Przyjęcie na Sardynii

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Chantelle Shaw
Przyjęcie na Sardynii

Tłumaczenie:

Agnieszka Wąsowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Droga wiła się do góry jak wąż, a jej powierzchnia połyskiwała w świetle samochodowych lamp. Deszcz padał coraz mocniej. Minęli Olienę jakieś piętnaście minut temu i światła miasta przestały być widoczne.

Beth pochyliła się w stronę kierowcy.

– Daleko jeszcze?

Mężczyzna spojrzał przez ramię.

– Wkrótce zobaczy pani Castello del Falco – powiedział łamaną angielszczyzną.

Beth zmarszczyła brwi.

– Chce pan powiedzieć, że pan Piras mieszka w prawdziwym zamku?

Kierowca nie odpowiedział. Samochód pokonał kolejny zakręt i oczom Beth ukazała się ogromna forteca, do której wejścia strzegła szeroka brama. Zamek oświetlały reflektory, podkreślające jedynie jego ogrom i szpetotę.

Kiedy podjechali pod samą bramę, ogarnęło ją uczucie niczym nieuzasadnionego lęku. Chciała poprosić kierowcę, żeby zawrócił z powrotem do miasta. Może miała zbyt wybujałą wyobraźnię, ale czuła, że jej życie zmieni się nieodwracalnie, kiedy przekroczy próg Castello del Falco.

Przyjechała na Sardynię ze względu na Sophie i nie powinna o tym zapominać. Spojrzała na przypięte w fotelu obok dziecko. Nie mogła teraz zawrócić. Kiedy samochód zatrzymał się przed wejściem, miała wrażenie, że opuściła stary, bezpieczny świat i wkroczyła w nieznane.

Przyjęcie było w rozkwicie. Cesario Piras spoglądał z balkonu na bawiących się gości. Jedli, pili szampana, tańczyli, jednym słowem – czuli się doskonale.

Był zadowolony. Jego ludzie ciężko pracowali i chciał im w ten sposób za to podziękować. Nikt z gości nie wiedział, że gospodarz nie może się doczekać, kiedy zostanie sam. Żałował, że nie polecił swojej asystentce, by zmieniła ustalony termin. Donata zbyt krótko dla niego pracowała, żeby widzieć, że trzeci marca to data, która na zawsze została wyryta w jego sercu.

Nieświadomym ruchem dotknął blizny biegnącej od kącika oka aż do ust. Dziś mijała czwarta rocznica śmierci jego syna. To prawda, że teraz nie rozpaczał już tak jak na początku, ale co roku było to dla niego przykrym przeżyciem. Zgodził się na dzisiejsze przyjęcie w nadziei, że oderwie go ono od ponurych myśli. Jednak cały wieczór myślał tylko o Nicolu, a każde wspomnienie było przyczyną niewyobrażalnego cierpienia.

Jakiś szmer uzmysłowił mu, że nie jest na balkonie sam. Odwrócił się i ujrzał swojego lokaja.

– O co chodzi, Teodoro?

– Do zamku przyjechała młoda kobieta i chce się z panem widzieć, signor.

Cesario spojrzał na zegarek.

– O tej porze? Jest mocno spóźniona.

– Nie przyjechała na przyjęcie. Nalega, żeby się z panem zobaczyć.

Teodoro nie potrafił ukryć niesmaku, jaki wzbudziła w nim ubrana w za duży szary płaszcz kobieta. Była przemoczona i wyglądała jak strach na wróble. Woda z jej płaszcza na pewno zamoczy im dywan.

Cesario zaklął pod nosem. Jedyną osobą, która mogła przyjechać do niego o tej porze, była dziennikarka, która koniecznie chciała przeprowadzić z nim wywiad na temat wypadku, który tak dramatycznie zmienił jego życie. Nie cierpiał dziennikarzy i unikał ich jak ognia.

– Przedstawiła się jako Beth Granger.

Nazwisko wydało mu się dziwnie znajome, choć nie należało do dziennikarki. Czyżby to była ta Angielka, która kilkakrotnie dzwoniła do jego biura w Rzymie, prosząc o chwilę rozmowy?

– Powiedz jej, że nigdy nie przyjmuję w domu niezapowiedzianych gości. Niech skontaktuje się z moją sekretarką i wyjaśni, o co chodzi. A potem dopilnuj, żeby opuściła zamek.

Lokaj zawahał się.

– Pani Granger przyjechała taksówką, która już odjechała. Na dworze pada deszcz.

Cesario wzruszył ramionami.

– W takim razie zamów jej następną. Nie chcę jej widzieć.

