca. Sergio nie mógłby wyprzeć się syna, nawet gdyby chciał. A czy chciałby? To było pytanie czysto teoretyczne, bo o przyjściu na świat syna Sergio nie miał pojęcia. I tak miało pozostać. Kristen nie planowała nawiązać z nim kontaktu po tym, jak ich drogi definitywnie się rozeszły.

A jednak… serce tłukło jej się w piersi jak oszalałe, kiedy czytała doniesienie z ostatniej chwili.

„Bywalcy London Palladium mieli w tym tygodniu niewątpliwą przyjemność spotkać tam młodą lady Felicity Denholm, która wybrała się zwiedzić zabytkowy teatr w towarzystwie włoskiego biznesmena, potentata branży hotelarskiej, Sergia Castellana. Wiemy z pewnego źródła, że ta piękna para właśnie się zaręczyła.

Choć zaręczyn nie podano jeszcze do publicznej wiadomości, dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, że hrabia Denholm ogromnie raduje się z perspektywy tego mariażu. I nic dziwnego! Sergio Castellano jest znakomitą partią. To jeden z najbogatszych Włochów – imperium Castellanów, zarządzane przez braci bliźniaków, Sergia i Salvatore’a, w którego skład wchodzą rozsiane po całym świecie kompleksy hotelowo-rekreacyjne, oraz prawdziwy klejnot Sycylii, rozległa winnica, gdzie uprawia się między innymi czarną winorośl Nero d’Avola oraz produkuje linię szlachetnych, luksusowych win, oceniane jest na kilka miliardów euro. Nieprzeciętna zamożność i głowa do interesów to nie jedyne atuty Sergia, który, podobnie zresztą jak jego brat bliźniak, urodą nie ustępuje chyba nawet bogom z rzymskiej mitologii”.

Kristen skrzywiła usta, czując niespodziewaną gorycz. Nie po raz pierwszy o matrymonialnych planach Sergia Castellana dowiadywała się z gazety. Dzisiaj, po latach, nie miało to dla niej większego znaczenia. Ale nie potrafiła zapomnieć szoku i bólu, który przeżyła poprzednim razem, kiedy przeczytała o zaręczynach Sergia z piękną dziewczyną z jego rodzinnej Sycylii. Wiadomość pojawiła się w prasie zaledwie kilka tygodni po tym, jak Kristen wróciła do domu, zdruzgotana nagłym, niespodziewanie dramatycznym zakończeniem ich związku. To, co przeżyła na Sycylii, było jak niewiarygodnie piękny sen. Pobudka okazała się przeżyciem wyjątkowo trudnym, a świadomość, że Sergiowi wystarczyło kilka tygodni, by obiecać innej kobiecie to, czego jej obiecać nie zechciał, niczego nie ułatwiała.

 

Małżeństwo z delikatną Włoszką o ogromnych, sarnich oczach najwyraźniej okazało się nietrwałe, bo Sergio Castellano powrócił na rynek singli. Mało tego, zdążył już namierzyć rasową angielską arystokratkę. Na fotografii lady Felicity miała minę kotki, której trafiła się wyjątkowo tłusta mysz. Cóż za fatalna pomyłka! Kristen aż pokręciła głową. Sergio Castellano nie był łatwym łupem i w najmniejszym stopniu nie przypominał myszy. Słodka, wypieszczona koteczka już niebawem zorientuje się, że ma do czynienia z drapieżcą, i to takim, który może pożreć ją jednym kłapnięciem. Ale prawdopodobnie będzie wolał pobawić się nią przez chwilę, a gdy się znudzi, pójdzie w swoją stronę.

