W słonecznej Portugalii

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maggie Cox
W słonecznej Portugalii

Tłumaczenie:

Janusz Maćczak

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Grace Faulkner zsunęła z czoła rondo słomkowego kapelusza, usadowiła się wygodniej na leżaku, zerknęła przez wielkie przeciwsłoneczne okulary na roziskrzony słońcem niebieski ocean i westchnęła. Pomimo pięknego dnia czuła niepokój przed planowanym spotkaniem z jednym z najbogatszych i najbardziej wpływowych przemysłowców. Zamierzała poprosić go o hojne wsparcie zbiórki pieniędzy na rzecz ubogich dzieci w Afryce, co umożliwiłoby rozpoczęcie generalnego remontu budynku tamtejszego sierocińca.

Wpadła na ten pomysł kilka dni temu, kiedy usłyszała, jak właściciel baru, w którym właśnie siedziała, wspomniał, że Marco Aguilar zamierza tu wkrótce przyjechać, i że znał go jako młodego chłopca dorastającego w miejscowym domu dziecka. Zamierzała wykorzystać tę okazję, choć obawiała się, że ochroniarze nie dopuszczą jej do owego miliardera. Nie chciała jednak wrócić do Afryki, nie zebrawszy tak rozpaczliwie potrzebnych środków finansowych. Niedawno zobaczyła, w jakich okropnych warunkach żyją afrykańskie osierocone dzieci, i przyrzekła przyjaciołom pracującym razem z nią w organizacji charytatywnej, że zrobi wszystko, by zdobyć pieniądze.

Po powrocie z Afryki Grace była przygnębiona i wyczerpana, więc rodzice nakłonili ją, aby pojechała wypocząć do ich letniego domu w Algarve. Zgodziła się, a już drugiego dnia pobytu usłyszała, że Marco Aguilar wkrótce odwiedzi jeden ze swych niezliczonych luksusowych hoteli stojący naprzeciwko domu jej rodziców, by odbyć w nim spotkanie biznesowe.

Usłyszała warkot helikoptera. To z pewnością on, pomyślała podekscytowana. Wstała z leżaka, wzięła torebkę i klucze i wyszła z patia.

Helikopter usiadł gdzieś w pobliżu na lądowisku ukrytym dyskretnie pośród piniowego zagajnika. Zobaczyła przed hotelem rząd zaparkowanych eleganckich samochodów. Przez wypielęgnowany trawnik gnało stadko reporterów i fotografów. Po chwili dobiegli do obrotowych szklanych drzwi i zniknęli w środku. Grace zawahała się, myśląc, co ma teraz zrobić. W tym momencie pod frontowe wejście zajechał lśniący czarny jaguar. Wyskoczył z niego krępy, krótko ostrzyżony ochroniarz i otworzył drzwi pojazdu dla swojego szefa.

Grace bez trudu rozpoznała Marca Aguilara, ponieważ zdjęcia tego bajecznie bogatego biznesmena o tajemniczym usposobieniu często pojawiały się w gazetach i czasopismach na całym świecie, w tym także w Wielkiej Brytanii. Jednak po raz pierwszy widziała go na żywo i uznała, że jego wygląd dorównuje reputacji. Czarnowłosy mężczyzna w nienagannie uszytym płóciennym garniturze, podkreślającym jego muskularną sylwetkę, i w brązowych włoskich mokasynach emanował władczą aurą i chłodnym opanowaniem.

Zmrużyła oczy i przyjrzała mu się dokładniej. Dostrzegła mocno zaciśnięte szczęki i gniewny wyraz twarzy. Pomyślała z niepokojem, że skoro ten miliarder już jest zirytowany, to w ogóle jej nie wysłucha. Być może nawet uzna ją za natręta i wezwie policję!

Starając się opanować zdenerwowanie, ruszyła niedbałym krokiem w kierunku frontowego wejścia, jakby była jednym z hotelowych gości. Widocznie reporterzy błędnie założyli, że Aguilar wśliznął się bocznymi drzwiami i jest już wewnątrz.

Wzięła głęboki wdech. Pomimo lęku, jaki wzbudzał w niej ten mężczyzna, nie zamierzała zrezygnować ze sposobności zagadnięcia go.

– Panie Aguilar! – zawołała, gdy dzieliło ich zaledwie półtora metra. Ochroniarz natychmiast zagrodził jej drogę. – Czy mógłby pan poświęcić mi chwilkę przed zebraniem? Obiecuję, że nie zabiorę panu dużo czasu.

– Senhor Aguilar nigdy nie rozmawia z dziennikarzami, o ile nie są wcześniej umówieni – odburknął ochroniarz i mocno ujął ją za nagie ramię.

Drgnęła z oburzenia.

