Droższa niż diamentyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Chantelle Shaw
Droższa niż diamenty

Tłumaczenie:

Jan Kabat

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wielce szanowny Hugo Ffaulks – przez dwa „f” – był pijany i wymiotował do wazonu. I to nie byle jakiego, jak zauważyła poirytowana Sabrina. Naczynie było wykonane z osiemnastowiecznej angielskiej porcelany i zostało wycenione na tysiąc pięćset funtów przez dom aukcyjny, który katalogował właśnie kolekcję antyków w Eversleigh Hall.

W porównaniu z innymi dziełami sztuki zdobiącymi hol tysiąc pięćset funtów nie stanowiło ogromnej sumy, ale w tej chwili Sabrina potrzebowała każdego grosza; dzięki sprzedaży wazonu mogłaby zapłacić służbie i kowalowi.

Gdyby tylko nie trzeba było podkuwać koni co sześć tygodni. Kowal, rachunki za weterynarza, karma i siano oznaczały, że Monty stawał się wydatkiem, na który nie było jej stać. Rozmawiała ze znanym handlarzem, a ten zapewnił ją, że dostanie dobrą cenę za siedmiolatka czystej krwi, jednak myśl o jego sprzedaży wydawała się nie do zniesienia.

Skupiła uwagę na Hugonie, który próbował dotrzeć do baru wsparty na innym gościu.

‒ Zabierz go do kuchni i daj mu kawy. – Miała ochotę zadzwonić do brygadiera Ffaulksa i poprosić, żeby przyjechał po syna, ale rodzice młodego człowieka zapłacili słono za przyjęcie urodzinowe w Eversleigh Hall. Hugo zjawił się poprzedniego wieczoru z pięćdziesięciorgiem przyjaciół; zamierzali zostać przez cały weekend. Na następny dzień zaplanowano strzelanie do rzutków i wędkowanie.

Tylko dzięki udostępnianiu posiadłości na wesela i inne imprezy mogła pokrywać ogromne koszty utrzymania do chwili powrotu ojca. Jeśli kiedykolwiek wróci, pomyślała i uśmiechnęła się do starszego kamerdynera, który przemierzał sztywno salon.

‒ Lepiej posprzątam ten bałagan, panno Sabrino.

‒ Ja to zrobię, John. Nie wymagam, żebyś sprzątał po moich gościach.

Nie mogła ukryć smutku w głosie. Nie znosiła patrzeć, jak Eversleigh Hall jest traktowany bez szacunku przez ludzi pokroju Hugona, którzy uważali, że dzięki pieniądzom i arystokratycznym tytułom mogą się zachowywać jak zwierzęta, choć była to obraza dla zwierząt, co przyszło jej do głowy, gdy zobaczyła młodą kobietę zapalającą papierosa. Ile razy miała powtarzać, że w tym domu się nie pali?

‒ Wyprowadzę tę młodą damę do ogrodu – mruknął John. – Ma pani gościa. Kilka minut temu przybył niejaki pan Delgado.

Zesztywniała.

‒ Tak się właśnie przedstawił?

‒ W rzeczy samej. To chyba dżentelmen z zagranicy. Pragnie rozmawiać z hrabią Bancroftem.

‒ Moim ojcem!

Wzięła głęboki oddech i przywołała zdrowy rozsądek. Fakt, że ten człowiek nazywał się Delgado, nie musiał oznaczać, że to Cruz. Prawdopodobieństwo było niemal zerowe. Po raz ostatni widziała go przed dziesięciu laty. Data zakończenia ich związku i druga, o tydzień wcześniejsza, kiedy poroniła, wyryły jej się w pamięci. Kwiecień każdego roku był bolesnym miesiącem; na polach pasły się owce, a ptaki budowały gniazda; okolica tętniła nowym życiem, a ona opłakiwała dziecko, które nigdy nie pojawiło się na świecie.

‒ Poprosiłem pana Delgado, żeby zaczekał w bibliotece.