Metro zwalniało ze zgrzytem, zatrzymując się na kolejnych stacjach, podróżni, dokonując w ścisku sztuk godnych Houdiniego, wysiadali i wsiadali, pociąg szarpał i przyspieszał gwałtownie, powodując falowanie zbitej masy ludzkiej. Kristen nie zwracała na to wszystko najmniejszej uwagi. Nie mogła oderwać wzroku od zdjęcia Sergia. Boże drogi, ależ to był piękny mężczyzna! Mijający czas uwypuklił tylko jego wyjątkową urodę. Rysy, przed czterema laty jeszcze młodzieńczo miękkie, stały się wyraziste, jakby wyrzeźbione w granicie. Lekko zarysowane zmarszczki w kącikach oczu podkreślały siłę spojrzenia. Włosy miał teraz dłuższe; już nie nosił zabawnej, opadającej na czoło grzywki, tylko odgarniał je do tyłu, eksponując szlachetne linie szczupłej, pociągłej twarzy. Może sprawił to ciemny smoking, w który był ubrany, a może sposób, w jaki zrobiono zdjęcie, ale wydawał się jeszcze wyższy i bardziej imponująco zbudowany niż wtedy, gdy go poznała. Doskonale pamiętała ich pierwsze spotkanie – wpadli na siebie, dosłownie wpadli, kiedy podczas joggingu na plaży, w pewien słodki, pogodny poranek, oboje uskoczyli przed tą samą falą, którą wysłało ku nim morze rozhuśtane po nocnej wiosennej burzy. Kristen, żeby nie stracić równowagi, oparła dłonie o szeroką, umięśnioną klatkę piersiową wyższego od niej o głowę biegacza, ten zaś odruchowo otoczył jej talię ramionami, chroniąc przed upadkiem.

– Scusi – wydukała ona.

– Sorry – powiedział w tej samej chwili on. A potem spojrzeli sobie w oczy i roześmiali się oboje, beztroskim, radosnym śmiechem. Kristen nie wiedziała, ile czasu tak stali; u ich stóp szumiało Morze Śródziemne, a nad głowami niebo jaśniało złotą łuną świtu. W końcu, wciąż roześmiana, wyplątała się z jego ramion i pobiegła dalej, a on podążył w swoją stronę. Ale tego dnia nie mogła się skupić na treningu. Myślami wciąż wracała do ciemnowłosego, opalonego na złocisty brąz młodego mężczyzny o czarującym uśmiechu i intensywnym spojrzeniu niebieskich oczu, skrytych w gąszczu ciemnych rzęs. Następnego ranka wyszła pobiegać na tę samą plażę, zwabiona nieokreśloną tęsknotą. Radosna nadzieja przepełniała ją, niosła lekko po wilgotnym piasku. Kristen wiedziała, po prostu wiedziała, że za którymś kolejnym zakrętem skalistego wybrzeża zobaczy wysoką postać ciemnowłosego biegacza. I nie myliła się. Tym razem zatrzymali się oboje, gdy dzielił ich krok. Ciemnowłosy nie zamierzał nic mówić. Po prostu ujął jej twarz w dłonie, pochylił się i pocałował ją w usta.

Wystarczyło wspomnienie tego pocałunku, by Kristen westchnęła bezgłośnie, rozchylając wargi. Cała mądrość życiowa, jaką zdobyła w ciągu ostatnich czterech lat, i wszystkie nowe doświadczenia – niektóre trudne, inne niewiarygodnie piękne – nie zdołały zatrzeć w jej pamięci intensywności tamtej chwili. Jego usta były ciepłe i aksamitne, ich dotyk – zdecydowany, natarczywy wręcz, lecz zarazem w jakiś niepojęty sposób delikatny, jakby ta pieszczota stanowiła niewyrażone słowami pytanie. Smakował rześkim, morskim wiatrem i czystą energią życia. Odpowiedziała na jego milczące pytanie tak entuzjastycznie, jak tylko potrafiła. Czas mijał, odmierzany szumem biegnących ku brzegowi korowodów fal, a oni trwali, pochłonięci bez reszty dialogiem bez słów. Dla młodziutkiej Kristy to było jak objawienie. Jakby nagle pojęła sens istnienia. Jakby odnalazła swoje miejsce we wszechświecie, miejsce pełne słońca, szczęścia i beztroski. Od tego ranka ona i Sergio stali się nierozłączni. Razem biegali po plaży, razem pływali w chłodnym, rozkołysanym morzu. Wieczorami siadywali w ogrodzie na wysokim klifie i rozmawiali godzinami, a łagodne światło świec tańczyło, oświetlając ich roześmiane twarze, migocząc w oczach, które wpatrywały się w siebie z zachwytem. Ten zachwyt zaprowadził ich dalej, ku namiętności, tak naturalnej jak oddech, i tak potężnej jak samo życie.