– Jak pan śmie? Proszę mnie puścić! Chyba widać, że nie zagrażam pańskiemu szefowi? Poza tym nie jestem z prasy.

– Puść ją, José – polecił Aguilar i ochroniarz natychmiast usłuchał. – Skoro nie należy pani do tego stada dziennikarzy, którzy węszą w moim prywatnym życiu, a potem przeinaczają wszystko i przedstawiają swoim prostackim czytelnikom, zatem czego pani ode mnie chce, panno…?

Mówił niemal doskonałą angielszczyzną, jedynie z lekkim akcentem portugalskim. Jego przenikliwe spojrzenie na moment oszołomiło ją i sparaliżowało.

– Faulkner… – wyjąkała. – Nazywam się Grace Faulkner i zapewniam, że nie jestem ani trochę zainteresowana pańskim prywatnym życiem.

– Cóż za ulga – rzucił z ironią.

Niezrażona tym Grace ciągnęła:

– Chciałabym opowiedzieć panu o sierocińcu w Afryce, a raczej o zrujnowanej ruderze, która rozpaczliwie wymaga remontu. Niedawno stamtąd wróciłam. To wprost nie do wiary, w jakich nędznych warunkach wegetują tamtejsze nieszczęsne dzieci. W pobliżu znajduje się otwarty kanał ściekowy i kilkoro z nich już zmarło wskutek picia zatrutej wody. Potrzebujemy wszelkiej pomocy… zwłaszcza finansowej. Na litość boską, mamy przecież dwudziesty pierwszy wiek! My, ludzie Zachodu, jesteśmy tacy bogaci, lecz nie robimy nic, by wspomóc biednych i głodujących!

– Podziwiam pani pasję i poświęcenie, panno Faulkner, ale wspomagam już kilka organizacji charytatywnych na całym świecie. Uważa pani, że to w porządku osaczyć mnie tak, kiedy udaję się na ważne spotkanie biznesowe?

Grace zamrugała. Krążyły pogłoski, że Marco Aguilar zjawił się tu, aby sfinalizować przejęcie niezbyt dochodowego kurortu. Tak właśnie zwykle działał: kupował podupadające ośrodki wypoczynkowe, doprowadzał je do rozkwitu i zgarniał zyski, dzięki którym – jeśli wierzyć mediom – mógł wieść beztroskie życie playboya.

Ale ile jeszcze pieniędzy i władzy potrzebuje ten człowiek, zanim uzna, że ma dosyć? – pomyślała z oburzeniem i porywczo odgarnęła z czoła jasne włosy.

– A pan uważa, że to w porządku, kiedy te biedne dzieci umierają i nikogo to nie obchodzi? Czy naprawdę istotniejsze od tego jest pańskie „ważne spotkanie biznesowe”?

Podszedł do niej szybko. Na jego policzku zadrgał mięsień, co ostrzegło Grace, że trafiła w czuły punkt. Zastanawiała się, jakim cudem zdobyła się na taką śmiałość – lub może raczej głupotę – by choć przez chwilę sądzić, że pozyska tego bogatego, wpływowego potentata dla sprawy sierocińca.

– Całkowicie brak pani talentów dyplomatycznych – wycedził. – Ma pani szczęście, że nie poleciłem mojemu ochroniarzowi, by panią stąd usunął, skoro, jak przypuszczam, nie mieszka pani w tym hotelu. A teraz proszę mi wybaczyć, ale nie mam już czasu.

– Przepraszam, że zachowałam się nieuprzejmie – odrzekła Grace. Starała się opanować emocje, lecz nie całkiem jej się to udało i wybuchnęła: – Jednak nie powinien mnie pan poniżać! Chodzi mi wyłącznie o dobro tych sierot. Owszem, podchodzę do tej sprawy z pasją, ale każdy na moim miejscu postąpiłby tak samo, gdyby zobaczył to, co ja oglądałam przez minionych kilka tygodni. Naprawdę liczyłam na pańską pomoc, zwłaszcza kiedy się dowiedziałam, że pan też wychował się w sierocińcu.

Aguilar znieruchomiał i pobladł.

– Skąd pani o tym wie?

– Po prostu gdzieś usłyszałam – wyjąkała niepewnie. – Czy to prawda? Był pan sierotą?

Westchnął i z rozbawieniem pokiwał głową.

– Powiedziała pani, że nie jest dziennikarką, ale zachowuje się pani równie impertynencko jak oni.

– To dlatego, że chodzi mi o te biedne dzieci – usprawiedliwiła się. – I nie zamierzałam pana urazić.

Sądziła, że pogrzebała wszelkie szanse zyskania wsparcia Aguilara, lecz on nieoczekiwanie zmienił ton.