‒ Dziękuję, John.

Przemierzając hol wejściowy, próbowała wziąć się w garść. Najprawdopodobniej tajemniczy gość był jakimś dziennikarzem szukającym informacji o hrabim Bancrofcie. Albo też chodziło o jednego z kredytodawców ojca. W obu przypadkach byłaby bezradna.

Nie miała pojęcia, gdzie przebywa ojciec, a ponieważ uznano go oficjalnie za zaginionego, konta bankowe zamrożono. Sabrina pomyślała o stosach rachunków, które napływały codziennie do posiadłości. Od chwili zniknięcia hrabiego wydawała wszystkie oszczędności na utrzymanie domu, ale wiedziała, że jeśli ojciec nie pojawi się szybko, to będzie zmuszona sprzedać pradawne gniazdo rodzinne.

Tydzień wcześniej, w Brazylii

‒ Musimy zmierzyć się z faktami, Cruz. Stara Betsy jest skończona. Dała nam ostatnie diamenty. Nie ma sensu marnować na nią ani pieniędzy, ani czasu.

Cruz Delgado wlepił spojrzenie oliwkowych oczu w swego przyjaciela i partnera biznesowego, Diega Cazorrę.

‒ Jestem pewien, że Stara Betsy nie ujawniła jeszcze wszystkich sekretów – oznajmił z rozbawieniem.

Nie pamiętał już, czy to on, czy Diego ochrzcił kopalnię diamentów, którą wspólnie zakupili przed sześciu laty, mianem Starej Betsy, ale nazwa przylgnęła.

‒ Twoja wiara, że głębiej pod ziemią znajdują się jeszcze złoża, opiera się na plotkach i pijackiej gadaninie starego górnika. – Diego, przysłaniając oczy dłonią, rozejrzał się po terenie kopalni o powierzchni ośmiuset hektarów.

Ziemia o barwie ochry była twarda jak wypalana glina i poznaczona krzyżującymi się śladami opon wozów ciężarowych. Nad szybem kopalnianym wznosiła się metalowa konstrukcja przypominająca osobliwe dzieło sztuki współczesnej, a obok znajdowały się ogromne wciągarki obsługujące dźwig, którym transportowano ludzi i sprzęt w głąb kopalni. W dali srebrzyła się rzeka, a za nią rozciągał się gęsty zielony las. Wzdłuż brzegu rozwinęła się fabryka, w której odzyskiwano diamenty znalezione w osadach zalegających dno koryta rzecznego, jednak największe kamienie, te o największej wartości, kryły się pod powierzchnią ziemi.

‒ Wierzę w opowieść Josego o innej kopalni albo przynajmniej odnodze tej starej – przyznał Cruz. – Potwierdza ona to, co powiedział mi ojciec przed śmiercią. Że hrabia Bancroft odkrył jakieś prastare rysunki przedstawiające tunele, które biegną znacznie głębiej, niż kopaliśmy dotąd.

Cruz otarł pot z czoła. Tak jak Diego, odznaczał się wysokim wzrostem, a jego muskulatura była efektem wieloletniej pracy pod ziemią. Włosy miał czarne w przeciwieństwie do blond włosów przyjaciela – dowód, że jego ojciec pochodził z Europy, ale Diego wiedział o nim niewiele.

Przyjaźnili się od czasów, gdy jako chłopcy dorastali w cieszącej się złą sławą faweli – slumsach w Belo Horizonte, największym mieście stanu Minas Gerais. Kiedy ojciec Cruza przeniósł się z rodziną do Montes Cralos, by znaleźć tam pracę, ten namówił Diega, by przyłączył się do nich i zatrudnił w kopalni, której właścicielem był angielski hrabia. Pragnęli zbić fortunę, ale upłynęły lata, zanim uśmiechnęło się do nich szczęście, ale w przypadku ojca Cruza zbyt późno.

