Niezwykłe zaloty

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Annie Burrows
Niezwykłe zaloty

Tłumaczenie:

Barbara Ert-Eberdt

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Boże Narodzenie, 1815

– Jak myślisz, ile czasu to zajmie? Mam być doszczętnie skompromitowana.

Marianne od początku nie podobała się ta intryga i uczestniczyła w niej z największą niechęcią.

– Wystarczy, żeby zdążył mnie pocałować – tłumaczyła lady Julia Whitney. – Wtedy wtargniesz do oranżerii i zdemaskujesz nas.

– Tak, ale skąd będę wiedziała, że on już zaczął cię całować?

Marianne mocniej pociągnęła sznurki gorsetu. Pomagała lady Julii przebierać się na bal maskowy.

– Mam wątpliwości, czy jemioła w ogóle działa. Rozwiesiłyśmy ją dosłownie wszędzie i nic.

Lady Julia była autentycznie zawiedziona. Użytek ze stroików z jemioły robiły rozmaite pary, lecz jej nie udało się zwabić Davida pod żaden z nich.

– Przepraszam – powiedziała Marianne. – Pociągnęłam za mocno? Muszę, sukienka jest bardzo dopasowana.

– Wstrzymam oddech, a ty sznuruj – poleciła lady Julia.

– Dobrze. Nie wiedziałam, że tak trudno będzie dopiąć tę suknię. Wydawało się, że masz taką samą figurę jak Nellie, ten nasz Słowik Neapolu, i nie będą potrzebne żadne przeróbki. Okazało się jednak, że jesteś nieco pulchniejsza. – Marianne szarpnęła ostatni raz. – Gotowe.

– Warto było się pomęczyć – orzekła lady Julia, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Kręciło się jej w głowie od wstrzymywania oddechu.

– O rety! – wykrzyknęła Marianne, zerkając w lustro zza ramienia lady Julii.

Mieniąca się niby pawie pióra jedwabna suknia robiła wielkie wrażenie. Na śpiewaczce i zarazem aktorce, od której została wypożyczona, nie wyglądała ani trochę bardziej prowokacyjnie niż pozostałe jej stroje. Natomiast na lady Julii wręcz szokowała. Z przyciasnego stanika dosłownie wylewały się wysoko wypiętrzone piersi. Pokazanie się w takim stroju zakrawało na skandal.

– O rety! – powtórzyła jak echo lady Julia, zdziwiona, że jej biust prezentuje się tak ponętnie.

– Przynajmniej nie zachodzi obawa, że ludzie cię rozpoznają – zauważyła cierpko Marianne. – Kiedy osłonisz twarz maską, mężczyźni będą skupiali uwagę wyłącznie na dekolcie.

– Nie zapomnijcie o peruce – dobiegł stłumiony głos zza parawanu, za którym śpiewaczka przebierała się w kostium pierwotnie przeznaczony dla lady Julii.

Lady Julia i Marianne wymieniły spłoszone spojrzenia. Wszystko słyszała? Starały się rozmawiać szeptem, ale z podniecenia zapomniały o dyskrecji.

– O Boże! – jęknęła głosem zdradzającym bynajmniej nie włoskie pochodzenie śpiewaczka, kiedy wyłoniła się zza parawanu. – Na pani ta suknia wygląda o wiele bardziej atrakcyjnie niż na mnie. Może ją pani zatrzymać po balu, jeśli zechce.

– Ależ nie, dziękuję, nie mogłabym…

– I tak jej nie wezmę. W tym sezonie często ją nosiłam, pora zmienić styl.

Julia jeszcze raz spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Wypożyczyła suknię, bo chciała uatrakcyjnić swój wygląd i z całą pewnością udało się jej ten cel osiągnąć. Pogłaskała mieniący się materiał. Nie wyobrażała sobie, aby była w stanie się zdobyć na ponowne włożenie tak wyzywającej kreacji, ale mogłaby ją zatrzymać na pamiątkę balu i, miała nadzieję, pozytywnego rezultatu akcji, której celem było zmuszenie Davida, żeby wreszcie się jej oświadczył.

– W takim razie bardzo dziękuję.

– A teraz, jeśli chce pani wszystkich oszukać, proszę mi pozwolić na kilka uwag. Zauważyłam, że ma pani męski chód i często używa pewnych powiedzonek.