– To nieodpowiednia pora na dalsze omawianie tej kwestii, ale spotkam się z panią później. – Wyjął z kieszeni czarno-złotą wizytówkę i wiecznym piórem napisał coś na odwrocie. – Proszę zadzwonić do mnie jutro około południa, a wtedy pogawędzimy dłużej. Ale ostrzegam: jeśli wspomni pani komukolwiek o naszej rozmowie, może pani porzucić wszelką nadzieję na moją pomoc. Przy okazji, jak się nazywa ta organizacja charytatywna?

Powiedziała mu. Odwrócił się i odszedł, a za nim pospieszył wierny ochroniarz. Grace, ściskając w dłoni wizytówkę, patrzyła za nimi, póki nie zniknęli we wnętrzu hotelu.

Po panującym na dworze skwarnym upale Marco Aguilar z rozkoszą oddychał chłodnym powietrzem w świetnie klimatyzowanej i elegancko umeblowanej sali konferencyjnej. Siedział u szczytu długiego mahoniowego stołu i spoglądał na siedzącego naprzeciwko dyrektora swojej firmy. Joseph Simonson, jak zawsze akuratny, precyzyjnie referował mu szczegóły umowy przejęcia kurortu, lecz Marco nie potrafił się na tym skupić. Rozpraszało go wspomnienie lśniących niebieskich oczu i twarzy przywodzącej na myśl mitologiczną Afrodytę.

Grace Faulkner…

Ale nie tylko uroda tej kobiety nie dawała mu spokoju. Zastanawiał się, skąd Grace dowiedziała się o jego dzieciństwie spędzonym w sierocińcu, skoro nigdy tego nie rozgłaszał. Musi ponownie się z nią spotkać i wymóc na niej przyrzeczenie, że nie przekaże tej informacji mediom – chociaż wiedział, że niektórzy miejscowi od zawsze znali prawdę. Wierzył jednak w ich lojalność. Dziennikarze i tak już wystarczająco go nękali i nie chciał, by ta nowa rewelacja trafiła na czołówki gazet i wiadomości telewizyjnych.

Powrócił myślą do Grace Faulkner. Niewątpliwie wywarła na nim wrażenie. Zdążył już telefonicznie polecić swojej sekretarce, aby zebrała informacje o tej kobiecie oraz o organizacji charytatywnej i przekazała mu do jutra przed południem.

Miał nadzieję, że Grace okaże się rzeczywiście osobą, za którą się podała, i że chodzi jej wyłącznie o uzyskanie pomocy dla afrykańskich sierot, a że nie kimś, kto podstępem zbliżył się do niego, by następnie sprzedać brukowcom zmyślone pikantne informacje o jego prywatnym życiu. Kiedy wpatrywał się w jej niebieskie oczy, odwzajemniała śmiało jego spojrzenie, jakby nie miała nic do ukrycia. Co by pomyślała, gdyby wiedziała, jak bardzo wydaje mu się ponętna? W ciągu minionych lat spotykał się i sypiał z kilkoma pięknymi kobietami, lecz przeważnie były egoistyczne i nieszczere.

 

Na przykład jego ostatnia dziewczyna Jasmine… Ta modelka popełniła błąd, pozywając go do sądu za złamanie rzekomej obietnicy, że będzie ją utrzymywał, gdy beztrosko straciła pracę. Niczego takiego jej nie przyrzekł, a wręcz już wcześniej oznajmił, że z nią zrywa. Pozew oddalono z powodu oczywistego braku dowodów. Wkrótce po tym pożałowania godnym incydencie sprzedała swoją historyjkę tabloidowi, przedstawiając go jako brutala i mizogina.

To wydarzyło się pół roku temu i odtąd Marco stał się jeszcze bardziej podejrzliwy i cyniczny wobec motywów kobiet usiłujących nawiązać z nim bliższą znajomość. Jednak pomimo swej całkiem zrozumiałej ostrożności zapragnął dowiedzieć się czegoś więcej o tej piękności o czułym sercu, która zdawała się troszczyć bardziej o biedne, nieszczęśliwe sieroty niż o siebie.

– Marco? – powtórzył Joseph Simonson, zaniepokojony tym, że Aguilar nie odpowiedział na jego dwukrotnie zadane pytanie.

Pozostali członkowie zarządu z zakłopotaniem odwrócili wzrok. Nie przywykli do takiego roztargnienia swego szefa.

Surowe rysy twarzy Marca złagodził przepraszający uśmiech.

– Mógłbyś powtórzyć, Joseph? Chyba jestem trochę zmęczony po nocnym locie z Sydney.

Simonsona wyraźnie uspokoiło to przyjazne wyjaśnienie.