‒ Próbki geologiczne i badania, które zleciliśmy, niczego nie wykazują – powiedział Diego. – Naprawdę wierzysz w opowieści o opuszczonej kopalni, choć przeczą temu wyniki uzyskane dzięki nowoczesnej technice?

‒ Wierzę w to, co na łożu śmierci przekazał mi ojciec. Kiedy tata znalazł Estrelę Vermelhę, hrabia Bancroft przekonał go, że być może istnieje więcej czerwonych diamentów. Jak utrzymywał ojciec, hrabia pokazał mu, a także staremu górnikowi, mapę zapomnianego fragmentu kopalni, gdzie tunele biegną na głębokości ponad tysiąca metrów.

‒ Ale Bancroft sprzedał kopalnię zaraz po śmierci twojego ojca, spowodowanej wypadkiem. Gdyby jakaś mapa istniała, powinien był ją przekazać nowemu nabywcy. Kiedy zdobyliśmy pieniądze, żeby odkupić od niego sześć lat temu kopalnię, spytałeś właściciela o mapę, a on powiedział, że nic o niej nie wie.

Cruz wzruszył ramionami.

‒ Może hrabia nie wspomniał mu słowem o tej mapie. Pamiętam, że Henry Bancroft był przebiegłym lisem, dbającym tylko o własny interes kosztem ludzi, których zatrudniał. Zawał stropu był skutkiem cięcia kosztów i lekceważenia zasad bezpieczeństwa. Gdy posłał mojego ojca w ten rejon kopalni, podpisał jego wyrok śmierci.

Przed dziesięciu laty Vitor Delgado został pogrzebany pod zwałami kamieni, ale Cruz miał wrażenie, że wydarzyło się to zaledwie wczoraj. Rozgarniał gruz gołymi rękami i dławił się gęstym pyłem. Dopiero po dwóch dniach wydobyli Vitora na powierzchnię – żywego, ale tak zmasakrowanego, że umarł po kilku godzinach z powodu wewnętrznego krwotoku.

Cruz zamknął oczy. Znów był w szpitalu i czuł zapach środków dezynfekcyjnych, słuchając popiskiwań kardiomonitora. Matka i siostra szlochały.

Nie chciał uwierzyć, że Vitor nie wyzdrowieje, choć doktor mruknął, że nie ma nadziei. Cruz przysunął twarz do ust ojca, próbując zrozumieć jego nieskładne słowa.

„Bancroft pokazał mi mapę tuneli wydrążonych wiele lat temu. Wierzy, że są tam czerwone diamenty tak wielkie jak ten, który znalazłem głęboko pod ziemią. Spytaj go, Cruz… spytaj o mapę…”.

Nawet w chwili śmierci Vitor zdradzał obsesję na punkcie diamentów. Coś, co się nazywało diamentową gorączką i mogło uczynić człowieka bogatym.

W przypadku Cruza i Diega marzenie się spełniło.

Po śmierci ojca Cruz wziął na siebie odpowiedzialność za matkę i młodsze siostry. Pracował w kopalni, gdzie brud, pot i ryzyko były wynagradzane przyzwoitą płacą; stać go było na studia wieczorowe.

Po trzech latach, mając dyplom z zarządzania, dostał pracę w prywatnym banku i szybko dowiódł swego geniuszu w sali zarządu. Inni ludzie byli zaskoczeni jego bezwzględną determinacją osiągnięcia sukcesu, ale nie widzieli tego, co widział Cruz w faweli. Nigdy nie zaznali głodu ani strachu; nie mieli pojęcia, że Cruz pragnie sukcesu i pieniędzy, ponieważ wie, jak to jest, kiedy nie ma się nic.

Zaproponowano mu stanowisko w zarządzie banku, a on kupił matce i siostrom dom w zamożnej części miasta. Piął się w górę, ale pragnął więcej. Nie chciał pracować dla banku, tylko być jednym z jego bogatych klientów.

