Jak uleczyć serce

Tekst
Z serii: Medical
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Pomijając nakaz ordynatora, jak to się stało, że ciągle tu jesteś?

– Siłą woli. To ważna impreza i chociaż nie pojmuję, dlaczego moja obecność może coś zmienić, zdaję sobie sprawę, że szpital potrzebuje wsparcia ze wszystkich stron. Dlatego tu się zjawiłem.

– Wierzgając i wrzeszcząc?

– Niezupełnie. Ale nie byłbym sobą, gdybym trochę nie pomarudził. – Spojrzał na porcję kurczaka. Wyglądała smakowicie. Lepiej niż jego gotowanie ukierunkowane na gust Maddie, czyli monotonne.

Był mistrzem spaghetti i pulpecików. Lodówka pękała w szwach od kubełków jogurtu truskawkowego, słoików masła orzechowego i paluszków z kurczaka. W jej menu znajdowały się jeszcze grzanki z serem oraz pizza. Kilka razy w miesiącu teściowa częstowała go kolacją, gdy przyjeżdżał po Maddie. Mógł wtedy odpocząć od roli kucharza i zjeść „dorosły” posiłek.

Po pierwszym kęsie kurczaka westchnął. Pycha.

– Domyślam się, że rzadko jadasz poza domem. – Zoey podniosła do ust widelec z kawałkiem pomidora.

– Jadam. Z Maddie. Nie chcę, żeby wyrosła na takiego dzikusa jak ja, więc jak mam wolne, to ją gdzieś zabieram, a jej to odpowiada. Zazwyczaj kończymy w pizzerii.

– Może dlatego, że lubi spędzać czas z tatusiem.

– Chciałbym w to wierzyć, bo tatuś Maddie jest jej zdaniem zbyt surowy.

– Taka jest rola tatusia.

– To Elizabeth miała miękkie serce. Jak jej matka nie potrafiła małej niczego odmówić. Więc przypadła mi rola niedobrego tatusia, tego, który czasem czegoś zabrania albo usiłuje wdrożyć choć trochę dyscypliny.

– Takie małe dziecko chyba nie potrzebuje dyscypliny.

Uśmiechnął się.

– Widać, że masz mało do czynienia z maluchami. Właśnie w tym wieku dziecko potrzebuje dyscyplinowania. Dzięki temu się uczy. Jak w młodym wieku coś sobie przyswoi, później nie będzie miało z tym problemów.

– Innymi słowy, jesteś potworem.

– Zapytaj o to Maddie. Ma konkretną opinię na szereg tematów. Zajmuję pierwsze miejsce na tej liście.

– Czyli nie jest łatwa. – Smarowała bułeczkę masłem. – Po tatusiu.

– Uważasz, że jestem trudny?

– Za mało cię znam, ale tak podpowiada mi intuicja.

– Tak, masz rację. Jestem trudny… tak trudny, jak ty bezpośrednia.

– Przyjmuję to za komplement.

– Zamierzasz być bezpośrednia?

– Ćwiczyłam się w tym. – Oczy się jej śmiały. – I z czasem się nauczyłam.

– Niech zgadnę. Kiedyś byłaś nieśmiała.

– Można tak to ująć.

– Nie wierzę. – Wbił widelec w szparaga.

Bezpośredniość do niej pasuje. Zwłaszcza że Zoey korzysta z niej w sposób praktyczny, rzeczowy, a nie chamski. Coś widzi i szczerze mówi, co o tym myśli. Nie można mieć do niej o to pretensji. Nie można mieć żalu do kogoś, kto niczego nie owija w bawełnę.

– Bardzo trudno z tym walczyć. Byłam spokojnym dzieckiem. Nie introwertyczką jak ty, ale zdominowanym przez matkę. Na jej obronę powiem, że była taka, bo nie było jej łatwo jako samotnej matce.

– Masz z nią kontakt?

– Tak, i to dobry. Martwi się o mnie, ale czasem przybiera to formę… przynudzania. – Roześmiała się. – Czasami to jest frustrujące, ale się przyzwyczaiłam.

– A twój ojciec?