– Powiedzonek? Ależ skąd! – zaprotestowała lady Julia.

– Każdy się nimi posługuje. Marianne na przykład ciągle powtarza: „Ależ, moja droga, nie” albo „Doprawdy, nie mogłabym”. – Śpiewaczka wyśmienicie imitowała sposób mówienia Marianne. – A pani nieustannie wykrzykuje: „Nic podobnego!” i sapie oraz potrząsa głową.

– Nie potrząsam głową.

– Robisz to – potwierdziła Marianne, tłumiąc chichot. – Nellie jest bardzo spostrzegawcza.

Lady Julia już miała wykrzyknąć „Nic podobnego!”, ale uprzytomniła sobie, iż przed chwilą protestowała, że nie używa powiedzonek. W ostatniej chwili powstrzymała się też przed potrząśnięciem głową i wydaniem głośnego sapnięcia lub okazania w innej formie irytacji. Swoją drogą, zabawne, jaki zmysł obserwacji ma Nellie i z jakim talentem potrafi się wcielać w swoje role. Po kilku wspólnie spędzonych popołudniach bezbłędnie naśladowała grymasy, jakimi Marianne pokrywa zniecierpliwienie, kiedy ma do czynienia z wyjątkowymi nudziarzami.

– Co do pani, Marianne – pouczała śpiewaczka – proszę nie odstępować mnie na krok przez cały wieczór jak zawsze, kiedy bywa pani w miejscach publicznych w towarzystwie lady Julii. I niech pani nie zapomina zawołać do mnie od czasu do czasu „kuzynko”, aby nikt nie żywił wątpliwości, że w tej skromnej białej sukni występuje rzeczywiście lady Julia.

– Wiem – odparła zrezygnowanym tonem Marianne. Ćwiczyły to dziesiątki razy podczas spotkań, do których pretekstem było szykowanie kostiumów na dzisiejszą maskaradę.

– A teraz czas na peruki!

Nellie zdjęła lśniącą czarną perukę z manekina i włożyła ją na głowę lady Julii.

– Szkoda, że moje włosy nie są tego koloru – zauważyła z westchnieniem lady Julia, okręcając wokół palca nieco sztywny loczek peruki. Były matowe i lekko brązowawe i gdyby nie była córką hrabiego, ludzie określaliby je mianem mysich.

– W rzeczywistości nikt nie ma czarnych włosów o granatowym połysku – stwierdziła rzeczowo Nellie, nakładając maskę na twarz lady Julii. – Chyba że je sobie ufarbuje. No, gotowe.

We trzy stanęły przed lustrem. Maska była pokryta tym samym jedwabiem, z którego uszyto suknię. W miejscu na nos znajdował się dziób. Górną krawędź wieńczyły pawie pióra, przez co lady Julia wydawała się sporo wyższa niż w rzeczywistości. I tak już dodała sobie wzrostu dzięki butom na obcasach, również pożyczonym od śpiewaczki.

– A teraz ostatnie dotknięcie – orzekła Nellie i sięgnęła po słoiczek z czernidłem.

Maleńkim pędzelkiem namalowała na lewej piersi lady Julii pieprzyk w kształcie rombu. Taki sam prowokował na jej własnym biuście.

– Gotowe – oznajmiła po raz kolejny. – Zjem swój kapelusz, jeśli ktoś się domyśli, że zamieniłyśmy się kostiumami. Gdyby uznała pani, że jakiś mężczyzna zachowuje się zanadto swobodnie, biorąc panią za mnie, przerwiemy tę maskaradę. Nie darowałabym sobie, gdyby znalazła się pani w niezręcznej sytuacji.

Julia i Marianne wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Prawdziwym celem przebieranki było, żeby lady Julia właśnie znalazła się w niezręcznej sytuacji. Naturalnie, nie mogły wtajemniczyć w swoje zamiary Nellie, gdyż nie zgodziłaby się wziąć udziału w spisku i nie pomagałaby im tak skwapliwie. Wiedziała jedynie, że chciały się zabawić kosztem gości nieświadomych faktu, iż w kostiumie śpiewaczki wynajętej do uatrakcyjnienia towarzyskiego spotkania kryje się lady Julia, córka wydającego bal hrabiego Mountnessinga, a w kostiumie lady Julii śpiewaczka. Nellie usłyszała, że zainspirował je lord Misrule, który na jednym z przyjęć sprzeniewierzył się regułom socjety, wkładając koronę i domagając się hołdów ze strony lepszych od siebie, co powszechnie zostało uznane za dobry żart. Nie powiedziały jej jednak, że hrabia Mountnessing był innego zdania i od tamtej pory nigdy nie dopuszczał lorda Misrule do udziału w organizowanych przez siebie imprezach bożonarodzeniowych.