Pamiętał Estrelę Vermelhę – czerwony diament, który jego ojciec znalazł w kopalni Montes Claros. Miał wartość kilku milionów dolarów, ale należał do hrabiego Bancrofta, nie do Vitora. Bogacili się właściciele kopalń, nie zaś ci, którzy czołgali się w tunelach i podkładali ładunki. Więc Cruz zaryzykował i do spółki z Diegiem kupił kopalnię należącą niegdyś do Bancrofta. Ówczesny właściciel uważał ich za szaleńców – nie znalazł tam żadnych cennych kamieni.

 

Sześć miesięcy później w Starej Betsy odkryto skałę zawierającą diamenty wartości czterystu milionów dolarów. Cruz stał się najcenniejszym klientem baku, w którym kiedyś pracował, założył też prestiżowe przedsiębiorstwo jubilerskie, Delgado Diamonds. Inwestował w różne przedsięwzięcia, ale obaj z przyjacielem pamiętali biedę i głód i wspierali fundację charytatywną, której celem było niesienie pomocy dzieciom z brazylijskich ulic.

‒ Jeśli Bancroft wierzył, że istnieje głębsze złoże, to dlaczego sprzedał kopalnię? Dlaczego nie otworzył tuneli zaznaczonych na mapie? – spytał Diego.

‒ Może zachował ją jako zabezpieczenie, gdyby potrzebował w przyszłości pieniędzy. Każdy właściciel kopalni zapłaciłby za nią fortunę.

‒ Sugerujesz, że powinniśmy ją kupić od hrabiego?

‒ Akurat – warknął Cruz. – Mapa prawnie należy do nas. Tak jak wszelkie dokumenty związane z kopalnią. Bancroft powinien był przekazać mapę kolejnemu właścicielowi, a potem powinna trafić do nas. Złoża są w tej chwili wyczerpane. Masz rację, eksploatacja Starej Betsy nie ma sensu. Ale jeśli istnieje druga kopalnia, to chcę tego, co do nas należy. Dlatego zamierzam pojechać do Eversleigh Hall w Anglii i zażądać, żeby Bancroft przekazał nam mapę.

‒ Niewykluczone, że spotkasz tam Sabrinę. Co ty na to?

Cruz parsknął śmiechem.

‒ Może nawet jej nie poznam po tylu latach. Miała osiemnaście, kiedy przyjechała do Brazylii. Jest na pewno zamężna z jakimś księciem albo lordem. Szacowna lady Sabrina dała jasno do zrozumienia, że nie chce wychodzić za pariasa.

Sabrina nie chciała poślubić górnika przeciskającego się przez tunele jak robak. Nie chciała nawet ich dziecka – brak jakichkolwiek emocji po poronieniu dowodził, że wszystko uważała za błąd.

Przypomniał sobie, jak po raz pierwszy ją zobaczył. Przyjechała odwiedzić ojca i Cruz, przechodząc obok domu hrabiego, był zauroczony jej widokiem, gdy wysiadała z taksówki.

Nie widział jeszcze takiej kobiety. Z tą swoją bladą, niemal przezroczystą skórą i blond włosami wyglądała wręcz nierealnie. Popatrzył na swoje sczerniałe dłonie i plamy potu na koszuli. Lecz lady Sabrina ledwie raczyła go zauważyć. Jakby nie istniał. Przyglądając się, jak wchodzi do domu, poczuł gorącą falę pożądania i ślubował sobie, że sprawi, by ta angielska róża go dostrzegła.

Tak, zrobił wtedy z siebie głupca, ale w wieku dwudziestu czterech lat nie był tak cyniczny jak dziesięć lat później. Pnąc się po szczeblach bogactwa, poznał zasady gry; bawiło go teraz, że może mieć każdą kobietę, która niegdyś uznałaby go za bezwartościowego.

Sabrina go odrzuciła, kiedy miał jej do zaoferowania tylko serce. Ciekawiła go jej reakcja teraz, gdy stać go było na zakup Eversleigh Hall, choć nie sądził, by posiadłość wystawiono kiedykolwiek na sprzedaż. Ten majątek w Surrey, przekazywany z ojca na syna, należał do jej rodziny od ponad pięciuset lat. Jej brat odziedziczyłby go pewnego dnia.

