Miesiąc na KaraibachTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Elizabeth Power
Miesiąc na Karaibach

Tłumaczenie:

Katarzyna Berger-Kuźniar

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lauren rozpoznała go, gdy tylko wysiadł z samochodu, a w zasadzie z olbrzymiej srebrnej machiny typu SUV, która na tle wiejskich zabudowań w sercu zielonych, łagodnych gór walijskich, wyglądała niczym statek przybyszów z innej planety.

Gdy maszerował przez podwórko z dumnie podniesioną głową, wiatr targał jego nieokiełznaną czupryną. Nie pomyliłaby go z nikim. Nie odrywając wzroku od zbliżającego się mężczyzny, kończyła jednak spokojnie zabezpieczanie na noc wejścia do stajni.

Wysoki, szczupły, sprężysty, trochę po trzydziestce, w drogim, uszytym na miarę garniturze. Nie spodziewała się ani nie miała nadziei, że jeszcze kiedykolwiek się spotkają. Teraz patrzyła na niego całkowicie zelektryzowana. Jej nadzwyczajnie zielone oczy stały się jeszcze bardziej zielone.

– Witaj, Lauren.

Milczała, zaszokowana jego widokiem. Tutaj, po środku walijskiej głuszy, na swej posiadłości w Lakeland. Tu, gdzie jej zmarli rodzice zainwestowali fortunę w pogoni za marzeniem o samowystarczalności, które nigdy do końca się nie spełniło. W miejscu tak odległym od światowych stolic dla wielkich bogaczy, w których zazwyczaj obracał się stojący przed nią człowiek.

– Emiliano! – wykrzyknęła po chwili, nie potrafiąc ukryć emocji i wstydząc się, że odruchowo żałuje, że nie jest elegancko ubrana i uczesana. Podkoszulek na ramiączkach, spodnie ogrodniczki i burza wilgotnych rudych włosów nie prezentowały się niestety specjalnie wyjściowo. Ale tak ubierała się do pracy w stadninie i ogrodzie. – Skąd się tu wziąłeś?

Jej głos był rozdygotany, dzięki czemu nieoczekiwany gość nie usłyszał w nim gniewu. Na co dzień nie miała do czynienia z potentatami finansowymi ani miliarderami, a taki właśnie krąg ludzi reprezentował Emiliano Cannavaro, włoski magnat w dziedzinie przemysłu przewozowego oraz hutnictwa, człowiek, który przejął założoną przez swego dziadka międzynarodową linię frachtowców i promów, i przemienił ją w światowego giganta dysponującego ogromną flotą luksusowych statków wycieczkowych. Mężczyzna, który dwa lata wcześniej, używając swej charyzmy i głosu o niepowtarzalnej barwie, zdołał zwabić ją do łóżka w trakcie wesela jej siostry Vikki i jego brata Angela, by po zakończeniu imprezy pozbyć się jej w całkowicie uwłaczających okolicznościach.

– Musimy porozmawiać – powiedział.

Zapomniała już, że był bardzo wysoki i bez butów na obcasie z trudem sięgała mu do ramienia. Pamiętała jednak, jak jej ciało reagowało na bliskość jego oliwkowej skóry i wyjątkowo męskich rysów: masywnej szczęki, mocnego zarostu, lekko garbatego nosa. Cannavaro nie miał twarzy wydelikaconego modela z błyszczącego magazynu.

– O czym? – tym razem odezwała się niemalże obraźliwym tonem.

– O Danielu.

– O Dannym? – powtórzyła ciszej.

Przypatrywał się jej twarzy, bardzo wyjątkowym zielonym oczom, delikatnym piegom. Potem bezceremonialnie zawiesił wzrok na pełnych, namiętnych ustach.

Lauren czuła, że uginają się pod nią nogi, podczas gdy wyraz twarzy Emiliana pozostał idealnie obojętny.

– Wejdziemy do środka? – zapytał, wskazując ruchem głowy na starodawny wiejski dom.

Do środka? Razem? Mam być z nim sama?

– Najpierw powiedz, o co chodzi – odparła nerwowo.

– W porządku. Chcę go zobaczyć.

– Dlaczego? Przecież od ponad roku nie interesowałeś się nim, nawet telefonicznie.

Zamiast odpowiedzi usłyszała przyspieszony oddech.

Dobrze! Czuje się winny! – pomyślała.

Nie zamierzała mu odpuszczać.

– Tylko dlatego – powiedział przeciągle tonem, na który nie mogłaby pozostać obojętna żadna zdrowa niewiasta w wieku produktywnym – że żadnemu z nas nie zechciałaś ujawnić, gdzie jest.

