Druga twarz doktora Robinsona

Tekst
Z serii: Medical
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI

– Kto to jest?! – Amanda niemal wepchnęła go do szafki w szpitalnym holu. – I dlaczego wprowadza się do twojego domku?

– Każdy domek jest przeznaczony dla dwóch osób. I nie wprowadza się do mnie, tylko do drugiej połowy.

– Nie kręć! Chcę wiedzieć, kto to jest i czy to ta sama, którą poznałeś w Toskanii? I co tu robi.

– Nie to, co myślisz.

– Nie wiesz, co myślę.

– Wiem. To samo, ilekroć sobie ubzdurasz, że ktoś mi się podoba.

– Aha, podoba ci się ta…?

– Shanna Brooks. I nie, nie romansuję z nią. I tak, to ją poznałem w Toskanii.

– I z nią nie romansowałeś.

– Nie romansowałem.

– Mimo to przyleciała tu za tobą?

– Tak, ale dalej nie pojmuję dlaczego. – Bardzo różnie można interpretować jej oświadczenie, że chce być taka jak on. – Podejrzewam, że chce sobie urozmaicić żywot medyka.

– Jest lekarzem, pielęgniarką, technikiem?

– Lekarzem rodzinnym. Podejrzewam wypalenie.

– I szuka przyjemnego szpitala w dżungli, żeby ją pobudził do życia? – Amanda z uśmiechem pokręciła głową. – Ben, nie bądź naiwny. Ona oczekuje, że ty pobudzisz ją do życia. Okropnie się cieszę. Najwyższy czas, żebyś wypełzł z tej swojej nory i zaczął żyć jak człowiek.

– To jest normalna nora i dobrze mi w niej.

Amanda uniosła brwi.

– Muszę przyznać, że masz dobry gust w wyborze współlokatorek. Prawdę mówiąc, mają go wszyscy Robinsonowie. Popatrz, co się przytrafiło mnie i mojemu współlokatorowi. – Poklepała się po wydatnym brzuchu. – Wyszło nam na dobre.

– Bo coś was łączyło. – Uniósł dłoń, nie chcąc po raz kolejny wysłuchiwać tego samego. – Jest mi dobrze, okej? Daj mi spokój.

– Taa… Piękna kobieta przeleciała za tobą pół świata. To lepiej niż dobrze, a co do zostawienia cię w spokoju… – uścisnęła brata serdecznie – chyba pójdę pomóc twojej nowej wolontariuszce się zainstalować.

– Wychodzi ze mną na wieczorny obchód.

– Jak powiedziałam, chyba pójdę pomóc twojej nowej wolontariuszce się zainstalować… później.

– Amando, odpuść sobie – warknął. Jego siostra bywa aniołem, ale teraz tylko go rozdrażniła.

– Jak sam twierdzisz, nie mam co odpuszczać.

– I niech tak zostanie.

– Wybrałeś piękne miejsce – oznajmiła Shanna, maszerując obok niego.

– To ono mnie wybrało. Zaistniała tu taka potrzeba, a ja miałem środki, żeby jej zaradzić.

– I założyłeś szpital. Ot tak? – To do niego pasowało. Facet do bólu racjonalny. Ale czy potrafi cieszyć się życiem? Przypomniała sobie w porę, że i ona nie ma powodów do radości nawet po tym, jak rozstała się z medycyną, a w konsekwencji z resztą dawnego życia.

Postawiła sobie wtedy za cel zjechać cały świat, dobrze się bawić, zapomnieć o frustracji, o tym, co wywołuje w niej złość albo smutek. Miała się koncentrować na tym, co w danej chwili dobre, by potem wrócić do normalnego życia i zobaczyć, czy to się sprawdziło. Teraz trzeba pracować nad sobą, nie czas na dobrą zabawę. Pora znowu być lekarzem, ale bez zaangażowania emocjonalnego.

– To nie takie proste, ale można powiedzieć, że tak, że ot tak założyłem szpital. Razem z siostrą. Amanda pracuje tu od niedawna, ale wspólniczką jest od początku.

– Dlaczego w Argentynie? – Bo w takim odizolowanym miejscu łatwiej walczyć z demonami? Być może pomaga mu w tym ciężka praca w trudnych warunkach.

– Wyprzedzając twoje pytanie, nie, nie izoluję się od świata, bo jestem alkoholikiem, a tu jest mniej pokus. Wcale nie jest ich tu mniej. I wcale nie uważam, że się izoluję. Przez jakiś czas pracowali tu też moi rodzice, a siostra jest Indianką.

– Myślałam, że ma to związek z tym twoim… nazwijmy to demonem, ale nie…

– Na pewno nie.