Teodoro skłonił się sztywno i wycofał się. Cesario spojrzał na gości. Musiał jeszcze wygłosić mowę, wręczyć nagrodę pracownikowi roku i prezent jednemu z dyrektorów, który odchodził na emeryturę.

Obowiązek przede wszystkim. Tego nauczył go ojciec. Castello został zbudowany przez jego przodków w trzynastym wieku i był dla niego miejscem, w którym ukrywał się przed resztą świata. Obowiązek wzywał. Odsunął na bok myśli o synu, wyprostował ramiona i zaczął schodzić po schodach do zebranych gości.

Beth ucieszyła się, że mogła się schronić w ciepłym wnętrzu zamiast moknąć na deszczu. Z chęcią zdjęłaby z siebie przemoczony płaszcz, ale nie chciała ryzykować obudzenia Sophie. Ostrożnie rozpięła górny guzik, żeby móc przynajmniej zdjąć kaptur.

Miała nadzieję, że nie będzie musiała długo czekać na Cesaria Pirasa. Chciała się z nim jak najszybciej zobaczyć. Rozejrzała się po pokoju, do którego wprowadził ją lokaj. Puszysty dywan pasował kolorem do ciężkich zasłon, a dwie lampy oświetlały wnętrze, nadając mu nieco ciepła, choć trudno byłoby nazwać to miejsce przytulnym.

Po raz kolejny zganiła się w duchu za nazbyt wybujałą wyobraźnię. Liczyła na to, że Cesario Piras okaże się bardziej przyjazny niż jego dom.

Drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł Teodoro.

Kiedy zobaczył, że gość trzyma na ręku małe dziecko, zatrzymał się z wahaniem. Przedtem go nie dostrzegł, ponieważ Beth schowała Sophie pod płaszczem, by ochronić ją przed zacinającym deszczem.

– Obawiam się, że pan Piras jest teraz zajęty i nie będzie mógł pani przyjąć. Zaproponował, żeby zadzwoniła pani do jego biura w Rzymie i umówiła się na wizytę.

– Dzwoniłam już tam kilka razy.

Była zdesperowana. Miała wątpliwości co do tego, czy przywozić Sophie na Sardynię, ale Cesario Piras nie odbierał jej telefonów i uznała, że jedynym sposobem, żeby się z nim skontaktować, jest przyjazd do jego domu. Okazało się jednak, że na próżno traciła czas, nie wspominając o kosztach biletu lotniczego z Anglii.

– Chcę się z nim widzieć w osobistej sprawie. Bardzo proszę powiedzieć panu Pirasowi, że koniecznie muszę się z nim zobaczyć.

– Przykro mi, ale pan Piras zdecydowanie odmawia.

Teodoro z doświadczenia wiedział, że naprzykrzanie się szefowi do niczego nie prowadzi. Choć odczuł coś na kształt współczucia dla tej kobiety, nie mógł jej pomóc. Nie chciał się narażać i doskonale wiedział, jak bardzo jego szef ceni sobie prywatność.

– Zadzwonię po taksówkę dla pani. Proszę tu zaczekać.

– Chwileczkę… – zawołała za nim, ale Teodoro już wyszedł. Ogarnęło ją poczucie beznadziejności. Przywiozła Sophie taki kawał drogi na próżno. Przygryzła wargę. Za chwilę mała się obudzi i będzie głodna. W najgorszym wypadku nakarmi ją w taksówce.

Wyszła pospiesznie za lokajem, ale w korytarzu nikogo nie zastała. Stanęła, niepewna, co teraz zrobić. W końcu korytarza otworzyły się nagle podwójne drzwi i pojawiła się w nich służąca z tacą pełną pustych kieliszków. Beth ruszyła w jej stronę, ale zanim zdążyła się odezwać, służąca zniknęła za innymi drzwiami.

Przez uchylone drzwi Beth zobaczyła tłum ubranych odświętnie ludzi, bawiących się przy dźwiękach muzyki.

Przyjęcie! Odczuła nagłą złość. Cesario Piras odmówił widzenia z nią, ponieważ był zajęty zabawą. Nie dał jej nawet szansy wyjaśnienia powodu, dla którego się tu znalazła. Spojrzała na maleńką twarzyczkę Sophie i w jej sercu zrodziła się determinacja. Obiecała Mel, że odnajdzie Cesaria Pirasa i teraz, kiedy tego dokonała, nie pozwoli się tak po prostu zbyć.

Nie zastanawiając się dłużej, przeszła przez drzwi. Znalazła się w przestronnej, bogato zdobionej sali balowej, pełnej ludzi, z których niektórzy zaczęli się jej przyglądać z nieskrywanym zaciekawieniem.