Lauren spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Tak ci przekazał brat? Czy może sam wymyśliłeś te brednie? Zresztą nieważne. Nie zauważyłam, żeby Daniel znaczył coś dla kogokolwiek z waszego klanu Cannavarów.

Z bólem przypomniała sobie, jak rok wcześniej Angelo Cannavaro bez większych skrupułów wyparł się swego sześciomiesięcznego syna tuż po śmierci Vikki. Przybył wtedy do Lauren, wciąż poruszając się o lasce z powodu obrażeń odniesionych w wypadku samochodowym, w którym zginęła jej siostra, i bez emocji oświadczył, że może sobie zatrzymać „powód, dla którego siostrzyczka mogła zmusić go do ślubu, bo jego to więcej nie dotyczy”. W takich okolicznościach widziała Angela po raz ostatni. Jak zresztą wszystkich z rodziny z Cannavaro. Przyniosło jej to niewypowiedzianą ulgę, choć czuła się upokorzona w imieniu Daniela.

Oto teraz po roku zjawił się Emiliano i oskarża ją o całe zamieszanie!

– Masz tupet – podsumowała.

Piękny Włoch stał przed nią w milczeniu, przeczesując nerwowo kruczoczarne włosy. Obserwowała bezmyślnie jego długą, szczupłą dłoń, myśląc niedorzecznie, że w pewien pamiętny weekend palce Emiliana nauczyły się na pamięć całego jej ciała. Przyjrzała się też nieprawdopodobnie długim, czarnym rzęsom, które każdą kobietę, nie tylko nastolatkę, mogły doprowadzić do łez pożądania. W zasadzie upewniła się tylko co do tego, że przepadła z kretesem w chwili, gdy pierwszy raz ujrzała przyszłego szwagra.

– Może jednak wejdziemy do środka? – powtórzył beznamiętnie.

Wzruszyła ramionami, nie zamierzając dalej dyskutować.

Zaczęła iść przez podwórze w stronę topornie wyglądającego starego domu. Czuła się niekomfortowo, bo Cannavaro szedł za nią, niewątpliwie bezwstydnie wpatrzony w jej pośladki.

Gdy znaleźli się w dużej, lecz raczej obskurnej kuchni powiedziała lodowatym tonem:

– Mów więc nareszcie, co masz mi do powiedzenia.

– Wedle życzenia. – Wcale mu nie przeszkadzało jej nastawienie. – Nie będę, jak wy to mówicie, owijał w bawełnę. Jesteś prawdopodobnie świadoma, że Angelo zmarł jakiś miesiąc temu.

Przytaknęła w milczeniu. Zaszokowała ją wiadomość, którą przeczytała w gazetach. Przypadkowa śmierć. Orzeczenie zgonu wskutek nieszczęśliwego wypadku. Angelo ciągle brał silne leki przeciwbólowe. Pomieszał je feralnego dnia z dużą ilością alkoholu. Tragiczne. Lecz cóż mogła powiedzieć.

– Tak… ale co to ma wspólnego ze mną?

– Bardzo wiele – odparł lakonicznie – bo nie będziesz dalej monopolizować Daniela.

– Wcale go nie monopolizowałam! Przynajmniej nie celowo. Po prostu nikt poza mną się nim nie interesował. Ty też.

– Chcę to teraz naprawić – przyznał i dodał niecierpliwie: – Jak już mówiłem, nie miałem pojęcia, gdzie jest. Jak pewnie pamiętasz – mówił dalej z wahaniem – na stałe mieszkam w Rzymie. Gdy odwiedzałem wasz kraj, brat zapewniał mnie, że dziecko jest bezpieczne. Dopiero krótko przed jego śmiercią, gdy go przycisnąłem, powiedział, że zostawił Daniela z tobą i nie wie, dokąd go zabrałaś. Dlaczego miałby kłamać?

– Bo nie chciał, żebyś poznał prawdę.

– Jaka jest ta prawda, Lauren?

– Angelo porzucił dziecko, bo nie uśmiechało się mu być samotnym ojcem. Przez cały ten czas wiedział doskonale, gdzie można mnie znaleźć. Mógł przyjeżdżać do syna bez ograniczeń. Na pewno bym mu nie utrudniała. Ale nie zamierzał rezygnować z hazardu, kobiet i całego życia wyższych sfer, które dla was obu jest bardzo ważne!

Wykrzyczała mu szczerze wszystko, co uważała na temat niesprawiedliwości, jaka dotknęła ją i Vikki – choć żadna z nich święta nie była – po tym, jak zadały się z włoskim klanem Cannavaro.

– Co nie zmienia faktu – wtrącił chłodno Emiliano – że Daniel jest synem Angela, a zatem moim bratankiem.