– Oczywiście – rzekł, po czym dodał z nieco zakłopotanym uśmiechem: – A przy okazji, jak się czujesz wróciwszy do domu po tak długim czasie? Minęło chyba parę lat, odkąd ostatnio tu byłeś?

Najwyraźniej czuł się pewniej, omawiając z szefem kwestie biznesowe niż prowadząc z nim towarzyską pogawędkę.

– Istotnie – przytaknął Marco, celowo ignorując pierwszą część pytania.

Nawet jego olbrzymi majątek nie mógł zapewnić mu prawdziwego domu. Kiedy ktoś, tak jak on, dorastał w sierocińcu, pojęcie „domu” pozostaje dla niego jedynie kuszącym marzeniem – upragnionym, lecz boleśnie nieosiągalnym.

Wspaniałe posiadłości i rezydencje to jeszcze nie dom – choć miał ich kilka na całym świecie. Ostatnio pracował wyjątkowo ciężko, toteż planował zatrzymać się w Algarve co najmniej na kilka tygodni, aby porządnie wypocząć. Jednak gdy tylko się tutaj znalazł, przypomniał sobie swoje upokarzające portugalskie dzieciństwo i zniechęcił się do tego pomysłu. Poza tym nie uśmiechała mu się perspektywa samotnego spędzania czasu. Miał licznych znajomych, lecz żadnych prawdziwych przyjaciół, którzy mogliby dotrzymać mu towarzystwa. Kiedy był małym chłopcem, jeden z wychowawców w sierocińcu zarzucił mu, że ma trudny charakter. Marco uznał wówczas, że to znaczy, że niełatwo go pokochać.

Teraz na to wspomnienie poczuł się nieswojo.

– Kontynuujmy zebranie. Czas nas nagli, a przed nami jeszcze mnóstwo pracy – rzekł szorstko.

Zakłopotany Simonson przerzucił kilka papierów, odchrząknął i podjął przerwany wątek sprawozdania.

Minęła dwunasta w południe, a zdenerwowana Grace już po raz trzeci cofała od słuchawki telefonu drżącą rękę. Paraliżowała ją świadomość, że może uzyskać od Aguilara finansowe wsparcie, które umożliwi odbudowanie sierocińca, a być może także zorganizowanie szkoły i zatrudnienie nauczyciela. Wczoraj zachowywała się śmiało i nic nie zdołałoby jej powstrzymać w dążeniu do wyznaczonego celu. Dziś jednak, po źle przespanej nocy, podczas której dręczyło ją wspomnienie przenikliwego spojrzenia czarnych oczu Marca Aguilara, czuła się niepewna i zagubiona.

– Och, na litość boską! – wykrzyknęła zirytowana na siebie, chwyciła słuchawkę i wystukała numer komórki Marca zapisany na wizytówce.

Na chwilę zamknęła oczy i przypomniała sobie rozjaśnione nadzieją buzie dzieci ze zrujnowanego sierocińca w Afryce. To ponownie wzmogło jej determinację, by im pomóc. Mogła liczyć jedynie na Marca Aguilara. To taki sam człowiek jak ty – powiedziała sobie. – Jego elegancki ubiór i niezmierne bogactwo nie czynią go wcale kimś lepszym. Masz z nim tylko omówić kwestię wspomożenia nieszczęsnych sierot.

– Halo – usłyszała w słuchawce.

– Czy to pan Aguilar? – spytała.

– Ach, to ty, Grace?

Nie spodziewała się, że zwróci się do niej po imieniu. Wyjrzała przez otwarte okno na patio zalane promieniami upalnego słońca i nerwowo wygładziła białe płócienne spodnie.

– Tak, panie Aguilar.

– Mów mi po prostu Marco. Jak się masz?

– Ja… dobrze – odrzekła niezręcznie. – Wiem, że jest pan zajęty, więc obiecuję, że nie zabiorę dużo czasu.

– Tak się składa, że nieoczekiwanie mam dziś wolne całe popołudnie. Dlatego zamiast rozmowy przez telefon przyślę mojego szofera, żeby przywiózł cię do mnie. Znacznie przyjemniej gawędzi się bezpośrednio, nie sądzisz?

Ja chyba śnię, pomyślała. Nawet w najbardziej szalonych marzeniach nie przypuszczała, że Marco Aguilar zaprosi ją do siebie na rozmowę o wsparciu sierot, którym tak rozpaczliwie pragnęła pomóc. Chyba doznała porażenia słonecznego!

– Jeśli naprawdę ma pan czas, w takim razie zgoda. I dziękuję panu.

– Prosiłem, żebyś mówiła do mnie Marco – przypomniał jej z rozbawieniem.