W pewnej chwili muzyka przestała grać. Beth dostrzegła przed sobą mężczyznę, który wszedł na niewielkie podium ustawione pod jedną ze ścian. Najwyraźniej miał coś powiedzieć do swoich gości, ale kiedy dostrzegł Beth, zawahał się. Nawet z tej odległości dostrzegła na jego twarzy wyraz zdziwienia.

Jak długa jest ta sala? Beth przemierzała czarno-białą podłogę, zastanawiając się, czy kiedykolwiek dotrze do końca. Zgromadzeni goście patrzyli na nią w milczeniu. Serce waliło jej jak oszalałe, ale wiedziała, że teraz nie ma już odwrotu. Coś w wyglądzie tego człowieka mówiło jej, że ma przed sobą mężczyznę, o którego odnalezienie prosiła ją Mel.

Santa Madre! Cesario patrzył z niedowierzaniem na idącą w jego stronę kobietę. Zapewne była to osoba, której przybycie zaanonsował mu Teodoro.

Nie wspomniał jedynie o tym, że Beth Granger nie była sama. Dziecko, które trzymała na rękach, mogło mieć nie więcej niż kilka miesięcy. Było owinięte w skafander, spod którego widać był jedynie kawałek twarzy i kosmyk ciemnych włosów. Natychmiast ogarnęły go bolesne wspomnienia.

Nie wiedział, kim jest ta kobieta, ale chciał, żeby wyszła. Dziś pragnął jak najszybciej zostać sam.

W tej chwili podszedł do niego zdenerwowany Teodoro.

– Signor, proszę mi wybaczyć. Poszedłem zadzwonić po taksówkę dla tej pani, kiedy…

– Wszystko w porządku, Teodoro. Sam się nią zajmę.

Kobieta wciąż szła w jego stronę. Cesario zeskoczył z podium i w dwóch krokach znalazł się przy niej.

– Mam nadzieję, że powód, dla którego nachodzi mnie pani na moim przyjęciu jest dostatecznie ważny, pani Granger – powiedział zimno. – Ma pani trzydzieści sekund na jego wyjawienie. Zaraz potem moja służba odprowadzi panią do drzwi.

Beth otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale z gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Jej reakcja na widok Cesaria Pirasa zupełnie ją zaskoczyła. Zrozumiała prawdziwe znaczenie słowa „oniemiały”.

 

Był tak wysoki, że musiała zadzierać głowę, aby spojrzeć mu w oczy. Na jego twarzy widać było długą bliznę, która jednak w żadnym razie nie odbierała mu urody. Wyglądał z nią trochę jak pirat albo jak książę z dawnych wieków.

Zupełnie nie przypominał bankiera. Miał ciemne, sięgające ramion włosy, mocno zarysowaną szczękę, wysokie kości policzkowe i arystokratyczny nos. Jednak najbardziej przyciągały wzrok jego oczy. Szare i zimne, patrzyły na nią tak, jakby mogły dostrzec najgłębsze zakamarki jej duszy.

Czekał na odpowiedź.

– Bardzo przepraszam za najście, ale muszę z panem porozmawiać, panie Piras… Na osobności.

– Jak pani śmie przychodzić tu bez zaproszenia i mi przeszkadzać?

Mówił perfekcyjnym angielskim, ale z silnym akcentem. Miał głęboki głos, który sprawiał, że Beth dostała gęsiej skórki. Patrzył na nią w milczeniu. Gdyby nie to, że miała ze sobą dziecko, natychmiast kazałby jej opuścić zamek. Spojrzał na maleństwo, które trzymała w rękach i jego serce skurczyło się z bólu. Kiedyś on sam trzymał tak swojego syna. Przytulał Nicola do piersi i obiecywał, że będzie go chronił. Do końca swoich dni będzie się przeklinał za to, że nie dotrzymał tej obietnicy.

Dyskretne kaszlnięcie przywróciło go do rzeczywistości. Rozejrzał się wokół siebie. Trzysta par oczu było wpatrzonych w niego i niespodziewanego gościa.

– Proszę za mną – rzucił w jej stronę. – Teodoro, poleć orkiestrze, żeby grała dalej.

Beth ruszyła za nim, aż znaleźli się w niewielkim pomieszczeniu służącym najwyraźniej za skład alkoholi. Drzwi zamknęły się za nimi z głuchym łoskotem.

Cesario nawet nie próbował ukrywać zniecierpliwienia.

– Słucham, o co chodzi, pani Granger. Po co pani tu przyjechała? Mam nadzieję, że nie jest pani z prasy.

– Nie, nie… Ja… – zawahała się, niepewna, jak to wyrazić. Może nie powinna nic mówić, tylko zabrać Sophie z powrotem do Anglii? Ale przecież dała słowo Mel.

