Miłosne perypetie lady Jane

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Annie Burrows
Miłosne perypetie lady Jane

Tłumaczenie:

Barbara Ert-Eberdt

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lord Ledbury utkwił wzrokiem w baldachimie łoża, które odziedziczył po bracie Mortimerze. Kompletnie wybił się ze snu, chociaż jeszcze godzinę wcześniej ze zmęczenia padał z nóg i wydawało mu się, że prześpi cały tydzień. Tymczasem sen nie nadchodził.

Nie cierpiał tego łoża, miękkich, wypchanych pierzem piernatów i stert poduszek. Obłożony nimi, odnosił wrażenie, że się dusi. Nie lubił lokaja. Nic nie mógł na to poradzić, choć miał świadomość, że jest niesprawiedliwy. Nie powinien się czepiać Jenkinsa, bo rzeczywiście służący się starał. Tyle że nie był Fredem, ordynansem. W ciągu sześciu lat jego służby mógł swobodnie pogawędzić z nim przed udaniem się na spoczynek, pośmiać się z groteskowych sytuacji, do których dochodziło podczas wieczornych spotkań towarzyskich.

Musiał rozstać się z Fredem, kiedy przejął Lavenham House. Chociaż przed sprowadzeniem się do rezydencji nie doświadczał podobnych wygód ani nie był otoczony gromadą służby, czuł się samotny i nie na miejscu. Niczym złodziej w cudzym domu, pomyślał z goryczą.

Przewrócił się na bok i zapatrzył na wciąż jarzący się ogień na palenisku marmurowego kominka. Bez munduru nie czuł się sobą. Brakowało mu kolegów pułkowych oraz poczucia przynależności do wspólnoty wojskowych. Cholera, rozmyślał, lepiej by się spało na ławce w parku pod przykryciem ze starego płaszcza wojskowego niż tutaj, w tych betach uważanych za luksus przynależny osobie z jego sfery. Ileż to razy spędził noc pod gołym niebem, budząc się rano w posłaniu przymarzniętym do gruntu. Uświadomił sobie, że na końcu uliczki był niewielki park z ławkami, a stary wojskowy płaszcz wciąż wisiał w szafie, chociaż Jenkins kręcił na to nosem.

Uznał, że musi chociaż na chwilę wyjść z domu Mortimera, wymknąć się spod kurateli jego służby, chociaż miał świadomość, że nie ucieknie od obowiązków, które spadły na niego w związku z nagłą i niespodziewaną śmiercią starszego brata.

Przeklinając pod nosem, wstał z łóżka, po omacku ubrał się w to, co było pod ręką, naturalnie, nie zapominając o płaszczu wojskowym. Włożył go i poczuł się w nim, jak w objęciach przyjaciela. Na powrót stał się majorem Cathcartem, mimo że ludzie uparli się obecnie nazywać go lordem Ledbury.

Przygładził dłonią jasnobrązowe włosy, jak to miał w zwyczaju po wstaniu z łóżka podczas służby wojskowej. Szkoda, że równie łatwo nie dało się uspokoić wzburzonego nastroju. Pokuśtykał w dół po schodach. Fakt, że nie doszedł jeszcze do siebie po rozmowie z dziadkiem, hrabią Lavenham, nie miał większego znaczenia. Był przygotowany na to, że usłyszy coś nieprzyjemnego. To, czego dowiedział się na temat młodszego brata, było szokujące. Jeszcze gorzej przyjął wiadomość, że gdyby Charlie ukrywał skłonność do mężczyzn, on mógłby spokojnie wrócić do pułku, dać się zabić lub okaleczyć i nikogo by to nie zainteresowało. Spełnił wolę dziadka. Zrezygnował z kariery wojskowej i przeprowadził się do Lavenham House. Zakupił nową garderobę, zaczął grać przeznaczoną mu rolę, a jednak…

Na dworze poczuł się lepiej niż w rodowej siedzibie. Odetchnął głęboko. Powietrze było przepojone wilgocią, co nieomylnie zwiastowało nadejście angielskiej wiosny. Do furtki na skwer dotarł szybciej, niż się spodziewał, zważywszy na stan jego nogi. Z zadowoleniem pomyślał, że wyciągnie się na parkowej ławce i poprzez gałęzie drzew będzie patrzył na nocne niebo. Niczego więcej mu nie potrzeba.

Tytuł lordowski przypadł mu niespodziewanie po haniebnej śmierci Mortimera. Teraz on jest ostatnią nadzieją na przedłużenie rodu. Będzie musiał się ożenić, znaleźć pannę godną miana przyszłej hrabiny Lavenham. Właśnie dlatego dzisiejszego wieczoru wybrał się na bal w nowym wcieleniu, jako lord Ledbury. Wzdrygnął się mimowolnie na wspomnienie kobiet, które otoczyły go ścisłym wianuszkiem, gdy tylko pojawił się w rozjarzonej światłami świec sali balowej.