Oszołomiona Grace pomyślała, że jej rodzice dostaliby szału, gdyby się dowiedzieli, że choćby tylko rozważa pojechanie w obcym kraju do domu nieznajomego mężczyzny – nawet jeśli jest nim sławny w świecie przemysłowiec. Zawsze traktowali ją przesadnie opiekuńczo. Nawet kiedy postanowiła polecieć do Afryki, by odwiedzić tamtejszą organizację charytatywną, dla której pracowała w Londynie, musiała przeciwstawić się rodzicom. Chcieliby wiecznie trzymać ją pod kloszem, a ona miała już dwadzieścia pięć lat i chciała sama podejmować ryzyko i uczyć się na własnych błędach.

– Grace? – głos Marca wyrwał ją z rozmyślań. – Podasz mi swój adres, żebym mógł przysłać po ciebie szofera?

– T-tak – wyjąkała.

ROZDZIAŁ DRUGI

W Portugalii takie okazałe rezydencję noszą nazwę casas antigas. Gdy szofer Marca, Miguel, wiózł Grace długim krętym podjazdem obsadzonym wysokimi drzewami, wpatrywała się z podziwem we wspaniałą dziewiętnastowieczną budowlę w kolonialnym stylu, której marmurowe kolumny lśniły w blasku popołudniowego słońca.

– O mój Boże… – wyszeptała bez tchu.

Nieuchronnie porównała ten pałac z ruderą sierocińca w Afryce. Czy Marco Aguilar mieszka tutaj sam?

Uśmiechnięty szofer w nienagannie wyprasowanych czarnych spodniach i wykrochmalonej białej koszuli otworzył dla niej drzwi jaguara. Wysiadła i owionął ją upajający zapach bugenwilli. Zaskoczona, ujrzała Marca stojącego w swobodnej pozie na frontowych schodach.

– Witaj! – zawołał i pomachał do niej.

Miał na sobie spodnie khaki i biały podkoszulek podkreślający jego muskulaturę. Kiedy Grace podeszła do niego, serdecznie uścisnął jej dłoń. Jego dotyk oszołomił ją i przyprawił o zmysłowy dreszcz.

– Dziękuję, że przysłałeś po mnie samochód – wyjąkała. – Jaki piękny dom!

– Owszem – przyznał. – Wejdź i obejrzyj wnętrze.

Grace spodobała się imponująca fasada, ale na widok wyrafinowanego, bogatego wystroju zaparło jej dech w piersi. Marco poprowadził ją przez niezliczone pokoje o lśniących marmurowych posadzkach i wysokich ozdobnych sufitach do prywatnej części domu, która urządzona była dużo skromniej. W salonie znajdowały się jednak eleganckie sofy, a podłogę wyścielał olbrzymi perski dywan w subtelnych odcieniach czerwieni, ochry i złota. Za otwartymi balkonowymi drzwiami widniał wspaniały park ciągnący się aż do brzegu morza. Napływała stamtąd upajająca woń kapryfolium.

– Może usiądziemy na balkonie? – zaproponował Marco.

– Chętnie – zgodziła się.

Usadowiła się w wygodnym ratanowym fotelu pod dużym zielono-złotym parasolem.

– Cóż za cudowny widok – rzekła zachwycona. – Masz tutaj swój prywatny raj na ziemi. Z pewnością spędzasz w tej posiadłości mnóstwo czasu i przyjmujesz wielu przyjaciół.

Marco zajął miejsce naprzeciwko niej, po drugiej stronie stołu o mozaikowym blacie. Na jego przystojnej twarzy odbijały się liczne sprzeczne uczucia, lecz nie dostrzegła pośród nich radości.

– Niestety, nieczęsto tutaj bywam – odparł.

– Ale przecież pochodzisz z tych stron, prawda? Z Algarve? – upewniła się, lecz natychmiast spostrzegła, że to pytanie go rozdrażniło.

– Teraz mówisz jak ci wścibscy reporterzy – rzucił szorstko. – A przy okazji: skąd się dowiedziałaś, że dorastałem w sierocińcu?

– Usłyszałam, jak rozmawiał o tym właściciel miejscowego baru – wyjaśniła speszona.

– A gdy w dodatku dotarła do ciebie wiadomość, że zamierzam odwiedzić Algarve, uznałaś to za doskonałą okazję, aby poprosić mnie o wsparcie waszego sierocińca w Afryce?

– Tak – przyznała. – Na moim miejscu z pewnością postąpiłbyś podobnie.

– Niekoniecznie – rzekł z wyczuwalną nutą ironii.

– W każdym razie wiedz, że zazwyczaj nie wymuszam bezceremonialnie na ludziach finansowej pomocy – dodała pospiesznie. – Kiedy pracuję w londyńskim biurze naszej organizacji charytatywnej, muszę zachowywać pełen profesjonalizm i trzymać się ściśle określonych reguł. Wysyłamy do osób znanych ze wspierania dobroczynności materiały informujące o naszych działaniach, a od czasu do czasu telefonuję do którejś z nich.