Kilka tygodni później Kristen przekonała się, że za te chwile niczym niezmąconego, beztroskiego szczęścia musi zapłacić ogromną cenę. I że nic na tym świecie nie trwa wiecznie. Ich związek – jeśli w ogóle można było tym mianem określić beztroską przygodę dwojga młodych ludzi, którzy oszaleli wzajemnie na swoim punkcie, chcieli wycisnąć z każdej spędzonej razem godziny tyle szczęścia, ile tylko się da, i ani jednej myśli nie poświęcali przyszłości – nie przetrwał zderzenia z prawdziwym życiem. Podczas szalonych, szczęśliwych tygodni, jakie spędzili razem, Kristen dowiedziała się, że jej ciemnowłosy kochanek pochodził z bardzo zamożnej rodziny. Że błękit oczu, koci wdzięk ruchów i absolutny słuch muzyczny Sergio odziedziczył po matce, rosyjskiej primabalerinie. Nie dowiedziała się natomiast, czy ich przygoda była dla niego czymkolwiek więcej niż chwilową rozrywką. Najpierw uważała za pewnik, że zakochał się w niej tak samo poważnie i głęboko, jak ona zakochała się w nim. Potem musiała uznać, że była to wielka naiwność z jej strony.

Sergio… przez te cztery lata naprawdę się zmienił. Tamtej wiosny spotkała na plaży uroczego chłopaka. Teraz ze zdjęcia patrzył na nią mroczny, niemalże groźny mężczyzna. Wzrok miał zimny, usta zaciskał w twardą, prawie agresywną linię. Co się stało, kochany? – miała ochotę zapytać. Gdzie się podziała spontaniczna radość życia, która tak mnie w tobie zachwycała? Oczywiście, wiedziała, że o nic go nie zapyta. W sumie dobrze, że kupiła tę gazetę. Tylko utwierdziła się w przekonaniu, że postąpiła słusznie, kiedy zdecydowała nie nawiązywać z nim kontaktu. Dla synka, którego wraz z Sergiem sprowadzili na ten świat, pragnęła pogodnego, szczęśliwego dzieciństwa i kochającej rodziny. Naprawdę nie chciała, żeby stał się on wstydliwym szczegółem w czyimś życiorysie, niewygodnym faktem, który należało ukryć przed narzeczoną, czy pretekstem do podejrzeń o szantaż.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha. – Stephanie Bower, szefowa Kristen, słynęła z niewyparzonego języka. Teraz przykryła dłonią usta, ale było za późno; niefortunne słowa już z nich wyfrunęły. Stephanie zawsze mówiła dużo. I prędko.

– Przepraszam cię! – Zatrzepotała szybko rękami, podnosząc się zza biurka, a jej szeroka twarz, obramowana włosami ułożonymi w gładką, lśniącą fryzurkę z grzywką, pokryła się ciemnym rumieńcem. – Wiesz, że nie miałam na myśli twojej świętej pamięci… – zaplątała się jeszcze bardziej i umilkła, ciężko speszona.