Najwyraźniej pech nie przestał go prześladować, bo gdy doszedł do pierwszej ławki, na której zamierzał się położyć, okazało się, że jest zajęta przez rosłego żołnierza w czerwonym uniformie i kobietę, chyba mu niechętną, sądząc po tym, jak wyrywała się z uścisku.

– Puść ją! – zawołał głosem wyćwiczonym na polach musztry wojskowej tak głośno, że oboje podskoczyli.

– Odczep się – odburknął przez ramię żołnierz.

– Ani mi się śni. To niedopuszczalne i… – Urwał.

Rozpoznał młodą damę. To lady Jayne Chilcott. Zwrócił na nią uwagę podczas minionego balu i wypytywał o nią pana domu, Berry’ego, dawnego kolegę szkolnego, była bowiem bez wątpienia najpiękniejszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek widział w życiu. Udzielając informacji, Berry uśmiechał się złośliwie.

– To lady Jayne Chilcott, zwana Soplem Lodu. Mojej siostrze Lucy bardzo zależało na jej obecności na balu, gdyż ona przebiera w zaproszeniach, jak w ulęgałkach. Jej dziadkiem jest hrabia Caxton, wyniosły staruch. Przyjrzyj się jej zachowaniu, a zrozumiesz, skąd wziął się przydomek.

Zrezygnował z prośby o przedstawienie go owej piękności, obserwował ją tylko z daleka. Wystarczyło pół godziny, aby zgodził się z opinią kolegi. Rzeczywiście sprawiała wrażenie, że z żalem zniżyła się do towarzystwa ludzi tak bardzo niedorównujących jej statusem. Z wyniosłą miną odrzucała zaproszenia do tańca ze strony tłoczących się wokół niej mężczyzn.

Obecnie po wyniosłości nie został nawet ślad. Miał przed sobą młodą dziewczynę, przerażoną i zawstydzoną, bo przyłapano ją w mocno kompromitującej sytuacji. Natomiast jej uwodziciel był wręcz wściekły.

– Powtarzam, natychmiast puść lady Jayne – rozkazał stanowczym głosem Richard.

Był zdecydowany ratować pannę Chilcott z opresji bynajmniej nie ze względu na wrodzoną rycerskość. Na przekór temu, czego dowiedział się o niej od Barry’ego, i co było mówione takim szyderczym tonem, czuł, że początkowe zainteresowanie urodą lady Jayne zmieniło się w miarę upływu balu w coś na kształt zrozumienia dla jej postawy.

Widząc, jak ona opędza się od narzucających się jej mężczyzn, czerpał pocieszenie z faktu, że nie tylko on jest oblężony. Po pewnym czasie bawiła go nawet determinacja, z jaką oboje w dwóch różnych końcach sali odpierali ataki napierających. Tyle że ścielących się do jej stóp mężczyzn tłumaczyła jej niezwykła uroda, podczas gdy wszystkie dopominające się jego uwagi damy młode i starsze były zainteresowane wyłącznie jego świeżo nabytym majątkiem i tytułem.

„Wygląd twojej twarzy niema najmniejszego znaczenia” – pocieszał go dziadek, skupiając wzrok na bruździe, którą wyryła na czole wnuka zabłąkana kula, gdy był zaledwie porucznikiem. „Na pewno nie teraz, skoro jesteś znakomitą partią. Z twoim majątkiem i widokami na tytuł hrabiowski nie musisz się wysilać. Wystarczy, że będziesz bywał, a kandydatki na żonę same cię znajdą”.

Myśl o tym, że będzie musiał się opędzać przed nachalnymi kobietami sprawiła, że wybrał się na bal z największą niechęcią. Słowa dziadka dźwięczały mu w uszach. Nikt nie zwracałby na niego najmniejszej uwagi, gdyby śmierć Mortimera nie wyniosła go tak wysoko. Tak, szedł tam, by się rozejrzeć za żoną, ale czy całe to towarzystwo nie mogło mniej ostentacyjnie okazywać, że interesuje je jedynie jego pozycja towarzyska, a nie on sam?

Czy lady Jayne miałaby tylu starających się, gdyby była równie biedna, jak piękna? Budziła zachwyt nieskazitelną cerą, ustami jak pączek róży i gęstwiną złocistych loków opadających na wdzięcznie zaokrąglone ramiona. Nie zauważył, jakiego koloru były jej oczy, ale ideałem dla tego typu urody powinien być chabrowy.