Marco przyjrzał jej się przenikliwie.

– Mam nadzieję, że jesteś ze mną szczera. Nienawidzę nieuczciwości.

– Nie kłamię, panie Aguilar, i nie próbuję w żaden sposób pana oszukać.

– Wierzę ci, Grace. Zresztą poleciłem sekretarce, by zebrała informacje o tobie. Porzućmy więc tę kwestię. Może opowiedz mi więcej o sprawie, która cię do mnie sprowadziła. Chciałbym również usłyszeć, jak zaangażowałaś się w działalność charytatywną.

Grace nie powinno właściwie dziwić, że kazał ją sprawdzić, a jednak poczuła się zaskoczona. Na szczęście nie miała nic do ukrycia. Opowiedziała mu teraz, jak od przyjaciela rodziców usłyszała o wakującej posadzie w londyńskiej organizacji zajmującej się pomocą dzieciom i pozytywnie przeszła rozmowę kwalifikacyjną. Po dwóch latach pracy nadarzyła się okazja wyjazdu do Afryki i odwiedzenia jednego z licznych sierocińców, które wspomagała jej organizacja. Później Grace wyjeżdżała jeszcze kilkakrotnie, lecz już ta pierwsza wizyta odmieniła jej życie i rozbudziła w niej chęć ulżenia ciężkiemu losowi afrykańskich dzieci.

Skończyła mówić przepojona nadzieją, że zdoła uzyskać wsparcie Marca Aguilara. Po chwili jednak ogarnęła ją obawa, że ten bajecznie bogaty przemysłowiec odmówi jej. W napięciu czekała na odpowiedź, lecz serce jej zamarło, gdy pochwyciła pełne nieskrywanego pożądania spojrzenie Marca utkwione w dekolcie jej bluzki.

Aguilar zdał sobie sprawę, że wpatruje się w biust Grace Faulkner z podnieceniem, jakiego od bardzo dawna nie wzbudziła w nim żadna z licznych kobiet, z którymi się spotykał. Uświadomił sobie również, że wcale nie chce jeszcze się z nią rozstać.

– Napijesz się czegoś? – zaproponował, a gdy z wahaniem skinęła głową, zapytał: – Na co masz ochotę? Na kieliszek wina? A może na lemoniadę albo sok owocowy?

– Dziękuję, poproszę o szklankę lemoniady.

Udał się do kuchni i polecił Inês – miejscowej kobiecie, którą zatrudniał jako gospodynię i kucharkę – aby przyniosła im napoje. Ochłonął nieco, jednak podniecenie znów w nim rozgorzało, gdy wrócił i ujrzał anielską twarz Grace i jej jasne włosy spływające łagodnie na ramiona. Postanowił w duchu, że postara się zatrzymać tę dziewczynę przy sobie przez resztę popołudnia.

Kiedy ponownie usiadł obok niej na balkonie pod parasolem, uśmiechnęła się nieśmiało i z lekką rezerwą. Wyczuł, że Grace odznacza się spokojnym, refleksyjnym usposobieniem. Spodobało mu się to, gdyż stanowiło ożywczą odmianę po kobietach, z którymi zazwyczaj się umawiał – obdarzonych wybuchowym temperamentem i obiecujących sobie zbyt wiele po relacji z nim.

– Wkrótce podadzą nam napoje – oznajmił.

– Panie Aguilar… – zaczęła.

– Marco – poprawił ją łagodnie.

Na moment odwróciła wzrok i odetchnęła głęboko.

– Chciałabym się dowiedzieć, czy podjął pan… czy podjąłeś decyzję w sprawie udzielenia finansowej pomocy naszemu sierocińcowi.

 

Minęło kilka chwil, zanim zebrał myśli. Wcale nie przesadził, kiedy wczoraj poinformował Grace, że wspiera liczne inicjatywy charytatywne. Niemało z nich dotyczyło dzieci, jednak żadna nie miała bezpośredniego związku z sierotami. Ta kwestia budziła w nim bolesne wspomnienia własnego dzieciństwa. Starał się usilnie nie tylko zapomnieć o tym okresie swojego życia, lecz także ukryć go przed światem. Być może powodowała nim podświadoma obawa przed wścibstwem mediów, które mogłyby zacząć szperać w jego przeszłości.

– Nie wątpię, że sprawa waszych sierot zasługuje na wsparcie ze strony człowieka tak majętnego jak ja – odpowiedział. – Jestem zdecydowany udzielić pomocy, lecz chciałbym rozważyć jej zakres. Jeśli zostawisz mi szczegółowe dane, przejrzę je w wolnej chwili i ponownie skontaktuję się z tobą. Czy to ci odpowiada?

