List miłosny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maggie Cox
List miłosny

Tłumaczenie:

Agnieszka Wąsowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

„Nieważne, ile to potrwa… Będę na ciebie czekać. Nic i nikt nas nie rozdzieli. Na tej ziemi nie liczy się dla mnie nikt poza tobą. Tylko ty potrafisz sprawić, że w mojej duszy zapanuje pokój. Kocham cię bardziej niż własne życie i zawsze będę…”.

Imogen przeczytała te słowa, porażona ich głębią. Była szczerze poruszona i coś w jej wnętrzu jakby się zaczęło rozpuszczać…

Zanim się zorientowała, co się dzieje, na kartkę papieru, którą trzymała w dłoni, skapnęła gorąca łza.

W wolnym czasie lubiła zaglądać do sklepu z używanymi rzeczami, w nadziei, że znajdzie coś interesującego. Karteczkę, którą trzymała w ręku, znalazła pośród stron tomiku poezji. Kiedy go wertowała, kartka wysunęła się i upadła do jej stóp.

Nie była podpisana nazwiskiem, a jedynie inicjałami: SB. Ciekawe, czy napisała to kobieta, czy mężczyzna? Jednego była pewna: chciałaby być tak kochana, jak osoba, która była adresatem tego wyznania. Ona sama zwątpiła już w to, że na świecie istnieją mężczyźni, którzy potrafią prawdziwie kochać. Gdzieś głęboko w duszy chciała w to wierzyć, choć nie było to łatwe.

Z ciężkim westchnieniem zamknęła oczy. Trudno jej było dojść do ładu z uczuciami, których w tej chwili doświadczała. Bała się, że zabiją w niej resztkę pewności siebie, jaką jeszcze miała.

Była ciekawa, jak potoczyły się losy tej pary. Z jakichś względów wiele by dla niej znaczyło, gdyby się dowiedziała, że im się udało. Oznaczałoby to, że marzenia czasem się spełniają i że istnieje coś takiego jak prawdziwa miłość, aż po grób.

Zdecydowanym gestem wsunęła kartkę pomiędzy strony tomiku i poszła do kasy zapłacić.

Siedząca w niej starsza kobieta uśmiechnęła się do niej ciepło.

– Widzę, że znalazła pani coś interesującego?

– Tak. Chciałabym wziąć tę książkę.

Wyjęła z portfela pieniądze i zapłaciła.

– A tak przy okazji, nie wie pani, kto ją tu przyniósł? Byłam tu kilka dni temu i nie wydaje mi się, żebym ją widziała.

– Tego nie wiem, moja droga, ale wiem, że moja koleżanka przyjmowała wczoraj dostawę książek z tego dużego domu na wzgórzu. Na pewno wie pani, o który dom mi chodzi. Mam na myśli tę okazałą rezydencję pod lasem. Evergreen, tak się chyba nazywa. W przeszłości należała do rodziny Siddonsów, ale teraz chyba nikt tam nie mieszka. Ktoś tylko zajmuje się tą posesją, ale nie wiem tego na pewno. Plotka głosi, że dom kupiła jakaś korporacja, żeby przeprowadzać tam szkolenia personelu… Zawsze może pani dopytać. Czy te informacje w czymś pani pomogą?

Imogen uśmiechnęła się, choć w głębi duszy była smutna. Ileż by dała, aby móc wrócić do świata żywych, z wygojonym sercem i optymizmem, który zawsze potrafiła w sobie jakoś znaleźć na przekór okolicznościom.

Przycisnęła do siebie torbę z książką.

– Tak, bardzo dziękuję. Życzę pani miłego dnia. Być może nawet zaświeci nam dzisiaj słońce – dodała, wyglądając przez szklane drzwi sklepu.

– Miejmy nadzieję. Miło by było, gdyby wyszło choć na chwilę. A gdyby nawet nie wyszło, to ma pani tomik poezji, który zapewne umili pani czas.

Wracając do niewielkiego wynajmowanego mieszkanka, mieszczącego się przy jednej z bocznych uliczek wiktoriańskiej dzielnicy, przechodziła obok katedry, która była mekką turystów. Osobiście nie przepadała za nią. Ogrom tego budynku przytłaczał ją.

Była w niej tylko raz i nie zamierzała iść tam ponownie. Jak można znaleźć spokój w takich posępnych, przygnębiających wnętrzach? Imogen jakoś nie mogła sobie tego wyobrazić.

Gwałtowny podmuch wiatru rozwiał jej włosy. Zrobiło jej się chłodno. I tyle, jeśli chodzi o słońce! Zima na dobre zadomowiła się w mieście. Nie mogła się już doczekać, kiedy się znajdzie w mieszkaniu, rozpali piecyk i pogrąży w lekturze. Kto wie? Może znajdzie w książce coś więcej, co pozwoli jej ustalić tożsamość autora listu.