Marianne i Nellie wydawały się lekko zaniepokojone, więc lady Julia zapewniła:

– Nic mi nie będzie. Idźcie już, zejdę do sali balowej po was.

– Kuchennymi schodami – przypomniała Nellie, po czym włożyła białą atłasową maskę z wymalowanymi kocimi wąsami, a na głowę wciągnęła aksamitny kapturek, z którego sterczały kocie uszy.

Marianne się nie przebrała. Jedynym ustępstwem, na które przystała, było osłonięcie twarzy prostą maseczką z czarnego jedwabiu. Julia nie namawiała jej na zmianę postanowienia, gdyż rezygnacja z kosztownego kostiumu mogła pomóc w realizacji zamierzenia, z jakim wybierała się na bal. Każdy natychmiast rozpozna Marianne i uzna, że kobietą przebraną za białego kota, za którą ona podąża jak cień, musi być córka gospodarza, lady Julia.

Po wyjściu Marianne i śpiewaczki Julia sięgnęła po ostatni element przebrania. Wyciągnęła z torebki flakonik perfum należący do Nellie. Zazwyczaj damy perfumowały skórę za uszami i po wewnętrznej stronie nadgarstka, ale Julia nie miała dostępu do uszu, bo zakrywała je masa sztucznych włosów i pawich piór. Nie mogła też ryzykować zdjęcia sięgających łokcia balowych rękawiczek, gdyż nigdy by ich nie zapięła bez pomocy drugiej osoby. W desperacji przechyliła flakonik w przedziałku między piersiami, mając nadzieję, że nie wylało się z niego za dużo płynu na rękawiczki. Od zapachu załzawiły się jej oczy, ale łzawienie natychmiast przeszło. Przynajmniej nikt nie będzie miał wątpliwości, że jest Słowikiem Neapolu. Było wiadomo, iż Nellie sprowadza te perfumy z ekskluzywnej perfumerii z Paryża. Zapach charakteryzowała silna nuta piżmowa. Różnił się bardzo od lekkich kwiatowych aromatów, z jakich mogłaby skorzystać młoda dziewczyna pokroju lady Whitney, gdyby w ogóle jakichś perfum używała, czego Julia nie robiła. Zadowalała się zapachem wody z mydłem.

Z uniesionym podbródkiem wyszła na korytarz. Idąc w stronę schodów, starała się robić to tak, jak nakazała Nellie – powoli, kołysząc biodrami. Taki sposób poruszania się uznała za bardzo nienaturalny, lecz kiedy ujrzała swoje odbicie w lustrze, doszła do przekonania, że wygląda zmysłowo. Ćwiczyły ten krok zaledwie przez dwa popołudnia, ale pomocne okazały się wysokie obcasy butów Nellie. W nich po prostu nie dało się chodzić zamaszystym krokiem, jakim zazwyczaj poruszała się Julia. Co też tej Nellie przyszło do głowy, by określać jej sposób chodzenia jako męski, skoro jest co najwyżej energiczny! Po śmierci matki spadły na Julię liczne obowiązki domowe. Gdyby nie była pełna energii, nie sprostałaby nawet połowie z nich.

 

Na schodach przytrzymywała się poręczy w obawie, by nie potknąć się na obcasach, do których nie nawykła, i nie spaść na dół.

– Nellie, kochanie – usłyszała męski głos, kiedy schodziła z ostatniego stopnia – prezentujesz się nieziemsko!

Mężczyzną, który zachwycił się jej wyglądem, był szczupły młodzieniec przebrany za dworzanina z epoki elżbietańskiej. Julia ucieszyła się, że tak łatwo dał się nabrać na jej przebranie. Nie zdążyła ochłonąć z radości, kiedy zaskoczył ją pocałunkiem w odsłoniętą część policzka. Sapnęła niezadowolona i odwróciła głowę, poniewczasie uprzytamniając sobie, że takim zachowaniem może się zdradzić. Na szczęście on nie zorientował się, z kim w rzeczywistości ma do czynienia.

– Przepraszam, nie pomyślałem. Porządnie się napracowałaś nad tym przebraniem. Nie chcę ci go uszkodzić, zanim dotrzesz do sali balowej.

Przyjrzała mu się kątem oka, zastanawiając się, kim jest. W okresie świątecznym w domu pojawiało się sporo nowych osób, począwszy od słynnej śpiewaczki Nellie, na dodatkowych służących skończywszy. Ten młody człowiek nie należał do służby, chociaż spotkała go na kuchennych schodach, bo nie paradowałby w kostiumie. Sądząc po poufałym tonie, jakim się do niej odzywał, musiał występować w tej samej trupie, co Nellie. Czy nie był przypadkiem głównym amantem imieniem Eduardo? Rzecz oczywista, to pseudonim sceniczny. Ten człowiek był takim samym Włochem jak Nellie Włoszką, chociaż publiczność nazywała ją Słowikiem Neapolu.

Julia pomyślała, że jej przebranie nabrałoby jeszcze większej wiarygodności, gdyby weszła do sali balowej wsparta na ramieniu Eduarda. Wsunęła mu więc dłoń pod ramię, zadowolona, że w porę ugryzła się w język i nie odezwała się do niego ani słowem, bo gdyby otworzyła usta, natychmiast by się zdradziła. Nie potrafiłaby naśladować melodyjnego głosu Nellie, nie mówiąc o tym, że jej słownictwo odbiegało od tego, jakiego używała śpiewaczka. Na szczęście plan wydawał się działać, ponieważ Eduardo najwyraźniej nie miał wątpliwości, że ma do czynienia z prawdziwą Nellie.

– A oto i twoi wielbiciele – szepnął jej do ucha.

Julia zamarła. Niemal cała męska połowa sali odwróciła się od szacownych partnerek i przyglądała się jej przez monokle. Czy Nellie, wchodząc na scenę, czuła podobne ssanie w żołądku, jakie ona czuje teraz?

– Nie martw się, nie będę cię krępował – powiedział Eduardo i wyjął jej dłoń spod swojego łokcia.

Julia bała się zostać sama, korciło ją, żeby go poprosić o pozostanie, ale on klepnął ją w pośladek i odszedł, chichocząc.

Pięć minut później przekonała się, że wcale nie zachował się gorzej niż inni panowie. Wszyscy oni zdawali się być przekonani, że jej tylne partie służą wyłącznie do macania, szczypania i ściskania. Była pewna, że będzie tam miała masę siniaków. Jak Nellie mogła tolerować takie zachowanie? Julię kusiło, by czmychnąć i stanąć tyłem pod ścianą, ale to mogło zniweczyć misternie obmyślony plan uwiedzenia Davida.

Miała nadzieję, że on znajdzie się wśród mężczyzn oblegających rzekomą Nellie. Dzisiejszego wieczoru nie byłaby zła, gdyby nie okazał szczególnych względów kobiecie przebranej za białego kota mimo graniczącego z pewnością podejrzenia, że ukrywa się pod nim Julia. Podejrzenia tym bardziej uzasadnionego, że nieodstępującą ani na krok towarzyszką owego kota była bez najmniejszych wątpliwości Marianne.

Jakże pięknie David prezentował się w rozkloszowanym fraku, długiej czarnej peruce i siedemnastowiecznym trójgraniastym kapeluszu. Luneta, którą trzymał w dłoni, miała być dla wszystkich wskazówką, że przebrał się za Izaaka Newtona. To naturalne, iż David, człowiek nauki, wybrał takie przebranie, a nie kostium pirata, cesarza rzymskiego czy elżbietańskiego dworaka.

Maurice, jej wuj, występował w stroju Henryka VIII, postaci, do której naśladowania bardzo się nadawał, jako że był korpulentnej postury i miał zaczerwienioną nalaną twarz. Julia uśmiechnęła się do niego, przyjmując z jego rąk kieliszek szampana. Była pewna, że kto jak kto, ale stary wuj Maurice nie uszczypnie jej w siedzenie. Jednak się zawiodła. Najpierw usiłował wmanewrować ją pod stroik z jemioły, żeby mieć pretekst do pocałunku, a potem zapytał, czy nie przyszłaby w nocy do jego pokoju. Julia z autentycznym oburzeniem trzepnęła go wachlarzem po dłoniach.

Obmyślany w najdrobniejszych szczegółach plan wydawał się o wiele trudniejszy w realizacji, niż to sobie wyobrażała. Pomyślała, że do tej pory David powinien ją zauważyć i się do niej zbliżyć, ponieważ był do tego stopnia zafascynowany osobą Nellie, że Julia zarzucała mu nawet, iż flirtuje ze śpiewaczką. David wypierał się i przysięgał, że nic podobnego nie przyszłoby mu do głowy.

„Żal mi cię, jeśli nie potrafisz odróżnić flirtu od rozmowy wykształconego mężczyzny z inteligentną kobietą” – powiedział. „Słowik Neapolu jest osobą wyjątkowo obytą w świecie. Dużo podróżowała i stykała się z ludźmi z najwyższych sfer, chociaż jest skromnego pochodzenia”.

Nellie niewątpliwie była bardzo elokwentna, Julia musiała to przyznać. Chociaż jej język bywał niekiedy dość wulgarny, potrafiła ubarwić swoje opowieści żywym dowcipem. Julia nie mogła winić Davida za to, że przyłączył się do tłumu jej wielbicieli. W tej chwili jednak żałowała, że czyniła mu z tego powodu wymówki, ponieważ zachowywał się tak poprawnie akurat wtedy, kiedy ona życzyłaby sobie, aby trochę zbłądził!

Utraciła już niemal nadzieję na to, że uda się jej skupić na sobie jego zainteresowanie, kiedy do sali balowej wdarł się powiew zimnego powietrza zwiastujący przybycie grupy mimów. Na dźwięk ich piszczałek, gęśli i bębenków zawodowi muzycy odłożyli instrumenty, wstali z krzeseł i poszli posilić się do bufetu. Ze szmerem podniecenia zamaskowani goście rozstąpili się, pozostawiając środek stali balowej nowo przybyłym.

Julia poczuła ssanie w żołądku. Jeśli nie zacznie działać teraz, David będzie stracony. Prawie nie bywał w ich domu, od kiedy ojciec zabronił mu się starać o jej rękę. Dzisiaj przyszedł wyjątkowo, bo na bożonarodzeniowy bal maskaradowy byli zaproszeni wszyscy dzierżawcy, a on był synem jednego z nich. Gdy mimowie skończą przedstawienie, goście zdejmą maski, po czym udadzą się na kolację, a prawdopodobnie David opuści bal po kilku tańcach i wróci do Edynburga. Nie zobaczy go przez długie miesiące.

To ostatnia szansa. Jeśli nie wywabi Davida z tłumu zamaskowanych gości jako Nellie, kobieta raczej luźnych obyczajów, która wzbudza fascynację wśród wszystkich nieżonatych mężczyzn, a nawet kilku żonatych, to przegra. A przecież nie może przegrać, w żadnym razie.

Nie może się do niego odezwać, bo zdradziłaby, kim naprawdę jest, musi w inny sposób wywabić go z sali balowej w jakieś ustronne miejsce. Tylko jak tego dokonać? Jak ludzie manifestują swoje intencje bez posługiwania się mową?

Nagle doznała olśnienia. Poklepywanie i podszczypywanie ze strony mężczyzn nie sprawiało jej przyjemności, ale w taki sposób ujawniali względem niej intencje. Serce Julii zabiło żywiej, bo oto miała już plan, a tymczasem David zniknął jej z pola widzenia. Na szczęście znowu go dostrzegła. Jak to możliwe, że na kilka sekund utraciła go z oczu, był przecież o pół głowy wyższy od innych panów? Zwłaszcza w tym trójgraniastym kapeluszu na głowie osadzonym na obfitej utrefionej w loki peruce.

Krąg obserwatorów widowiska napierał do środka sali, on tymczasem stopniowo wycofywał się na zewnątrz. Mimowie odgrywali, rzecz oczywista, historię walki świętego Jerzego ze smokiem. Widowisko obejmowało scenę, w której wzywany jest lekarz, aby opatrzyć rany świętemu. Scena miała komiczną wymowę, co zawsze denerwowało Davida, studiował bowiem medycynę i nie mógł znieść natrząsania się z postaci lekarza.

Z sercem w gardle Julia obeszła krąg widzów i ustawiła się bezpośrednio za nim. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Przedstawienie trwało w najlepsze. Smok wydał zatrważający ryk, dmuchnął dymem z nozdrzy, bohaterka spektaklu pisnęła przeraźliwie. Lady Julia wsunęła dłoń pomiędzy poły rozkloszowanego fraka. David zacisnął pośladki, czując dotknięcie.

Święty Jerzy zwycięsko machnął tekturowym mieczem. Widzowie wznieśli radosny okrzyk, w którym utonął jęk sir Izaaka Newtona, kiedy Julia z całej siły uszczypnęła go w zaciśnięty pośladek. Odwrócił się, a tymczasem ona stała nieruchomo ze wzrokiem utkwionym w rozgrywającym się na środku sali widowisku. Bała się, że rozpozna ją mimo przebrania. Na sali było dość jasno, a ona nie była za bardzo podobna do Nellie. Owal twarzy miała zbliżony, ale usta o wiele mniej kształtnie wykrojone i nie tak pełne. Obawiała się spojrzeć mu prosto w oczy. David musiałby się zastanowić, jakim cudem brązowe oczy Nellie zmieniły kolor i stały się szarozielone. Z miejsca by się zorientował i byłby wściekły, że ona pozwoliła sobie na taką niestosowność.

Tyle że Julia miała już dosyć dbania na każdym kroku o stosowność. Do niczego ich to nie doprowadziło. Najważniejsze, żeby jej nie rozpoznał i uległ prowokacji ze strony rzekomej artystki do wysoce niestosownego zachowania, które rozwiąże wszelkie dzielące ich problemy.

Szkopuł w tym, że on wciąż nie reagował! Święty Jerzy rozkraczył się nad zemdloną w artystycznej pozie heroiną, a sir Izaak Newton stał niewzruszony, najwyraźniej niepewny, w jakim kierunku rozwinie się sytuacja za jego plecami.

Cóż to za człowiek? Nie mógłby chociaż na moment zapomnieć o poprawności i zachować się nieco śmielej? Niestety, na to się nie zanosiło. Będzie musiała przejąć inicjatywę. Wyciągnęła dłoń z rozcięcia fraka i poszukała jego dłoni – trzymał w niej lunetę. Pociągnęła ją lekko. To wystarczyło, żeby go ruszyć z miejsca. Jak pokorne cielę dał się poprowadzić do najbliższych drzwi, które, tak się złożyło, wiodły na taras. Na końcu tarasu były schodki.

Julia nie miała odwagi się odwrócić, by spojrzeć na Davida nawet wtedy, kiedy znaleźli się na ciemnej ścieżce pomiędzy krzewami, a co dopiero, gdy wyszli na otwartą przestrzeń na tyłach rezydencji, na którą sączyło się światło z dwóch nieosłoniętych okien. Szklany dach oranżerii połyskiwał w promieniach księżyca niczym posypany cekinami.

Wybrała oranżerię na miejsce schadzki z Davidem, ponieważ było tam przyjemnie ciepło. Oranżeria przylegała do ściany, za którą znajdowały się kuchnie, skąd specjalnie zaprojektowane przewody kominowe transportowały ciepło niezbędne do utrzymania zimą przy życiu rzadkich roślin tropikalnych, hodowanych przez ojca. Gatley, główny ogrodnik, zamknął oranżerię na klucz, kiedy pojawili się pierwsi goście. Nie chciał, żeby któryś z nich wszedł do oranżerii, a potem z niej wyszedł, zapomniawszy zamknąć drzwi, lecz zamek w uchylnym oknie, które można było podnosić i spuszczać w lecie w celu zapewnienia wentylacji, był zepsuty. Julia postarała się o to po południu w dniu balu.

Musiała wypuścić dłoń Davida, by unieść skrzydło okienne, lecz to nie miało już znaczenia. Nie po to doszedł za nią aż tu, by teraz uciekać. Przeskoczyła nad parapetem i usunęła się na bok, żeby on zrobił to samo, po czym ostrożnie zamknęła okno. Gatley byłby wściekły, gdyby bezcenne rośliny zostały narażone na przeciągi. Ona też nie życzyła sobie przeciągów. Balowa suknia osłaniała ją nader skąpo.

Ależ tu ciemno! Przez dach wpadała słaba poświata księżyca, za to rozrośnięte palmy osłaniały wnętrze przed jakimkolwiek światłem z domu.

W ciemności David okazał się, jak na niego, niezwykle śmiały. Nie czekał, by się odwróciła, otoczył ją ramieniem w pasie i zniżył głowę, aby pocałować w policzek. Dotyk jego ust sprawił, że rozkoszny dreszcz przebiegł Julii wzdłuż kręgosłupa. Trójgraniasty kapelusz wplątał się w pawie pióra jej maski. Zdjął go razem z peruką i odłożył na bok, na wierzchu położył lunetę. Julia zwróciła się do niego przodem, żeby ułatwić pocałunek w usta. Nie czekając na dalszy rozwój sytuacji, zarzuciła mu ramiona na szyję i przywarła wargami do jego ust, żeby nie zaczął nic mówić, na co musiałaby odpowiedzieć i tym samym się zdradzić. Skończyłoby się tym, że odprowadziłby ją do domu, czyniąc jej po drodze wymówki.

O radości, nie zamierzał nic mówić. Wziął ją w ramiona i oddał pocałunek. Było tak przyjemnie, jak sobie wymarzyła. A nawet przyjemniej. Teraz, kiedy znajdowała się w jego objęciach, wydawał się jej wyższy i szerszy w barach, o wiele lepiej umięśniony i bardziej męski, niż się spodziewała. Serce Julii przyspieszyło rytm, z trudem łapała oddech.

 

Poczuła, że on steruje w stronę tylnej murowanej ściany oranżerii, pod którą stała ławka. O mądry Davidzie, zapamiętałeś tę ławkę! Siadywali na niej we dwójkę w słotne dni i rozmawiali na wszelkie wyobrażalne tematy. Dopóki jej ojciec nie zakazał tych rozmów.

W drodze do ławki cały czas ją całował, a kiedy znaleźli się przy ławce, usiadł pierwszy i pociągnął ją w dół, chociaż wcale tego nie potrzebowała. Prawdę powiedziawszy, miała wielką ochotę usiąść mu na kolanach, lecz on nie usadowił jej sobie na kolanach, tylko obok siebie. Tak też dobrze, niech mu będzie. Czuła się niebiańsko, gdy znowu połączył ich pocałunek. Tak niebiańsko, że nie stawiała najmniejszego oporu, kiedy David na nią napierał, aż znalazła się w raczej mało eleganckiej pozycji na plecach, przygnieciona jego torsem.

Mniejsza o elegancję, pomyślała. Było jej przyjemnie, ciężar Davida wcale jej nie przeszkadzał. Zarzuciła mu ramiona na szyję, całowała go po twarzy, głaskała po karku, by nadał robił to, co do tej pory. Gdy Marianne i Nellie nakryją ich na gorącym uczynku, nie będzie mógł zaprzeczyć, że przekroczył dozwolone granice.

Pytanie, czy powinna pozwolić mu na aż tak daleko idącą swobodę. Poczynał sobie o wiele śmielej, niż się spodziewała, a także znacznie mniej delikatnie. Nie znaczy to jednak, że sprawiał jej dyskomfort, przeciwnie, było to bardzo przyjemne. Żachnęła się dopiero wtedy, kiedy sięgnął w głąb dekoltu i wydobył na wierzch lewą pierś, mimo to jej reakcja nie powstrzymała Davida od przyssania się do piersi i drażnienia sutka językiem.

Nie przypuszczała, że drzemie w nim taka namiętność; nie podejrzewała, iż okaże się taki… nieopanowany. To było ekscytujące doświadczenie.

Wyglądało na to, że porzucił wszystkie swoje niezłomne zasady, odnoszące się do zachowania godnego dżentelmena. Czyżby zapomniał o tym, co mówił, iż nie dorównuje jej statusem społecznym i w związku z tym nie może aspirować do jej ręki? Najwidoczniej tak, albowiem z gorączkową determinacją dobierał się do dolnej połowy jej ciała osłanianej przez spódnice. Zapomniał o własnym niedorównującym jej pochodzeniu do tego stopnia, że zadarł je wszystkie w górę i odsłonił nogi.

Myśl o interwencji Marianne ulotniła się z głowy Julii, gdy David z jękiem zatopił twarz w przedziałku między jej piersiami w tej samej chwili, w której wsunął dłoń pomiędzy jej uda i zaczął głaskać delikatną skórę po ich wewnętrznej stronie. Był wręcz rozpalony. Gdyby ktoś teraz ośmielił się im przerwać, Julia prawdopodobnie krzyczałaby ze złości. Była w siódmym niebie. Nigdy wcześniej nie doświadczyła niczego przyjemniejszego. Ten błogi stan przerwało dotknięcie najintymniejszej części jej ciała. Zaskoczona, skrzywiła się i jęknęła z bólu, czując, jak David wkłada do środka palce.

– Przepraszam – szepnął jej do ucha. – Myślałem, że jesteś gotowa.

Gotowa? Na to, żeby jej tam dotykał? Skąd mogła wiedzieć, że on zechce zrobić coś takiego? Jednak nie będzie protestowała. Inaczej mógłby w ogóle przestać, a tego w żadnym razie nie chciała. Muszą zostać przyłapani spleceni w namiętnym uścisku, a nie siedząc obok siebie skromnie i prosząc nawzajem o wybaczenie.

Podczas gdy ciągle zastanawiała się, jakiej odpowiedzi udzielić Davidowi, on zsunął się na kolana na ziemię i zadarł jej spódnice aż do bioder. Tym razem wzbudził jej protest. Nie dosyć, że przez cały wieczór wystawiała na widok publiczny piersi, to teraz świeciła golizną najintymniejszych części ciała. Co prawda, w panujących ciemnościach i tak by się niczego nie dopatrzył, ale patrzeć nawet nie próbował, tylko, co stwierdziła zszokowana, zaczął muskać ustami miejsce, w którym łączyły się jej uda, a kiedy rozluźniła się rozbrojona pieszczotami, rozsunął jej uda tak szeroko, że zmieściła się między nimi jego głowa. Najwidoczniej chciał pocałować miejsce, dokąd wcześniej zabłądziła jego dłoń.

Julia była bliska paniki, zastanawiała się, czy nie odepchnąć Davida. Chyba on nie zamierza tam jej całować? Co robić? Co zrobiłaby Nellie na jej miejscu? Czy wiedziała, że mężczyźni robią takie rzeczy?

O, nieba, to całkiem miłe… jeśli on nie przestanie… niechby nigdy nie przestawał… to jest… to jest… Wstrząsnął nią przyjemny dreszcz podniecenia, które stopniowo ogarniało całe ciało. Wzmagało się do tego stopnia, że Julia wiedziała, iż musi dojść do swego rodzaju eksplozji. Wybuch rzeczywiście nastąpił, a ona nie zdołała powstrzymać okrzyku radości, który wydarł się z jej gardła.

David przyjął to z pomrukiem zadowolenia i wstał. Zgiął jej niemal bezwładną nogę w kolanie i oparł ją o ścianę, drugą spuścił w dół tak, że stopa spoczęła na ziemi. Julia chciała powiedzieć cokolwiek, ale wciąż była oszołomiona siłą eksplozji, która wzniosła ją pod samo niebo. Bujała w przestrzeni wysoko nad ziemią, kiedy on zajął pozycję między jej udami – w tym momencie zdała sobie sprawę, że zdążył rozpiąć spodnie – i wsuwał się do niej do środka. Stężała, pamiętając, jaki dyskomfort czuła, gdy wkładał tam palce, a tymczasem żadnego dyskomfortu nie było. Nawet wtedy, gdy zaczął się w niej poruszać, przytrzymując ją jedną dłonią za pośladek, drugą opierając się o ścianę.

Wreszcie i on eksplodował. Czuła, jak w niej pulsował i drżał na całym ciele. Objęła go za szyję i uścisnęła radośnie.

– Och, Davidzie – powiedziała z westchnieniem – teraz będziemy musieli się pobrać.

Zesztywniał. Była na to przygotowana. Musiało być dla niego szokiem, że to ona okazała się kobietą, z którą się przed chwilą kochał.

Tymczasem ktoś uniósł ramę okienną i wszedł do oranżerii. Oranżerię zalało światło dwóch latarni. W świetle ukazały się niezamaskowane twarze trzech osób: Nellie otworzyła usta ze zdumienia, Marianne zastygła z dłońmi złożonymi na wysokości biustu, a David… Jego widok był najgorszy ze wszystkiego…