– Wiem, oczywiście, że wiem. – Kristen nie mogła się nie uśmiechnąć. Szczerze lubiła Stephanie, jej energię, pogodę ducha i iście matczyną troskę, którą otaczała swoich pracowników. Kiedy, jako świeżo upieczona absolwentka wydziału rehabilitacji na akademii wychowania fizycznego, rozpoczęła pracę w centrum medycy sportowej, Stephanie Bower wzięła ją pod skrzydła. Jeśli dzisiaj Kristen Russell była uznaną fizjoterapeutką, stało się tak w dużej mierze dzięki szefowej, która zauważyła i doceniła jej talent, pomogła pozbyć się tremy i ze zrozumieniem odniosła się do faktu, że jej nowa pracownica jest młodą mamą. – Prawda jest taka, że zobaczyłam kogoś, kto dla mnie jest jak duch.

– Kogo takiego? – Stephanie zrobiła krok w jej stronę, a w jej ciemnych oczach zamigotała niekłamana ciekawość.

– Ojca mojego syna, Nicolasa.

Kristen nie mogła uwierzyć, że powiedziała to na głos. Nigdy dotąd nie mówiła o wydarzeniach, które zaszły na Sycylii. Nikomu, nawet własnej matce.

– Nie żartuj! – Stephanie impulsywnie chwyciła ją za ręce. – Myślałam… domyślałam się… że nie masz kontaktu z tym człowiekiem. Nigdy o nim nie wspominałaś. Mów zaraz, jak wypadło spotkanie po latach?

Kristen westchnęła, nagle bezbronna wobec ciężaru tajemnicy, którą skrywała przez lata.

– Nie było żadnego spotkania. Po prostu – wyciągnęła lekko sfatygowane pismo z kieszeni kurtki i położyła je na biurku – natknęłam się na jego zdjęcie w prasie.

– Mogę zobaczyć? – Stephanie rzuciła się na gazetę jak jastrząb na zdobycz.

– Oczywiście. O, tutaj. – Kristen postukała palcem w zdjęcie. – To jest ojciec Nicolasa.

Szefowa pochyliła się nad biurkiem, by w następnej sekundzie poderwać się do pionu. Otworzyła usta, zamknęła je z powrotem, pokręciła głową. I znów pochyliła się nad fotografią. Dopiero po chwili udało jej się wydobyć głos.

– Sergio Castellano? Ten Sergio Castellano? Włoski nabab, ulubieniec paparazzich i marzenie wszystkich kobiet?! Żartujesz sobie ze mnie, prawda?

Kristen powiesiła kurtkę na wieszaku i sięgnęła po białą bluzkę z krótkim rękawem, stanowiącą firmowy strój pracowników przychodni. Szefowa wciąż patrzyła na nią spod wysoko uniesionych brwi, oczekując odpowiedzi, więc posłała jej niezbyt wesoły uśmiech i potrząsnęła głową.

– Nie żartujesz! – pojęła Stephanie i omal nie zaczęła podskakiwać z ekscytacji. – O, mój Boże! Jednego tylko nie rozumiem – paplała – jakim cudem dziewczyna taka jak ty zadała się z zabójczo seksownym, niewiarygodnie nadzianym playboyem jego pokroju!

Kristen nie miała pojęcia, co odpowiedzieć, więc wyciągnęła swój organizer i udawała, że jest bez reszty pochłonięta sprawdzaniem planu zajęć na cały tydzień.

– Nie zrozum mnie źle – zreflektowała się szefowa. – Z twoją niebanalną angielską urodą po prostu musiałaś wpaść mu w oko. Ale przecież ty mieszkasz w Camden i zajmujesz się fizjoterapią, a on jest Sycylijczykiem, i, jeśli wierzyć doniesieniom tabloidów, spędza czas głównie na swoim luksusowym jachcie. Jak doszło do waszego spotkania?