A jeśli nie, to może sama postara się go odnaleźć? Choć konfrontacja z takim listem mogłaby wprawić jego ewentualnego autora w zakłopotanie. Westchnęła ciężko. Cała ta historia chyba za bardzo poruszyła jej wyobraźnię…

Seth schodził szerokimi mahoniowymi schodami, rozglądając się wokół siebie. Tykanie ogromnego starego zegara miarowo odmierzało czas, przywodząc na myśl wspomnienia, których wcale nie chciał.

Kiedy po raz pierwszy przekroczył próg tego domu, miał zaledwie dziewiętnaście lat. Miał poznać ojca swojej dziewczyny i poprosić go o jej rękę. Był nim znany finansista, James Siddons, wzbudzający strach we wszystkich wokół, a cóż dopiero w młodym chłopaku, który nic jeszcze w życiu nie osiągnął.

Choć znał Louisę zaledwie od paru miesięcy, oboje wiedzieli, że są sobie przeznaczeni. To, co do siebie czuli, nie było zwykłą miłostką. Seth doskonale jednak zdawał sobie sprawę z tego, jak trudną drogę będą musieli pokonać. Louisa była studentką, podczas gdy on pracował jako mechanik samochodowy w pobliskim warsztacie. Z całą pewnością nie był odpowiednim kandydatem na zięcia Jamesa Siddonsa.

W tym dniu musiał zebrać w sobie całą swoją odwagę, aby stawić mu czoło. Jak tylko stanął twarzą w twarz z budzącym grozę bankierem, zrozumiał, że nie ma u niego żadnych szans. Kiedy mu oznajmił, że zmierza poślubić jego córkę, natychmiast został sprowadzony do parteru.

– Louisa doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ludzie z naszej sfery zawierają związki małżeńskie jedynie z osobami z tej samej klasy, panie Broden. Pan, jak sądzę, nie jest jedną z takich osób, więc powinien pan rozumieć, że nie ma tu czego szukać.

– Nie chciałeś nawet dać mu szansy! – wybuchnęła Louisa. – Kocham go i nie chcę nikogo innego! Nie masz prawa traktować go w ten sposób! Seth nie ma się czego wstydzić. Przyszedł do ciebie, bo chciał załatwić wszystko jak należy. Mogliśmy się pobrać w tajemnicy przed tobą, ale to on nalegał, żeby oficjalnie poprosić cię o moją rękę.

James Siddons rzucił córce ostrzegawcze spojrzenie.

– Nie mam pojęcia, co sobie myślałaś, wiążąc się z takim chłoptasiem. Doskonale wiesz, że któregoś dnia poślubisz kogoś odpowiedniego, żeby kontynuować rodzinną tradycję. Jesteś ostatnią z rodu Siddonsów i dlatego tym staranniej powinnaś wybrać sobie męża. Nalegam, żebyś jak najszybciej zakończyła znajomość z tym człowiekiem. Jeśli tego nie zrobisz, dopilnuję, by wypłata twoich pieniędzy została wstrzymana do czasu, aż wydam inną dyspozycję.

W ten sposób James Siddons złamał swojej córce serce. Nie tylko zresztą jej. Seth także nie był już tym samym człowiekiem co przed rozmową z nim. Jego serce stało się twarde jak kamień.

Nie pozwolił jednak, by ta odmowa go zdruzgotała. Wcale nie uważał, że jest nikim. Poprzysiągł sobie, że udowodni Jamesowi Siddonsowi, że wcale nie jest gorszy od niego, a nawet lepszy. Zamierzał zdobyć większy majątek i wpływy, niż miał ojciec Louisy, tak żeby jego żona nigdy nie cierpiała niedostatku.

Jednak James Siddons postarał się, by jego córka nigdy więcej nie miała okazji się z nim spotkać. Groził Sethowi, ostrzegając go, aby pod żadnym pozorem nie zbliżał się do Louisy.

– Jeśli mnie nie posłuchasz, sprawie, że nikt w całym kraju cię nie zatrudni – zakończył swoją tyradę.

Louisa ze łzami w oczach ubłagała go, by posłuchał ojca.

Seth zatrzymał się i wolno wypuścił powietrze z płuc. Po co kupił ten dom? Po co rozdrapywał stare rany, które dawno temu powinny się zabliźnić? Już nic nie musiał nikomu udowadniać.

James Siddons nie żył już od ponad roku, a Louisa… Louisa zginęła w wypadku samochodowym niedługo po tym, jak się jej oświadczył. Seth nigdy nie doszedł do siebie po tym wydarzeniu.