– Oczywiście. To wspaniale, że zdecydowałeś się nam pomóc. Chodzi tylko o to, że… – urwała niepewnie.

Marco osiągnął sukces w interesach między innymi dlatego, że czasami potrafił postępować bezwzględnie. Teraz też zamierzał w pełni wykorzystać sytuację. Ta urocza Grace Faulkner chce uzyskać coś od niego, on zaś pragnie ją zdobyć. Nie wątpił, że uda mu się znaleźć sposób spełnienia oczekiwań ich obojga.

Tymczasem Grace podjęła:

– Nie chcę zabierać ci więcej czasu, bo z pewnością jesteś człowiekiem ogromnie zajętym. Nie chciałabym cię również urazić ani przywołać bolesnych wspomnień z twojej przeszłości. Pragnęłabym jednak, jeśli pozwolisz, przedstawić ci ogólny obraz sytuacji. Czy potrafisz wyobrazić sobie tragiczny los osieroconych dzieci nie tylko pozbawionych rodzicielskiej miłości i troski, lecz na domiar złego zmuszonych do życia w nędznej ruderze, w której brak nawet najbardziej podstawowych udogodnień, jakie większość z nas uważa za oczywiste? Naprawdę nie zamierzam cię popędzać, ale im szybciej poprawimy okropne warunki życia tych dzieci, budując nowy, odpowiednio wyposażony sierociniec, tym lepiej. Aby zaś tego dokonać, rozpaczliwie potrzebujemy finansowego wsparcia. Toteż kiedy mówisz, że przejrzysz dane w wolnym czasie, chciałabym się dowiedzieć, jak długo to potrwa.

Serce Marca ciężko waliło w piersi. Nie, wcale nie musiał sobie wyobrażać sytuacji dzieci pozbawionych czułej opieki matki i ojca, gdyż sam tego doświadczył, dorastając w sierocińcu, w którym jeden opiekun przypadał na pięcioro lub sześcioro dzieci. Od tamtego czasu pozostało w nim na zawsze poczucie emocjonalnego ogołocenia, którego nie zdołały rozproszyć bogactwo ani sukcesy zawodowe. W głębi duszy czuł się nadal odizolowany od innych ludzi i żywił przeświadczenie, że nie zasługuje na niczyją miłość.

Ale przynajmniej żyję bezpiecznie i w luksusowych warunkach, pomyślał. Wstrząsnął nim obraz okropnej sytuacji niewinnych dzieci, jaki odmalowała przed nim Grace, aby wypisał czek, który umożliwi zbudowanie nowej siedziby sierocińca. Jednakże nie zamierzał się spieszyć.

– Jestem wprawdzie człowiekiem skłonnym do współczucia, lecz przede wszystkim biznesmenem, który przed podjęciem każdej decyzji skrupulatnie rozważa wszystkie szczegóły – powiedział. – Dlatego, jeśli chcesz uzyskać moją pomoc, będziesz musiała zdobyć się na odrobinę cierpliwości.

– Trudno mi zachować cierpliwość, gdy widziałam na własne oczy te cierpiące dzieci – mruknęła nieco zirytowana. – Skoro sprawdziłeś wiarygodność moją i organizacji, którą reprezentuję, po co dłużej zwlekać? Zapewniam cię, że rozliczymy się co do grosza z pieniędzy, jakie nam przekażesz.

– Miło mi to słyszeć, ale zapewne nie zdajesz sobie sprawy, jak wiele instytucji charytatywnych zgłasza się do mnie z prośbą o pomoc. – Zmierzył Grace przenikliwym spojrzeniem. – Może uważasz, że ponieważ jestem tak bogaty, powinienem bez wahania udzielić wam finansowego wsparcia? Być może sądzisz nawet, że czuję się winny z powodu mojego majątku? Jeśli tak, to wiedz, że dorobiłem się go ciężką pracą. Nie urodziłem się w luksusach ani nie odziedziczyłem rodzinnej fortuny.

Zakłopotana Grace wbiła wzrok w blat stolika. W końcu podniosła głowę i spojrzała na Marca.

– Przepraszam, nie miałam prawa ponaglać cię ani krytykować. Dałam się ponieść emocjom. Okazałeś mi gościnność, poświęciłeś swój czas i zaoferowałeś pomoc, a ja zachowałam się wobec ciebie niewybaczalnie nieuprzejmie i arogancko.

– Ani przez moment nie pomyślałem, że zamierzałaś być nieuprzejma. Niemniej zaczynam odkrywać, że pomimo łagodnej powierzchowności potrafisz pokazać pazurki dzikiej kotki.