– Rozstali się, jak byłam niemowlęciem. Bał się odpowiedzialności za wychowanie dziecka, mimo że później ożenił się ponownie i miał dzieci. Ze mną nie chciał mieć nic wspólnego.

– Nie płacił alimentów?

– Nie, chociaż mamie by się przydały, bo pracowała w trzech różnych miejscach, żeby nas utrzymać.

– Dlaczego cię nie uznał?

– Nie wiem. Może poczucie winy? A może nie chciał, żeby jego druga żona dowiedziała się o dziecku z pierwszego związku. Mogę zamartwiać się jego motywami albo pamiętać, ile zrobiła dla mnie matka i dziękować Bogu, że wystarczyło jej sił, żeby mi zapewnić dobre życie.

– Mimo to nie było lekko?

– Nie, ale dałyśmy radę. Zmieniając temat, wiem od Elizabeth, że twoi rodzice mieszkają na Florydzie…

– Tak, w luksusowym apartamentowcu przy samej plaży. Cieszą się życiem emerytów.

– Często ich widujesz?

– Dawno tam nie byłem, ale co dwa, trzy miesiące nas odwiedzają. – Co kilka dni kontaktował się z nimi przez internet głównie po to, by Maddie zapamiętała, jak wyglądają, pisał mejle, esemesy, wysyłał pocztą rysunki Maddie. Łączyło go z rodzicami więcej niż wtedy, gdy z nimi mieszkał.

To dobrze, bo Damien ostatnimi czasy praktycznie zniknął z pola widzenia. Od czasu do czasu łączył się z nimi przez internet, a gdy miał możliwość, wysyłał mejle. W kostarykańskiej dżungli nie było zasięgu, ale mimo to utrzymywał z rodzicami kontakt.

Przypomniały mu się trudne dni, kiedy stan Elizabeth gwałtownie się pogorszył. Opowiedział o tym bratu, a ten rzucił wszystko, by go wspierać. Bliskość bliźniąt jest nie do przecenienia.

Szkoda, że nie mieszkają bliżej, ale dobrze, że Damien jest szczęśliwy robiąc to, co robi.

Występ komika rozbawił Zoey.

– Świetny. – Trąciła łokciem Daniela.

– Przyznaję – odparł ze sztucznym uśmiechem.

– Ale się nie śmiejesz.

Ciekawe, czy cokolwiek jest w stanie go rozbawić, czy zawsze jest taki poważny?

– Śmieję się w środku.

– Czyli się nie śmiejesz.

Elizabeth zwierzyła się jej ze swoich obaw dotyczących Daniela. Na przykład że po jej śmierci będzie miał poczucie winy, znajdując się w towarzystwie innej kobiety.

Tak jest teraz?

– Na więcej mnie nie stać. Nie przepadam za komikami.

Z westchnieniem znowu spojrzała na scenę.

– O co chodzi? – zapytał.

– O nic – mruknęła, tym bardziej że to, co Daniel robi albo czego nie robi to nie jej broszka.

– Dobrze wiem, co takie westchnienie zwiastuje. Elizabeth była mistrzynią takich westchnień pod moim adresem. Możesz mnie ochrzanić.

– To nie moja rola.

– Zapraszam.

– Nie zapraszaj, bo możesz pożałować.

– Dlaczego? Bo jesteś za szczera?

– Powiedzmy.

– Zoey, jestem dużym chłopcem i wezmę to na klatę.

– Nie jesteśmy przyjaciółmi. Ledwie się znamy.

– Można temu zaradzić.

– W jaki sposób?

– Po tej imprezie możemy pójść na kawę. We dwoje.

Coś jak randka? Zaskoczył ją, zwłaszcza po tym, gdy mu powiedziała, że z nikim się nie spotyka. Wahała się. Niezależnie od intencji wręcz ją przestraszył.

Mimo mieszanych uczuć niemal wyobrażała sobie siebie z Danielem. Ale był poważny minus. Najpierw ojciec, potem Brad… Mężczyźni w jej życiu się nie sprawdzają.

– Miło by było, ale jutro muszę wstać bardzo wcześnie, a mam problemy z zasypianiem. Chyba się nie skuszę.

– Jak chcesz. Ale chociaż powiedz, co miało znaczyć to westchnienie.