Kiedy pół roku temu rezydencja Siddonsów pojawiła się na rynku nieruchomości, nie potrafił się oprzeć pokusie jej kupna. To tu dorastała Louisa. Opowiadała mu, że jeszcze kiedy żyła jej matka, Clare Siddons, ten dom był pełen radości i śmiechu.

– Matka była wspaniałą kobietą. Była niezwykle ciepła, cierpliwa i zawsze mi powtarzała, żebym kierowała się w życiu tym, co dyktuje mi serce, a nie rozum – wyznała mu. – Ona na pewno nie odrzuciłaby cię z powodu twojego „niewłaściwego” pochodzenia. Po jednym spojrzeniu wiedziałaby, co masz w sercu. – Jej błękitne oczy rozjaśniały się, kiedy wspominała matkę.

Seth zdawał sobie sprawę, że kupno tego domu może się stać przyczyną jego cierpienia. Mimo to pragnął udowodnić okolicznym mieszkańcom, że nie jest gorszy od Jamesa Siddonsa. A może chodziło jedynie o zaspokojenie własnego ego?

Od śmierci Louisy minęło dziesięć długich lat. Przez te lata mieszkał z dala stąd, chcąc odbudować swoje życie i osiągnąć to, co zamierzał.

Naturalnie miał w tym okresie różne kobiety, ale żadnej z nich nie pokochał. Jego serce było wypalone i nigdy już nie rozpali go namiętne uczucie.

Kupno domu było zapewne złym pomysłem. Zupełnie, jakby posypywał solą świeżą ranę.

Zaklął pod nosem i zszedł do salonu, kompletnie pozbawionego mebli.

Louisa pokazała mu kiedyś ten pokój pod nieobecność ojca, wiedział więc, jak wyglądał. Teraz w domu pozostało jedynie kilka sprzętów, książek i patelni. Wszystko inne zostało sprzedane, by pokryć zobowiązania, jakie pozostawił po sobie James Siddons. Po śmierci córki zaczął on prowadzić życie ponad stan i kiedy umarł, pozostawił po sobie długi.

No cóż, ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Seth mógł zrobić z tym domem, co tylko zechce. Był jego właścicielem i od niego zależał dalszy los tej posiadłości.

 

Wiedziony niewiadomym impulsem podszedł do okna. Ku swemu zdziwieniu w zapadającym zmierzchu ujrzał nieopodal młodą kobietę zaglądającą na teren posiadłości przez żelazne sztachety bramy. Przez chwilę miał wrażenie, że patrzy na ducha. Kim jest i co sobie wyobraża? Dlaczego go szpieguje?

Nie namyślając się, co robi, ruszył prosto do drzwi. Otworzył je szeroko i zbiegł po granitowych schodach, pokonując po dwa stopnie naraz.

– Kim pani jest i czego tu pani szuka? – spytał ostrym tonem, kiedy znalazł się przy bramie.

Kobieta spojrzała na niego zaskoczona. Jej kasztanowe włosy rozwiał wiatr, a smukłe palce, którymi odgarniała je z twarzy, wyraźnie drżały. Przez krótką chwilę patrzył na nią zauroczony jej delikatną urodą.

– A więc? – ponaglił ją, sądząc, że ma do czynienia z jakąś dziennikarką szukającą sensacji.

– Bardzo przepraszam… Nie chciałam pana niepokoić.

Jej głos brzmiał miękko jak letni deszcz. Słysząc go, miał wrażenie, że kobieta rzuciła na niego jakiś czar.

– Już to pani zrobiła. Proszę odpowiedzieć na moje pytanie. Co pani tu robi?

Zawahała się.

– Czy pan jest właścicielem tego domu?

– A dlaczego pani pyta? Co chce pani wiedzieć?

– Zaraz wyjaśnię. Jeśli jest pan właścicielem, chciałabym, jeśli można, zamienić z panem słowo.

Seth spojrzał na nią podejrzliwe spod zmrużonych powiek.

– O czym?

– O historii tego domu. A tak przy okazji, nazywam się Imogen Hayes.

– Niech zgadnę. Interesuje panią historia starych domów i chciałaby się pani dowiedzieć czegoś o tym, żeby napisać szkolną pracę?

Kobieta zarumieniła się lekko.

– Nie chodzę do szkoły. Mam dwadzieścia cztery lata.

– W takim razie może jest pani z lokalnej gazety?

– Nie. Proszę posłuchać. Niech pan poświęci mi kilka minut. Obiecuję, że nie zabiorę panu dużo czasu.