Nie wszystko dało się kupić, ale on w to nie wierzył. Był przekonany, że hrabia sprzeda mu mapę sekretnej kopani. Za odpowiednią sumę.

Co do ponownego spotkania z Sabriną, wzruszył ramionami. Nie myślał o niej od lat, przeszłość go nie interesowała. Liczyła się tylko przyszłość i mapa.

ROZDZIAŁ DRUGI

Widział przez okno biblioteki w Eversleigh Hall półnagą kobietę tańczącą w stawie. Na trawniku stała grupa młodych mężczyzn, popijając szampana; jeden z nich wskoczył do wody i chwycił dziewczynę przy obscenicznych okrzykach przyjaciół.

Prawdziwa klasa, pomyślał Cruz ironicznie. Niektórzy przedstawiciele angielskiej arystokracji nie byli pomimo bogactwa i wykształcenia bardziej wyrafinowani od ludzi zamieszkujących najbiedniejsze rejony Brazylii.

Przypomniał sobie incydent na eleganckim przyjęciu, w którym uczestniczył kilka dni wcześniej w Londynie. Gospodarze, lord i lady Porchester, stara arystokracja, utraciwszy fortunę, szukali rozpaczliwie inwestorów, by ratować swoje przedsiębiorstwo. Nie miał złudzeń co do tego, dlaczego został zaproszony. Podlizywali mu się cały wieczór, ale kiedy wyszedł na balkon zaczerpnąć świeżego powietrza i stanął w cieniu, usłyszał, jak jego gospodarz mówi do drugiego gościa: „Delgado to milioner, który zawdzięcza wszystko sobie. Zawsze jednak można poznać nuworysza po braku odpowiedniego wychowania”.

Parsknęli śmiechem, wiedział jednak, że to on będzie się śmiał ostatni. Pieniądz to pieniądz, a Porchester potrzebował pożyczki. Lecz słowa lorda były jasne. Bez względu na majątek, Cruz nigdy nie byłby zaakceptowany przez elitę towarzyską. Guzik go to obchodziło, ale zamierzał uczynić z Delgado Diamonds jedną z najbardziej ekskluzywnych firm; jednak arystokracja uważała go za outsidera, a to nie pomagało.

Może powinien wykorzystać zainteresowanie córki gospodarzy i wziąć ją do łóżka. Zażyłość z córką lorda mogła otworzyć przed nim liczne drzwi. Niestety, słuchając jej przez pół godziny, czuł się śmiertelnie znudzony.

Było mnóstwo innych kobiet z towarzystwa, spośród których mógł wybierać. Wiedział, że pociąga je jego status milionera. Nazywały go ogierem, a on był zadowolony, mogąc to udowodnić. Kobiety zawsze rzucały się na niego. Może właśnie dlatego tak bardzo podniecały go wyzwania biznesu – był w tym element ryzyka i możliwość porażki, nieobecne w przelotnych związkach.

Odwrócił się od okna, znudzony sceną rozgrywającą się na trawniku, i rozejrzał się po bibliotece. Eversleigh Hall zasługiwało na miano jednego z najokazalszych domów angielskich. Z zewnątrz była to rezydencja w stylu georgiańskim, choć gdzieniegdzie zachowały się elementy szesnastowiecznej zabudowy. Wewnątrz imponujący hol i biblioteka odznaczały się spłowiałą elegancją – jakby uwięzione w pułapce czasu.

Jak dotąd Cruz widział tylko starszego kamerdynera, który go wpuścił. Czy mężczyzna był zaskoczony, kiedy padło pytanie o hrabiego Bancrofta?