– A zatem naturalne jest, że chcesz go widywać – dodała ironicznie. – Tyle że nie dziś, bo już śpi!

Popatrzył na nią obojętnie, choć nie mogła nie zauważyć ciemnych cieni pod oczami niewątpliwie mających wiele wspólnego z żałobą po bracie.

– Rozumiem – odpowiedział z pozoru polubownie – ale ty, Lauren, chyba nie… Lepiej zrozum więc od samego początku, że chodzi mi o wiele więcej niż tylko widywanie dziecka.

– A o cóż takiego ci chodzi?

– Chłopiec jest z rodu Cannavaro. Powinien mieszkać z rodziną!

– Ależ on mieszka z rodziną!

Emiliano rozejrzał się po kuchni ze srogą miną. Przyjrzał się podejrzliwie starym dębowym meblom i być może nawet przedwojennemu zlewowi.

– Naprawdę uważasz, że dziecku o takim pochodzeniu przystoi wychowanie w tym miejscu?

Lauren poczuła się dotknięta do żywego, ale postanowiła nie pokazać niczego po sobie. W „tym” miejscu mieszkała kiedyś z kochającymi rodzicami i siostrą.

– Z pewnością nie jest to dworek, w jakim według ciebie powinien się wychowywać, ale z całym szacunkiem: w tym skromnym miejscu Daniel z pewnością pozna więcej miłości i prawdziwych wartości niż w sterylnych pałacach, które wy, ludzie z wyższych sfer, nazywacie swoimi domami!

Nie wiedziała dokładnie, jak to się stało, ale zauważyła, że jej słowa wywarły na nim pewne wrażenie.

– I cóż to za prawdziwe wartości poznałyście tutaj wraz z twoją siostrą? – próbował ją delikatnie sprowokować.

– Według ciebie żadne – odpowiedziała krótko, zbyt zajęta walką z falą wspomnień z pamiętnego weekendu sprzed dwóch lat.

Poza tym, po co tłumaczyć mu cokolwiek, gdy już dawno i raz na zawsze zaszufladkował je obie jako złe, a teraz usiłuje jeszcze dopisać do listy przewinień przetrzymywanie dziecka.

– Czyli… czym jest dla mnie dom?

– Nie zamierzam tracić ani minuty na podobne rozważania.

 

Odruchowo pomyślała, że nie potrafi sobie go wyobrazić inaczej niż w luksusowym biurze albo w spa. Ale dom?

– Nie ciekawi cię, gdzie wkrótce zamieszka mój bratanek?

Po raz kolejny ugryzła się w język. Uparła się, że nie da mu się sprowokować. Pokonała już stres związany z rodziną Cannavaro. Wspomnienia mogą wywołać wstyd, ale nie mogą wiecznie boleć. Nauczyła się wzruszać ramionami i odpuszczać.

Problem w tym, że Emiliano nie był już tylko wspomnieniem, bo oto na nowo pojawił się w jej życiu w zupełnie innej roli. I mógł jej odebrać to, co miała najcenniejszego.

– Emiliano, nie ciekawi mnie, bo wiem doskonale, gdzie będzie Daniel do pełnoletniości: ze mną! Takie życzenie wyraziła moja siostra, na wypadek gdyby coś się z nią stało.

– Dopóki żył ojciec Daniela, jego matka nie miała prawa żądać niczego podobnego.

– Miała! Był wystarczająco złym mężem.

– Mężem? Chyba kluczem do bogactwa?

„Wycisnę z niego ostatni grosz!”.

Lauren wolałaby nie pamiętać jadowitych słów Vikki, gdy w najtragiczniejszym dniu swego życia, zostawiwszy Danny’ego pod opieką ciotki, jechała na spotkanie z mężem. Niestety teraz po latach wszystko zaczynało się układać w bolesną, lecz logiczną całość. Również reminiscencje ze ślubu.

– Nie zrozum mnie źle. – Smętne rozmyślania przerwał głęboki głos Emiliana. – Nie bronię Angela!

– Nie?

– Wina mojego brata jest aż nazbyt oczywista. Ale nie przeczmy faktom: jeśli chodzi o małżeństwo, dał się całkowicie oszukać.

Patrzyli na siebie przeciągle. Lauren zdawało się, że Emiliano rozbiera ją wzrokiem.

– Nie – powiedział nagle miękko.

Przestraszyła się. Czyżby potrafił czytać w myślach?

– Co „nie”? – zapytała.

Nie odpowiedział.

Nie musiał.

Zaczerwieniła się.