Choć coś w środku mówiło mu, że to nie jest dobry pomysł, zaczął się zastanawiać, czy nie ulec jej prośbie. Wiedział, że jego osoba będzie wzbudzać zainteresowanie tutejszych mieszkańców. Ta dziewczyna zapewne nie jest jedyną osobą, która będzie go tu nachodzić. Jednak podobała mu się i go zaintrygowała. Postanowił więc ją wpuścić. W końcu co ma do stracenia?

– Proszę, niech pani wejdzie.

Uchylił bramę i wpuścił ją do środka.

– Dziękuję, to bardzo miło z pana strony.

– Tak pani myśli? Ogólnie nie jestem postrzegany jako miła osoba.

Kącik jej ust drgnął, po czym odwróciła się i ruszyła za nim.

Kiedy otworzył drzwi, wraz z podmuchem zimnego wiatru do środka wpadło za nimi kilka zeschniętych liści.

Seth zamknął drzwi. Był pewien, że ich rozmowa nie potrwa długo, ponieważ on sam niewiele wiedział na temat historii tego domu, ponad to, że od pokoleń należał do rodziny Louisy. Co go więc podkusiło, żeby tu wpuścić tę kobietę? Czy zrobił to dlatego, że już od dawna żadna go nie zaintrygowała?

– Zaprosiłbym panią do salonu, ale nie ma w nim żadnych mebli. Przyszedłem tu tylko się rozejrzeć. Miała pani szczęście, że mnie zastała.

– Ale to pan jest właścicielem, tak? – Dziewczyna nerwowo przygryzła wargę.

– Tak, niech się pani nie obawia. Nie zaprosiłem tu pani pod fałszywymi pozorami.

Na jego ustach pojawiło się coś na kształt uśmiechu.

– Nie to miałam na myśli. Może powie mi pan, kim pan jest?

– Nazywam się Seth Broden. O co jeszcze chciałaby mnie pani zapytać, panno Hayes?

Imogen wsunęła opadający kosmyk włosów za ucho. Odczuła ulgę, że jej gospodarz nie zmienił zdania i nie powiedział jej, że jednak nie znajdzie dla niej czasu.

Sama dobrze nie wiedziała, co nią kierowało, ale wzięła książkę do kieszeni i wyszła na spacer. Nogi same przyprowadziły ją pod bramę tej posiadłości i nie mogła się oprzeć pokusie, aby nie zajrzeć przez nią do środka.

– Ktoś z mieszkających tu ludzi powiedział mi, że poprzedni właściciele nazywali się Siddons.

Kiedy dostrzegła, jaki wyraz przybrały jego oczy, serce niemal zamarło jej w piersi. Niemniej jednak ten mężczyzna był tak charyzmatyczny, że nie mogła oderwać od niego wzroku. Kierując się instynktem, postanowiła zostać i dowiedzieć się, kim jest.

– Tak, dobrze pani słyszała.

– Znał ich pan, kiedy tu jeszcze mieszkali?

– Dlaczego pani o to pyta? Jak zrozumiałem, to sam dom jest przedmiotem pani zainteresowania.

– To prawda, ale to ludzie tworzą dom. Niezależnie od tego, jak duży i onieśmielający jest sam budynek.

– Uważa pani, że ten dom jest onieśmielający?

– Tak myślę, ale może wynika to z tego, że jest tak inny od tego, do czego przywykłam. Nie mogę sobie nawet wyobrazić, jak to jest mieszkać w takim domu, nie wspominając już o jego utrzymaniu.

– Posiadanie majątku nie jest wyznacznikiem szczęścia. Nie zmienia to tego, jakim się jest człowiekiem: dobrym czy złym. Zresztą… ta rozmowa donikąd nas nie zaprowadzi. Nie wydaje mi się, żebym mógł pani pomóc. Jeśli chciałaby się pani dowiedzieć czegoś więcej o samym domu, to proszę spytać w lokalnej agencji.

– Informacja, której szukam, jest bardziej osobistej natury, panie Broden. Byłabym wdzięczna, gdyby mógł mi pan pomóc.

– Nie wątpię… problem jednak polega na tym, że nie na wszystkie pytania w życiu można znaleźć odpowiedzi, panno Hayes.

Imogen zalało poczucie winy i zakłopotanie. Zastanawiała się, czy nie posunęła się za daleko.

– Wiem. Może jednak byłby pan w stanie powiedzieć mi, dlaczego rodzina Siddonsów się stąd wyprowadziła?

– Ich losy potoczyły się zupełnie inaczej, niż się spodziewali.

Dla Imogen stało się jasne, że Seth Broden nie jest chętny do udzielania jakichkolwiek informacji na temat rodziny poprzednich właścicieli domu. Jeśli będzie chciała się czegoś dowiedzieć na temat losów autora listu, będzie musiała postępować bardzo ostrożnie.