Zastanawiał się, dlaczego hrabia wydał przyjęcie dla tak młodych ludzi. Może na cześć brata Sabriny, dwudziestokilkuletniego Tristana? Przed dziesięciu laty Sabrina powiedziała, że musi wracać do Anglii, bo jest potrzebna młodszemu bratu. Ale tak naprawdę czuła się uwięziona w Brazylii, spodziewając się dziecka. Po jego stracie wróciła pospiesznie do Anglii i uprzywilejowanego życia, do którego była przyzwyczajona.

Zobaczył, jak obraca się gałka drzwi; zacisnął zęby, spodziewając się ujrzeć hrabiego Bancrofta – człowieka odpowiedzialnego za śmierć jego ojca.

Po chwili Cruz znieruchomiał.

‒ To ty.

Szok pozbawił ją tchu. Od razu go rozpoznała, choć wyglądał teraz inaczej niż dziesięć lat temu. Był starszy; chłopięce niegdyś rysy stwardniały, twarz wyszczuplała. Usta jednak wydawały się boleśnie znajome, ona zaś przypomniała sobie ich dotyk. Jakim cudem potrafiła tak żywo wspominać jego pocałunki?

Cruz zawsze pozbawiał ją spokoju jednym spojrzeniem oliwkowozielonych oczu. Przypomniała sobie, jak pierwszy raz zobaczyła go w Brazylii. Nawet za młodu ciało miał muskularne od pracy w kopalni, a ubranie brudne, i gdy zdjął kapelusz, zobaczyła, że jego czarne włosy są wilgotne od potu.

Nigdy nie spotkała kogoś tak męskiego. Dotychczasowe życie spędzone w rezydencji i internacie dla dziewcząt nie przygotowało jej na zmysłowość, jaką emanował Cruz. Od razu poczuła, jak zalewa ją fala gorąca. Kilka dni później spotkała go na spacerze, a on jej powiedział, że nazwa się Cruz Delgado. Potem wziął ją w ramiona i pocałował z ognistą namiętnością, która nadała charakter ich związkowi.

Przez chwilę Sabrina znów czuła się jak nieśmiała osiemnastolatka; kusiło ją, żeby uciec z biblioteki przed jego badawczym spojrzeniem. Miała dwadzieścia osiem lat i była uznanym ekspertem w dziedzinie renowacji mebli. Tak, jego obecność przyprawiała ją o szok, ale powiedziała sobie, że jest odporna na urok tego mężczyzny.

‒ Co tu robisz?

Mówiła normalnym głosem, ale powróciło wspomnienie poronienia. Czy Cruz wyobrażał sobie w ogóle, jaki byłby ich syn, gdyby donosiła ciążę? Czy widział, tak jak ona, ciemnowłosego chłopca o oczach ojca czy może szarych, po matce? Rozrywający ból przygasł z czasem, ale w jej sercu na zawsze pozostała tęsknota za dzieckiem, które straciła.

‒ Chcę pomówić z twoim ojcem.

Przypomniała sobie poniewczasie, co jej powiedział kamerdyner. Wizyta Cruza nie miała nic wspólnego z jej osobą. Nie zależało mu na niej przed dziesięciu laty; zaproponował jej małżeństwo tylko dlatego, że pragnął dziecka. Będąc jednak świadkiem katastrofalnego małżeństwa rodziców, nie spieszyła się do takiego zobowiązania. Cruz jej nie kochał, więc go odrzuciła.

Nie sprawiał wrażenia przygniecionego wspomnieniami przeszłości. Miał na sobie nieskazitelny szary garnitur podkreślający szczupłą sylwetkę i białą koszulę, która kontrastowała z jego opaloną twarzą. Wyglądał w każdym calu na milionera, o którym czytała w prasie. Wciąż jednak dostrzegała pod tą fasadą nieokiełznaną siłę, która tak ją intrygowała, gdy byli kochankami.

Zmusiła się do tego, by wejść do biblioteki i zamknąć za sobą drzwi.

Cruz stał za biurkiem z arogancką miną, jakby ta posiadłość była jego własnością.