– Nie przyjechałem tu wskrzeszać niczego, co się między nami zdarzyło – wyjaśnił chłodno. – Chociaż… gdyby istniały nagrody za zwodzenie mężczyzn, wygrywałabyś wszystkie, nie ruszając małym palcem, moja droga. Nie powstrzymywałaś się zbytnio tamtej nocy, kiedy zaciągnąłem cię do łóżka.

Czemu zamiast wstydu i upokorzenia w takiej chwili można jeszcze czuć pożądanie? Lauren naprawdę nie potrafiła zrozumieć samej siebie ani reakcji swojego ciała.

– Daruj sobie, Emiliano – odpowiedziała najspokojniej, jak się dało.

Roześmiał się nagle.

– Jasne. Mamy przecież pilniejsze sprawy.

Tak jak na przykład odebranie mi dziecka, pomyślała.

– Jeśli myślisz, że oddam ci dziecko tak po prostu, to się zdziwisz.

Uśmiechnął się złowieszczo.

Ale ten rodzaj jego uśmiechu przestał na nią działać już dwa lata temu!

– Ależ oczywiście, że się tego nie spodziewam. Przecież musi być jakiś okres przejściowy, w którym Daniel przyzwyczai się do nowego opiekuna. Poza tym zamierzam ci wynagrodzić cały ten czas, kiedy się nim zajmowałaś.

Lauren była zbulwersowana.

– Wynagrodzić? A jaką cenę oferujesz za opiekę nad dzieckiem?

– Lauren! Przecież nie zamierzam go od ciebie kupić! Zagalopowałaś się! Naprawdę chcę ci wynagrodzić czas, który poświęciłaś jemu kosztem swojej pracy zarobkowej. Zresztą sama możesz ustalić cenę. Jestem pewien, że pod tym względem łatwo się porozumiemy.

Nadal patrzyła na niego z niedowierzaniem.

– Czyżby? A więc ludzie twojego pokroju zakładają, że absolutnie wszystko da się kupić. Przykro mi, Emiliano, ale będę cię musiała rozczarować. Nie ma ceny, za którą zrezygnowałabym z Daniela. Pakuj się, bierz swoje wykwintne autko, gruby portfel i wracaj, skąd przyszedłeś. Danny zostaje. Teraz i na zawsze!

– A ja się łudziłem, że załatwimy sprawę w sposób cywilizowany, a tu jednak nie. Dobrze, zatem rozumiem, że spotykamy się w sądzie?

Gdzie nie będzie miała najmniejszych szans…

Nie dała się jednak zbić z tropu.

– Jeśli zajdzie taka potrzeba.

Zniecierpliwiony pokiwał tylko głową.

– Zachowuje się pani beznadziejnie głupio, signora Westwood – podsumował. – Przeceniłem panią. Myślałem, że obejdziemy się bez drogich prawników. A może nabrała pani apetytu na więcej pieniędzy? – zadrwił.

– Jesteś podły.

– Dopiero w sądzie zobaczysz, jaki jestem.

– To groźba?

– Nie, dobra rada.

– Wsadź ją sobie, wiesz gdzie.

Zaśmiał się pod nosem.

– Co za temperament!

Stali w sporej odległości od siebie, w różnych częściach dużej kuchni. Nagle ruszył w jej stronę. Odruchowo cofnęła się w kąt, opierając się plecami o staromodną komodę. Emiliano podszedł bardzo blisko i pochylił się, odcinając jej praktycznie możliwość ucieczki.

– To była jedna z rzeczy, która mnie do ciebie od razu przyciągnęła. No i sposób, w jaki reagujesz na każde moje słowo, ale przecież to nie ja potem cierpię, prawda?

Jedna z szelek jej ogrodniczek zsunęła się bezgłośnie, odsłaniając zgrabne, nagie ramię. Wydekoltowana bluzeczka na ramiączkach uwidaczniała kontury olbrzymich piersi. Lauren była coraz bardziej bezsilna. Czuła, że go nienawidzi. Jednocześnie nadal bardzo ją pociągał. Na szczęście, nie próbował jej dotknąć.

– Jeśli przez ciebie wylądujemy w sądzie, gdzie przegrasz, nie zwrócę ci ani grosza. Czy wyrażam się jasno?

– Owszem. I bardzo dobrze. Nie kieruję się pieniędzmi, tylko przyzwoitością. W przeciwieństwie do ciebie. Ty myślisz tylko, jak zarobić.

– Co jest chyba godne chwały. Większość ludzi chce tylko brać. Nieważne zresztą. W sytuacjach, kiedy mam do czynienia z modliszkami, wolę być o krok do przodu.

– Próbujesz mnie obrazić?

Rozejrzał się po raz kolejny po starej kuchni.

– Wygląda na to, że przydałyby ci się pieniądze!

– Najbardziej by mi się przydało, gdybyś się już wyniósł z mojej posiadłości!