– To dotyczy nas wszystkich. Rzadko kiedy nasze marzenia się spełniają.

– Rozumiem, że mówi to pani na podstawie własnego doświadczenia?

Na pewno nie miała zamiaru opowiadać zupełnie nieznajomemu człowiekowi o swoim życiu, niezależnie od tego, jak był interesujący. Doskonale wiedziała, do czego może doprowadzić nadmierne ufanie ludziom…

– Cóż, moje życie, podobnie jak życie większości z nas, nie zawsze przebiegało gładko…

W jego oczach pojawiło się coś na kształt współczucia. Skrzyżował ręce na piersi i westchnął.

– Przynajmniej jest pani młoda i, jak to mówią, wszystko jeszcze przed panią.

Imogen wzruszyła ramionami. Przez chwilę zatopiła spojrzenie w głębi intensywnie błękitnych oczu, których spojrzenie sugerowało, że ich właściciel nie powinien mieć najmniejszych trudności w nakłonieniu jakiejkolwiek kobiety do podzielenia się z nim swoimi sekretami.

Kim on jest? Jeśli rzeczywiście ten dom należy do niego, musi być kimś ważnym. W jego sposobie bycia było coś, co pozwalało myśleć, że należał do ludzi lubiących brać sprawy w swoje ręce.

– Zapewne ma pan rację, choć nie tak łatwo jest podjąć w życiu konkretne działania, które coś zmienią.

– W takim razie dam pani radę, Imogen. Niech się pani skupi na robieniu tego, co jest pani w stanie zrobić. O resztę proszę się nie martwić. A teraz może mi pani powie, po co tu pani tak naprawdę przyszła?

Zaskoczył ją. Po pierwsze dlatego, że odezwał się do niej po imieniu, a po drugie dlatego, że przeczuwał, że jej zainteresowanie rodziną Siddonsów było bardzo specyficznej natury.

Zdała sobie sprawę, że wcale nie pali się do tego, by podzielić się z kimkolwiek znalezioną notatką. Wiedziała jednak, że będzie musiała mu o niej powiedzieć, nawet jeśli zażąda jej zwrotu.

– Niedawno kupiłam coś w sklepie z używanymi rzeczami – zaczęła. – Powiedziano mi, że ta rzecz najprawdopodobniej pochodzi z tego domu.

Seth podszedł do okna i wyjrzał na ogród. O czym myślał? Wciąż milczał i nic nie wskazywało na to, że ma ochotę przerwać to milczenie.

Już miała spytać, czy coś się stało, kiedy nagle zadał jej pytanie.

– Czy to była jakaś książka? Może mi pani powiedzieć jaka?

– To poezje miłosne Williama Blake’a.

– Tak? Lubi go pani?

Kiedy na nią spojrzał, znieruchomiała. Jego rysy były jak wykute z kamienia, a twarz nie wyrażała zupełnie nic. Tylko spojrzenie jego oczu było przeszywające…

– Lubię. Nawet bardzo.

– Znałem kiedyś kogoś, kto uwielbiał jego poezje.

To wyznanie zupełnie ją zaskoczyło.

– Czy ten ktoś mieszkał w tym domu? – spytała, zanim zdążyła pomyśleć, co mówi.

– To bardzo prawdopodobne. Czy w książce nie ma nazwiska właściciela?

– Nie. Znalazłam w niej tylko…

Stojący przed nią mężczyzna uniósł z zainteresowaniem brew.

– Tak? Co pani znalazła, panno Hayes?

Imogen jednak odpowiedziała mu pytaniem.

– Czy ta osoba była kobietą?

– Nie odpowiedziała pani na moje pytanie.

Imogen w jednej chwili uzmysłowiła sobie prawdę. Przypomniała sobie inicjały widniejące pod listem. SB.

Człowiekiem, który napisał te słowa, to sam Seth Broden…

ROZDZIAŁ DRUGI

Seth od razu zauważył zmianę, jaka zaszła w wyrazie twarzy Imogen. Nie wiedzieć czemu, jego serce zaczęło bić w przyspieszonym tempie.

– Ma pani ze sobą tę książkę? Chciałbym na nią rzucić okiem.

Imogen westchnęła cicho. Zatopiła w nim spojrzenie swoich brązowych oczu i Seth zaczął się zastanawiać, co się za tym spojrzeniem kryje. Po chwili sięgnęła do torby i wyjęła z niej niewielką żółtą książeczkę. Otworzyła ją i ostrożnie wyjęła zapisaną kartkę papieru. Seth mimowolnie wstrzymał oddech.