– Myśl, co chcesz. – Gdy przeniosła wzrok na scenę, komik właśnie się ukłonił, po czym zniknął za kulisą. – Jesteś tutaj tylko ciałem, niczym więcej. Czuję, że odmawiasz sobie radości. Ten facet był przezabawny, a ty zdobyłeś się tylko na zdawkowy uśmiech.

Wahał się, ściągnąwszy brwi.

– Elizabeth powtarzała to samo. Że nie potrafię się cieszyć.

– Ciebie nic by nie rozbawiło.

Nim odpowiedział, na podium wszedł jeden z dyrektorów szpitala, więc Zoey pomyślała, że zanosi się na wystąpienie namawiające do szczodrobliwości. Popatrzyła na Daniela.

– To chyba koniec naszej rozmowy. Ale pamiętaj, że fajnie jest się cieszyć.

Przytaknąwszy, usiadł wygodniej, układając dłonie na stole, jakby gotowy uważnie słuchać mówcy. Jednak Zoey nie dała się zwieść. Daniel zamknął się w swoim świecie, tępo patrząc przed siebie. Zrobiło się jej go żal.

Nie potrafi otworzyć się na inne możliwości. Na inną, wartą go kobietę. Ale ona bardziej się nie zaangażuje. Tego jej nie potrzeba, a jakakolwiek zażyłość z Danielem wymagałaby stałego zaangażowania.

Do tej pory ma problemy dlatego, że się zaangażowała, i zanim kogoś do siebie dopuści, musi je rozwiązać.

– Jak długo to jeszcze potrwa? – zapytała szeptem, gdy mówca perorował już dziesięć minut.

Daniel wybuchnął niekontrolowanym śmiechem ku wyraźnemu zniesmaczeniu biesiadników.

– Chyba już kończy. Jeżeli nie, to pójdę do baru po twojego drinka – odparł. – Chodź ze mną, to razem się wymkniemy bocznymi drzwiami.

– Jak to? Mam zrezygnować z tańców? Chyba umiesz tańczyć?

– Wyłącznie pod stołem po kilku podwójnych whisky.

Daniel ma poczucie humoru! Mimo woli się roześmiała.

– Wobec tego poproszę o kieliszek wina.

– Duży? – Wysoko uniósł brwi.

– Może być cała butelka.

– Zaproszenie na kawę nadal aktualne.

– Tak jak mój pretekst, żeby z niego nie skorzystać.

– Aha, to się nazywa szczerość.

Gdy starsza pani przy stole spiorunowała go wzrokiem, Zoey musiała powstrzymać się od śmiechu.

Nie z powodu tego spojrzenia, lecz jej stroju tak groteskowego w porównaniu z eleganckim smokingiem Daniela. Dama ta miała na sobie zwyczajną sukienkę oraz ogromny kapelusz przybrany kwiatami. Przeszywała Daniela wzrokiem.

– Jej też coś przynieś – szepnęła Zoey. – Dobrze jej zrobi.

Wstał od stołu, prezentując się w całej okazałości: wysoki piekielnie przystojny mężczyzna, dla którego można stracić głowę. Posłał jej czarujący uśmiech.

Kurczę.

– Wrócę – szepnął jej do ucha. – Obiecuję, że nie ucieknę.

Nawet przez chwilę w to nie wątpiła. Być może nie miał ochoty zjawiać się na balu, ale jest obowiązkowy. Wyczuwała to w jego poświęceniu w najtrudniejszych chwilach Elizabeth, jak i teraz, kiedy uczestniczy w czymś, czego nie cierpi.

 

Przyjąć to zaproszenie na kawę?

– Nie – mruknęła całkiem głośno.

Daniel wprawdzie ma sporo zalet, ale ona może sobie pozwolić jedynie na podziw na odległość.

ROZDZIAŁ TRZECI

Cholera. Liczył na lepsze wyniki badań, a one tylko potwierdziły jego podejrzenia. Przed panem Baumgartnerem długa droga i niepewny koniec. Zastoinowa niewydolność serca. Odpowiednia terapia może przedłużyć życie pacjenta, lecz jej brak oznacza śmierć.