– Ależ proszę uprzejmie. Jednak wkrótce wrócę. Możesz mi wierzyć. A wtedy na pewno zobaczę swojego bratanka. Rozumiesz?

– Nie śmiałabym cię powstrzymać – wysyczała.

– W takim razie na dziś wystarczy. I… nie musisz mnie odprowadzać.

Wychodził zadowolony. Wydawało mu się, że osiągnął swój cel: przestraszył ją.

Lauren natomiast czuła, że mobilizuje wszystkie siły. Przecież Daniel jest jedyną jej rodziną! Rodziców straciła jako nastolatka, a rok temu pożegnała siostrę. Jeśli Cannavaro chce walczyć, ona podejmuje wyzwanie.

Przeszkadzało jej jedynie to, że przeciwnik w tej walce okazał się nadal fizycznie atrakcyjny. Powoli myśli Lauren przenosiły się w przeszłość, do ekskluzywnego hotelu w Londynie…

ROZDZIAŁ DRUGI

Kiedy Vikki nieoczekiwanie zaprosiła ją na swoje przyjęcie przedślubne, Lauren była całkowicie zaskoczona i nie potrafiła sobie wyobrazić, jak miałaby spędzić całe długie godziny, sztucznie się uśmiechając do śmietanki towarzyskiej, z którą na co dzień nie miała nic wspólnego. A siostra wychodziła właśnie za jednego z bardziej poszukiwanych w wyższych sferach kawalerów do wzięcia.

W tamtym czasie Lauren wynajmowała w Londynie kawalerkę, wydzierżawiwszy na trochę gospodarstwo po rodzicach. Myślała o powrocie na studia. Czuła się jednak w wielkim mieście jak kompletny outsider, podobnie zresztą jak na pamiętnej przedślubnej imprezie, na którą poszła sama, zmuszając się do założenia eleganckiej zielonej sukni do ziemi, czego zazwyczaj nigdy nie robiła.

Jej widoczna izolacja zwróciła uwagę innego odludka. Niestety na tym etapie Lauren nie wiedziała, że wpatrujący się w nią ukradkiem, szalenie atrakcyjny mężczyzna koło trzydziestki to Emiliano Cannavaro. Podejrzewała jedynie, że, jak większość gości, kruczoczarny mężczyzna o oliwkowej karnacji, jest z pochodzenia Włochem, choć wyróżniało go dystyngowane i zdystansowane zachowanie.

Nieprzyzwyczajona do tego typu bezceremonialnych i jednoznacznych spojrzeń, odwróciła się i obserwowała parę młodą. Vikki, chuda blondynka o urodzie lalki Barbie, stała w towarzystwie swego nieprzyzwoicie przystojnego narzeczonego przy szwedzkim stole i popijając szampana z wielkiego, ozdobnego kielicha, rozdawała na prawo i lewo entuzjastyczne uśmiechy.

– Czy jest pani zazdrosna? Czy może tylko zastanawia się pani, czy rzeczywiście są aż tak szczęśliwi?

Zelektryzował ją jego głęboki, wręcz przejmujący głos o silnym obcym akcencie.

– A czemuż nie mieliby być szczęśliwi? – odpowiedziała pytaniem, czując, że się czerwieni.

– No właśnie… czemu? – Stojący obok mężczyzna wydawał się jeszcze większy niż z daleka. Miał mocne rysy i duże, zmysłowe usta, na które mimowolnie zwracała uwagę większość kobiet. – Dziewczyna musi być naprawdę wyjątkowa, skoro zamierza doprowadzić Angela Cannavara do ołtarza.

Lauren nadal nieświadoma, że rozmawia z bratem pana młodego, uznała, że najwidoczniej z jakichś przyczyn jest mu znana nie najlepsza reputacja Angela.

– Jest pan przyjacielem rodziny?

Skrzywił się mimo woli.

– Oj… chyba bym się tak nie nazwał. – Może więc partnerzy w interesach, pomyślała. – Panna młoda wygląda mi na kobietę, która dokładnie wie, czego chce i jak można to osiągnąć.

Nieświadoma swych obserwatorów Vikki brylowała na przedzie w błękitnej, satynowej sukience, która była tak kusa, wycięta i wydekoltowana, że nie pozostawiała zbyt wiele do odgadnięcia.

– To jakaś aluzja?

– Żadna aluzja. Po prostu dziewczyna wie, co robi, chcąc wejść do jednego ze starszych i bardziej znaczących rodów włoskich.

Lauren zaczął powoli irytować jego sposób mówienia.

– Z pewnością znajdą się i tacy, którzy powiedzą, że ryzykowne jest wchodzenie do rodziny przedkładającej wartości materialne nad wszystkie pozostałe.