Imogen podała mu kartkę.

– Co to jest?

– Znalazłam to między kartkami książki.

Nie musiał pytać. Choć minęło wiele lat, doskonale pamiętał, jak pisał te słowa.

Świadomość faktu, że Louisa przechowała jego list w swoim ulubionym tomiku poezji, zaskoczyła go. Nie wiedział, co o tym myśleć.

Przesłał jej ten list na uczelnię, chcąc mieć pewność, że trafi do jej rąk. Od czasu pamiętnej rozmowy z ojcem nigdy jej nie widział. Kiedy zdała sobie sprawę, że ojciec nigdy nie pozwoli im być ze sobą, była zdruzgotana. Wszystkie jej nadzieje i marzenia legły w gruzach. Zanim Seth zdołał ją zapewnić, że nic ich nigdy nie rozdzieli, rozpłakała się i uciekła na górę.

Potem było już tylko gorzej. Ojciec Louisy nie zmienił zdania i nie zamierzał pozwolić, by córka postąpiła wbrew jego woli.

Tamtego dnia Seth wypadł z ich domu jak burza, przysięgając sobie w duchu, że wbrew wszystkiemu on i Louisa będą razem. Znajdzie jakiś sposób, żeby być z ukochaną kobietą.

Następnego dnia zostawił jej wiadomość na uczelni. Ponieważ ojciec zabrał jej telefon, był to jedyny sposób, żeby się z nią skontaktować. Kilka dni później jego świat zawalił się. Przyjaciel Louisy zapukał do jego drzwi wcześnie rano, żeby poinformować go, że Louisa zginęła w wypadku samochodowym, którego sprawca uciekł.

Jego życie się skończyło. Jak miał żyć bez niej?

Zaciskając palce na liście, usiadł na stopniu schodów. Powinien znaleźć pocieszenie w fakcie, że Louisa otrzymała jego list i zdążyła go przeczytać, ale czekał na to zbyt długo. Szkoda już się dokonała. Powinien był mocniej się starać, żeby z nią być… Nie zważać na groźby ojca i nie dać się zastraszyć.

Zaklął szpetnie, wyrażając tym swą frustrację. Jego rozpacz była porażająca. Imogen widziała, że z trudem panuje nad emocjami. Jedno było pewne: ujrzenie tego listu nie sprawiło mu przyjemności.

Od razu nasunął się kolejny wniosek. On i jego ukochana nie zostali ze sobą. Ich miłość nie przetrwała. Poczuła, jak pod powieki napływają jej łzy.

Wyraz jego twarzy sprawił, że się zaniepokoiła. Delikatnie położyła mu rękę na ramieniu.

– Wszystko w porządku?

Wiedziała, że jej pytanie jest bezcelowe.

Seth Broden spojrzał na nią z krzywym uśmiechem.

– Jeśli pani pyta, czy jeszcze oddycham, pomimo tego, że dawno już powinienem trafić do piekła za swój udział w tej historii, to tak.

Strząsnął jej rękę i wstał.

– Muszę się napić.

Imogen pobladła. Co miał na myśli? Co takiego się tu wydarzyło przed laty?

Co ją podkusiło, żeby szukać autora tej notatki? Widziała, że przeczytanie jej wyraźnie wyprowadziło Setha z równowagi. Zupełnie nieświadomie sprawiła temu człowiekowi ból. A ona? Pogrzebała kolejne marzenie.

– Nie miałam pojęcia, że ta notatka wprawi pana w taki ponury nastrój. Chciałam się tylko dowiedzieć, czy ta miłość przetrwała. Czy ci ludzie są razem.

 

– Po co? Żeby udowodnić samej sobie, że istnieje prawdziwa miłość do grobowej deski?

Imogen żachnęła się.

– A co w tym złego?

– Nie chciałbym sprowadzać cię na ziemię, skarbie, ale chyba lepiej dla ciebie będzie, jak pozbędziesz się złudzeń.

– Domyślam się, że to pan napisał tę notatkę?

– Tak, ja.

– Nie chciałabym być wścibska, ale mógłby mi pan powiedzieć, co się wydarzyło?

Seth podszedł do niej. Na jego twarzy malowała się złość zmieszana z rezygnacją. Nie wiedziała, dlaczego jeszcze jej nie poprosił, żeby wyszła.

– Ta pani nie żyje. Koniec historii.

Imogen wiedziała jednak, że to wcale nie jest koniec.

– Bardzo mi przykro.

Naprawdę ta wiadomość ją zasmuciła. Los okazał się okrutny i pozbawił tych dwoje ludzi szczęścia. Niełatwo się było z tym pogodzić.