Pan Baumgartner odwlekał wizytę u lekarzy. W tej chwili był umierający, jednak Daniel miał nadzieję, że uda się temu zapobiec.

Nie lubił przekazywać pacjentom złych wieści. Pocieszające było to, że pacjent miał opuścić szpital pod warunkiem, że w swoim życiu wprowadzi drastyczne zmiany.

– Zoey? Mówi Daniel Caldwell.

– Cześć! Co u ciebie?

Usłyszawszy jego głos, chyba się ucieszyła. Nie kontaktowali się od owego pamiętnego balu prawie miesiąc temu, ale Daniel często o niej myślał. Kilka razy przyszło mu do głowy wpaść do tej kafejki, ale przypomniał sobie, że ustalili, że bywają tam o różnych porach.

– W porządku. Nie przeszkadzam?

– Jestem u pacjentki, ale nie, nie przeszkadzasz. Ogląda telewizję, a ja liczę jej leki, żeby sprawdzić, czy je bierze zgodnie z zaleceniem. Możemy rozmawiać.

Miał ochotę zaprosić ją na kawę, ale ponieważ odmówiła dwa razy, postanowił trzymać się ścieżki zawodowej.

– Będzie krótko. Chciałem cię poprosić o profesjonalną przysługę.

– Słucham.

– Mam pacjenta, który potrzebuje opieki hospicyjnej w domu. Pojutrze wypiszę go ze szpitala. Pomożesz mi?

– Oczywiście. Podaj więcej informacji, żebym mogła się zorientować, czego potrzebujemy.

– Pacjent chce być w domu, a ja nie widzę przeszkód. Jest całkiem sprawny, chociaż bardzo słaby, ale uważam, że na dłuższą metę pobyt w domu zrobi mu lepiej niż w szpitalu.

– Co mu jest?

– Zastoinowa niewydolność serca, stadium końcowe. Jeżeli będzie grzeczny, być może uda się nam utrzymać go przy życiu dłużej, niż rokuje jego aktualny stan. Pod warunkiem, że będzie skłonny wprowadzić poważne zmiany w swoim życiu.

– Zaraz, zaraz… a on nie chce tych zmian.

– Jest sympatyczny, ale uparty. Co mogę mu powiedzieć?

– Że jak nie będzie współpracował, to umrze. Jaki jest jego stan?

– W tej chwili zły. Fatalne wyniki badań, serce pracuje na pół gwizdka, płuca wypełniają się płynem, nerki leniwe, obrzęk kończyn.

– Czyli trzeba nad nim mocno popracować, żeby go zmotywować. Skontaktuj się z moją agencją i umów wizytę pielęgniarki hospicyjnej. Rozmawiaj z Sally, a ona nada sprawie bieg.

– Czemu nie, ale może ty… – Kogo to zmyli? Szukał pretekstu, byle jakiego pretekstu, by usłyszeć jej głos. – No wiesz… Myślałem, że uda mi się po znajomości.

– Mogę cię zgłosić, ale i tak będziesz musiał spisać zalecenia i przesłać je do biura.

Jasne, że o tym wiedział, ale chciał porozmawiać z Zoey.

– Zrobię to jeszcze dzisiaj. Czy mogę zaproponować ciebie jako opiekunkę pana Baumgartnera? Widziałem cię przy pracy i wiem, jaka jesteś dobra, a zależy mi, żeby mój pacjent otrzymał to co najlepsze.

– Daniel, podlizujesz się?

– Tylko trochę. A to, co powiedziałem, to prawda. Jesteś najlepsza i dlatego zależy mi, żebyś to była ty.

– Okej, możesz mnie zaproponować. W biurze powinni się zgodzić. Wobec tego wyznacz termin spotkania z nim w szpitalu, a ja już się tym zajmę.

– Jeśli o mnie chodzi, odpowiada mi każda pora.

– Nie masz planu pracy, którego powinieneś się trzymać?

– Mój rozkład zajęć jest chyba bardziej elastyczny od twojego, bo jesteś umówiona na konkretne godziny, a ja zawsze mogę coś zmienić. Możesz dzisiaj po południu czy wolisz jutro?