Gdy wszedł na salę, rzuciła mu zimne, taksujące spojrzenie. Później, kiedy oboje otaczała gromada pochlebców, ich oczy spotkały się i on przez ułamek sekundy był pewny, że chciałaby poskarżyć się mu, jak bardzo doskwiera jej nieszczerość tych ludzi. On chętnie zrobiłby to samo. Niedługo potem opuściła salę balową.

Po jej wyjściu przymus przebywania w tym pomieszczeniu i z tymi ludźmi stał się nie do zniesienia. Richard czuł się zamroczony panującą w przegrzanej sali duchotą. Napięcie, nieopuszczające go od podjęcia decyzji o podporządkowaniu się obowiązkowi wobec rodziny, było nie do wytrzymania przez osłabione długotrwałą chorobą ciało. Nagle wszystko go rozbolało. W głowie na próżno szukał uprzejmych słówek, niezbędnych w salonowych konwersacjach. Z ulgą wyszedł i udał się do Lavenham House. Tyle że dom, w którym zamieszkał, wciąż był domem Mortimera.

Nagle odczuł potrzebę wyładowania na kimś frustracji gromadzącej się w nim od rozmowy z hrabią Lavenham. Mortimer i Charlie byli poza zasięgiem – jeden w grobie, drugi w Paryżu, a nie wypadało rzucać się na własnego dziadka, choćby był w najwyższym stopniu irytujący.

– Wstawaj! – rozkazał żołnierzowi wciąż obejmującemu lady Jayne.

Młodzieniec był jego wzrostu. Chociaż młodszy i zapewne sprawniejszy fizycznie, nie był zaprawiony na polu walki jak on.

Żołnierz wstał niechętnie.

– Przynosisz ujmę swojemu mundurowi – orzekł lord Ledbury, rozdrażniony nonszalancją młokosa. Każdy spośród podkomendnych prężył się na baczność, słysząc taki ton w jego głosie. – Muszę zameldować o tym twoim dowódcom. Oficer nie powinien narzucać się kobiecie. Gdybyś był moim podwładnym, mógłbyś czuć się szczęściarzem, jeśli skończyłoby się na chłoście.

Zanim zdążył dodać, że da nieszczęśnikowi szansę rozstrzygnięcia sprawy w walce na pięści, lady Jayne stanęła między nimi z okrzykiem:

– Nie będzie pan tak okrutny!

– Okrutny? – powtórzył zaskoczony. – Uważa pani, że okrucieństwem jest ratowanie pani z opresji?

 

Zignorował wewnętrzny głos, który mu przypominał, że szuka okazji do awantury. Ten żołnierz stanął mu na drodze w chwili, kiedy potrzebował kogoś, na kim mógłby się wyładować. Gdyby napotkał młodego oficera obściskującego ładną dziewczynę w Portugalii, mrugnąłby do niego porozumiewawczo i poszedł swoją drogą. Z tą różnicą, że ta dziewczyna nie była słodką senioritą ani znudzoną życiem żoną jakiegoś hreczkosieja. Była młodą angielską damą i nie szukała przygód. Przeciwnie, wyrywała się zuchwalcowi.

– Przyznaję – odezwała się – byłam trochę zaskoczona natarczywością Harry’ego, bo do tej pory nigdy mnie tak nie całował. Głównie jednak bałam się, że ktoś nadejdzie i nas zauważy.

– Naprawdę chce pani, abym uwierzył, że odpychała go pani z obawy, że zostaniecie złapani w dwuznacznej sytuacji?

Bez wątpienia musiała tu przyjść z własnej woli, nawet jeśli potem przestraszyła się tego, co robi.

– Tak! – wykrzyknęła lady Jayne, unosząc wyzywająco głowę. – Nie spodziewam się, że ktoś taki jak pan to zrozumie. Ponieważ mój dziadek zabronił Harry’emu widywać się ze mną, nie pozostaje nam nic innego, jak spotykać się potajemnie.

Co to znaczy „ktoś taki jak pan”?! – zirytował się w duchu. Dlaczego nie jest mu wdzięczna za wybawienie z opresji? I przede wszystkim czemu stoi mu na drodze i nie pozwala dołożyć tej podstępnej, żałosnej imitacji żołnierza?

– Nie pomyślała pani, że dziadkowi mogłoby leżeć na sercu pani dobro? Że byłoby lepiej trzymać się z daleka od tego franta?