– I takie jest zapewne właśnie pani zdanie.

Umilkła speszona, bo w zasadzie nie zamierzała wygłaszać tego rodzaju opinii o rodzinie pana młodego. Jednak obawa o Vikki chwilami przesłaniała wszystko inne. Kiedy sześć lat wcześniej ich rodzice zmarli krótko po sobie na tę samą chorobę tropikalną, stała się z dnia na dzień zastępczą matką i ojcem dla trudnej i często zbuntowanej szesnastolatki, która na tę stratę zareagowała gniewem, złością i ucieczką w alkohol, narkotyki i mężczyzn na jedną noc. Dziewczynka nie chciała wysłuchiwać przemówień starszej siostry o tym, że zmarnuje sobie życie, i gdy miała siedemnaście lat, ich drogi rozeszły się na dobre. Przez parę następnych lat widywały się bardzo rzadko.

Vikki zadzwoniła do Lauren na trzy tygodnie przed przyjęciem ślubnym. Powiedziała, że jest w ciąży i wychodzi za mąż. W pierwszym momencie zaskoczona starsza siostra poczuła się naprawdę szczęśliwa. Niestety, kiedy siostry spotkały się po latach na wspólnym obiedzie i padło nazwisko narzeczonego, radość przemieniła się w obawę. Angelo Cannavaro słynął z hulaszczego trybu życia i miłości do kobiet. Jego starszy i bogatszy brat był podobno jeszcze gorszy pod tym względem, lecz jakimś cudem potrafił swe życie prywatne utrzymać z dala od gazet. Dlatego też Lauren nie rozpoznała go od razu na przyjęciu przedślubnym.

Vikki spotykała się z Angelem od roku. Poznała go, pracując jako krupierka w londyńskim kasynie. Ich związek był bardzo dynamiczny, to znaczy głównie rozstawali się i godzili, choć podobno Cannavaro zmieniał się na lepsze.

– Nie czuję się upoważniona, by rzucać kalumnie. Ani pod adresem pana młodego, ani chudej wyrachowanej blondynki. Wyjątkowej szczęściary… Pan też nie powinien.

Nieprzyjemny ton i sarkazm Lauren niespodziewanie rozbawiły Włocha. Przypatrywał jej się badawczo i bezwstydnie. Zwłaszcza namiętnym ustom i pełnym piersiom, wspaniale wyeksponowanym w zielonej wieczorowej sukni.

– A kimże pani jest, że tak dzielnie pani broni panny młodej?

Jego wygląd onieśmielał ją.

Spojrzała mu jednak prosto w oczy i przedstawiła się.

– Lauren Westwood. Jedyna siostra narzeczonej Angela Cannavara.

– Aha!

– Kolejna pazerna na pieniądze następczyni jednego z najmniej znaczących rodów w Cumbrii.

Jeśli liczyła na to, że go zawstydzi, przeliczyła się. Raczej wyglądał na coraz bardziej zaintrygowanego.

– O, chyba jestem wobec tego winien przeprosiny. Stawiam drinka!

– Odmawiam – wyszeptała.

Gdy wyjmował jej z dłoni pusty kieliszek, musnął ją delikatnie. Na widok reakcji, uśmiechnął się uwodzicielsko i tryumfalnie.

Lauren Westwood nie była zupełnie zielona w kwestii relacji damsko-męskich. Miała za sobą parę przelotnych związków, które nie pozostawiły na niej szczególnego piętna. Nie znała się jednak na pewno na mężczyznach tak wyrafinowanych jak milioner Emiliano Cannavaro.

 

– O pani nigdy nie powiedziałbym „mało znacząca”. – Nie patrzył na nią łapczywie jak większość mężczyzn, lecz jak wirtuoz, który potrafi zagrać na instrumencie zwanym kobietą, zna do perfekcji jej anatomię i wie, co zrobić, by maksymalnie skorzystać.

– Ani ja o panu. Ale to już chyba wiemy oboje.

Nie potrafiła nad sobą zapanować. Musiał to zauważyć.

– I co pani robi, Lauren? Co ma oznaczać to spojrzenie? Próbuje mnie pani omotać jak siostra mojego brata? Usidlić jak ona biednego, naiwnego Angela?

– Myślę, że Angelo nie jest wcale taki biedny. Poza tym jeśli sądzi pan, że złożenie obietnicy małżeńskiej jest rodzajem odsiadywania kary, to chyba ma pan bardzo cyniczne podejście do miłości i małżeństwa.

– Dokładnie tak! Chociaż teraz w ogóle nie miałem nic podobnego na myśli. A mówiąc o zakładaniu ślubnych obrączek, często nie ma to wiele wspólnego z miłością, a nawet z wzajemną sympatią.

