Największe wyzwanie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maggie Cox
Największe wyzwanie

Tłumaczenie:

Agnieszka Baranowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Henry Traverne, przyjaciołom znany jako Hal, w przypływie złości podjechał gwałtownie do domofonu wiszącego na ścianie i zadzwonił do portiera.

– Jeśli jeszcze ktoś przyjdzie, proszę powiedzieć, że zapadłem na malarię. Mam dosyć litościwych pielęgniarek o zatroskanych oczach wzdychających ciężko po każdym zdaniu! I podfruwajek łypiących na mnie łakomie niczym na główną wygraną w totka!

– Ależ, panie Traverne, następna kandydatka już czeka!

– Jak to czeka?! – Henry westchnął ciężko i przeczesał palcami gęste, rozczochrane czarne włosy, zastanawiając się, co zrobić. Rozprostował pomiętą kartkę papieru spoczywającą na jego kolanach. Na liście przygotowanej przez agencję pracy widniało jeszcze jedno nazwisko. Henry przeklął w myślach. Kit Blessington, przeczytał. Miał nadzieję, że nie czekało go spotkanie z kolejną przebiegłą poszukiwaczką łatwego zarobku, która bardziej niż pracą zainteresowana była możliwością sprzedania mediom swoich wspomnień z pracy dla potężnego producenta muzycznego i odkrywcy licznych gwiazd światowej sceny pop.

– Pani przyszła wcześniej i czeka już od jakiegoś czasu – oświadczył portier Charlie, prawie z wyrzutem. Henry wzniósł oczy do nieba. Zasadniczy młody człowiek, którego w gruncie rzeczy raczej lubił, dziś działał mu na nerwy.

– Powiedz pani Blessing, czy jak tam się nazywa, że jestem zmęczony. Niech przyjdzie jutro – burknął Hal.

– Wolałabym zostać przyjęta dzisiaj, panie Traverne. – W słuchawce rozbrzmiał przyjemny, choć zdecydowany kobiecy głos. – Jutro mam inne zobowiązania.

Henry zaniemówił na moment. Inne zobowiązania?

– W takim razie chyba nie zależy pani na tej pracy – skomentował uszczypliwie.

– Wręcz przeciwnie, zależy mi, dlatego tu jestem. – Kobieta wydawała się niezrażona podłym nastrojem potencjalnego pracodawcy. – A tak przy okazji, nazywam się Blessington.

– Jakie ma pani zobowiązania? – zapytał bez ogródek. Nie zamierzał bawić się w uprzejmości z kobietą, do której poczuł natychmiastową antypatię, mimo że jeszcze jej nie widział.

– Mam umówione spotkanie w sprawie pracy w Edynburgu – wyznała niechętnie.

Henry oniemiał. Czy ta arogantka nie wiedziała, z kim rozmawia? Jak mogła traktować go jak jednego z wielu potencjalnych pracodawców, a nie kogoś wyjątkowego?

– W Edynburgu? Po diabła chce się pani wlec aż do Szkocji? – warknął, zanim zdążył pomyśleć.

Odpowiedziała dopiero po chwili pełnego napięcia milczenia:

– Nie chcę, ale czasami trudno znaleźć pracę blisko domu. – Jej głos nie zdradzał emocji. Henry musiał przyznać, że nieznajoma nie dawała się zbić z tropu. On z kolei stawał się coraz bardziej poirytowany, zapewne dlatego, że złamana, unieruchomiona gipsem noga swędziała go nieznośnie.

– Dam pani dziesięć minut – oświadczył łaskawie. – Tyle powinno mi wystarczyć, żeby sprawdzić, czy się pani nadaje.

– Dziękuję, mnie też powinno wystarczyć, żeby zdecydować, czy chcę dla pana pracować – odpowiedziała spokojnym, stanowczym tonem.