Zbliżyła się do niego i od razu tego pożałowała, uświadamiając sobie jego bliskość. Przesunął się trochę i teraz była uwięziona między biurkiem a jego muskularnym ciałem. Od razu rozpoznała zapach wody kolońskiej. Taką samą dostał od niej w prezencie krótko po tym, jak ofiarowała mu swoje dziewictwo. Przypadek?

Spojrzała w okno i zobaczyła coś, co przypominało orgię.

‒ Na litość boską! – mruknęła, zaciągając czym prędzej zasłony.

‒ Twoi przyjaciele doskonale się bawią – zauważył.

‒ Nie są moimi przyjaciółmi.

‒ Więc przyjaciółmi twojego brata? To przyjęcie Tristana?

‒ Tristan jest na uniwersytecie.

Na szczęście w niczym nie przypominał Hugona Ffaulksa. Pragnął zostać pilotem i wiedział, że musi zdobyć wykształcenie. Oczywiście, pozostawała kwestia stu tysięcy funtów na szkolenie. Ślubowała sobie, że znajdzie pieniądze na spełnienie marzenia, które jej brat żywił od lar chłopięcych.

‒ Więc ci ludzie to goście twojego ojca?

Nie zamierzała mu mówić, że wydawanie przyjęć w Eversleigh Hall to biznes. Nikt prócz niej i kierownika banku nie wiedział o rychłej katastrofie; zdołała też zataić przed mediami, że hrabia Bancroft zaginął.

‒ To moi goście – odparła sztywno.

Spojrzał na nią ironicznie.

‒ Słyszałem plotki o dzikich przyjęciach, jakie tu wydajesz. Co hrabia na to?

‒ Ojca tu nie ma. Jest w podróży i nie wiem, kiedy wróci. Przykro mi, że nie mogę ci pomóc.

Próbowała go wyminąć i krzyknęła przestraszona, kiedy złapał ją za rękę.

‒ To wszystko? – warknął. – Widzę, że się nie zmieniłaś, gatinha. Wciąż uważasz, że możesz się mnie pozbyć jak brudu spod podeszwy buta.

‒ Nie bądź śmieszny. – Próbowała się wyswobodzić. – I nie nazywaj mnie gatinha. Nie jestem twoim kociakiem.

To miano, jakim ją obdarzał za dawnych czasów, przyprawiło ją o ból, a chropowaty akcent o ciarki. Nie potrafiła oderwać oczu od jego twarzy i zmysłowych ust.

‒ Nigdy cię nie traktowałam jak brudu pod podeszwą – mruknęła. Czyż nie dawała przed dziesięciu laty do zrozumienia, że wielbi ziemię, po której stąpał?

‒ Za pierwszym razem zignorowałaś mnie całkowicie.

‒ Miałam osiemnaście lat i byłam naiwna. Zakonnice w moim college’u nigdy nie mówiły o przystojnych mężczyznach, na których widok dziewczyna czuje… – urwała, czerwieniąc się.

‒ Co… czuje? – spytał.

Dostrzegła to drapieżne spojrzenie w jego oczach i cofnęła się.

‒ Wiesz, o czym mówię. I nie ignorowałam cię zbyt długo. Postarałeś się o to.

Miał ją w łóżku już po tygodniu. Powróciły wspomnienia gorących dni, kiedy się kochali w cieniu kauczukowców, i gorących nocy, kiedy wspinał się na balkon jej domu, a potem uprawili seks pod gwiazdami.

Jego przyspieszony oddech uświadomił jej, że i on pamięta tę namiętność. Ale dzielili tylko seks. Wszystko sprowadzało się do wzajemnego pożądania. O dziwo, teraz też odzywała się ta tajemnicza seksualna alchemia. Widziała to w jego oliwkowych oczach, które zrobiły się niemal czarne.

Szukała jakichś słów, które przełamałyby napięcie.

 

‒ Dlaczego chcesz się widzieć z moim ojcem?