Lady Jayne była dość majętną dziedziczką. Berry wspominał, że jej dziadek nie miał żadnych bezpośrednich męskich następców i było powszechnie wiadomo, że ją obdarzy większą częścią swojej fortuny. Rzecz oczywista, że jakiś przybłęda bez grosza przy duszy nie był odpowiednim partnerem dla dziewczyny, która odziedziczy majątek, niezależnie od tego, że Harry miał niewątpliwie pewne zalety – urodziwą twarz, szerokie bary i wielki tupet.

– Zamierza pan nas wydać? – zapytała chłodno.

Harry stanął obok lady Jayne i przycisnął do torsu jej dłoń.

– To się tak nie skończy – oznajmił. – Nie dopuszczę do tego. Przysięgam, ukochana, że nic nas nie rozłączy – dodał.

– Och, Harry, nie wybaczę sobie, jeśli przez niego spotka cię chłosta. – Rzuciła nienawistne spojrzenie lordowi Ledbury. – Wiedziałam, że nie powinnam się godzić na to spotkanie.

Kiedy tak stali i patrzyli na siebie, Richard poczuł, że opuszcza go nagromadzona nieracjonalna złość. Jeśli lady Jayne kocha tego młodego oficera, niezależnie od tego, co on o nim sądził, to nic dziwnego, że ozięble potraktowała adoratorów nadskakujących jej podczas balu. Wiedział, co musiała czuć. Czy dziadek nie odarł go z wszelkich złudzeń, nie podeptał jego uczuć i nie kazał mu wstąpić na drogę, której nie wybrałby z własnej woli? Poczuł się niewygodnie w obranej roli obrońcy poprawności, bo wiedział, że wyjdzie na kompletnego durnia, ale coś nie pozwalało mu odejść i zostawić ich w spokoju.

– Niech pani przestanie zachowywać się jak heroina z taniego melodramatu i zawoła pokojówkę. Czas wracać do domu.

Zwiesiła głowę.

– Chyba nie wyszła pani bez pokojówki?

Pokiwała głową.

To wyglądało znacznie gorzej, niż sądził. W żadnym wypadku nie mógł zostawić jej w towarzystwie mężczyzny, który bez skrupułów zwabił w ustronne miejsce o tak późnej godzinie młodą kobietę, pozbawioną chociażby pozorów ochrony ze strony pokojówki.

– Czuję się zobowiązany odprowadzić panią do domu – oznajmił. – Miejmy nadzieję, że nikt nas nie spostrzeże, inaczej to my będziemy bohaterami skandalu.

Owszem, zamierzał się ożenić, ale nie pod przymusem z ledwo poznaną dziewczyną. Kandydatka na przyszłą hrabinę powinna być kobietą wyjątkową, o której kolejne pokolenia będą mówiły z największym podziwem i szacunkiem. Niekoniecznie trzeba jej szukać w ekskluzywnym Almacku, tym matrymonialnym targowisku, nie musi pochodzić z najwyższych kręgów towarzyskich, natomiast powinna mieć to coś, co każdy momentalnie spostrzeże i doceni. Nawet on, gdy się na nią natknie.

– Na co jeszcze czekasz, człowieku?! – wrzasnął na młodzieńca. – Wracaj do koszar, zanim się rozmyślę, i módl się, żeby nie odkryli twojej nieobecności.

– Zmienił pan zdanie?

– Mogę je zmienić jeszcze raz, jeśli się stąd natychmiast nie ruszysz. Jak się nazywasz i jaki masz stopień?

– Porucznik Kendell. I dziękuję panu.

Harry pocałował lady Jayne w rękę, po czym się ulotnił.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Dlaczego pozwolił mu pan odejść? – zapytała lady Jayne.

Nie obchodziło jej, dlaczego adorator bez najmniejszego sprzeciwu ją opuścił, nie pytając nawet o nazwisko mężczyzny, z którym ją zostawia? – zdziwił się w duchu lord Ledbury. Przecież mógł to być powszechnie znany, bezwzględny uwodziciel.

– Zawsze zdążę o nim zaraportować, jeśli pani sobie tego życzy – odparł, myśląc, że rzeczywiście powinien to zrobić.

Obiekt westchnień lady Jayne wzbudził w nim pogardę skwapliwym zniknięciem z parku. Nie chciało mu się wierzyć, że mężczyzna mógł zachować się tak niehonorowo wobec kobiety, będąc w niej zakochany.

– Niech pan tego nie robi! – zawołała, łapiąc go z rękaw. – To wyłącznie moja wina. Wiedziałam, że nie powinniśmy się spotykać, ale on mnie tak bardzo kocha… Popełniłam błąd, że przyszłam bez pokojówki, ale pan rozumie, drzwi domu są zamykane na noc, nie mogłam się spodziewać, że pokojówka Josie wyjdzie przez okno.