Kristen uśmiechnęła się do wspomnień. Osobiście była zdania, że dużo łatwiej jest wyjaśnić, dlaczego ona i Sergio spotkali się tamtej wiosny przed czterema laty, niż pojąć, jak to się stało, że piękny dziedzic fortuny Castellanów, który na co dzień zadawał się z arystokratkami, modelkami i celebrytkami, zwrócił uwagę na dziewczynę taką jak ona. Bo pięknością w żadnym razie nie była. Owszem, na figurę nie mogła narzekać – od lat ćwiczyła gimnastykę artystyczną, więc była szczupła i gibka. Ale wdzięki miała raczej skąpe, bardziej dziewczęce niż kobiece, i na pewno nie mogła się równać z piersiastymi, wypielęgnowanymi pannami, które, wyciągnięte na leżakach, eksponowały swoje idealne ciała obleczone w kostiumy od słynnych projektantów i słały zza markowych okularów przeciwsłonecznych powłóczyste spojrzenia perfekcyjnie umalowanych oczu. Ona nie malowała się prawie nigdy; nie miała do tego głowy. Jej życiem był sport. Podczas treningów make-up potrzebny był jej jak dziura w moście, a zresztą… żadna ilość fluidu, bronzera czy różu nie zdołałaby poprawić owalu jej drobniutkiej, trójkątnej twarzy, ani zamaskować piegów, których całe konstelacje słońce wyczarowywało na jej jasnej skórze. Włosy nosiła wtedy długie niemal do pasa, ale trzeba było naprawdę dużo dobrej woli, żeby nazwać je kasztanowymi i jedwabistymi. Wystarczyło trochę podzwrotnikowego słońca, żeby w ich ciemnej, niesfornej gęstwinie pojawiły się ognistorude refleksy. Nie przejmowała się ani ich buntowniczą naturą, ani nietypową kolorystyką. Kiedy trenowała, i tak związywała je w koński ogon, a podczas zawodów sportowych musiały być spięte w regulaminowy koczek. Tamtego ranka na plaży, kiedy patrzyła w niebieskie oczy młodego Sycylijczyka, i widziała w nich radosne, pełne zachwytu wyczekiwanie, nie poświęciła ani jednej myśli temu, jak wygląda. Po prostu była młoda, energia buzowała w jej piersi niczym ogień, i czuła, że cały świat leży u jej stóp.

– Spotkaliśmy się na Sycylii. Studiowałam już, ale wzięłam urlop dziekański, bo zbliżały się mistrzostwa świata, a ja marzyłam o złotym medalu w gimnastyce sportowej. Wiedziałam, że to moja ostatnia szansa. W tej dziedzinie wiek bardzo wcześnie staje się przeszkodą na drodze do sukcesu. Od jesieni trenowałam bez wytchnienia, ale zimą dopadła mnie paskudna grypa. Nie mogłam ćwiczyć, podłamałam się. Wtedy pojawiła się możliwość wyjazdu na Sycylię. Paromiesięczny pobyt miał sprawić, że wrócę do formy; w nadmorskim ośrodku było wszystko, czego potrzebowałam do treningów. Powinnam była skupić się na pracy, ale zamiast tego… zachłysnęłam się wolnością. To był mój pierwszy, samodzielny wyjazd za granicę. Nic dziwnego, że zupełnie straciłam głowę dla przystojnego chłopaka, którego spotkałam na plaży.

 

– A kiedy lato dobiegło końca – Stephanie wzięła się pod boki – czar prysł i okazało się, że nie będziecie żyć razem długo i szczęśliwie. Musiałaś wracać do domu, do Anglii, a z długich wakacji przywiozłaś coś więcej niż tylko imponującą opaleniznę, mam rację?

Kristen pokiwała głową.

– A co na to Castellano? – chciała wiedzieć szefowa. – Nie zaoferował ci wsparcia, kiedy się dowiedział, że nosisz jego dziecko? Co za świnia! Łajdak i tchórz. Forsy ma jak lodu, ale robi w gacie ze strachu na myśl o dziecku. Typowy facet.

– Nie powiedziałam mu o Nicolasie. – Kristen musiała podnieść głos, żeby przerwać tyradę Stephanie. Szefowa spotkała w swoim życiu tak wiele kobiet, które zostały porzucone przez partnerów wtedy, kiedy najbardziej potrzebowały wsparcia, że jej opinia o rodzaju męskim była, delikatnie mówiąc, nie najlepsza. Tymczasem, z jakiegoś niezrozumiałego powodu, Kristen nie chciała, żeby posądzano jej dawnego ukochanego o podłość. – Sergio nie wie, że urodziłam syna. Z jego punktu widzenia to, co nas połączyło… było tylko chwilową przygodą. Miałam powody, żeby uznać, że lepiej nie mówić mu o dziecku. Wiem, że w jego życiu nie byłoby miejsca dla Nicolasa.