Podniosła wzrok i spojrzała mu w oczy. Cesario Piras roztaczał wokół siebie aurę władzy i siły. Widziała, że jest równie twardy jak granitowe skały, z których został zbudowany jego zamek.

Spojrzała na Sophie i wzięła głęboki wdech.

– Przyjechałam tu, ponieważ dziecko, które trzymam, jest pańskie, panie Piras – powiedziała cicho.

ROZDZIAŁ DRUGI

Czy to miał być jakiś kiepski żart? Czy ta kobieta, która ukrywa twarz pod obszernym kapturem, jest niespełna rozumu?

– Ja nie mam dzieci – powiedział krótko.

– Sophie jest pańską córką. Została poczęta równo rok temu.

Nie zastanawiając się nad tym, co robi, Cesario wyciągnął rękę i jednym ruchem ściągnął nieznajomej kaptur z głowy.

Nie znał tej kobiety.

Odkąd został wdowcem, miał kilka kobiet, ale tę z pewnością widział po raz pierwszy w życiu. Poczuł nagłą złość. Wiedział, że jego majątek działa na kobiety jak magnes, ale to już była przesada. Chyba że Beth Granger miała zamiar przekonać prawników, że to było niepokalane poczęcie.

– Bardzo w to wątpię, pani Granger. Bez wątpienia zapamiętałbym, gdybym kiedykolwiek gościł panią w swoim łóżku – powiedział drwiąco.

Policzki Beth pokryły się rumieńcem. Cesario Piras właśnie ją upokorzył. Wiedziała, że nie jest atrakcyjną kobietą, w niczym niepodobną do posągowej Mel, za którą mężczyźni uganiali się całymi stadami.

Przy swojej najlepszej przyjaciółce Beth czuła się jak Kopciuszek. A teraz, kiedy była przemoczona i miała na sobie za duży płaszcz kupiony w sklepie z używaną odzieżą, czuła się wyjątkowo podle. Zawsze tak było. Była dziewczyną pozbawioną rodziny, pieniędzy i ubierającą się w używane rzeczy.

Na szczęście Sophie nigdy nie będzie przeżywać podobnych upokorzeń. Nie pozwoli na to. Kochała to dziecko całym sercem, ale wiedziała, jak ważne w życiu są pieniądze. Chciała, żeby dziewczynka miała to wszystko, czego jej brakowało: ładne ubrania, przyzwoite wykształcenie, a nade wszystko pewność siebie, którą daje świadomość, że jest się kimś.

– Sophie nie jest moim dzieckiem – powiedziała miękko. Wyjęła z kieszeni fotografię Mel i podała ją Cesariowi. – To jest jej matka, Melanie Stewart. Rok temu poznał ją pan na przyjęciu w Londynie zorganizowanym przez pańską firmę. Nie znam szczegółów, ale po przyjęciu zaprosił ją pan do pokoju. Wtedy Mel zaszła w ciążę.

– To jakieś nieporozumienie. Nie mam czasu na takie bzdury, pani Granger.

Jej opowieść była zupełnie niewiarygodna. Przyjrzał się twarzy seksownej blondynki, której fotografię mu podała. Nie pamiętał jej. Ale musiał przyznać, że niewiele pamiętał z przyjęcia w Hotelu Heskeath, które odbyło się rok temu.

Chodzenie na służbowe przyjęcia należało do jego obowiązków. Tamtej nocy, podobnie jak dziś, myślami był przy swoim nieżyjącym synu. Po przyjęciu udał się do baru, żeby alkoholem zagłuszyć swój smutek.

Możliwe, że poszedł do pokoju z kobietą. Teraz przypomniał sobie blondynkę, której postawił drinka i z którą tańczył.

Czy to możliwe, żeby opowieść Beth Granger była prawdziwa? Czy rzeczywiście przespał się z Melanie i nic z tego nie zapamiętał? Był tak pijany, że zakrawałoby na cud, gdyby w takim stanie zdołał przespać się z kobietą. A jednak.

Na myśl o tym odczuł niesmak. Oczywiście, nie był mnichem, ale żeby kochać się z kobietą i nic z tego nie pamiętać?

Spojrzał na dziecko. Miała na imię Sophie. A jeśli rzeczywiście jest jego córką? Beth Granger mogła to wszystko zmyślić. Nie rozumiał, dlaczego to właśnie ona przywiozła dziewczynkę na Sardynię. Gdzie była jej matka?

Sophie obudziła się i zaczęła cicho kwilić.

– Muszę ją nakarmić. Potrzebuję ciepłej wody, żeby przygotować mleko.