Henry sapnął gniewnie; nienawidził, kiedy ktoś próbował przejąć kontrolę nad sytuacją i nie dawał się onieśmielić. Z natury lubił przewodzić i rywalizować, a teraz musiał znosić impertynencje jakiejś bezczelnej pielęgniarki. Gdyby nie podjął idiotycznego wyzwania swojego byłego wspólnika i nie ścigał się z nim na najbardziej niebezpiecznej trasie francuskich Alp, nie siedziałby teraz na wózku inwalidzkim z nogą w gipsie aż do wysokości biodra. Dał się sprowokować Simonowi, który, mimo głośno wyrażanej troski, ani razu nie zaoferował mu pomocy. Skomplikowana operacja i następująca po niej długa i bolesna rekonwalescencja zamiast skłonić Hala do większej pokory, doprowadziły go jedynie do stanu nieustannego wrzenia, przerywanego licznymi wybuchami złości. Wyglądało na to, że o sile jego frustracji za chwilę miała się przekonać irytująca kandydatka do pracy. Pierwszą rzeczą, jaką zauważył, kiedy stanęła w drzwiach, były ogniście rude włosy opadające kaskadą lśniących loków na szczupłe ramiona. Rude są złośliwe, wiadomo, pomyślał z przekąsem. Proste ubranie o męskim kroju w stonowanych kolorach ziemi i sznurowane trzewiki na niskim obcasie świadczyły o praktycznym podejściu do życia. Jedynie jaskrawe rajstopy zaskakiwały, sugerując, że rozsądna pani Blessington miała w sobie być może odrobinę skrzętnie skrywanego szaleństwa. Zaintrygowany Hal oderwał w końcu wzrok od całkiem zgrabnych nóg i spojrzał swemu gościowi w oczy. Oszołomił go ich głęboki chabrowy kolor – nigdy nie spotkał nikogo o tak pięknych i wyrazistych oczach. Gdyby nie był unieruchomiony gipsem i sfrustrowany swą chwilową niedołężnością, na pewno próbowałby rozwiązać intrygującą zagadkę, którą stanowiła rudowłosa, wielkooka, zasadnicza panna Blessington. Chyba panna? – pomyślał, oceniając ją na nie więcej niż dwadzieścia parę lat. Choć z kobietami nigdy nie wiadomo! Hal westchnął ciężko.

– Teraz rozumiem, dlaczego był pan zniecierpliwiony.

Rudowłosa młoda kobieta zmierzyła go badawczym wzrokiem. Zmarszczyła brwi i pokiwała głową ze współczuciem. Postawiła torebkę na podłodze i podeszła do niego raźnym krokiem.

– Musi strasznie boleć, aż pan poszarzał na twarzy. Może podam panu środki przeciwbólowe, pewnie przestały już działać.

– Wziąłem tabletkę kilka minut temu – burknął. Pachniała kwiatami, letnim ciepłym ogrodem. Hal poczuł, jak jego spięte mięśnie rozluźniają się. Chętnie dotknąłby pasma jedwabistych rudych włosów, nawinął je na palec… Skup się, zganił się w myślach. Odchrząknął i wyprostował plecy.

– Musi minąć kilka minut, zanim zacznie działać. Proszę nie traktować mnie jak kaleki.

Panna Blessington zarumieniła się, ale szybko odzyskała rezon.

– Przejdziemy do salonu? Wygodniej byłoby panu na sofie. Powinien pan odpocząć. Podłożę panu kilka poduszek pod nogę…

– Panno Blessing! – przerwał jej poirytowany.

– Blessington – poprawiła go odruchowo.

Ugryzł się w język, żeby nie odpowiedzieć jej zbyt ostro, lub, co gorsza, niecenzuralnie.

– Wyjaśnijmy sobie jedno: nie poszukuję matki Teresy ani nawet pielęgniarki. Potrzebuję, to znaczy, chcę zatrudnić osobę, która dotrzyma mi towarzystwa, zaparzy herbatę, przygotuje coś do jedzenia czy zawiezie mnie do lekarza. Od obsesyjnej troskliwości wolę inteligentną rozmowę o filmie i muzyce. I wymagam całodobowej dyspozycyjności.

Kobieta wysłuchała jego tyrady z kamienną twarzą.

– Agencja pracy uprzedziła mnie o pana wymaganiach. Nie stanowią dla mnie problemu.

– Miała już pani podobne zlecenia?

– Tak, ostatnio pracowałam dla pewnej aktorki dochodzącej do siebie po chorobie.

Nie wspominała tego zlecenia dobrze. Aktorka okazała się kobietą rozpieszczoną i nieprzyjemną. Przez sześć miesięcy Kit znosiła jej ciągłe narzekania i wywyższanie się. Nie miała jej jednak za złe podłego traktowania, bo zauważyła, że przez całe sześć tygodni nikt nie odwiedził aktorki, żeby zapytać o zdrowie. Kit było żal próżnej, samotnej kobiety.

– I zdaje sobie pani sprawę, że musiałaby pani tu zamieszkać? Oczywiście, jeśli zdecyduję się panią zatrudnić.

– Oczywiście. Większość zleceń tego wymaga. W agencji zapoznałam się z pana wymaganiami. Czy pan chciałby mnie o coś zapytać?

– Tak. – Hal zawahał się. – Ile ma pani lat?

– Dwadzieścia sześć.

– I rozumiem, że nikt nie będzie miał pani za złe, że pani tu zamieszka? Mąż, chłopak?