Cała prawda o tym, jak zakończył się jej pobyt na Sycylii przed czterema laty, była znacznie bardziej skomplikowana, ale Kristen nie zamierzała wdawać się w szczegóły. Trudno było zawrzeć w kilku zdaniach historię, która zaczęła się od nagłego krwawienia, które pojawiło się zupełnie nie w porę, w drugim miesiącu płomiennego związku z Sergiem. Miała tak silne bóle, że wylądowała w szpitalu. Nie mogła zrozumieć ani słowa z postawionej przez lekarza diagnozy, choć ten mówił zupełnie poprawną angielszczyzną. Ciąża, w dodatku bliźniacza? Obumierające pęcherzyki płodowe? Poronienie? Kompletne zaskoczenie, jakie pociąga za sobą zazwyczaj wiadomość o wpadce, w jednej chwili zamieniło się w żałobę. Kristen wyjechała z Sycylii załamana i chora. Oto jej pierwsza miłość, piękna i beztroska, kończyła się cichym, niespodziewanym dramatem, który pogrążył ją w śmiertelnym smutku. Wróciła do Anglii i robiła wszystko, żeby zapomnieć o całej historii. Ale historia wcale się na tym nie skończyła. Po kilku tygodniach, podczas badania lekarskiego Kristen dowiedziała się ku swojemu zdumieniu, że… nadal jest w ciąży. Jedno z dzieci straciła, owszem, ale drugie desperacko uchwyciło się życia. Przetrwało, choć według włoskiego ginekologa, nie miało szans. Siedem miesięcy później na świat przyszedł zdrowy chłopiec, niezmiernie podobny do ojca. Tylko oczy miał ciemne, o barwie gorzkiej czekolady. Gen przekazany przez babcię Rosjankę gdzieś się po drodze zagubił.

– Reasumując – Stephanie postukała palcem w gazetę – twój Nicolas ma obrzydliwie bogatego tatusia, który planuje poślubić rozpieszczoną celebrytkę. Można tu przeczytać, że para nie zdecydowała jeszcze, czy jako stałe miejsce zamieszkania obierze rezydencję Castellanów na Sycylii, luksusowy penthouse w Rzymie, czy też zabytkową willę w prestiżowej dzielnicy Londynu, którą pan Castellano zamierza nabyć za grube miliony. Oczywiście, państwo młodzi nie planują prowadzić nudnego, osiadłego życia. Mają do dyspozycji jacht i prywatny samolot, więc świat będzie stał przed nimi otworem. Krótko mówiąc, pan Sergio Castellano wiedzie słodkie, miłe życie, podczas gdy ty urabiasz sobie ręce po łokcie, samotnie wychowując dziecko, które był łaskaw spłodzić. Cała ta sytuacja jest naprawdę strasznie nie fair.

– Ależ… ja też wiodę słodkie i miłe życie – zaprotestowała odruchowo Kristen, a potem zawahała się. Jeszcze do niedawna naprawdę tak myślała. Uwielbiała swoją pracę; tworzenie programów rehabilitacyjnych dopasowanych do potrzeb konkretnych pacjentów, śledzenie ich postępów w powrocie do zdrowia, a także prowadzenie nowoczesnych zajęć fitness – wszystko to dawało jej ogromną satysfakcję. Pensja wystarczała na pokrycie kredytu hipotecznego, zapłacenie rachunków i skromne życie. Jej mama zajmowała się domem i zapewniała opiekę nad Nicolasem, więc Kristen codziennie wracała z pracy spokojna, że wszystko jest w porządku, i poświęcała cudowne godziny zabawie z synkiem. Tylko czasami dopadała ją tęsknota za niebieskookim Sycylijczykiem albo żal na myśl o tym, że gdyby wszystko poszło dobrze, jej kochany, słodki i najpiękniejszy na świecie Nicolas miałby braciszka albo siostrzyczkę. Niestety… wraz ze śmiercią Kathleen wszystko się zmieniło. Dom przestał być bezpieczną przystanią, a praca stała się warunkiem przetrwania. O tym jednak nie chciała rozmawiać z szefową. Wolała być postrzegana jako osoba zaradna i niezależna, a nie potrzebująca pomocy. Lub, co gorzej, roszczeniowa.