– Wyszła pani z domu przez okno? Jak zatem zamierza pani wrócić?

Nie wyobrażał sobie, że zapuka do frontowych drzwi i odda ją w ręce opiekunów o tak późnej godzinie, właściwie nad ranem. To byłoby równoznaczne z wywołaniem skandalu.

– Naturalnie, tą samą drogą. Zresztą nieważne. Właściwie martwię się wyłącznie o Josie. Próbowała wyperswadować mi wyjście, ale to tylko służąca. Musi robić, co jej każę.

– I pani na zimno wykorzystała ten fakt?

– No… tak. Jeśli pan powie komukolwiek, że przyszłam tu bez niej, a przecież ona dostała surowy przykaz niespuszczania mnie z oka, to zwolnią ją ze służby. To byłoby bardzo niesprawiedliwe. Nie zniosłabym, gdyby z mojego powodu straciła pracę, a Harry został wydalony z pułku dlatego, że nie zachowałam się tak, jak powinnam.

Richard ze zdziwieniem spostrzegł łzę ściekającą po policzku lady Jayne. Berry wyrażałby się o niej w odmienny sposób, gdyby wiedział to, co on teraz. Demonstrowała wyniosłą minę, a w gruncie rzeczy gorączkowo oczekiwała na randkę. Przypomniał sobie, jak to było, gdy jako młody oficer podczas manewrów uczestniczył z kolegami w kolacjach wydawanych przez władze pułkowe dla lokalnych notabli, aby ich przekonać, że nie mają się czego obawiać ze strony zakwaterowanych w ich majątkach żołnierzy. Mieli rozkaz zachowywać się przy stole przyzwoicie. Później z nawiązką to sobie odbijali, dopuszczając się rozlicznych ekscesów. Kiedy lady Jayne umawiała się w parku z młodym oficerem, myślała tylko o sobie, natomiast gdy poniewczasie uzmysłowiła sobie, jakie mogą wyniknąć z tego konsekwencje dla innych, była szczerze skruszona.

– Zapomnijmy o tym na chwilę – burknął szorstko, chociaż kusiło go, by obiecać, że nikomu nie piśnie ani słowa, i to wcale nie ze względu na jej skruchę.

Nawet jeśli wykazała się szczególną lekkomyślnością, kto jak kto, ale on nie miał prawa potępiać jej za nieposłuszeństwo wobec rodziny. Przecież też tak postąpił, z tą różnicą, że mógł wyjść własnymi frontowymi drzwiami, gdy poczuł się w rodowej siedzibie jak w więzieniu.

– Musimy odstawić panią do domu w taki sposób, aby pani eskapada nie stała się przedmiotem plotek. Gdzie pani mieszka?

– O, więc pan chce nam pomóc? – spytała z urzekającym uśmiechem.

Zrozumiał, dlaczego porucznik Kendell nie potrafił się jej oprzeć. Każdy młodzieniec ryzykowałby narażenie się na gniew zwierzchnika w zamian za możliwość trzymania w ramionach tak uroczego stworzenia. A gdyby jeszcze mógł je całować… A może on zaryzykowałby pocałunek? Na samą myśl, że mógłby to uczynić, krew zaczęła szybciej krążyć w jego żyłach. Co za wspaniałe uczucie, pomyślał, być zdrowym mężczyzną naturalnie reagującym na spotkaną w odludnym miejscu piękną kobietę.

Taka reakcja mogła go tylko cieszyć. Zapewniał dziadka, że z medycznego punktu widzenia nic nie powinno mu przeszkodzić w spłodzeniu kolejnej generacji Cathcartów. W rzeczywistości nie czuł zainteresowania płcią przeciwną od bitwy pod Orthez, kiedy to został poważnie ranny. Całą energię życiową skierował na przeżycie – najpierw w szpitalu polowym, a następnie w urągających higienie warunkach transportu do Anglii. Długi czas nie opuszczała go gorączka. Chociaż odzyskał władzę w nodze i nawet, zanim po rozmowie z dziadkiem nie zmienił planów, przemyśliwał o powrocie do służby wojskowej, nie przejawiał chęci podjęcia aktywności seksualnej, mimo że okazji nie brakowało. Tymczasem teraz nie zdołał się oprzeć pokusie i wyciągnął rękę, by delikatnie kciukiem otrzeć łzę, która zdążyła spłynąć na brodę lady Jayne. Dotknięcie ciepłej, jedwabistej skóry zelektryzowało go. Tak dawno nie trzymał kobiety w ramionach, że teraz kusiło go, by zapytać, czy panna Chilcott nie pozwoliłaby mu na jeden pocałunek. Opanował się jednak i oderwał wzrok od jej ust. Powinien zachować się jak dżentelmen i bezpiecznie zaprowadzić ją do domu. Pokusa przedłużenia niespodziewanego spotkania z atrakcyjną kobietą była jednak zbyt silna, by jej nie ulec. Zadał pierwsze pytanie, jakie przyszło mu do głowy:

– Może zechciałaby mi pani wyjaśnić, dlaczego tak utytułowana i majętna panna jak pani zainteresowała się mężczyzną o niskiej pozycji towarzyskiej?