Hal miał nadzieję, że wytrąci w końcu superprofesjonalną rudowłosą pannę z równowagi. Niestety, nie zdradzała żadnych oznak zmieszania.

– Nie jestem z nikim związana. Zresztą nie tolerowałabym partnera, który by mi nie ufał.

Hal przyglądał jej się zaintrygowany. Chętnie dowiedziałby się co lub kto sprawił, że traktowała siebie i innych tak surowo. Jego siostra, Sam, psycholog z zawodu, uwielbiała analizować ludzką naturę i zapewne wyjaśniłaby mu, że stanowcza panna Blessington na jakimś etapie swojego życia padła ofiarą prześladowania, dlatego teraz stwarzała dystans. Jednak nie potrafił sobie wyobrazić takiego scenariusza w odniesieniu do swojego gościa; panna Blessington wyglądała na twardą sztukę, która nie da sobie w kaszę dmuchać, stwierdził z zadowoleniem. Nigdy nie przepadał za płochliwymi, niezdecydowanymi kobietami. Ze zdziwieniem zdał sobie nagle sprawę, że w ciągu kilkuminutowej rozmowy nowa znajoma zdołała go szalenie zaintrygować. Musiał przyznać, że nie potrafił tego wytłumaczyć – pannie Blessington nie brakowało urody, ale nie można jej też było zaliczyć do oszałamiających piękności. Zresztą, miała przecież dla niego pracować! Musiał znowu przywołać swoją bujną wyobraźnię do porządku. Powinien ją porządnie wypytać o kwalifikacje, ewentualnie zaproponować okres próbny, ale, szczerze mówiąc, nie miał na to siły. Bolała go głowa, a panna Blessington i tak była dużo lepsza niż wszystkie wcześniejsze kandydatki. Czuł, że jeśli szybko kogoś nie zatrudni, niechybnie zwariuje. Od operacji minęło zaledwie kilka dni, a on już czuł się uwięziony we własnym ciele. Jeszcze raz zmierzył badawczym wzrokiem czekającą cierpliwie na jego odpowiedź rudowłosą kobietę.

– Przejdźmy do salonu – zaproponował. – Omówimy szczegóły.

Pierwszy raz, odkąd weszła do jego mieszkania, panna Blessington wydawała się zbita z tropu, ale tylko na chwilę. Czyżby się nie spodziewała, że zostanie zatrudniona mimo niewyparzonego języka? Hal odwrócił się i ruszył w głąb korytarza, uśmiechając się pod wąsem. Jednak nie była aż tak twarda!

 

Podążając za wózkiem, Kit przyglądała się „Fartownemu” Henry’emu, jak powszechnie nazywano jej potencjalnego pracodawcę w świecie show-biznesu. Wtajemniczeni twierdzili, że Henry Traverne posiadał rzadki dar odkrywania talentów, które, przy jego wsparciu, stawały się w krótkim czasie wielkimi i niezwykle dochodowymi, gwiazdami. Kit nie ulegała czarowi sławy i często zastanawiała się, co się dzieje z aspirującymi młodymi ludźmi, którym mimo wszystko nie udało się zrobić kariery lub z przebrzmiałymi gwiazdami odstawionymi do lamusa przez żądną coraz to nowych atrakcji publiczność. Zaciekawiło ją, dlaczego syn prominentnego ziemskiego posiadacza o szlacheckim pochodzeniu wybrał tak płytki i okrutny biznes? Czyżby dorastanie w luksusie zepsuło jego charakter? Dlaczego więc sam nie pokusił się o próbę zaistnienia na srebrnym ekranie lub wielkiej scenie? Na pewno nie z braku charyzmy i niewiarygodnej, wręcz magnetycznej męskiej urody! Omiotła wzrokiem szerokie, atletyczne barki okryte kremowym kaszmirowym swetrem, czarne, zwichrzone loki gęstych włosów. Jeśli dostanie tę pracę, czy tym razem także bez trudu uda jej się zachować chłodny dystans do tak pociągającego pracodawcy? Wprawdzie udawała, że nie zależy jej na otrzymaniu zlecenia, ale prawda wyglądała nieco inaczej; wysoko płatna posada u znanego producenta nie dość, że stanowiłaby cenną pozycję w jej CV, to pozwoliłaby jej także powiększyć pulę oszczędności. Wizja zakupu własnych czterech kątów sprawiała, że Kit podejmowała się najbardziej skomplikowanych zadań i wkładała w pracę wiele serca i energii.

– „Kit” to skrót od jakiego imienia?

Ocknęła się z zamyślenia i zauważyła, że stoją pośrodku ogromnego salonu. Pierwszą rzeczą, która natychmiast rzucała się w oczy, było wielkie zdjęcie przedstawiające człowieka wspinającego się po ścianie ogromnego lodowca. Wpatrywała się w nie jak zaczarowana. Mimo ochronnych gogli i kombinezonu poznała go natychmiast.

– To ty, prawda? – Oczarowana srogim pięknem krajobrazu na zdjęciu zapomniała się, bo przecież nie przeszli jeszcze na ty!

– Tak – odpowiedział zdawkowo, unikając jej wzroku.

Mężczyźni zazwyczaj uwielbiali się chwalić swoimi niebezpiecznymi eskapadami, ale Henry, ku jej zaskoczeniu, nie skorzystał z okazji, żeby zrobić wrażenie na gościu. Spojrzał na nią chmurnie i wzruszył ramionami.

– „Kit” to skrót od Katherine – powiedziała.

Standardowa odpowiedź nie oddawała ciężaru, jaki nosiło w sobie jej imię. Matka wielokrotnie zaznaczała, że imię dla swej jedynej córki wybrała bez wahania i z pełnym przekonaniem. Za każdym razem, gdy o tym wspominała, Kit uśmiechała się pobłażliwie, ale serce ściskał jej smutek. Matka, targana skrajnymi emocjami, zazwyczaj unikała podejmowania decyzji, poddając się porywom serca, a miotając się, popadała ze skrajności w skrajność. Kończyło się zawsze tak samo: złamanym sercem, pustym kontem i rzewnymi łzami. Dlatego, zamiast bawić się lalkami i szaleć z koleżankami na dworze, Kit większość czasu spędzała w domu z przygnębioną matką, próbując znaleźć najrozsądniejsze wyjście z tarapatów, w jakie się wpakowała jej rodzicielka. Elizabeth Blessington wybierała nieodmiennie nieodpowiedzialnych mężczyzn, na których nie można było polegać, poczynając od ojca Kit. Ralph Cottonwood, przystojny młody Rom, oczarował naiwną romantyczkę, po czym zostawił ją, gdy tylko się dowiedział, że zaszła z nim w ciążę.

– Może usiądziesz? – Henry machnął ręką w stronę skórzanej czarnej kanapy ubarwionej licznymi marokańskimi poduchami w bajecznych kolorach.

Kit skinęła głową i przycupnęła na brzegu sofy. Dopiero teraz, kiedy obydwoje siedzieli, spojrzała mu prosto w oczy. W świetle zalewającym salon przez wielkie okna wypełniające całą południową ścianę, zauważyła niezwykły, bursztynowy kolor oczu Henry’ego. Musiałabym być z kamienia, żeby nie ulec czarowi tego spojrzenia, pomyślała z rozpaczą.

– A więc, Katherine, dlaczego zdecydowałaś się akurat na ten zawód?

– Lubię pomagać ludziom.

– A jakie masz kwalifikacje?

Mimo że wielokrotnie ubolewała nad brakiem warunków do podjęcia studiów, nie miała powodów do kompleksów – pracowała od szesnastego roku życia i, oprócz zgromadzenia imponującego jak na jej wiek doświadczenia zawodowego, ukończyła także liczne kursy dające jej cenne praktyczne umiejętności. Zyskała też finansową niezależność i możliwość wspierania matki.

– Ukończyłam kurs pierwszej pomocy dla zaawansowanych. Braki w wykształceniu nadrabiam praktycznymi umiejętnościami i doświadczeniem. Mam referencje od wszystkich moich klientów. Zresztą, agencja ma bardzo wysokie standardy, nie współpracowaliby ze mną, gdybym ich nie spełniała. – Kiedy skończyła mówić, jej serce waliło jak oszalałe, bo Henry przyglądał jej się z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Nie wiedziała, czy jej uwierzył, czy też uważa ją za bezczelną uzurpatorkę. Miała nadzieję, że jednak da jej szansę, choć jeden dzień, na próbę. Nagle wyjazd do Edynburga wydał jej się wyjątkowo mało kuszący.

– Na twoje szczęście, nie boję się ryzykować. Kiedy możesz zacząć pracę?

Kit skrzętnie ukryła radość, która wypełniła jej serce, i spokojnym, opanowanym głosem spytała:

– Czy to oznacza, że chce mi pan dać tę pracę?

Henry zmarszczył brwi i spojrzał na nią podejrzliwie.

– A nie po to tu przyszłaś?

– Tak, ale…

Henry niecierpliwie pokręcił głową.

– Po pierwsze, myślałem, że przeszliśmy na „ty”. Przyjaciele mówią do mnie Hal. Jeśli chodzi o pracę, to zależałoby mi, żebyś zaczęła jutro. Moja siostra zapewnia mnie, że agencja, dla której pracujesz, zatrudnia wyłącznie najlepszych i najbardziej dyskretnych… – Henry zawiesił znacząco głos.

– Oczywiście, zazwyczaj umowa zawiera klauzulę poufności, prawda?

Henry odetchnął z widoczną ulgą.

– Umówmy się na jutro po śniadaniu, dobrze? Około ósmej. Aha, jeszcze jedna rzecz. Jutro o dziesiątej muszę się stawić w szpitalu na wizycie kontrolnej. Zakładam, że masz prawo jazdy?

Zanim zdążyła potwierdzić, rzucił jej pełne niepokoju spojrzenie.

– Bo przyjmiesz to zlecenie, tak?

– Tak, oczywiście. – Kit wstała, wygładziła spódnicę i podeszła do swego nowego pracodawcy. Uśmiechnęła się ostrożnie, żeby nie zdradzić się z rozpierającą ją radością, do której sama przed sobą nie chciała się przyznać. Nigdy wcześniej nie pracowała dla kogoś, kto już podczas pierwszego spotkania wywarł na niej tak piorunujące wrażenie. Myśląc trzeźwo, powinna zrezygnować z jego propozycji – najbardziej na świecie nie chciała pójść w ślady matki i zakochać się w nieodpowiednim mężczyźnie. Bogaty, kapryśny pracodawca, który w żadnym wypadku nie mógł odwzajemnić jej uczucia, naraziłby ją nie tylko na złamane serce, ale także na utratę źródła utrzymania.

– Dziękuję za zaufanie. – Wyciągnęła do niego dłoń, przeklinając w myślach własną głupotę. Oczywiście istniała spora szansa, że szorstki w obyciu Henry okaże się rozpieszczonym, bogatym arogantem, którego znienawidzę, pomyślała. Tak czy siak, to zlecenie mogło okazać się największym wyzwaniem w jej dotychczasowej karierze.

– Mam nadzieję, że mnie nie zawiedziesz. Szczerze mówiąc, nie zniósłbym kolejnych spotkań z nadopiekuńczymi, pełnymi litości dla biednego kaleki kandydatkami na Matkę Teresę. Nie mówię o tobie, oczywiście. – Henry uśmiechnął się pierwszy raz, odkąd się spotkali. Jego oczy rozbłysły ciepłym, bursztynowym blaskiem. Kit jęknęła w duchu. Kiedy się uśmiechał, w jego pokrytym kilkudniowym zarostem policzku pojawiał się czarujący dołeczek.

– Chciałabyś zobaczyć swój pokój? Jest obok mojej sypialni, dla wygody.

Kit skinęła głową i ruszyła za gospodarzem. Nagle Henry zatrzymał wózek i odwrócił się gwałtownie.

– Kluczy ci nie dam, bo na dole wpuści cię portier, a ja, z oczywistych powodów, zawsze jestem w domu.

– A jeśli zaśniesz?

– Nigdy nie śpię w ciągu dnia, a i w nocy nieczęsto.

Kit spojrzała na jego podkrążone oczy i zrozumiała źródło złego humoru i drażliwości. Jej nowy pracodawca był wyczerpany bólem i bezsennością.

– Oto twój pokój. – Henry wskazał na uchylone drzwi i poczekał, aż Kit wejdzie pierwsza do środka.

ROZDZIAŁ DRUGI

Co za dzień! – pomyślał Hal, szorując wieczorem zęby. Od wypadku starał się kłaść do łóżka przed północą, choć stracił już nadzieję, że rutyna ta pomoże mu szybciej zapaść w upragniony sen. Nawet jeśli po kilkugodzinnych męczarniach udawało mu się zasnąć, budził się wielokrotnie w ciągu nocy z powodu bólu, który ustępował nieco dopiero po kolejnej dawce środków przeciwbólowych. Pocieszał go jedynie fakt, że od następnego dnia miał rozpocząć naukę chodzenia o kulach – nareszcie odzyska choć część mobilności i niezależności, które do tej pory uważał za oczywiste. Spojrzał na swą wymiętą, wymęczoną twarz i rzucił gniewnie szczoteczką do zębów. Dlaczego czuł się tak podle? Czy powrót do zdrowia po wypadku zawsze przebiega tak mozolnie?

Emocjonalnie także był wykończony. Frustracja powoli stawała się trudna do opanowania. Lekarz zapewnił go, że rekonwalescencja przebiega prawidłowo i niestety dla większości pacjentów stanowi nie lada wyzwanie. Całe szczęście, że jego siostra Sam wpadła na genialny pomysł zatrudnienia osoby, która pomogłaby mu w zmaganiu się z praktycznymi aspektami tymczasowej niesprawności. Gdyby nie to, że prowadziła dobrze prosperującą klinikę, zapewne sama spędzałaby z bratem całe dnie, próbując go rozerwać i pocieszyć. Skóra mu cierpła na samą myśl, że mógłby się stać dla siostry ciężarem! Hal wrócił do sypialni z nieprzyjemnym uczuciem, że czeka go kolejna nieprzespana noc wypełniona bólem i frustracją. Miał nadzieję, że pojawienie się Kit Blessington i możliwość używania kul sprawią, że jego rekonwalescencja stanie się choć odrobinę bardziej znośna. Na szczęście Kit nie wyglądała na jedną z tych uciążliwych kobiet, które nieustannie paplały o głupotach, więc może jej obecność okaże się przynajmniej trochę pomocna.

Właśnie pił z siostrą poranną kawę, kiedy pojawiła się Kit, punktualnie o ósmej. Sam wpadła do brata po drodze do pracy. Nie wyobrażała sobie, że nie sprawdzi osobiście, kogo zatrudnił. Zawsze się troszczyła o swojego młodszego braciszka, który, choć czasami się na nią złościł, doceniał jej niezachwiane wsparcie i bezwarunkową pomoc. Zwłaszcza że ojciec wysłał mu jedynie grzecznościowego mejla z nieuchronnym „A nie mówiłem?”.

Sam, w eleganckim kostiumie, ze stylowo przyciętymi krótkimi czarnymi włosami, wyglądała na przeciwieństwo kobiety, która stanęła w drzwiach. Kit związała swe niesforne rude loki w luźny węzeł na czubku głowy, a na obszerny zielony sweter narzuciła męską marynarkę w nieokreślonym kolorze ziemi.

– Dzień dobry, panno Blessington. Bardzo mi miło panią poznać. Jestem Samantha Whyte, siostra Hala. – Sam wyciągnęła do gościa smukłą, wypielęgnowaną dłoń. Kit z widoczną ulgą odstawiła na podłogę ogromną walizę i przywitała się z piękną brunetką.

– Miło mi. Dobrze, że pani brat może liczyć na kogoś z rodziny.

– Niestety, nie mieszkam w pobliżu, ale staram się wpadać tak często, jak to możliwe. Twoja obecność… Możemy przejść na ty?

Kit skinęła głową, więc Sam kontynuowała:

– Twoja obecność na pewno bardzo mu pomoże. Nie wiem, czy Hal ci powiedział, że dziś czeka was nie lada wyzwanie: pierwszy raz od wypadku może wstać z wózka! Hal zapewne będzie się złościł, jeśli nie od razu zostanie mistrzem chodzenia o kulach. Przywykł, że zawsze wszystko przychodzi mu łatwo…

– Halo, ja tu jestem! Możesz nie rozmawiać o mnie, jakby mnie nie było? – Henry przerwał siostrze, wyraźnie poirytowany. Obrócił gwałtownie wózek i przeklinając pod nosem, pojechał do kuchni.

– Nie przejmuj się nim. – Sam mrugnęła porozumiewawczo do Kit. – W rzeczywistości to…

– Wszystko słyszę! Nie waż się nawet mówić, że w rzeczywistości jestem łagodny jak baranek! Nie jestem! – Z kuchni dobiegł ich głos porządnie już rozzłoszczonego Henry’ego. Siedział przy stole i dopijał zimną kawę z poczuciem porażki. Nie chciał się zachowywać jak małe dziecko, ale brak snu zaczynał mu się dawać we znaki. Chyba muszę jednak skorzystać z proszków nasennych, pomyślał z rezygnacją.

– Zapytaj lekarza podczas dzisiejszej wizyty kontrolnej o specjalną technikę rehabilitacyjną. Nazywa się chyba „RICE”…

Hal nawet nie spojrzał na dwie pogrążone w rozmowie kobiety wchodzące do kuchni.

– Znam ją – Kit, chcąc się wykazać swymi kompetencjami, szybko przerwała siostrze gospodarza. – Odpoczynek, okłady z lodu, kompresja i uniesienie kończyny – wymieniła wszystkie elementy metody wspomnianej przez Sam. Z satysfakcją zanotowała, że udało jej się zrobić wrażenie na siostrze nowego pracodawcy.

 

– Wspaniale – rozpromieniła się Sam. – Raz w tygodniu przychodzi pielęgniarka, w razie czego, możesz ją poprosić o pomoc. Aha, dwa razy w tygodniu wpada tu też pani Baker, żeby posprzątać.

– Skończyłaś? – Henry przerwał siostrze i wzniósł oczy do nieba. – Zachowujesz się, jakbym miał dwa latka i zostawał z nową opiekunką! – Hal odstawił kubek tak gwałtownie, że pochlapał sobie rękaw kaszmirowego swetra zimną kawą. Zaklął paskudnie.

Kit natychmiast złapała papierową serwetkę leżącą na stole i ruszyła mu na pomoc. Henry cofnął się trochę, żeby przypadkiem nie przyszło jej do głowy wytrzeć mu rękę, niczym małemu chłopczykowi.

– Dzięki – mruknął, kiedy skończyła wycierać blat.

– Nie ma sprawy.

Kit uśmiechnęła się przelotnie, samymi oczyma, ale i tak Hal zauważył, jak bardzo pojaśniał błękit jej tęczówek. Gdy jest naprawdę zadowolona, musi wyglądać promiennie, pomyślał.

– Może zrobię panu świeżą kawę? – zaproponowała.

Hal zauważył rozbawioną minę siostry. Wzruszył ramionami i odpowiedział:

– Czemu nie? Czarną, z jedną łyżeczką cukru, poproszę. Może też się napijesz?

– Dziękuję, chętnie. O której musimy stawić się w szpitalu?

– O dziesiątej – wtrąciła się natychmiast Sam.

– Oczywiście, teraz sobie przypominam. Czy w samochodzie zmieści się wózek?

Hal sapnął gniewnie.

– Przecież będę chodzić o kulach!

Kit nie wyglądała na onieśmieloną jego ostrym tonem. Z wprawą obsługiwała ekspres do kawy, zręcznie odnalazła szafkę z kubkami i łyżeczki.

– Mam nadzieję, że umiesz prowadzić duży samochód? – burknął Hal. Zauważył, że Sam kręci z dezaprobatą głową.

– Poradzę sobie. – Kit znowu nie okazała zmieszania. – Proszę się nie niepokoić, panie Traverne.

– Myślałem, że przeszliśmy na ty. Mów mi Hal.

Dopiero teraz Kit zawahała się na moment.

– Może Henry, dobrze? Nie lubię się zbytnio spoufalać z pracodawcami – wyjaśniła.

Hal zgromił wzrokiem siostrę, która uśmiechnęła się kpiąco. Pewnie pomyślała, że trafiła kosa na kamień! Już on im obu pokaże, kto tu rządzi, odgrażał się w myślach Henry.

– Widzę, że jesteś w dobrych rękach, mogę więc spokojnie jechać do pracy. – Sam pocałowała go w policzek i mrugnęła wesoło do Kit, która właśnie stawiała na stole dwie filiżanki ze świeżą kawą.

– Cześć, braciszku, zachowuj się przyzwoicie. Do zobaczenia Kit.

– Do widzenia.

Kiedy Sam wyszła, Kit uśmiechnęła się kącikami ust.

– Masz wspaniałą siostrę.

– To prawda – odpowiedział jej szerokim, szczerym uśmiechem, od którego Kit zrobiło się gorąco. Zdjęła marynarkę i powiesiła ją na krześle, ale nie usiadła. Upiła łyk kawy i nerwowo zatknęła kosmyk rudych włosów za ucho.

– Może poćwiczymy chodzenie o kulach? – zaproponowała, żeby ukryć zakłopotanie.

– Nie wolałabyś się najpierw rozpakować?

Pokręciła przecząco głową, ale w głębi duszy rozczuliło ją, że pomyślał o niej. Najwyraźniej jej nowy, marudny pracodawca potrafił zachowywać się kulturalnie.

– Mogę to zrobić później. – Machnęła lekceważąco ręką. – Wolę ci pomóc z kulami.

Hal zmarszczył brwi i odwrócił wzrok.

– Niech ci będzie – zgodził się niechętnie. – Zdajesz sobie sprawę, że będę musiał się na tobie wesprzeć, zanim złapię równowagę?

– Nie ma problemu. Jestem silna, choć może tego nie widać.

– Nic cię nie zniechęci, prawda?

Jego szeroki uśmiech sprawił, że ugięły się pod nią kolana. Kolejny raz zganiła się w myślach; powinna się mieć na baczności. Ten zabójczy uśmiech mógł ją wiele kosztować. Już kiedyś zaufała czarującemu mężczyźnie wbrew wyznawanym zasadom. Kiedy okazało się, że jej wybranek jest żonaty, Kit była zdruzgotana. Nie tylko dlatego, że ją okłamał, ale przede wszystkim dlatego, że popełniła ten sam błąd co jej matka: zaufała nieodpowiedniemu mężczyźnie, a przecież naoglądała się podobnych typów u boku matki i powinna była rozpoznać oszusta. Jedno wiedziała na pewno: drugi raz nie pozwoli sobie na podobną lekkomyślność. Opanowanym, surowym głosem odpowiedziała zdecydowanie:

– Lepiej bierzmy się do pracy.

Na pewno nie brak mu samozaparcia, pomyślała ciepło o swym nowym pracodawcy, gdy pomagała mu usiąść w miękkim fotelu poczekalni szpitalnej. Oczywiście Kit zauważyła też frustrację Henry’ego, który spodziewał się zostać mistrzem chodzenia o kulach w pierwszych pięciu minutach nauki. Mimo że samodzielne poruszanie się z bolącą nogą po biodro unieruchomioną gipsem okazało się nie lada wyzwaniem, Hal uparł się, że wejdzie do szpitala sam i odmówił kategorycznie skorzystania ze szpitalnego wózka inwalidzkiego.

– Zgłoś na recepcji, że już jestem – sapnął.

Kit nie zamierzała się przejmować jego złym humorem, świetnie rozumiała, że poczucie bezradności musi u młodego wysportowanego mężczyzny wywoływać złość. Z natury empatyczna, potrafiła przejrzeć swych humorzastych klientów i dotrzeć do źródła ich złego humoru. Z życzliwą cierpliwością starała się ich wspierać, nie pozwalając jednocześnie, by ich narzekania wpływały na jej samoocenę.

– Jasne. Masz swój numer pacjenta?

– Myślisz, że nazwisko nie wystarczy? Wszyscy mnie tu znają – warknął nieprzyjemnie, krzywiąc się lekko z bólu.

Kit wzięła głęboki oddech.

– Myślę, że nawet królowa ma numer pacjenta, a przecież wszyscy w całym kraju ją znają.

– Bardzo śmieszne, ale wolałbym, żebyś po prostu zrobiła to, o co cię proszę.

Czy jej się wydawało, czy w jego głosie więcej było rozbawienia niż złości? Wzruszyła ramionami i podeszła do recepcjonistki, wpatrzonej w Hala niczym w bóstwo.

– Dzień dobry, pan Traverne ma dziś wizytę u doktora Shadika.

– Oczywiście. – Młoda dziewczyna z trudem oderwała wzrok od przystojnego pacjenta. – Proszę chwilę poczekać.

Kit usiadła z powrotem obok Henry’ego.

– Na pewno zaraz cię przyjmą.

– Nie cierpię czekać – burknął Hal.

– Warto poczekać, jeśli lekarz może ci pomóc, prawda?

– Nie zauważyłaś, że nie przepadam za sytuacjami, w których muszę korzystać z pomocy?

Kit uśmiechnęła się w duchu. Od początku przypuszczała, że gburowatość jej nowego pracodawcy wynika z poczucia bezsilności.

– W takim razie może powinieneś się tego nauczyć? Podjąć wyzwanie.

– Tak, a wtedy mój ojciec podejmie wyzwanie i wespnie się na Mount Everest!

– Tata nie podziela twojej miłości do wspinaczki?

– Łagodnie powiedziane! Uważa wyprawy za szczyt głupoty. Dlatego nie odwiedził mnie w szpitalu. Zawsze mnie przestrzegał przed podejmowaniem niepotrzebnego ryzyka i nareszcie się doczekał: miał rację! Jego zdaniem powinienem siedzieć w Falteringham i podtrzymywać rodowe tradycje.

– Falteringham to nazwa twojego majątku rodzinnego?

– Tak.

– Ojciec naprawdę nie odwiedził cię po wypadku? – Kit nie dziwiła się, że Henry zachowywał się niczym zraniony zwierz. Zależało mu na opinii ojca, mimo że udawał zbuntowanego. Nie odpowiedział, więc siedzieli w milczeniu, zatopieni w myślach.

– Witam, panie Traverne. Mam nadzieję, że czuje się pan lepiej?

Kit spojrzała ze zdziwieniem na przystojnego, śniadego mężczyznę, w eleganckim garniturze, który serdecznie uścisnął dłoń naburmuszonego Hala.

– Lepiej? Lepiej nie mówić, doktorze Shadik – burknął Hal. – Boli jak diabli.

– W takim razie musimy pomyśleć o silniejszych środkach przeciwbólowych – zawyrokował lekarz, uśmiechając się promiennie. – Może przejdziemy do gabinetu?

Kit zerwała się z miejsca i podała Henry’emu kule.

– Wejdź ze mną, żebym nie musiał ci później wszystkiego powtarzać.

Skinęła głową. Hal ruszył z widocznym wysiłkiem w głąb korytarza. Kit i doktor Shadik, którego twarz natychmiast spoważniała, wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

– To pana pierwszy dzień o kulach, prawda? Świetnie pan sobie radzi! – zawołał lekarz.