Czy znowu zaprosi ją na kawę, czy sobie odpuści? Pamiętaj, że jesteś profesjonalistą! Chcesz się umówić z Zoey czy może zależy ci na bliższym kontakcie z osobą, która znała Elizabeth? Taka ostatnia rozpaczliwa próba zatrzymania czegoś, co stracił?

„Danielu, żyj pełnią życia beze mnie…”.

– Zaczekaj, zajrzę do kalendarza.

Nasłuchiwał odgłosów na drugim końcu linii. Czyżby Zoey coś nuciła? Uśmiechnął się na myśl, że takie odgłosy chciałby częściej słyszeć w życiu prywatnym.

– Mogę przyjść do niego o wpół do szóstej, jeżeli ci to odpowiada. Będziesz miał czas załatwić wszystko z agencją.

Spojrzał na zegarek. Dopiero dziesiąta, czyli jeszcze siedem i pół godziny czekania.

– Oczywiście. Najpierw zajdź do mojego gabinetu, potem razem pójdziemy do pana Baumgartnera. Urzęduję na trzecim piętrze. Wsiądź do niebieskiej windy, a jak wysiądziesz, idź w prawo. Piąte drzwi po lewej.

– Na drzwiach jest twoje nazwisko?

– Tak. Jeżeli mnie nie zastaniesz, usiądź w poczekalni. Jeżeli nie będę przy nagłym przypadku, przyjdę jak najszybciej.

– Zatem do zobaczenia wkrótce – powiedziała radosnym tonem.

– Tak, wkrótce – powtórzył jak echo, zastanawiając się, czy jest to sprytne zagranie czy też jednak nie.

Zerknęła na zegarek. Normalnie nie miała czasu na niezaplanowane wizyty, ale dla Daniela zrobiła wyjątek. Przez ten miesiąc często o nim myślała. Czy wpadał do „ich” kafejki, czy było mu przykro, że odrzuciła zaproszenie na kawę?

Tak intensywnie o nim myślała, że zgodziła się przyjść do jego gabinetu. Zawsze kierowała się zasadą, by nie odwiedzać bliskich albo znajomych swoich pacjentów. Daniel okazał się wyjątkiem. Kto wie, czy nie dlatego, że wydawał się wzruszająco zagubiony.

Kilka minut po piątej. Trzeba się pospieszyć.

W głowie huczały jej sygnały ostrzegawcze, ponieważ Daniel zagrażał realizacji jej planu na życie. To powinno wzmóc jej czujność.

Mocno skołowana wsiadła do auta, po czym ruszyła spod domu ostatniego tego dnia podopiecznego. Nie było korków, więc szybko znalazła się na szpitalnym parkingu.

Dasz radę, powiedziała do siebie, przeglądając się w lusterku wstecznym.

To nie jest wizyta towarzyska.

– Nie bądź durna! – mruknęła. – Idiotka. Niezależnie od tego, jak głupio się czuła, nie miało to wpływu na cel tej wizyty. Daniel poprosił ją o konsultację, nic więcej. To nie randka. Spotkanie pary specjalistów i tyle.

Tak czy owak nurtowało ją pytanie, czy chce się spotykać z facetem, który nie otrząsnął się po śmierci żony?

Odpowiedź była prosta: stanowczo nie.

Bez trudu trafiła do niebieskiej windy, by chwilę później stanąć przed jego drzwiami.

– Witaj, Zoey.

– Cześć. – Serce waliło jej jak młotem. Co się z nią dzieje?

– Nie wejdziesz? – Gestem zaprosił ją na fotel przed biurkiem.

Omiotła wzrokiem gabinet. Skromnie urządzony. Uporządkowany. Żadnych papierów na biurku, książki poustawiane na półkach. Najwyraźniej Daniel nie ma wygórowanych wymagań, pomyślała. Cenna cecha.

– Porozmawiajmy w drodze do pacjenta – zaproponowała.

Peszyła ją ciasna przestrzeń zamknięta w czterech ścianach. Zbytnia bliskość. A co dopiero przy zamkniętych drzwiach?! Nie, nie ma w planach takiej bliskości.

Ruszyli do pana Baumgartnera.