– Mówi pan jak mój dziadek!

Ta odpowiedź podziałała na niego jak kubeł zimnej wody. Czy rzeczywiście wyglądał tak staro, że kojarzył się jej z dziadkiem? Nic dziwnego, że uchyliła się, kiedy jej dotknął. Dobrze, że nie poprosił o pocałunek, bo wyglądałoby na to, że proponuje jej kupno milczenia. I tak miała go prawdopodobnie za gbura, skoro przerwał jej sam na sam z przystojnym porucznikiem.

– Dziadek o niczym innym nie myśli, tylko o pozycji towarzyskiej i majątku. Nie pozwala mi zawierać żadnych nowych interesujących znajomości. Wpadł w szał, gdy się dowiedział, że zaczynam odczuwać sympatię do Harry’ego. A kiedy okazało się, że Harry nie ma tytułu ani nawet widoków na tytuł, zabronił mi z nim rozmawiać i wywiózł mnie do Londynu.

– Wygląda mi to na bardzo sensowne zachowanie – odparł Richard, przeklinając w duchu, że bierze stronę dziadka, tłumiącego porywy młodego serca. – Jest pani nazbyt ufna. Rozsądniejsza dziewczyna wiedziałaby, jak niebezpiecznie jest samotnie spotykać się z mężczyzną w parku nad ranem. – Zwłaszcza że jej zmysłowe usta mogą wywierać taki piorunujący efekt na mężczyźnie, dodał w myśli.

– To oczywiste! – odcięła się. – Przecież nie wiadomo, na kogo mogłaby się natknąć. Niektórzy mają zwyczaj chodzić po nocy i szpiegować ludzi.

– Ja nie szpiegowałem! – zaprotestował lord Ledbury.

– Nie? To co pan robił? Coś podejrzanego, co do tego nie mam wątpliwości.

– Nie mogłem spać, i tyle. – Widząc jej pogardliwe spojrzenie, dodał: – Rozbolała mnie noga, a ta przeklęta londyńska służba hajcuje niemiłosiernie pod kominkiem i zamyka na noc okna. Musiałem wyjść zaczerpnąć świeżego powietrza. Do licha, nie wiem, dlaczego to pani mówię. – Jak jej się udało doprowadzić go do zwierzeń? – zadał sobie w duchu pytanie. – Zresztą to bez znaczenia. Nie muszę się pani tłumaczyć.

– Naturalnie, bo jest pan mężczyzną – odrzekła z przekąsem. – Mężczyźni mogą robić, co chcą, nie zważając na to, czy kogoś ranią, czy nie, i nikt im niczego nie zarzuci.

– Nie może pani bardziej się mylić. Szlachetny mężczyzna przedkłada obowiązek ponad swoje naturalne skłonności. Obowiązek wobec Korony oraz rodziny i… – Urwał.

Znowu odkrywał przed nią myśli, zamiast mówić to, co byłoby stosowne w danych okolicznościach. Z drugiej strony, Bóg jeden wie, co należałoby powiedzieć w takiej sytuacji jak ta. Mógłby przysiąc, że żaden podręcznik savoir vivre’u nie zawierał rozdziału na temat konwersacji podczas eskortowania do domu kobiety z potajemnego spotkania z nieodpowiednim wybrankiem.

Naszły go złe przeczucia. Najwidoczniej lady Jayne była przekonana, że jest zakochana w młodym oficerze. Nie mogła wiele o nim wiedzieć, jeśli spotykali się okazjonalnie, jak dzisiejszej nocy. Nie byłby ani trochę zdziwiony, gdyby jej uczucia miały więcej wspólnego z mundurem niż z człowiekiem go noszącym. Wiedział z doświadczenia, że czerwień munduru podoba się kobietom.

 

– Jeśli chodzi o rodzinę – wrócił do najważniejszej kwestii – sądzę, że pani dziadek prawdopodobnie żywił nadzieję, że to, co uważał za dziewczęce zauroczenie, prędko minie, jeśli dostarczy pani innych rozrywek.

Spiorunowała go wzrokiem i ruszyła alejką parkową, biegnącą w przeciwną stronę niż ta, z której przyszedł. Dogonił ją.

– Oby tak było. Podsłuchałam, jak instruował lady Penrose, moją przyzwoitkę, aby wydała mnie za mąż jeszcze przed końcem tegorocznego sezonu – odparła. – Nie mam pojęcia, jak chce do tego doprowadzić, skoro ograniczył swobodę wyboru imprez towarzyskich, na które wolno jej mnie zabrać. W rezultacie widywałam tych, których znam, odkąd przyszłam na świat. Nie wyobraża pan sobie, jak się nudziłam! Zaczynałam się czuć, jak kanarek w złotej klatce, gdy pojawił się Harry. Ożyłam, kiedy dostałam jego pierwszy liścik, w którym błagał mnie o randkę. Skorzystał z pośrednictwa Josie. Poinformował mnie, na jakie wydarzenia towarzyskie mógł uzyskać zaproszenie. Spotykaliśmy się w ogrodach, w pustych pokojach na piętrach, gdy na parterze trwały bale. Lady Penrose niczego nie podejrzewała.

Richard pożałował obietnicy, że nikomu nie powie o jej nocnej eskapadzie. Im więcej dowiadywał się o Harrym, tym mniej ufności wzbudzał w nim ten młody człowiek. Z drugiej strony, alarmowanie jej opiekunów też nie było dobrym rozwiązaniem. Z tego, co usłyszał, wynikało, że lady Penrose nie radziła sobie z żywiołową podopieczną. Zachowa dyskrecję, uznał, ale czy nie powinien uprzedzić lady Jayne o podejrzeniach dotyczących motywów kierujących Harrym? Nie. Biorąc pod uwagę jej dotychczasową reakcję, potraktuje go jak jeszcze jednego apodyktycznego męskiego osobnika, usiłującego ograniczyć jej wolność. Domyślał się, że zlekceważyłaby jego uwagi z równą przyjemnością, z jaką oszukiwała dziadka i przyzwoitkę. Tym bardziej w tej sytuacji potrzebny był ktoś, kto wiedziałby o jej kontaktach z Harrym i ją obserwował. Ktoś, kogo nie zwiodłaby pozornie wyniosłą, nieprzystępną miną, którą wprowadziła w błąd towarzystwo na balu.

– Lady Jayne, dałem słowo, że nic nie powiem o dzisiejszej nocy, i dotrzymam obietnicy. Musi pani jednak zrozumieć, że nie mogę pozostawić tej sprawy. Sama pani przyznała, że nie postąpiła, jak należy.

– Co pan proponuje?

Oby sam wiedział. W tej chwili najlepszy byłby strategiczny odwrót w celu przegrupowania sił.

– Złożę pani dzisiaj po południu wizytę i zaproszę panią na przejażdżkę do Hyde Parku. Wtedy zdradzę swój plan.

– Będę gotowa. – Uniosła brodę w sposób, który mówił mu, że zamierzała sprzeciwiać się mu na każdym kroku. – Jesteśmy na miejscu – dodała, wskazując front okazałej rezydencji.

Skierowała kroki ku wjazdowi do znajdujących się na tyłach budynku stajni. W pewnej chwili przystanęła i popatrzyła nań z uwagą.

– Zaskoczył mnie pan – wyjawiła. – Nie przypuszczałam, że potrafi pan zachować się przyzwoicie.

– A czego się pani spodziewała? – spytał, choć właściwie nie zależało mu na tym, by usłyszeć, że wiązała z nim oczekiwania, zważywszy że zdążyli kilka razy popatrzeć na siebie w sali balowej.

– Nie wiem… Na balu wyglądał pan tak… zniechęcająco. Te kobiety, które się wokół tłoczyły, obchodziły pana tyle, co rozbijające się o klif fale. A gdy wspomniał pan o chłoście dla Harry’ego, przez minutę sadziłam, że… – Zmieszała się. – Pan nie jest okrutnikiem, prawda?

– Bez wahania wysyłałem ludzi na śmierć – odparł, by nie pomyślała, że skoro okazał jej wyrozumiałość, jest mięczakiem.

– Jednak nie czerpał pan z tego przyjemności, a to wielka różnica.

Zamierzał bronić się przed zarzutem, że nie jest okrutnikiem, ale oniemiał, bo zadarła spódnicę i zatknęła ją za pasek w talii. Wiedział, że powinien odwrócić wzrok, ale czy mógł spostponować ją do tego stopnia, by nie docenić pary zgrabnych nóg odzianych w coś na kształt bryczesów, zwłaszcza że nie dalej jak dzień wcześniej taki widok w ogóle by go nie poruszył? Wahał się, czy nie zaproponować jej pomocy, gdy ona zdążyła wskoczyć na krawędź końskiego żłobu, z którego przedostała się na dach stajni.