Słowa Cannavara pasowały do myśli Lauren. Czuła, że mimo że go nie zna, już go nie lubi! Dlaczego więc marzyła, by jej dotknął? Dlaczego zastanawiała się, jak go sprowokować, znaleźć się z nim w sypialni, dać ujście ewidentnym antagonizmom w najbardziej zwierzęcy, prymitywny sposób?

– Mogę pana zapewnić, że są to kwestie bardzo mi dalekie. Jest pan całkowicie bezpieczny.

Patrzył na nią z namysłem.

– Właściwie nie wiem, czy się cieszyć, czy smucić. – Uśmiechnął się zmysłowo. – Signorina Westwood, pytanie brzmi, czy pani jest bezpieczna?

Starała się nieudolnie ukryć reakcję na jego słowa.

– Nie wiem zupełnie, o czym pan… – Dalszą wymianę dwuznaczności przerwało pojawienie się hałaśliwej i prowokującej Vikki Westwood.

– Och, jak wspaniale! Widzę, że się już dogadaliście. I cóż, Emiliano? Co sądzisz o mojej niebywałej siostrze?

– Jest niebywała! Ale niestety właściwie nie zostaliśmy jeszcze sobie przedstawieni.

– A zatem: Emiliano, oto Lauren, moja starsza siostra, na wydaniu. Lauren, poznaj Emiliana Cannavara. Tak! Tego Emiliana Cannavara, starszego brata Angela i od śmierci ich ojca rok temu głowę dynastii Cannavarów, nie wspominając już nawet o ich firmie.

Lauren żałowała, że nie przedstawiono ich sobie wcześniej. Być może powstrzymałaby się od powiedzenia wszystkiego, co powiedziała. Przecież Vikki od razu uprzedzała ją, by była wyjątkowo miła dla starszego brata Angela. Ponadto czuła się zażenowana tym, jakimi słowami młodsza siostra określiła jej stan cywilny.

– Emiliano przyleciał z Rzymu specjalnie, by towarzyszyć nam dziś i jutro. Jest z nami od dwóch godzin – Vikki szczebiotała nieprzerwanie – a przecież w ogóle nie ma czasu. Czyż to nie wspaniałe z jego strony? Tylko nie daj się nabrać na jego włoski czar. Z tego co wiem, nie znosi słodkich idiotek. Wygląda na stuprocentowego dżentelmena i dar od Boga dla wszystkich kobiet, podczas gdy w rzeczywistości, jak słyszałam od Angela, potrafi złamać każdego jak gałązkę. Czuj się więc ostrzeżona, moja śliczna siostrzyczko! A ja już polecę. Do zobaczenia wkrótce!

Lauren, zawstydzona występem siostry, zapadła w krótkie milczenie.

– Mam nadzieję, że zachowanie i wypowiedzi Vikki nie rzutują na to, co myślisz o mnie, Emiliano – powiedziała po dłuższej chwili.

– Nie rozumiem?

– Czemu sam nie powiedziałeś mi, kim jesteś?

– Bo nie pytałaś. Czy nasza rozmowa potoczyłaby się inaczej?

Nie byłoby żadnej rozmowy. Uciekłabym!

– Czy to prawda, co powiedziała Vikki? – zapytała, patrząc mu w oczy. – Że potrafisz złamać każdego?

Czy rodzony brat mógłby tak kłamać?

– A chciałabyś w to wierzyć!

– Nie… ale… myślę, że byłbyś do tego zdolny.

Zaśmiał się.

– Obawiam się, że twoja siostra po prostu lubi dramatyzować. Tak, wy Anglicy, to nazywacie? Robię tylko, co do mnie należy. Zawsze jestem fair.

Ciekawe, dlaczego od razu mu uwierzyła. Angelo i Emiliano nie byli sobie bliscy jako bracia, lecz Vikki najwyraźniej onieśmielał szacunek, jakim starszego brata darzyli wszyscy w rodzinie i w rodzinnej firmie. Lauren mogła oceniać jego charakter jedynie po spektakularnym sukcesie Cannavaro Cruise & Freight Lines, które przez ostatni rok znalazło się wśród prawdziwych władców mórz.

Postanowiła zmienić temat.

– Dlaczego nie jesteś drużbą?

– To długa historia. A ty?

– Pewnie jeszcze dłuższa…

Popatrzył na nią przeciągle.

– Mamy całą noc…

Udała, że nie słyszy kolejnej dwuznaczności.

– Nie przyjechałam tu, żeby obnażać duszę przez obcym człowiekiem.

– Mój brat żeni się z twoją siostrą, co w pewien absurdalny sposób nas też ze sobą wiąże.