– Może faktycznie nie mam jachtu, ale domek z ogródkiem w zupełności mi wystarcza – dokończyła z dziarskim uśmiechem.

– Obie wiemy, moja droga, że nie tylko pieniądze są ważne – Stephanie nie dała się zbyć. – Niedawno przeżyłaś ogromną stratę. Żałoba po kimś tak bliskim jak matka wymaga czasu. Powinnaś zwolnić tempo. Ze względu na siebie i na Nicolasa.

Kristen przygryzła wargę. Szefowa miała oczywiście jak najlepsze intencje, ale czy musiała przypominać jej o cierpieniu dziecka? Nicolas rozpaczliwie płakał, kiedy zostawiała go w żłobku. Nie chciał patrzeć na kolorowe zabawki, wyrywał rączkę z dłoni uśmiechniętej, sympatycznej opiekunki. Nie pomagały zapewnienia Kristen, że za parę godzin po niego przyjdzie. Chłopiec był autentycznie przerażony. I bardzo nieszczęśliwy.

– Zwolnić tempo? Jak niby miałabym to zrobić? – W jej głosie pobrzmiewała gorycz. – Wiem, że najlepiej by było, gdybym przez jakiś czas została z synkiem w domu. Ale nie mogłabym sobie na to pozwolić.

– A ja myślę, że powinnaś na jakiś czas wycofać się z życia zawodowego. – Stephanie spojrzała na nią z powagą. – Nie zrozum mnie źle. Chcę cię mieć w zespole, bo jesteś świetna. Klienci cię uwielbiają, o współpracownikach już nie wspominając, tylko że nie przydasz nam się na nic, jeżeli się załamiesz. Nie chciałabym krakać, ale mam wrażenie, że coś takiego naprawdę ci grozi. Jesteś blada jak śmierć. Idę o zakład, że zamartwiasz się o Nicolasa. Moim zdaniem, potrzebujecie oboje przynajmniej dwóch miesięcy spokoju, żeby oswoić się z odejściem Kathleen i przyzwyczaić do nowej sytuacji.

Kristen westchnęła ze smutkiem.

– Byłoby wspaniale, ale mnie po prostu nie stać na bezpłatny urlop. Gdybym mogła, zabrałabym Nicolasa i wyjechała na kilka tygodni na wieś. Ale musiałabym najpierw wygrać w totolotka.

– Przecież już wygrałaś. – Stephanie walnęła dłonią w biurko, dokładnie w środek zdjęcia przedstawiającego Sergia i Felicity. – To jest twój szczęśliwy los.

– Co takiego? – Kristen splotła ramiona na piersi, a w jej oczach błysnęło oburzenie. – Nie zamierzam wyłudzać…

– Jakie „wyłudzać”? Co wyłudzać? – szefowa nie dała jej dokończyć. – O ile nie nastąpił cud i nie poczęłaś z Ducha Świętego, ten facet powinien ponosić taką samą odpowiedzialność za dziecko jak ty. To chyba uczciwe postawienie sprawy? Ja zresztą nie mówię o tym, żebyś zażądała od niego alimentów, choć miałabyś do tego święte prawo. Po prostu poproś go o jednorazową pomoc. Na pewno nie będzie to przyjemna chwila, ale powiedz sobie, że nie robisz tego dla siebie, tylko dla syna.