Płacz dziecka był dla niego jak pchnięcie nożem. Zbyt dobrze pamiętał pierwszy krzyk, jaki jego syn wydał z siebie, gdy przyszedł na świat. Zamknął oczy w nadziei, że kiedy je otworzy, okaże się, że kobieta zniknęła.

Niestety, wciąż tu była. Podobnie jak dziecko. Nie, to nie mogła być prawda. Zrozumiał jednak, że nie może tak po prostu odesłać Beth Granger, nie wysłuchawszy tego, co ma do powiedzenia.

Wezwał lokaja, który natychmiast zjawił się w pomieszczeniu.

– Zaprowadź panią Granger do biblioteki i daj jej wszystko, czego będzie potrzebowała. Ja dołączę do niej za jakiś czas.

Teodoro posłusznie skinął głową.

– Proszę za mną, signorina Granger.

Beth podążyła za nim, szczęśliwa, że nie musi być dłużej wystawiona na widok publiczny. Rozmowa z panem zamku Castello del Falco zupełnie ją wyczerpała. Czuła się, jakby ktoś przepuścił ją przez wyżymaczkę.

Cesario Piras onieśmielał ją jak nikt inny. Był niewiarygodnie przystojny i bardzo pewny siebie. Nawet ta długa blizna go nie szpeciła. Zastanawiała się, skąd ją ma.

Kiedy Teodoro zaprowadził ją do biblioteki, poprosiła go, żeby przyniósł nosidełko Sophie i torbę z jej rzeczami.

– Jesteś taka słodka – powiedziała do dziewczynki, która na dźwięk jej głosu zamachała nóżkami. Beth wiedziała jednak z doświadczenia, że jeśli nie dostanie za chwilę mleka, zacznie płakać. Przejęcie opieki nad dzieckiem Mel było bardzo odpowiedzialnym zadaniem, ale Beth nie żałowała tej decyzji ani przez chwilę.

Niezależnie od tego, że Mel dokładnie napisała wszystko w swojej ostatniej woli, Beth musiała przejść szereg rozmów z pracownikami socjalnymi, zanim pozwolono jej zabrać Sophie ze szpitala. Najważniejsze jednak było to, że Sophie nie będzie dorastać w domu dziecka tak jak ona sama i Mel.

– Mama chciała, żebym się tobą zajęła, kochanie. Zawsze będę cię kochać i nie pozwolę, żeby ktoś cię ode mnie zabrał. Tylko ty i ja, mój skarbie.

Nie była to do końca prawda. Pod uwagę trzeba było wziąć ojca Sophie. Na myśl o nim wzdrygnęła się. Nie mogła zapomnieć, jak patrzył na nią w sali balowej. Jakby była nędznym gadem, który wyszedł z jakiejś dziury. Zazwyczaj nie przejmowała się zanadto swoim wyglądem, ale w jego obecności zapragnęła wyglądać równie pięknie, jak niektóre z obecnych na przyjęciu kobiet.

Westchnęła. Nigdy nie będzie pięknością, ale może przynajmniej wyglądać schludnie i czysto. Spojrzała na wiszące nad kominkiem lustro. Nie miała czasu poprawić fryzury. Musiała zmienić Sophie pieluszkę i nakarmić ją. Uklękła na dywanie i zajęła się dzieckiem.

Cesario energicznym krokiem szedł w stronę biblioteki. Poprosił swojego zastępcę, żeby wygłosił przemówienie do zebranych gości, i postanowił ostatecznie rozmówić się z Beth Granger. Miał do niej wiele pytań i zamierzał je niezwłocznie zadać.

Istniało duże prawdopodobieństwo, że ta dziewczyna wymyśliła to wszystko tylko po to, żeby dobrać się do jego pieniędzy. Już nieraz w przeszłości zdarzały mu się podobne historie i tylko dzięki testom DNA mógł udowodnić czyjeś kłamstwo.

Pchnął drzwi biblioteki i wszedł do środka. Na sofie siedziała dziewczyna, tuląc w ramionach niemowlę. Bez płaszcza Beth Granger wydawała się znacznie drobniejsza. Była szczupła i delikatnie zbudowana.

Szara spódnica i prosta bluzka wyglądały, jakby je kupiła w sklepie z używaną odzieżą. Czarne buty na płaskim obcasie sprawiały wrażenie mocno znoszonych. Jednak, choć jej ubranie pozostawiało wiele do życzenia, miała w sobie jakiś wdzięk, który go ujął. Nie była piękna w klasycznym tego słowa znaczeniu. Jednak jej drobna twarz, lekko zadarty nos i pełne usta miały w sobie dużo uroku. Największą jej ozdobą były włosy. Jasnobrązowe, łagodnymi falami spływały na ramiona, połyskując w świetle lampy złotawym blaskiem.