– To dobrze, że wybrałeś Argentynę, bo ci się tu podoba albo że zaangażowanie emocjonalne pomaga ci tu wytrwać. Poza tym uporałeś się z uzależnieniem, więc jestem pełna uznania. Mam nadzieję, że to dla ciebie nie problem, bo mnie to nie przeszkadza.

– Shanno, tylko tobie o tym powiedziałem.

– I to wystarczy. Każdy popełnia błędy. Ja też nie mam czystego sumienia. – Niezdyscyplinowanie, niewłaściwy mąż. – Ale człowiek żyje i się uczy, albo żyje i się nad sobą rozczula. Ty się tu nie rozczulasz i to jest ważne.

Przytaknął.

– Od dawna jestem zakochany w Argentynie. Jej mieszkańcy potrafią docenić nasz wysiłek, nawet w sytuacjach traktowanych przez większość placówek zdrowia jako mało ważne. Dajesz im na ból głowy aspirynę, a oni są ci za to wdzięczni. Nie to co gdzie indziej. Dajesz pacjentowi aspirynę, a on uważa, że został źle potraktowany.

Doskonale to rozumiała. Jej rodzina zatrudniała całą armię prawników. Kiedyś rozwścieczona pacjentka, której na ból głowy podano aspirynę, podała lekarza do sądu, bo życzyła sobie narkotyku.

– Jak nie zwolnisz, to i mnie będzie potrzebna aspiryna na ból nóg. Nie mogę za tobą nadążyć.

Przystanął.

– Odnoszę wrażenie, że nie miewasz problemów z dotrzymywaniem kroku. Chyba zawsze prowadzisz.

– Nie zawsze – odparła ze smutkiem. – Czasami jestem aż tak bardzo w tyle, że nie wiem, czy uda mi się to nadrobić.

– Ale to nie ma związku z tym, że szybko chodzę.

– Żadnego – odparła zaskoczona jego wrażliwością. Gdyby coś takiego powiedziała byłemu mężowi, nie zrozumiałby. To zmieniło jej opinię o Benie, złagodziło ją i uczyniło bardziej obiektywną.

– Jeżeli zwolnię, to czy mi powiesz, dlaczego chcesz być taka jak ja? Nie wiem, czy chcę być obserwowany.

– Są tacy, którym by to pochlebiało.

– I tacy, którym wydałoby się to podejrzane.

– Albo rozpaczliwe.

– Mam rację, podejrzewając, że znalazłaś się na rozdrożu i nie wiesz, którą drogę wybrać, więc postanowiłaś mnie naśladować? – Szedł zdecydowanie wolniej. – Shanno, to nie ma większego sensu.

– Zdaję sobie z tego sprawę, ale każda z opcji na tym rozdrożu pokazuje mi inny kierunek.

– Więc rzuć monetą.

– To nie takie proste.

– Jak to? Jesteś lekarzem, to całkiem niezła droga. Trzymaj się jej i zastanów, czy w dalszym ciągu chcesz leczyć ludzi.

Właśnie to robi, ale Ben nie musi o tym wiedzieć, zwłaszcza o tym, że usiłuje się dowiedzieć, jak odciąć się od emocji. Tu, w szpitalu Caridad, ma szansę pracować na równi z lekarzem, jakim sama powinna się stać, by przetrwać. Z lekarzem, który nie płacze, gdy umiera pacjent. Dziadek jej wytknął, że jest mięczakiem, ojciec mu wtórował i nikt z całej rodziny nie wystąpił w jej obronie, a to oznacza, że zgadzają się z nim w stu procentach.

Ale wystarczy popatrzeć na klan Brooksów, jej rodziców, dziadków, braci, pryncypialnych lekarzy rodzinnych. Dlaczego mieliby ją wspierać? To ona nie pasuje, to ona jest czarną owcą, więc jeśli chce wrócić do stada, musi się zmienić. Jednak nie była pewna, czy tego pragnie. Mimo to szuka opcji, a do tej pory Ben okazał się opcją najlepszą.

– Kocham ten zawód, ale teraz przyglądam się wszystkim drogom.

– Ta droga prowadzi do Very Santos, która w zeszłym roku miała udar, ale radzi sobie całkiem dobrze. Opiekuje się wnukami, kiedy ich rodzice są w pracy. Kocha jeść, zwłaszcza to, co podwyższa ciśnienie.

– Jakie bierze leki? Furosemid czy chlorothiazyd?

– Nie bierze żadnych leków, za to je więcej ryb, ziarna i czosnku. Oraz ogranicza słodycze.

– Skutecznie?

– Nie bardzo. W dalszym ciągu ma za wysokie ciśnienie, ale nie aż tak jak rok temu. Uważam, że to sukces.

– Sukcesem byłoby namówić ją na leki.

– Nic z tego. Vera nie ufa naszej medycynie.

– Nie jest leczona?! Chyba wiesz, że niekontrolowane nadciśnienie dziesięciokrotnie zwiększa ryzyko wystąpienia kolejnego udaru. Nie można do tego dopuścić. – Znowu dała się ponieść emocjom.

– Shanno, Vera jest leczona. Odżywia się lepiej, trochę schudła, ciśnienie ma niższe, odwiedzam ją raz w tygodniu albo częściej, kiedy czuje się gorzej. Ale nie mogę na siłę wciskać jej leków. – Otworzył furtkę. – Fajnie byłoby dawać jej lekarstwa, ale mogę zrobić tylko to, na co ona mi pozwoli. Alternatywą byłoby nie robić nic.

Oto Ben, który nie angażuje się emocjonalnie.

– Vera zna konsekwencje – podjął wątek. – Za każdą wizytą jej o nich przypominam. Ale to jej decyzja i to ona poniesie te konsekwencje.

Kwestia wyboru i konsekwencji nie była Shannie obca. Utrata rodziny, z czym się liczyła, to jednak nie to samo co utrata życia, a tym ryzykowała Vera. Już się zaangażowała? Nie stoi nad nią dziadek i nie zarzuca jej, że jest mięczakiem. Jest tutaj, żeby po prostu pomóc Verze.

– A jak ją przekonam? Żeby zgodziła się na leki.

– Jesteś tego pewna?

– Jestem pewna, że znam naturę ludzką. I siebie.

– Jak jesteś taka pewna, to umowa stoi. – Uśmiechnął się łobuzersko. – Jak ją przekonasz, to po obchodzie oprowadzę cię po wsi i zabiorę do stołówki na kolację.

– Więc niech się pan, doktorze, na to przygotuje – ostrzegła go – bo ja już się cieszę na ten nocny wypad.

– Co dostanę, jak Vera się nie zgodzi?

– Zgodzi się, zgodzi.

– Ale jak się nie zgodzi, to co będę z tego miał?

Zastanowiła się.

– Przeprosiny pełne skruchy?

– Za mało – odparł z pokerową miną.

– Zauważyłam, że pijesz yerba mate, więc będę ci ją parzyła i podawała, ile razy zechcesz, przez cały jeden dzień. Oczywiście, pomijając czas dla pacjentów.

– Okej, yerba mate przez cały tydzień. Plus skruszone przeprosiny. Umowa stoi.

– Twardy z ciebie zawodnik, ale wiem, że wygram.

Przedstawiwszy się pacjentce, wyjaśniła po hiszpańsku, że przybywa z zamiarem porozmawiania z nią o zdrowiu i o tym, by jak najdłużej mogła opiekować się wnukami.

 

– Posługujesz się wnukami, żeby przekonać ją do leków? To manipulacja.

– Nie manipulacja, a spryt. – Uśmiechnęła się. – Jesteś zły, że nie wpadłeś na ten pomysł.

– Skąd wiesz, że o tym nie pomyślałem? Albo już jej tego nie mówiłem?

– Bo jesteś zły. Gdybyś spróbował tego chwytu i niczego nie osiągnął, to teraz byś mnie wyśmiał. A gdybyś spróbował i by się udało, to dzisiaj byśmy do niej nie przychodzili. – Weszła do środka, po czym zwróciła się do Bena. – Czy program wieczoru przewiduje tańce?

W odpowiedzi wzniósł wzrok do nieba. Nie odezwał się, nie uśmiechnął. Udaje, że jest zły, pomyślała. A to znaczy, że nie jest aż tak nieprzystępny, jak jej się wydawało. Spora niespodzianka.

– Okey, wygrałaś – przyznał, gdy wyszli.

– Powiedział facet, który przegrał zakład. – Ledwie za nim nadążała, ale prawdę mówiąc, była zbyt skonana, by się przejmować, że zostawi ją w dżungli. Marzyła tylko, żeby znaleźć się w łóżku i zasnąć.

– Przyznał facet, który żałuje, że sam tego nie wymyślił. To, co jej powiedziałaś, wcale nie było odkrywcze. Tak, szkoda, że sam na to nie wpadłem.

– Na co? – Sapnęła, przystając, by złapać oddech.

– Dobrze słyszałaś. Nie będę powtarzać, żebyś mogła triumfować. – Zatrzymał się.

– To tylko… satysfakcja. – Ze zmęczenia ledwo mówiła.

– Shanno… – Rzucił się ku niej, ale powstrzymała go gestem. – Dobrze się czujesz?

– Zdaje się, że jestem bardziej wyczerpana, niż myślałam. Niełatwo tu się dostać.

– Zmiana stref czasowych, wilgotność powietrza…

Przytaknęła, biorąc głęboki wdech.

– Ben, trudno tu się żyje?

– Nie bardzo. Inaczej, ale można się przyzwyczaić.

– Mam nadzieję… – Wyprostowała się i ruszyła za nim, ale nie próbowała go dogonić. Oto człowiek, który ma cel. Wszystko ma poukładane. Nie robi niepotrzebnych ruchów. Może to i dobrze, ale czy nie czuje się samotny?

Po chwili zniknął jej z oczu. Dobrze się złożyło, bo poczuła, że musi przysiąść. Zrzuciła już nawet plecak, ale przypomniała jej się Ines i wąż. Jakie inne zwierzęta czyhają w mroku?

– Jaguary – usłyszała za plecami głos Bena. – Kuguary, a czasami dzikie świnie. Oraz węże.

Odwróciła się gwałtownie.

– Skąd się tu wziąłeś?!

– Zawróciłem. Widziałem, że masz zamiar usiąść, więc domyśliłem się, że jeżeli masz trochę oleju w głowie, to się zastanowisz, jakie zwierzęta mogą ci tu zagrozić. Aha, jak chcesz wiedzieć, to pochodzę z Kalifornii.

– Wcale mi nie do śmiechu – żachnęła się. Czuła, że ze strachu serce podskoczyło jej do gardła.

– Przebywanie tutaj w nocy wcale nie jest zabawne. To jedna z tych różnic, do których trzeba się dostosować.

– Zawsze zabierasz wolontariuszy w nocy do dżungli i ich straszysz?

– Nie przyszło mi to do głowy, ale to dobry pomysł.

Roześmiał się. Słyszała to w jego głosie.

– Już ci powiedziałam, że jesteś twardy, ale teraz dodam, że jesteś okrutny. Twardy i okrutny. Ktoś już ci to mówił?

– Parę razy. Ale moim zdaniem, nie zależy mi na tym, żeby moich wolontariuszy pożarły dzikie zwierzęta. Chyba by cię to nie spotkało, bo jaguara nie widziano tu od lat. Ale lepiej dmuchać na zimne, nie?

Nie dość, że się śmieje, to jest mu naprawdę wesoło. Jest w swoim żywiole? Utożsamia się z nocą? Cieszy go, że może się izolować? Nietrafiona analiza. Ta mroczność to maska. Psycholog zapewne by powiedział, że to po to, by odstraszać innych. Ale ona dostrzegła w nim przeciwieństwo mroczności.

– Nie lepiej było mnie ostrzec niż straszyć?

– Byś się do tego zastosowała? Wątpię. Wyglądasz na osobę, która wszystko robi po swojemu. I dostaje po głowie. Stawia czoło jaguarowi, żeby dowieść, że to faktycznie jaguar.

Trafnie ją ocenił, ale mu tego nie powie.

– Innymi słowy, dostaję nauczkę, dając sie pożreć jaguarowi?

– Shanna, po co tu przyjechałaś? Nie mów, że chcesz być taka jak ja, bo nikt, kto mnie zna, by tego nie chciał.

– Ale ja cię nie znam, mimo że w Toskanii spędziliśmy razem sporo czasu.

– Nie po to przyleciałaś do Argentyny, żeby mnie poznać. Może dlatego, że znalazłaś się na rozdrożu. Ale życie tutaj dramatycznie różni się od twojego życia, podobnie jak sposób uprawiania medycyny. Tutaj nic nie jest proste. Nawet ścieżka do wioski.

– Być może szukam tego, co dramatyczne i trudne.

– Nie wierzę.

– Nie musisz. Jeżeli pozwolisz mi tu pracować, oboje na tym skorzystamy. Po co to komplikować?

Wzruszył ramionami.

– To prawda, nie ma takiej potrzeby. – Podniósł z ziemi jej plecak. – Robi się późno, a mamy jeszcze dwóch pacjentów, więc się pospieszmy. – Objął ją w talii, ale tylko po to, by ją wesprzeć. – Oprzyj się na mnie. Za kilka minut będziemy w szpitalu.

– Ben, przepraszam. Normalnie mam więcej sił. Nie przewidziałam, że będę aż tak wykończona.

– Nie przepraszaj.

Szli w milczeniu. Opierając się na nim bardziej, niż musiała, cieszyła się, że to właśnie on jej pomaga.

ROZDZIAŁ CZWARTY

– Brat mnie przysłał, a poza tym chciałam cię poznać, zwłaszcza po tym, co słyszałam. – Amanda postawiła tacę z kawą i ciasteczkami na stoliku przy łóżku. – Amanda Kenner – przedstawiła się. – Jestem współzałożycielką tego szpitala i pediatrą. Zrobiło na mnie wrażenie, że przyleciałaś za Benem z Włoch do Argentyny.

– Która godzina? – mruknęła Shanna, podciągając się na poduszce. Miniony wieczór pamiętała jak przez mgłę. Tyle tylko, że dotarli do szpitala i że zaraz potem padła. Leży teraz na łóżku ubrana i czuje się wypoczęta. Zauważyła na podłodze swoje buty i skarpetki. Ben je zdjął?

– Po dwunastej. Chciałam cię obudzić na śniadanie, bo nie jadłaś kolacji, ale Ben uznał, że snu potrzebujesz bardziej niż jedzenia. Dłużej nie wytrzymałam, bo jesteś mi potrzebna. Normalnie dajemy wolontariuszom dwa dni na aklimatyzację, ale się nie wyrabiamy.

– Oczywiście, że mogę pracować. – Shanna usiadła, odgarnęła włosy z twarzy, po czym ziewnęła. – To prawda, że przyleciałam tu za Benem, ale go nie prześladuję.

– Nieważne, jakie masz powody – odparła Amanda z uśmiechem. – Cieszymy się, że jesteś. Zawsze potrzebujemy wolontariuszy, a sądząc po tym, jakie zrobiłaś entree, jesteś dobra. Wracając do twoich obowiązków…

Sympatyczna ta jego siostra, w przeciwieństwie do niego otwarta. I bardzo go kocha. Chyba też bardzo jej zależy, by brat kogoś sobie znalazł.

– Nie ma sprawy, ale daj mi pół godziny na jedzenie i doprowadzenie się do porządku. Przywykłam do pracy o nieludzkich porach, ale tutaj wszystko jest inaczej, a jeszcze nie bardzo potrafię się przestawić.

– W twoim rodzinnym centrum na pewno pracowało się bardzo ciężko. A ja jako współwłaścicielka tego szpitala mogę powiedzieć, że pracuję tu ciężej niż w moim dawnym szpitalu w Teksasie. Myślę, że to z powodu odpowiedzialności, jaka na nas ciąży.

– Ben wie, kim jestem? – zaniepokoiła się Shanna.

Nigdy nie chwaliła się rodzinnym imperium medycznym. Już jako dziecko zorientowała się, że jako najmłodsza w lekarskiej dynastii jest naznaczona szczególnym piętnem i wygórowanymi oczekiwaniami, ale chciała być lekarzem, nie członkiem znamienitej rodziny Brooksów. Nie potrafiła tego połączyć.

– Tak. Nawet mi powiedział, gdzie mam o tobie przeczytać. Ale skoro nie wiedziałaś, że on wie, to muszę cię ostrzec, że mój brat złożył kiedyś podanie o rezydenturę w waszym szpitalu.

– Był tam rezydentem? – Nie przypominała go sobie.

– Nie, nie był. Został odrzucony.

– Jak to? – wykrztusiła Shanna.

Amanda przestała się uśmiechać.

– Zrobił złe wrażenie. Miał najwyższe oceny oraz wyjątkowe predyspozycje, ale uznano, że jest zbyt pewny siebie. Ostatecznie wylądował w szpitalu w Nowym Jorku, co wyszło mu na dobre.

Jak potraktować tę dziwną informację?

– Co mam mu powiedzieć?

– Nic. On nie chowa urazy.

– Kamień spadł mi z serca, bo chciałam zatrzymać się tu na dłużej.

– Jeśli zgadzasz się na wielogodzinną trudną robotę, brak zapłaty i robactwo… – Amanda strzepnęła z ramienia komara. – Pewnie to samo miałabyś w Brooks Medical Center minus brak zapłaty oraz tych wstrętnych owadów.

– Pieniądze to nie problem, a z owadami sobie poradzę. W szkole pasjonowałam się entomologią. To ja straszyłam braci owadami, nie oni mnie. To był świetny sposób, żeby się na nich odegrać. Robal wrzucony do buta albo stonoga do szkolnego plecaka… – Uśmiechając się, sięgnęła po kubek z kawą. – No, nareszcie czuję się jak człowiek.

– My z Benem nie robiliśmy sobie takich numerów, trzymaliśmy sztamę. Walczyliśmy z dzieciakami, które nas przezywały, rzucały w nas kamieniami albo nie pozwalały przejść obok swoich domów. Od dziecka byliśmy sprzymierzeńcami.

– Fajnie – szepnęła Shanna smętnie. – Moi rodzice byli… zapracowani. Nie mieli czasu dla dzieci. Moich dwóch braci i mnie wychowywała niania, która bardzo się starała, ale nie potrafiła nam wpoić poczucia więzi rodzinnej, więc nie byliśmy sobie tacy bliscy jak ty i Ben. Myślę, że jako najmłodszej bardzo mi zależało na ściągnięciu na siebie uwagi i stąd te robaki.

– Dynamika rodziny. – Amanda pogładziła się po brzuchu. – Zaczynam jej doświadczać z innej strony.

– Przyjemne? – Znała odpowiedź, bo Amanda sprawiała wrażenie kobiety, która ma wszystko. Tylko pozazdrościć.