– Nawet powinowaci mają przed sobą sekrety.

Emiliano był całkowicie pochłonięty oglądaniem jej ciała od stóp do głów.

– W takim razie nie będziemy się tym zajmowali ani minuty dłużej. Co jeszcze chciałabyś mi powiedzieć?

– Że świetnie mówisz po angielsku.

Spojrzał na nią z rozbawieniem.

– Ty też.

– No raczej tak. Jestem Angielką.

– Wierz mi, moja droga, to o niczym nie świadczy.

Roześmiała się. Nagle poczuła się po raz pierwszy naprawdę zrelaksowana.

– Powiedz mi zatem, moja piękna Lauren, czy trzymasz się na dystans, bo twoja siostra zasugerowała ci, że jestem tyranem?

– Nie. Nigdy nie słucham cudzych opinii, kieruję się własnym osądem. Jeśli nie odróżniasz szczerości od dystansu, mój piękny Emiliano, będziesz miał ze mną kłopot.

– Jesteś bardzo bystra i chyba sprawia ci przyjemność przekomarzanie się ze mną. – Nie był daleki od prawdy. Nie poznawała samej siebie. Nigdy dotąd żaden obcy mężczyzna nie wzbudził w niej takiego zainteresowania o jednoznacznym zabarwieniu. – O, zaczerwieniłaś się.

– Bo tu gorąco – odpowiedziała wymijająco.

Oczywiście nie miało to nic wspólnego z rzeczywistością, gdyż znajdowali się w klimatyzowanym hotelu.

– Mogę znaleźć jakieś rozwiązanie.

– Jakie?

Wskazał ruchem głowy wielkie drzwi balkonowe prowadzące na taras, a potem na dziedziniec.

– Spodziewasz się, że wyjdę na spacer w świetle księżyca z nieznajomym mężczyzną, o którego reputacji krążą legendy?

– Masz w nie nie wierzyć.

– Ale nie ma nawet księżyca.

– Tym lepiej. Nie będzie żadnego milczącego świadka. No, chyba że się boisz?

Roześmiała się.

– Ciebie?

Emiliano od jutra będzie szwagrem Vikki. Jakie to banalne.

Czemu miałaby raz nie skorzystać i się nie zabawić? Dlaczego zawsze musiała być tą rozsądną, ostrożną, ciężko pracującą, dbającą o dom, najpierw dla nich obu, potem już dla samej siebie? Parę godzin nikogo nie zbawi ani nikomu nie zaszkodzi. Cóż z tego, że nie zaczęli najlepiej z Emilianem. Przecież w sumie nie powiedziała o Vikki i Angelu niczego nieszczerego. Mówiła tylko to, co myślała.

Pozwoliła więc, by starszy Cannavaro poszedł z nią na spacer. Rozmawiali, śmiali się, usiedli pod gwiazdami, szybko zagłębili się w świecie własnych przeżyć. Z otaczającej ich rzeczywistości docierała do nich jedynie muzyka z sali balowej. Mieli też świadomość, że wszystko, co robią, stanowi tylko preludium do tego, co ma się nieuchronnie między nimi wydarzyć…

Ta noc była naprawdę jedyna w swoim rodzaju, a po niej nastał równie fascynujący poranek. Nie potrafiła policzyć, ile razy znalazła się w jego wszechmocnych ramionach. Nawet potem, na ślubie siostry, myślała tylko o śladach, jakie pozostawił na jej ciele, i cały czas miała nadzieję na więcej. Zastanawiała się, czy ktokolwiek z obecnych mógł odgadnąć jej słodki sekret.

Podczas ceremonii zaślubin w urzędzie stanu cywilnego ani później, w trakcie przyjęcia weselnego, gdy siedzieli po przeciwległych krańcach stołu, nie mieli okazji, by porozmawiać. Zresztą wokół Emiliana kręciło się tyle ważnych i znanych osób, jak również paparazzi, że Lauren wolała trzymać się na uboczu.

Jednak spojrzenia, jakie posyłał jej przez cały dzień, potwierdzały, że tak samo jak ona czeka z niecierpliwością na zbliżający się wieczór.

W pewnej chwili postanowiła zrelaksować się w przylegającym do sali bankietowej pustym pomieszczeniu. Pomyliła się jednak, bo pokój wcale nie był pusty. Gdy weszła, w lustrze ustawionym frontem do wejścia zobaczyła rozgniewaną twarz swej siostry nadal ubranej w suknię ślubną.

– Vikki? Co się stało? Nie wyglądasz na szczęśliwą…

Siostra, w oczywisty sposób zaskoczona jej widokiem, natychmiast przyozdobiła twarz nieszczerym uśmiechem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?