Odczuł nagłą potrzebę, by ich dotknąć. Otrząsnął się z tych myśli i energicznym krokiem podszedł do sofy. Przez chwilę poczuł na sobie czujny wzrok zielonych jak szmaragdy oczu, po czym Beth ponownie spojrzała na dziecko, które karmiła z butelki.

Znów ogarnęły go wspomnienia z przeszłości. Oto siedzi w pokoju z Raffaellą, patrząc, jak karmi Nicola. Miłość do syna była jedyną rzeczą, która ich łączyła. Małżeństwo z Raffaellą Cossu zostało zawarte ze względów czysto praktycznych. Połączenie obu banków uczyniło go najpotężniejszym człowiekiem we Włoszech. W swojej naiwności uważał, że cena, jaką było poślubienie niekochanej kobiety, jest niewielka wobec potęgi, jaką zyskiwał. Lubił Raffaellę i sądził, że to wystarczy. Doświadczenie nauczyło go, że tak zwana miłość to mocno przereklamowane uczucie, które jest jedynie przyczyną rozczarowań i cierpienia.

Kochał matkę. Uwielbiał ją. Jednak kiedy miał siedem lat, opuściła jego i ojca dla kochanka. Od tamtej pory nigdy z nią już nie rozmawiał.

– Nie zachowuj się jak dziecko – mówił mu ojciec, kiedy zastał go płaczącego w pokoju. – Żadna kobieta nie jest warta twoich łez. Kiedy dorośniesz, zrozumiesz, że mężczyzna, który ma władzę i pieniądze, może wszystko.

To dla pieniędzy ożenił się z Raffaellą, która po osiemnastu miesiącach małżeństwa urodziła mu syna.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pokochała innego mężczyzny. Postanowiła do niego odejść, on zaś był zdecydowany zatrzymać przy sobie syna. Kochał go ponad życie. Doszło do konfliktu, którego bezpośrednim skutkiem był wypadek, w którym zginął zarówno Nicolo, jak i jego matka.

A teraz ta kobieta przychodzi tu i oznajmia, że przywiezione przez nią niemowlę jest jego dzieckiem.

Sophie skończyła jeść i teraz rozglądała się wokół. Miała ciemne oczy, długie, czarne włosy i była śliczna jak lalka. Cesario nie był w stanie oderwać od niej wzroku.

– Kiedy się urodziła?

– Dwudziestego ósmego października.

– W takim razie nie może być moim dzieckiem. Skoro była poczęta równo rok temu, powinna urodzić się w grudniu. Będę z tobą szczery. Nie pamiętam, żebym spał z tą kobietą z fotografii, ale wtedy dużo wypiłem i nie mogę być pewien, czy nie odprowadziłem jej do pokoju. Ale skoro Melanie Stewart urodziła siedem miesięcy później, musiała już być w ciąży wcześniej. Powinna pani to policzyć, zanim tu pani przyjechała, pani Granger – dodał drwiąco.

– Umiem liczyć – powiedziała ostro Beth. – Sophie jest wcześniakiem. Urodziła się dwa miesiące przed terminem. Dlatego jest taka mała. Mel była bardzo chora i dlatego poród został wywołany wcześniej.

– W takim razie gdzie jest teraz Melanie Stewart? Dlaczego nie zajmuje się córką? I kim dokładnie pani dla niej jest?

– Mel nie żyje. – Głos Beth załamał się. Spojrzała na dziecko, które Melanie widziała przed śmiercią zaledwie kilka razy. Wciąż nie mogła w to uwierzyć. Z nich dwóch to Mel zawsze była tą silniejszą. Przez te wszystkie lata opiekowała się Beth i chroniła ją przed wszelkimi przeciwnościami losu.

 

Zdała sobie sprawę, że Cesario czeka na jej wyjaśnienia.

– Zeszłej jesieni w Anglii panowała epidemia grypy, szczególnie niebezpieczniej dla kobiet w ciąży. Mel zachorowała. Po kilku dniach znalazła się w szpitalu, walcząc o życie. Lekarze zdecydowali, że powinna urodzić dziecko, co dawało jej pewną szansę na przeżycie. Kiedy Sophie się urodziła, ważyła zaledwie trzy funty. Przebywała na oddziale intensywnej terapii dla noworodków.

Na wspomnienie tych strasznych dni łzy napłynęły jej pod powieki.

– Przez jakiś czas Mel czuła się lepiej. Była nawet w stanie potrzymać Sophie na rękach. Jednak kilka dni później nagle zmarła. Lekarze stwierdzili, że doszło do zapalenia mięśnia sercowego i nie było ratunku.