– Cieszę się, że w trybie tak nagłym znalazłaś dla nas czas – powiedział, przepuszczając ją do pokoju pacjenta. – Podejrzewam, że pan Baumgartner uzna to za krok na swoją korzyść. A tego mu teraz trzeba.

– Pod koniec dnia zawsze mam trochę wolnego czasu. – Czy nie wyszło na to, że wieczorami doskwiera jej samotność? Że jest skazana wyłącznie na towarzystwo kota?

– To chyba przyjemne. Opieka nad Maddie nie daje mi takiej możliwości. Albo praca, albo córka. Nie, nie narzekam, zwłaszcza że takie urwanie głowy uratowało mi życie. Obawiam się, że już nie pamiętam, jak to jest mieć wolny wieczór.

– Nie zaszkodzi od czasu do czasu wykroić kilka godzin dla siebie. – Starała się nie myśleć, że mogłaby mu ten czas wypełnić.

– Na pewno by mi to nie zaszkodziło – przyznał, gdy wchodzili do sali. – Ale nie lubię wtedy tej obezwładniającej pustki. Ona wciąga.

– A ja wolałbym być sam, we własnym łóżku, żeby nie słyszeć tego rozgardiaszu – odezwał się pan Baumgartner.

– Myślę, że da się to zrobić – odparł Daniel, podchodząc do pacjenta, który sztywno wyprostowany układał na stoliku pasjansa.

Zoey przedstawiła mu opcje opieki domowej. Uzgodnili, że będzie go odwiedzała rano, by zrobić mu śniadanie, wyłożyć leki na cały dzień, wykąpać go i ubrać.

Zajmie jej to około półtorej godziny. Po raz drugi odwiedzi go pod wieczór.

Przy okazji wyszło na jaw, że pacjentowi najbardziej zależy na niezależności. Mimo że był mrukliwy, Zoey nabrała przekonania, że będzie miłym, współpracującym pacjentem. Powrót do domu zawsze dużo zmienia.

– Sprawia wrażenie całkiem żwawego – stwierdziła, gdy wracali do gabinetu Daniela.

– Owszem, mimo że jest ciężko chory. Ale jak już mówiłem, mam nadzieję, że za jakiś czas opieka hospicyjna przestanie być potrzebna.

– Byłoby wspaniale. Rzadko mi się trafiają takie powroty do normalnego życia.

– Ale to się zdarza, prawda?

– Czasami. – Smętnie pokiwała głową. – Rzadziej niżbym chciała.

– Przywiązujesz się do podopiecznych.

– Oczywiście. Jak można oddawać komuś część swojego dnia i się do niego nie przywiązać?

– Byłaś przywiązana do Elizabeth?

– Bardzo – powiedziała cicho. – Była… wyjątkowa.

– Tak, to prawda.

– Bardzo wyjątkowa – odrzekła, ściskając mu rękę.

Stali przed windą, w milczeniu wspominając Elizabeth.

– Domyślam się, że nie wszyscy twoi podopieczni są tak wyjątkowi jak Elizabeth – odezwał się po dłuższej chwili.

– Zdarzają się wyjątkowo trudne osobniki – odparła ze śmiechem.

– Co najgorszego przytrafiło ci się przez takiego osobnika?

Nie wahała się z odpowiedzią.

– Dostałam basenem prosto w klatę. Cisnął nim przez cały pokój.

– Mam nadzieję, że pustym. – Drzwi windy się otworzyły, więc puścił ją przodem.

– Powiedzmy że po tym, jak już doprowadziłam się do porządku, ubranie nadawało się do wyrzucenia.

W windzie milczeli. Daniel przemówił dopiero, gdy winda się zatrzymała.

– Mnie to nie spotkało.

– Bo jesteś panem doktorem. Nie zbliżasz się do basenów.

– O, przepraszam. Swoje odrobiłem.

– Ale ilu pacjentom musiałeś podsunąć basen, a potem go zabrać?

– Lekarze nie obsługują basenów.

– Tego uczą na studiach medycznych?

– Nie uczą, ale to sugerują.

– No właśnie. Dwupodział władzy. – Miła rozmowa, przyjemna odmiana po smutnych tematach. – Lekarze wydają polecenia, a pielęgniarki odwalają czarną robotę.