‒ Ma coś, co do mnie należy, a ja chcę tego, co jest moje.

Cruz patrzył na wisiorek z diamentem na szyi Sabriny. Estrela Vermelha – Czerwona Gwiazda – była jednym z największych czerwonych diamentów odkrytych w Brazylii. Kiedy jego ojciec znalazł ten kamień, nie wyglądał na zbyt cenny.

Hrabia Bancroft kazał go oszlifować i osadzić wraz z białymi diamentami; kontrast czerwieni i bieli zapierał dech w piersi. Klejnot miał wartość ponad miliona funtów.

Kiedy Sabrina weszła do biblioteki, Cruz był tak bardzo skupiony na jej osobie, że ledwie zauważył Estrelę Vermelhę. Rubinowa sukienka doskonale pasowała do czerwonego diamentu między jej piersiami; podkreślała każdy kształt jej szczupłej figury, a pod rozcięciem z boku widać było smukłą nogę.

Sabrina uosabiała fantazję każdego mężczyzny, a jednocześnie emanowała wyrafinowaniem dowodzącym arystokratycznego pochodzenia.

Mgła zazdrości spowiła umysł Cruza, kiedy się zastanawiał, dla kogo Sabrina ubrała się jak wamp. Zerknął na jej lewą dłoń i nie dostrzegł obrączki. Była więc niezamężna. Nic go to obchodziło. Czy włożyła tę szkarłatną sukienkę, żeby zrobić wrażenie na kochanku? Ujrzał ją w ramionach innego mężczyzny. Dlaczego wrzała w nim krew?

Był jej pierwszym kochankiem, ale z pewnością nie ostatnim – nie mogło być inaczej, skoro miała ciało Wenus i zmysłowe usta błagające o pocałunki.

Cruz przypomniał sobie tę niewinną dziewczynę sprzed dziesięciu lat. Była wtedy bardzo ładna, ale teraz przemieniła się w olśniewająco piękną kobietę.

Nie widział jej od dawna, ale wystarczyło jedno spojrzenie, by sobie uświadomił, że żadnej kobiety nie pożądał tak bardzo jak Sabriny Bancroft. Myśl o jej rodzinie przypomniała mu powód jego wizyty i nienawiść wobec hrabiego.

Wyciągnął rękę i dotknął Estreli Vermehli. Kamień był równie zimny, jak jego gniew na wspomnienie ekscytacji ojca, kiedy odkrył rzadki diament.

„Na pewno jest więcej czerwonych diamentów w tej części kopalni. Jeśli znajdę ich więcej, otrzymam część ich wartości, tak jak hrabia obiecał”.

„Nie idź tam, tato – błagał Cruz ojca. – Tam jest niebezpiecznie. Podpory nie są dość wytrzymałe”.

Vitor go zignorował.

„Muszę tam wrócić”.

Hrabia wysłał Vitora po więcej diamentów – na śmierć. Cruza wciąż prześladował koszmarny dźwięk walącego się stropu kopalni grzebiącego jego ojca.

Cofnął rękę.

‒ Czerwień pasuje do kamienia splamionego krwią mojego ojca.

Sabrina poczuła dreszcz. Nigdy nie lubiła Czerwonej Gwiazdy; włożyła ją tylko dlatego, by zrobić wrażenie na gościach. Nikt się nie domyślał, że jeśli nie zdarzy się cud, to ta wspaniała rezydencja może zostać sprzedana.

Diament miał kolor krwi, ale nie rozumiała słów Cruza.

‒ Co masz na myśli? Co twój ojciec ma wspólnego z tym kamieniem?

‒ Znalazł go i miał prawo otrzymać ekwiwalent jego wartości. Wcześniej jednak zginął, wykonując brudną robotę zleconą przez twojego ojca – wyjaśnił szorstko Cruz. – Hrabia posłał go do kopalni, by szukał kolejnych diamentów. Ma na rękach krew Vitora, a ja przyjechałem tutaj, by żądać rekompensaty za jego życie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?