Uśmiechnęła się do niego figlarnie, przytrzymując się gałęzi rachitycznej jabłoni.

– Nie jest pan takim nadętym nudziarzem, na jakiego pan wygląda.

Wypowiedziawszy tę kąśliwą uwagę, lady Jayne z małpią zręcznością wdrapała się po konarach jabłoni wzdłuż muru wyżej, gdzie czekało uchylone podnoszone okno. Uniosła je i znikła w środku, dając mu okazję do zauważenia, jak kształtny jest jej tyłeczek.

Richard stał przez kilka minut w osłupieniu, jakby dostał potężny cios w głowę. Niedawno był obrażony na cały świat i sfrustrowany. Teraz upajał się cudownym uczuciem, że wszystko jest w najlepszym porządku. Nie stało się to za sprawą sztuczek wyrafinowanej ladacznicy. Na przekór jego uprzedzeniom była to naturalna odpowiedź na widok damy z najwyższych kręgów towarzyskich. Zachichotał. Dobrze wiedzieć, że jest wśród nich przynajmniej jedna, z którą nie byłoby przykro pójść do łóżka. Patrzył na okno i zastanawiał się, co by się stało, gdyby wspiął się w ślad za lady Jayne i…

W tym momencie ktoś zatrzasnął okno i Richard szybko skrył się w cieniu stajni. Przyjechał do Londynu znaleźć żonę, a nie wdawać się w skandale, upomniał się w duchu. Nie ma sensu stać tu i wpatrywać się w okno, w którym zniknęła powabna lady Jayne, i zastanawiać, czy gałęzie jabłoni są na tyle wytrzymałe, by nie złamać się pod jego ciężarem.

Fakt, że w ogóle krążyły mu po głowie takie myśli, był niezwykle budujący. Ruszył w powrotną drogę, uśmiechając się do siebie radośnie. Lady Jayne to prawdziwie niesforne dziecko. Znajomość z nią będzie obfitowała w kłopoty. Przeczuwał to, ale nie obawiał się następnego spotkania. Przeciwnie, nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatnio czuł się taki ożywiony i zadowolony.

– Panienko! – wykrzyknęła Josie, pomagając lady Jayne zejść z parapetu. – Bogu dzięki, że wróciła panienka cała i zdrowa.

– Przepraszam, że się o mnie martwiłaś. Obiecuję, że już nie zrobię niczego równie bezmyślnego, lekkomyślnego i samolubnego – obiecała panna Chilcott i zatrzasnęła za sobą okno.

Josie, która służyła u niej, odkąd Jayne skończyła dwanaście lat, i dobrze znała humory swojej pani, spojrzała z uwagą.

– Coś się stało? Stało się, widzę to. Poróżniła się panienka z młodym oficerem?

– Nie, nic w tym rodzaju – zaprzeczyła lady Jayne.

A jednak… Jeszcze zanim pojawił się lord Ledbury i przerwał jej tête-à-tête z porucznikiem, naszły ją wątpliwości, czy nie popełniła błędu, zgadzając się na to spotkanie. Ciemne okna mijanych po drodze domów wyglądały groźnie, miała złe przeczucia, zanim zdążyła dojść do parku. To nie dawało się porównać z porannymi konnymi eskapadami w okolicach Darvill Park, wiejskiej posiadłości dziadka w hrabstwie Kent.

– Niech panienka szybko się przebiera w nocną koszulę i kładzie do łóżka, bo zaraz pokojówka lady Penrose przyniesie śniadanie – upominała ją Josie.

Spotkanie od samego początku nie przebiegało zgodnie z oczekiwaniami Jayne. Harry, zamiast wziąć ją za rękę i szeptać miłe słówka, jak to miał dotychczas w zwyczaju podczas ich ukradkowych randek, pociągnął ją na ławkę i otoczył ramionami. „Nie zniosę tego dłużej, najdroższa – mówił z naciskiem – tak dłużej być nie może, musimy uciec”.

Nie zdążyła odpowiedzieć, że tego nie uczyni, a on zaczął ją całować w usta. Wąsy drapały nieprzyjemnie górną wargę, a niektóre włosy wchodziły do nosa. W dodatku otoczył ją ciasno ramionami. Z włosami w nosie, zatkanymi ustami i ściśniętą klatką piersiową zaczynała się dusić. Nie tak wyobrażała sobie pierwszy pocałunek. Ściągając bryczesy, pomyślała, że przecież nie dała mu zgody na pocałunek. On się na nią wręcz rzucił. Był taki natarczywy, że przez chwilę lub dwie nawet się go bała.