– Bardziej niż sobie wyobrażałam. No, daję ci godzinę. Jak się ogarniesz, rozejrzyj się po szpitalu. Przydzieliłam ci izbę przyjęć, która nie przypomina izby przyjęć, ale jest tam mnóstwo pracy, a mamy jednego lekarza mniej, dopóki nie wróci mój mąż…

– Jack Kenner?

– Słyszałaś o nim? – Amanda uśmiechała się szeroko.

– Sławny epidemiolog. Trafił się nam w szpitalu trudny przypadek, więc chcieliśmy zasięgnąć jego opinii, ale akurat przebywał w Afryce, gdzie zwalczał malarię. Dziadek proponował mu górę pieniędzy, chciał wysłać po niego prywatny odrzutowiec, ale twój mąż okazał się człowiekiem przyzwoitym. Został w Afryce. – Shanna upiła łyk kawy. – Nie mogę się doczekać, kiedy go poznam. To będzie dla mnie wielki zaszczyt.

– Myślę, że Ben zajdzie do izby przyjęć, a jak nie, to poproszę którąś z pielęgniarek, żeby cię wprowadziła.

Godzinę później przekonała się, że było to poważne niedomówienie. Ledwie weszła do izby przyjęć, otoczyło ją kilkudziesięciu pacjentów, którzy jeden przez drugiego mówili, co im dolega albo próbowali ściągnąć na siebie jej uwagę. Lekarz dyżurny Vance Hastings, drobny starszy mężczyzna, wyglądał, jakby lada chwila miał zemdleć.

– Jestem na to za stary – oświadczył, ocierając pot z czoła. – Dziesięciogodzinne dyżury to nie dla mnie. – W końcu się uśmiechnął. – Ale gdybyś potrzebowała pomocy, to jedną, dwie godziny jeszcze wytrzymam.

– To może na początek zalecę ci odpoczynek – roześmiała się Shanna – a jak później uznam, że twoja pomoc jest nieodzowna, to po ciebie przyjdę.

– Dzięki, dziecko. Uratowałaś staremu człowiekowi życie.

Zastanowiło ją, dlaczego stary człowiek tak się poświęca, skoro sprawia mu to taką trudność. Ale jak naprawdę jest to trudne, poczuła już pod koniec pierwszej godziny. Zaczęła nawet wątpić, czy wytrwa jeszcze dziewięć godzin.

– Harówka, prawda? – rzucił Ben, wchodząc do kabiny, w której opatrywała dziecku stopę.

– Tak jest codziennie? – Gdy matka z dzieckiem wyszła, oparła się o ścianę, by zrobić sobie krótką przerwę.

– Bywa gorzej.

– Czyli bywa też lepiej.

– Raczej nie. Na pewno nie w lecie, kiedy ludzie są bardzo aktywni. Lżej jest w zimie, ale ty tego nie doczekasz.

– Tak uważasz? Nawet po tym, jak przemierzyłam pół świata, żeby robić to, co robię?

– Uważam, że tak długo nie wytrzymasz. Shanno, jestem bardzo nieciekawym facetem. Ja tylko pracuję. Jak zaczniesz dostrzegać we mnie to, co chcesz dostrzec, zorientujesz się, że… nic nie ma. Jeżeli sprowadziła cię tu fascynacja, wyjedziesz jeszcze przed zmianą pogody.

– A jak nie wyjadę?

– Prowokujesz, żebym znowu się założył? Tym razem na pewno przegrasz.

– Jak przegram, będę do końca pobytu robić ci yerbę. Ale przede wszystkim uprzedzę cię o wyjeździe. Jak wygram, będą mi się należały po pierwsze przeprosiny, po drugie co rano kawa do łóżka, też do końca pobytu.

 

– Który nastąpi na długo przed ochłodzeniem.

– Chcesz, żebym wyjechała? – Nie była tego pewna.

– Nie lubię rozstawać się z dobrym lekarzami, ale myślę, że i Brooks Medical Center też tego nie lubi.

– Od kiedy wiesz o tym?

– Zajrzałem do internetu, zanim wybraliśmy się do Very Santos. W Toskanii mnie to nie interesowało, bo nie dotyczyło mojego szpitala, ale sprawa stała się pilna, kiedy oznajmiłaś, że chcesz tu zostać jako wolontariuszka.

– Nie poinformowałeś mnie.

– Nie, bo każdy ma prawo do prywatności, nawet Shanna Brooks, która awansowała do funkcji wicedyrektora rodzinnego centrum opieki zdrowotnej kilka dni przed wylotem. Oficjalnie udała się na urlop, aby wypocząć przed objęciem nowych obowiązków. Pomyślałem, że jak zechcesz, sama mi o tym powiesz. Nie zrobiłaś tego, więc przestałem się przejmować.

– Między mną i dziadkiem doszło do różnicy zdań w kwestii terapii pewnej pacjentki. W konsekwencji uznałam, że muszę sporo przemyśleć oraz że będzie to niemożliwe, jeżeli będę dalej pracować.

– Złamałaś procedury?

– Próbowałam. Moja pacjentka była w terminalnym stadium choroby nerek, a ja wciągnęłam ją na listę oczekujących na przeszczep. Dziadek ją skreślił, bo nie mieściła się w limicie wieku. Usiłowałam go przekonać, ale mi się nie udało, a pacjentka zmarła.

Cicho zagwizdał.

– Współczuję. Z bezradnością trudno się pogodzić.

– Jeszcze trudniej, Ben, gdy jest się współwłaścicielem firmy, a cała rodzina jest przeciwko tobie.

– Wzięłaś to do siebie?

– Tak, bardzo. Powinnam była ją ratować. Jej rodzina tego ode mnie oczekiwała. Sama od siebie tego oczekiwałam. – Przymknęła oczy, by wymazać z pamięci dzień, w którym musiała przekazać pacjentce złą wiadomość. Tak, ma miękkie serce, ale mało ją to obchodziło. Potem w gabinecie się popłakała i skopała kubeł na papiery. Dziadek nazwał ją mięczakiem. „Nie myśl sobie, że w tym zawodzie słaby osobnik może się sprawdzić”.

Jest słaba. To słowo zaważyło na jej decyzji.

– To mnie pogrążyło. Od dziecka z tym walczę. I walczyłam jak lwica o tę pacjentkę, ale… – Wzruszyła ramionami. – Okazałam się za słaba, więc wzięłam urlop i pojechałam do Toskanii. Reszta to przeszłość. Koniec końców znalazłam się w Argentynie. – Czy kiedykolwiek będzie miała wystarczająco dużo siły, by sprawdzić się jako lekarz, czy zawsze na przeszkodzie staną emocje?

– Wylądowałaś w Argentynie, z czego szpital Caridad jest bardzo zadowolony. Zastanawiam się jednak, czy nie lepiej było zostać w Brooks Medical Center i tam szukać rozwiązania.

– Ben, problemem nie jest Brooks Medical Center, tylko ja. Nie mogłam zostać, bo przestałam tam się widzieć. Nie martw się o Caridad. Nie pozwolę, żeby problemy negatywnie wpłynęły na moją pracę. Nie myśl, że nagle odejdę, zostawiając was na lodzie.

– Wcale tak nie myślę.

– Skąd taka… ufność? Na twoim miejscu postąpiłabym inaczej.

– To nie kwestia zaufania. Po prostu niczego od nikogo nie oczekuję. W ten sposób co będzie, to będzie, a mnie nie spotka rozczarowanie. Tak chcę żyć i to mi odpowiada.

Możliwe, ale skąd ten smutek w jego oczach? Może wcale nie chciał, by jego życie tak wyglądało?

– No cóż… – Wskazała sąsiednią pustą kabinę. – Jeżeli akurat jesteś wolny, to może byś przyjął parę osób? Szkoda, żeby się to miejsce marnowało. – Podeszła do drzwi, by poprosić kolejnego pacjenta. – Jutrzejszy wieczór ci odpowiada?

– Jak to? – zapytał, nie kryjąc zdziwienia.

– Jesteś mi winien kolację. Dzisiaj i jutro mam dyżury, ale jutrzejszy wieczór mam wolny. – Odwróciła się, by na niego spojrzeć. W ciasnej kabinie stał tak blisko, że mogliby się pocałować. – Więc co z tą kolacją? – Jej wzrok padł na blizny na jego szyi. Widziała je już wcześniej, ale dopiero z tej odległości zorientowała się, że to, co widoczne, jest niewielką ich częścią. Zdała sobie też sprawę, ile musiał wycierpieć, zanim rany się zabliźniły.

– Jeżeli nie wydarzy się jakiś wypadek, nie osunie się ziemia ani nie wybuchnie epidemia zarazy, to chyba mogę cię zabrać na kolację – odparł, odsuwając się.

Wybuchnęła śmiechem.

– Jeszcze nikt nie posłużył się zarazą jako pretekstem, żeby dać mi kosza.

– Nie dałem ci kosza, a tylko się zastrzegłem, że jeśli wybuchnie epidemia… – Zawahał się, wyminął ją i poszedł do holu po pacjenta, a ona stała, patrząc za nim.

Przystojny facet, świetnie zbudowany, co dodatkowo podkreślał nietypowy jak na szpital strój: bojówki i prosta koszula z rękawami podwiniętymi tuż poniżej łokcia. Do tego ciemne oczy, potargane ciemne włosy… Prawdziwy obiekt babskich westchnień, pomyślała. To wszystko prawda, ale z drugiej strony to facet zamknięty w sobie. Może z powodu blizn, może z innego. Ale to niczego nie zmienia, bo znalazła się tu, by się od niego uczyć, a nie żeby do niego wzdychać.

Lekko kręciło się jej w głowie, bo zaczęła pracę poprzedniego dnia i przez dwadzieścia godzin przyjmowała pacjentów. Dziwiło ją nawet, że po raz pierwszy w życiu tak haruje, jednocześnie czerpiąc z tego niebywałą satysfakcję, a jej organizm nie protestuje. Być może za sprawą adrenaliny albo perspektywy kolacji z Benem.

Tak czy inaczej, czuła, że rozpiera ją energia.

Nie umawiała się na randki od rozwodu, od pięciu lat, a właściwie od siedmiu, jeśli dodać dwa lata małżeństwa, kiedy praktycznie nie żyła z mężem… Nic dziwnego, że teraz tak się denerwuje.

– To nie jest randka – mruknęła, spoglądając w lustro. Poprawiła pomadkę, modnie zburzyła fryzurę. – On tylko spłaca dług. – Honorowy.

– Za godzinę muszę być z powrotem – oznajmił już w progu.

– Dobrze się składa, bo na mnie czeka pasjonujący artykuł medyczny. – Niezbyt uprzejma riposta, ale nic lepszego nie przyszło jej do głowy.

– Więc się pospieszmy. – Nie wchodząc do jej pokoju, wycofał się do korytarza.

– Idź już, dogonię cię. – Zawróciła przed lustro, by zetrzeć pomadkę, a włosy związać w koński ogon.

Gdy zrównała się z nim, nawet na nią nie spojrzał, a w drodze do wioski praktycznie się nie odezwał. Szedł dwa kroki przed nią. I chyba było to zamierzone.

Na skraju wioski nie wytrzymała.

– Może dajmy sobie z tym spokój, bo widzę wyraźnie, że nie masz ochoty?

Przystanął dwa metry przed nią, ale dopiero po kilkunastu sekundach odwrócił się.

– Nie chodzi o to, że nie mam ochoty, tylko o to, że to nie moja bajka.

– Co? Kolacja z kobietą?

– Nie umawiam się z kobietami na kolacje ani nigdzie indziej. Ostrzegałem cię, że jestem nudny. Nie pamiętasz, że w Toskanii nie byliśmy w żadnym lokalu? Dlatego, że nie umawiam się z kobietami.

Tego się nie spodziewała.

– Nie lubisz kobiet? Jesteś gejem?

– Kocham kobiety. – Parsknął śmiechem. – Wyłącznie kobiety. Ale się nie angażuję.

– Co rozumiesz przez zaangażowanie? Bo w mojej bajce godzinna kolacja w wiejskiej knajpce nie ma nic wspólnego z zaangażowaniem.

– Nawet z końskim ogonem?

Zamurowało ją. To, że odnotował zmianę jej uczesania, było jakimś sygnałem. Ale jakim? Jakiego sygnału by oczekiwała? Bo podobnie jak on ona też unika zaangażowania. Dokument rozwodowy ma jej przypominać, jak przykre mogą być tego konsekwencje.

– Zauważyłeś?

– Shanna, bywam ograniczony w pewnych kwestiach, ale widzę, co się wokół mnie dzieje.

– Ograniczony z wyboru.

– Nie przeczę. – Na szczęście jest szczery.

– Ważne, że wiemy, na czym stoimy.

– Ty może wiesz, ale ja nie wiem. Nie wiem nawet, dlaczego tu jesteś. Nie znam prawdziwej przyczyny. Bo ta, na którą się powołujesz, mnie nie przekonuje.

– I to cię peszy?

– Peszy mnie to, że zaplanowałem jedną godzinę na tę kolację, a my tu stoimy i marnujemy cenne minuty.

Nie chce tej kolacji, to oczywiste. Ale nie tylko o nią chodzi. Po co to ciągnąć? Zwłaszcza że rozmowa przy stole nie wyjdzie poza tematy związane z pogodą albo pacjentem cierpiącym na egzemę.

– Wiesz co, Ben? Czuj się zwolniony z tego obowiązku. Masz tę godzinę tylko dla siebie. Baw się dobrze.

Odwróciła się na pięcie i niemal biegiem wróciła do swojego pokoju. Trzasnęła drzwiami, kopnęła taboret, rzuciła się na łóżko i wbiła wzrok w sufit.

Okej, może ulega emocjom, może to nie ten mężczyzna ani to miejsce, ale jeszcze nie dojrzała do tego, by pogodzić się z opinią dziadka, bo to skazałoby ją na pracę, która jej nie odpowiada. Na samą myśl o przekładaniu przez cały dzień papierków i prowadzeniu firmy robiło się jej niedobrze. Nie tak wyobraża sobie pracę lekarza, ale rodzina nic innego jej nie zaproponuje, chyba że…

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?