– Należysz do nich?

– Oczywiście, i z dumą bronię wszystkich pielęgniarek. Nie zapominaj, że bez nas zostalibyście z basenem w ręce!

– Jesteś bojowo nastawiona! – roześmiał się Daniel.

– Powiedziałabym, że raczej zdeterminowana.

Zatrzymali się przed jego drzwiami.

– Zatem Siostro Zdeterminowana tutaj się rozstajemy. Chyba że chcesz wejść do środka.

Nie ruszyła się z miejsca.

– Hm… Ten pokój jest maleńki. Zmieścilibyśmy się we dwoje? – Słaba wymówka. Ale przeraziła ją perspektywa takiej „bliskości”.

– Elizabeth też nigdy tu nie weszła. Przynosiła mi lunch, pukała do drzwi i odsuwała się na dziesięć kroków. W takiej ciasnocie mogła dostać ataku paniki. Ale nigdy nikomu o tym nie powiedziała.

– Nawet tobie?

– Myślę, że mnie przede wszystkim. Nie lubiła mówić o swoich słabościach. Oczekiwano od niej, że będzie silna, ja tego oczekiwałem. Bała się, że jeżeli okaże słabość, otoczenie poczuje się zawiedzione.

– Ale ty wyczuwałeś jej słabości.

– Chyba tak – odparł z lekkim uśmiechem. – Ale nie dawałem tego po sobie poznać.

– Bo ją kochałeś?

– Nie tylko. Szanowałem jej potrzebę ukrywania tego.

Jak by to było mieć przy sobie kogoś, kto rozumie nasze sekrety, nawet gdybyśmy mu się z nich nie zwierzyli? – pomyślała Zoey. Ale tak wyglądało ich małżeństwo. Love story doskonała. Z jednej strony zazdrościła Danielowi, z drugiej współczuła kobiecie, która kiedyś zajęłaby w jego życiu miejsce Elizabeth.

Żadna jej nie dorówna.

– Na pewno nie wejdziesz nawet na chwilę?

– Raczej nie.

– Z powodu klaustrofobii czy przeze mnie?

– Jak to?

– W mojej obecności nie czujesz się swobodnie. Widzę to, ilekroć na ciebie spojrzę.

 

– Nie mam powodu czuć się spięta albo… wyluzowana – odrzekła, trochę rozmijając się z prawdą.

Bardzo szybko mogłaby poczuć się z nim swobodnie, ale starała tłumić tę myśl. Bała się tej podróży. Bała się, że znowu spotka ją zawód.

– Z powodu Elizabeth?

Wolała nie odpowiadać, ponieważ nie pojmowała, dlaczego tak bardzo go lubi, ale i tak jej reakcje nie należały do normalnych.

– Dlatego… dlatego że… jestem ostrożna. Taką mam naturę, kiedy przytrafi mi się coś, co mnie zaskakuje. Szczerze mówiąc, jesteś dla mnie… zaskoczeniem.

– Jestem zaskoczeniem i najwyraźniej wyszedłem z wprawy, bo teraz chciałem cię zaprosić na kawę do bufetu, ale nie bardzo wiem, jak to zrobić, żeby nie spotkać się z odmową.

– Dlaczego? – zapytała trochę od rzeczy.

– Bo wyglądasz, jakbyś potrzebowała kofeiny.

– Jak wyglądam?

– Jesteś przestraszona, zmartwiona i chyba zdenerwowana. – Trafił w dziesiątkę.

– A może się spieszę?

– Sama powiedziałaś, że to dzisiaj twoja ostatnia wizyta.

– Może mam jeszcze coś w planie. – Szkoda, że tak nie jest.

– A masz?

– Czeka mnie stos raportów. – Znowu bardzo marna wymówka. Jednak powinna już wyjść, by nie zaangażować się jeszcze bardziej, bo Daniel w dalszym ciągu jest przywiązany do przeszłości.

Jest sama i już się do tego przyzwyczaiła. Po co cokolwiek zmieniać?

– Raporty? Nic więcej?

Potrząsnęła głową.

– Zazwyczaj pracuję do wieczora.

– Nie przeszkadza ci to?