Beth otarła wierzchem dłoni łzy. Przynajmniej udało jej się pozyskać uwagę Cesaria.

– Kilka dni przed śmiercią powiedziała mi, że rozpoznała pana na fotografii w gazecie. Wtedy zdała sobie sprawę, że mężczyzna, który jest ojcem Sophie, to Cesario Piras. Obiecałam jej zająć się Sophie. Chciała, żebym jej przyrzekła, że pana odnajdę i powiem panu, że ma pan córkę.

Cesario milczał. Oboje wiedzieli, że jej historię jest bardzo łatwo zweryfikować, dlatego nie musiała kłamać. Jednak nawet jeśli jej słowa były prawdą, nie dowodziło to tego, że trzymane przez nią dziecko jest jego.

Gdyby tylko mógł sobie przypomnieć, co tam wtedy zaszło. Wypił jednak zbyt dużo, żeby zapomnieć o bólu, zapomnieć o tym, jak zawiódł swojego syna.

– Jaka jest pani rola w tym wszystkim, pani Granger? Dlaczego zgodziła się pani zaopiekować dzieckiem? Dlaczego nie zajęła się nim rodzina Melanie?

– Mel nie miała rodziny. Jej rodzice zmarli, kiedy była mała, i dorastała w domu dziecka, podobnie jak ja. Tam się poznałyśmy i zaprzyjaźniłyśmy. Kiedy okazało się, że Mel jest w ciąży, obiecałam jej pomóc. A kiedy zmarła, dowiedziałam się, że uczyniła mnie prawnym opiekunem Sophie.

Cesario oparł ramię o front kominka. Może powinien był polecić, żeby ktoś w nim napalił. W bibliotece było dość chłodno i dziecko mogło zmarznąć.

Nie spodziewał się ujrzeć w Castello del Falco małego dziecka. Cztery lata temu obiecał sobie, że nigdy więcej się nie ożeni i nie będzie miał innych dzieci. Nikt nie mógł zastąpić w jego sercu Nicola. Teraz jednak okazuje się, że być może ma córkę, która została poczęta w rocznicę śmierci jego syna. Czyż to nie ironia losu?

– Zrobię test DNA – oznajmił. – Przyznaję, że byłem wtedy pijany, ale trudno mi uwierzyć w to, że przespałem się z pani przyjaciółką i nic z tego nie pamiętam. Ponieważ jednak takie prawdopodobieństwo istnieje, zrobimy test. Do czasu uzyskania jego wyników możecie obie pozostać w Castello del Falco.

Beth była zszokowana. Miałaby zostać w tym ponurym, kamiennym zamku razem z jego posępnym właścicielem? Na samą myśl dreszcz przeszedł jej po plecach.

– To nie jest konieczne. Domyśliłam się, że zechce pan przeprowadzić test DNA i zarezerwowałam pokój w Olienie na kilka dni. Zabiorę potem Sophie do Anglii i tam zaczekamy na wyniki.

Była pewna, że Cesario Piras jest ojcem Sophie, ale mu tego nie powiedziała.

„Musisz odnaleźć Cesaria Pirasa i domagać się alimentów dla Sophie” napisała jej w Mel. Chciała zapewnić swojej córce zabezpieczenie finansowe i dlatego poprosiła Beth o odnalezienie jej ojca.

– Wydaje mi się, że byłoby sensownie, gdyby do tego czasu pozostała pani tutaj.

Spojrzał na dziewczynkę, która w tej chwili odwróciła w jego stronę głowę i popatrzyła na niego ogromnymi ciemnymi oczami. Była piękna. Czy to wyobraźnia płatała mu figla, czy też rzeczywiście dostrzegł u niej podobieństwo do Nicola? Dio, czyżby naprawdę był jej ojcem?

Ta myśl była tak nieprawdopodobna, że zupełnie nie potrafił określić, co w związku z tym czuje. Jedno jest pewne: jeśli okaże się, że Sophie jest jego córką, będzie się nią opiekował. Zasługuje na jego wsparcie, choć nie był pewien, czy zdołałby ją pokochać. Na samą myśl o tym odczuł strach. Doświadczenie nauczyło go, że miłość niesie ze sobą ból. Tymczasem chciał, żeby do czasu rozstrzygnięcia pozostała w zamku.

A to oznaczało, że jej opiekunka także będzie musiała chwilowo tu zamieszkać. Nie wiedział, co o niej myśleć. Podjęcie takiego zobowiązania zasługiwało na podziw. Była młoda i najwyraźniej niezbyt majętna. Czy to możliwe, żeby zgodziła się zająć cudzym dzieckiem z czystej dobroci serca?