– Och, tylko wtedy, gdy widzę niesprawiedliwość i cierpienie.

– Na świecie jest aż nadto jednego i drugiego, nieprawdaż? Ale powiedz mi, czy chęć uzyskania mojej pomocy dla sierocińca to jedyny powód, dla którego przybyłaś do Algarve?

Grace odgarnęła za ucho kosmyk włosów i westchnęła.

– Nie, nie jedyny. W istocie postanowiłam zwrócić się do ciebie dopiero, kiedy usłyszałam tamtą rozmowę w barze na twój temat. Przyjechałam oderwać się trochę od pracy, ponieważ z ostatniego pobytu w Afryce wróciłam wyczerpana i głęboko przygnębiona tym, co tam widziałam. Moi rodzice mają w Algarve letni dom i zaproponowali, żebym tutaj wypoczęła.

– Czyli właściwie jesteś na urlopie?

– Chyba tak, chociaż w gruncie rzeczy nie potrafię się zrelaksować. Wciąż myślę o tych biednych dzieciach z afrykańskiego sierocińca i zastanawiam się, jak jeszcze mogłabym im pomóc.

Marco mimo woli nabrał jeszcze większej sympatii do Grace Faulkner, tak ożywczo odmiennej od wszystkich innych znanych mu kobiet.

– Niewątpliwie pragniesz wspierać tych, którym w życiu powiodło się gorzej niż tobie – zauważył. – Musisz mieć nadzwyczaj dobre serce.

– Mówisz tak, jakbym robiła coś niezwykłego. W naszej organizacji charytatywnej wiele osób pracuje z nie mniejszym zaangażowaniem i poświęceniem.

Zjawiła się Inês, pulchna Portugalka, niosąc tacę z napojami. Uśmiechnęła się błogo, kiedy Grace podziękowała jej serdecznie za szklankę lemoniady. Marco wypił długi łyk zimnego drinka i rozsiadł się wygodniej w fotelu.

– Jak wspomniałem, okazało się nieoczekiwanie, że mam dziś wolne popołudnie. Chciałbym spędzić je z tobą. Zaczniemy od wybrania się razem na lunch.

Grace nie wątpiła, że większość kobiet na jej miejscu byłaby zachwycona usłyszawszy taką propozycję, lecz ona poczuła się skrępowana. Cała ta sytuacja wydawała jej się nierealna. Nie pojmowała, dlaczego taki bogaty i sławny człowiek pragnie przebywać w jej towarzystwie choćby chwilę dłużej niż to konieczne. A nawet gdyby zgodziła się zjeść z nim lunch, o czym mieliby rozmawiać oprócz sprawy sierocińca?

Przed opuszczeniem rodzinnego domu wiodła zwyczajne, dość nieciekawe życie, zanim po ukończeniu uniwersytetu nie wywalczyła sobie prawa do wolności. Owszem, kochała rodziców i była wdzięczna za wszystko, co dla niej zrobili, ale, prawdę mówiąc, niekiedy dusiła się w nadmiernie opiekuńczej atmosferze, jaką ją otaczali. Stale obawiali się, że mogłaby dokonać niewłaściwych wyborów, i pragnęli nieustannie chronić ją przed możliwością popełnienia błędów.

Dlatego nigdy się im nie przyznała, że kiedyś krótko spotykała się z mężczyzną, który w pijackim szale uderzył ją i usiłował zgwałcić. Natychmiast po tym zerwała z nim, jednak psychiczne rany, jakie wówczas odniosła, nadal nie całkiem się zagoiły. Nigdy nie żałowała swojej decyzji zyskania samodzielności, jednak tamto traumatyczne doświadczenie nauczyło ją rezerwy wobec ewentualnych kolejnych związków. Obawiała się nawet zwykłej randki.

– To bardzo uprzejma propozycja, ale… czy nie wolałbyś pójść z kimś innym? – odparła.

Zaskoczony Aguilar przecząco potrząsnął głową.

Odwróciła wzrok od jego twarzy i wpatrzyła się w przestwór bujnej zieleni rozpościerający się w dole. Przypominał jej bezkresny ocean, a ona była zagubioną na nim łódką bez steru.

– Przecież niemal wcale się nie znamy – powiedziała.

– A jak inaczej mamy się poznać, niż spędzając trochę czasu razem? – zripostował.

Nagle poczuła głód, który zdawał się nakłaniać ją, aby przyjęła zaproszenie Marca. Przed dzisiejszym spotkaniem była tak spięta, że nie zdołała niczego przełknąć na śniadanie. Cóż to szkodzi, jeśli po prostu zjem z nim lunch? – pomyślała. Prawdę mówiąc, odmowa wyglądałaby na nieuprzejmość.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?