– Przyzwyczaiłam się. Decydując się na tę specjalność, wiedziałam, z czym się to wiąże, tak samo jak ty, decydując się zostać lekarzem.

– Więc co mam zrobić, żeby wybawić cię z tej biurokratycznej tyranii? – Uśmiechnął się czarująco.

– Chyba wystarczy, żebyś poprosił. – Natychmiast pożałowała, że zabrzmiało to tak prosto.

Prawdę mówiąc, oszukiwała go. Może też i siebie?

– Zgodziłabyś się?

– Nie wiem.

– A gdybym zaprosił cię na pizzę zamiast na kawę? Możemy odebrać Maddie od babci i razem pojechać na pizzę, bo już ją Maddie obiecałem. W Papa Giovanni’s podają pyszną pizzę na cieniutkim cieście.

– Brzmi to… kusząco. – Zbyt kusząco. Nie pizzę miała na myśli.

– Kusząco ale nieprzekonująco?

– Daniel, to ma być randka? Muszę ci to wyjaśnić. Nie umawiam się z bliskimi swoich aktualnych ani byłych pacjentów. Trzymam się tej zasady sztywno.

– To bardzo wygodna zasada.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – Dlaczego Daniel tak to widzi?

– Hm, świadomie utrzymujesz dystans, powołując się na zawodowy profesjonalizm, a poza pracą?

Także, ale nie musi się mu z tego spowiadać. Daniel nie jest jej przyjacielem. To tylko znajomy poznany przy okazji opieki nad pacjentką. Również jego obejmuje ta zasada.

– Ta zasada obowiązuje zawsze, gdy podejmę taką decyzję.

– I nigdy od niej nie odstępujesz?

– Wyjątki prowokują nowe wyjątki i ani się człowiek obejrzy, zasady idą w kąt. To równia pochyła. Łatwo się z niej stoczyć.

– A kiedy robi się ślisko? Co wtedy?

– Rozczarowanie. Cierpienie. Uważam, że lepiej trzymać się z daleka, niż ryzykować upadek.

– Ale ja zapraszam cię na kolację, nie na śliską równię pochyłą. Nic poza tym. To tylko kilka kawałków pizzy i rozkoszna paplanina trzylatki.

– Miło byłoby znowu zobaczyć Maddie – przyznała.

– Więc jak?

Westchnęła. Znalazła się o krok od zrobienia czegoś, przed czym się wzdragała. Czuła jednak, że nie ma już odwrotu.

– Myślę, że dwa kawałki pizzy i pogawędka mi nie zaszkodzą. – Pokręciła głową, gdy ponownie zaprosił ją do gabinetu. – Nie. Spotkajmy się w Papa Giovanni’s.

– Okej. – Spojrzał na zegarek. – Jest szósta trzydzieści. Możemy się umówić za godzinę?

Błąd, potworny błąd! Mimo to bardzo pragnęła spędzić z nim trochę czasu, przy okazji wyciągając go ze szpitalnej atmosfery. Oraz może potraktować go jak… przyjaciela.

Daniel w roli przyjaciela? Warto to przemyśleć.

Upłynął już cały rok, od kiedy był członkiem rodziny pacjentki. Odstąpić od reguł?

– Zdążę dojechać do domu i nakarmić kota.

– Masz kota? Nie podejrzewałem cię o takie zobowiązanie.

– Do kotów jestem bardzo przywiązana. Koty to co innego niż ludzie.

– Dlaczego?

– Koty mnie nie zawiodą, a ludzie tak. Koty dają mi poczucie bezpieczeństwa.

Wybuchnął śmiechem.

– Zostaniesz ekscentryczną kocią mamą opiekującą się trzydziestoma kotami?

– Jeden kot to towarzystwo, trzydzieści to ucieczka od rzeczywistości. Możesz wierzyć albo nie, ale ja lubię tę rzeczywistość, mimo że czasami mnie przeraża.

Odwróciła się w stronę windy, ale po drodze odwróciła się i dodała:

– Powiedz Maddie, że bardzo się cieszę na spotkanie z nią.

Daniel pokiwał głową, po czym zamknął się w gabinecie.

– Co ja zrobiłam?! Co ja zrobiłam?

Wsiadła do windy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?