– Panie Piras, nie ma potrzeby, żeby z naszego powodu robił pan sobie kłopot. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy ma pan gości. Zresztą, zostawiłam mój bagaż w hotelu.

– Poślę kogoś po niego. Na dworze wciąż pada i dla dziecka zapewne byłoby lepiej, gdyby w taką pogodę mogło zostać w domu. Zapraszam was obie. – Zrobił krótką przerwę. – W tych okolicznościach wydaje się sensowne, żebyśmy się zwracali do siebie po imieniu.

Beth trudno to sobie było wyobrazić, na razie jednak miała poważniejszy problem.

– Ale gdzie Sophie miałaby spać? W ciągu dnia może zdrzemnąć się w nosidełku, ale na noc powinna mieć łóżeczko.

– Mam w zamku wszystko, czego potrzeba.

Dawno nie był w pokoju, który należał niegdyś do jego syna, i odczuwał pewną niechęć na myśl o tym, że w ręcznie rzeźbionym łóżeczku Nicola miałoby spać inne dziecko.

– Nie chciałabym sprawiać kłopotu – mruknęła Beth. Deszcz rzeczywiście lał nieprzerwanie i pomysł, żeby teraz dokądkolwiek jechać, wydał jej się zgoła niedorzeczny. Mimo to w obecności pana Pirasa czuła się nieswojo.

Przez cały czas była niepokojąco świadoma jego obecności. Nie mogła oderwać od niego wzroku, a kiedy przyłapał ją na tym, że mu się przygląda, zarumieniła się. Bez wątpienia był nawykły do adoracji ze strony kobiet. Niewiarygodnie przystojny, bogaty, władczy, był usposobieniem męskiego seksapilu. Czuła, że ten mężczyzna mógłby ukoić jej tęsknotę za czymś, czego dokładnie nie rozumiała.

Co się z nią dzieje? Dlaczego nie może przestać myśleć o tym, jak by to było znaleźć się w jego ramionach i poczuć na ustach dotyk tych mocnych warg? Po tym, jak ojciec zostawił ją i ciężko chorą matkę, nie umiała zaufać żadnemu mężczyźnie. Nigdy poważnie się nie zaangażowała i pocałunek na dobranoc pod drzwiami był jedynym, na co była w stanie się zdobyć.

Instynktownie czuła, że Cesario na tym by nie poprzestał. Na pewno jest doświadczonym i namiętnym kochankiem…

– Mam nadzieję, że przeprowadzenie testów nie zajmie dużo czasu – powiedziała, żeby przerwać tok swoich myśli.

– Przypuszczam, że jakiś tydzień albo coś koło tego. Jeśli okaże się, że Sophie jest moją córką, zamieszka tutaj w zamku.

– Tutaj?! – Beth ogarnęła panika.

– A gdzie indziej miałaby mieszkać? Jeśli jest córką Pirasa, to to jest jej dziedzictwo i tutaj jest jej dom.

– Ale ja obiecałam Mel, że ją wychowam. Że zastąpię jej matkę. A ja mieszkam w Hackney. – Beth odruchowo przycisnęła dziewczynkę do siebie.

– Jeśli jestem jej ojcem, nie będzie potrzebowała prawnych opiekunów. Czego się spodziewałaś? Że pozwolę ci zabrać ją z powrotem do Anglii?

– Ja… – Beth nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć. Prawda była taka, że uznała, że Cesario Piras nie będzie chciał mieć nic wspólnego z dzieckiem. Czego innego można się spodziewać po mężczyźnie, który idzie do łóżka z przypadkowo spotkaną kobietą i to bez zabezpieczenia? Nawet nie powiedział Mel, jak się nazywa.

– Nie sądziłam, że będziesz chciał zająć się tym dzieckiem – wyznała.

– W takim razie po co zadałaś sobie tyle trudu, żeby mnie odnaleźć?

– Miałam nadzieję, że uda mi się uzyskać od ciebie jakieś finansowe wsparcie dla Sophie.

Mówiąc to poczuła, że się rumieni. Zabrzmiało to bardzo obcesowo, choć taka była prawda. Nie zarabiała wiele i nie mogłaby zapewnić Sophie takiego życia, jakiego by dla niej chciała. Nawet jeśli udałoby jej się znaleźć lepszą pracę, koszty wychowania dziecka były ogromne.

W powietrzu wyczuwało się napięcie. Cesario patrzył na nią w taki sposób, że poczuła, jak po plecach przechodzą ją ciarki.

– Czyli chcesz pieniędzy?

– Dla Sophie. Jeśli okaże się, że jest twoją córką, powinieneś partycypować w kosztach wychowania.