Ta strata była zapisana w rysach twarzy Setha. Nie mógł ukryć tego, jak wiele cierpienia przysporzyła mu ta śmierć.

– Jak to się stało?

– Potrącił ją samochód. Kierowca nie zatrzymał się nawet, żeby zobaczyć, co zrobił. Zostawił ją leżącą na drodze.

– O mój Boże…

– Użalanie się nie wróci jej życia, więc niech pani sobie daruje wyrażanie współczucia. Przyjechała tu pani samochodem? – spytał ostro.

– Przyszłam na piechotę.

– Domyślam się zatem, że mieszka pani w mieście. To jakieś pięć mil stąd. Najwyraźniej lubi pani długie spacery.

– Uwielbiam. Dzięki nim zachowuję formę.

– Mimo to odwiozę panią. Robi się późno i wkrótce zapadnie zmrok. – Spojrzał na zegarek. – Nie zamierzałem zostać tu tak długo.

Nie chciała się sprzeczać. Może w drodze powrotnej jeszcze czegoś się dowie?

– Na pewno nie będę przeszkadzała?

– Nie. I tak już tu skończyłem.

– Zamierza się pan wkrótce wprowadzić?

– Jeszcze nie zdecydowałem.

– Rozumiem. W takim razie jestem gotowa.

Odrzuciła do tyłu długie brązowe włosy i postawiła kołnierz płaszcza, choć i tak na niewiele się to zda przy tak silnym wietrze.

Kiedy znaleźli się w zacisznym wnętrzu limuzyny Setha, spojrzał na nią.

– Dokąd jedziemy?

Kiedy Imogen podała mu adres, skinął głową.

– Wiem, gdzie to jest.

Ruszyli wysadzaną drzewami aleją w kierunku centrum. Podczas jazdy oboje milczeli. Nie miała śmiałości, by go wypytywać; chciała uszanować jego smutek.

Podróż zajęła im jakieś dwadzieścia minut. Seth zatrzymał samochód przed drzwiami jednego ze stojących w rzędzie domków. Jeśli nie liczyć podmuchów porywistego wiatru, wokół panowała cisza.

Imogen spojrzała na swojego towarzysza i mimowolnie westchnęła. Wyraz twarzy Setha był nieprzenikniony, ale ręce zacisnął na kierownicy tak, jakby to było koło ratunkowe.

Wiedziona nagłym impulsem złożyła mu propozycję.

– Może miałby pan ochotę na coś gorącego do picia, w podziękowaniu za podwiezienie mnie do domu?

– Pani zdaniem filiżanka gorącej herbaty jest doskonałym remedium na każdy smutek?

W tonie jego głosu wyraźnie dało się słyszeć sarkazm.

– Nie potrzebuję zapłaty, ale skoro już pani zaproponowała, chętnie napiłbym się czegoś mocniejszego.

– Mam w domu butelkę brandy, którą dostałam od przyjaciółki na urodziny. Może być?

– Może, ale pod warunkiem, że napije się pani ze mną. Niczego więcej pani nie powiem, ale milczące towarzystwo może być mile widziane.

– Zgoda. W takim razie, zapraszam. Niech pan zaparkuje, a ja otworzę mieszkanie. Jest na parterze – oznajmiła, wysiadając z samochodu.

Zaraz po wejściu do domu sięgnęła po zapałki, żeby rozpalić w piecu. Po chwili dołączył do niej Seth. Kątem oka dostrzegła, że rozgląda się po jej niewielkim, ale przytulnie urządzonym saloniku. Tego ranka przed wyjściem z domu, jak zwykle zresztą, dokładnie posprzątała, ale mimo to odczuła zmieszanie. Odkąd położyła rękę na ramieniu Setha, wciąż czuła pod placami ciepło jego ciała. To, że nadal był wzburzony, nie pomagało. Najwyraźniej zobaczenie tej notatki było dla niego szokiem.

– Może usiądziesz? Zaraz naleję ci brandy.

– Jasne… – mruknął, zdejmując płaszcz.

Rzucił go niedbale na pobliski fotel. Imogen zdołała dostrzec metkę znanego włoskiego projektanta. Płaszcz był niezwykle ekskluzywny i drogi i wiele mówił o gustach swego właściciela.

Seth usiadł na skórzanej sofie, która służyła wielu innym mieszkańcom tego domu przed Imogen. Obok sofy stał niewielki stolik do kawy, na którym piętrzyła się sterta książek. Seth sięgnął po jedną z nich.

– Ciekawe, widzę, że lubisz fantastykę.

– Nie przepadam za tego typu literaturą, ale tę książkę pożyczyła mi przyjaciółka. Twierdzi, że jest doskonała.

– Czy to ta sama przyjaciółka, która podarowała ci brandy?

– Tak, choć ja prawie nie pijam alkoholu. Miała nadzieję, że chociaż z okazji moich urodzin napiję się jak należy.

– I co? Napiłaś się?

– Nie bardzo. Świętowałam przy szklance soku pomarańczowego.

Imogen upewniła się, że ogień w piecyku się rozpalił i otarła ręce o dżinsy.

Jej towarzysz uważnie się jej przyglądał, czym wprawiał ją w zakłopotanie.

– Zaraz zrobię ci drinka.

Maleńka kuchenka przylegała wprost do salonu. Choć nie najnowsza, była zupełnie przyzwoicie wyposażona. Imogen sięgnęła po butelkę i nalała Sethowi porządną porcję.

Jej ostatni narzeczony, Greg, był abstynentem. A przynajmniej tak uważała. Potem okazało się, że jest zupełnie inaczej. Było to tylko jedno z kłamstw, jakimi ją karmił. Nie chciała myśleć o Gregu i jego zdradzie. W końcu postanowiła sobie, że zacznie wszystko od nowa, czyż nie? Chciała wierzyć, że dobre rzeczy się zdarzają, niezależnie od tego, co ją spotkało. Jak inaczej mogłaby dalej żyć?

Żeby się uspokoić, wzięła kilka głębokich wdechów. Seth Broden był pierwszym mężczyzną, którego zaprosiła do tego mieszkania. Nie powinna zapominać, że nie jest jej znajomym ani przyjacielem. Praktycznie w ogóle go nie zna. Wiedziała jedynie, że pochodzą z zupełnie innych światów i że jej życie w niczym nie przypomina jego.

Zaniosła szklanki i butelkę do salonu i postawiła na stoliku obok sofy.

– Proszę. Ja powieszę płaszcze do szafy.

Odniosła wrażenie, że słysząc jej słowa, Seth lekko się uśmiechnął.

– Dzięki.

Ogień się rozpalił i w mieszkaniu zrobiło się ciepło. Seth rozparł się wygodnie na sofie. Był tak duży, że zajął jej większą część. Nie sposób było nie zauważyć, jaka siła z niego emanuje. Jego dziewczyna musiała się przy nim czuć bezpieczna.

– Nalałem ci trochę – oznajmił, patrząc, jak siada obok niego w fotelu. – Może zrobisz wyjątek i napijesz się ze mną?

– Jasne. – Imogen pociągnęła łyk brandy, czując, jak alkohol rozgrzewa jej wnętrze. Był tak mocny, że mimo woli łzy napłynęły jej do oczu.

– Widzę, że rzeczywiście nie nawykłaś do picia takich mocnych trunków.

Czuła się jak idiotka. Jakby była jakąś pierwszą lepszą gąską. Odstawiła szklankę i poprawiła włosy.

– Rzeczywiście, nie.

Na szczęście jej gość nie drążył tematu.

– Od dawna tu mieszkasz? – spytał, rozglądając się wokół siebie.

– Od jakiegoś roku.

– Pracujesz w pobliżu?

– Tak.

Seth pochylił się do przodu i poczuła przy tym zapach jego wody. Nie rozpoznała jej, ale bardzo jej się spodobała. Przykuwała uwagę.

– Co robisz?

– Pracuję jako sekretarka w kancelarii prawniczej.

– Lubisz swoją pracę?

– Nawet bardzo. Tak się składa, że mam świetną szefową i moja praca jest naprawdę fascynująca.

– Miło to słyszeć. Gdyby każdy lubił to, co robi, świat byłby lepszy. Przeczytałem ostatnio, że aż osiem procent populacji nie cierpi swojej pracy. Całe szczęście, że ja zaliczam się do pozostałych dziewięćdziesięciu dwóch. I bez tego życie jest wystarczająco ciężkie.

– Co masz na myśli?

– Ból, rozczarowanie, śmierć ukochanych osób. Wszystko to może wyprowadzić z równowagi nawet największego stoika.

Pociągnął spory łyk brandy, ale Imogen zdołała dostrzec w jego oczach błysk cierpienia. To przypomniało jej, dlaczego w ogóle się poznali.

– Zgadzam się. Życie potrafi dać nam w kość. Ale uważam, że nigdy nie należy tracić nadziei. Zawsze może być lepiej.

– Zazdroszczę ci optymizmu, Imogen. Obyś nigdy go nie straciła.

Spojrzał na nią uważnie, czym wprawił ją w zakłopotanie. Jakby to było stać się obiektem uczuć takiego charyzmatycznego mężczyzny? Żeby przerwać te rozmyślania, odezwała się pospiesznie: