Pułapka uczuć

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Christine Merrill
Pułapka uczuć

Tłumaczenie:

Bożena Kucharuk

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Samuel wraca do domu!

Evelyn Thorne przyłożyła rękę do piersi, serce gwałtownie przyspieszyło rytm na samą myśl o Samie. Jak długo czekała na jego powrót? To już niemal sześć lat. Wyjechał do Edynburga, gdy była jeszcze uczennicą, i od tamtej pory przygotowywała się na dzień jego powrotu.

Wiedziała, że kiedy Samuel zdobędzie wykształcenie, wróci po nią. Któregoś dnia znów usłyszy lekkie, szybkie kroki na deskach podłogi w głównym holu. Zawoła na powitanie lokaja, Jenksa, i wesoło spyta o jej ojca. Z gabinetu rozlegnie się zapraszający głos – ojciec z pewnością w tym samym stopniu, co i ona będzie ciekaw, kim stał się jego podopieczny.

Po serdecznych powitaniach wszystko znów będzie takie jak dawniej. Będą siadywać razem w salonie i w ogrodzie. Poprosi Samuela, by towarzyszył jej na balach i przyjęciach, które z pewnością wydadzą się mniej nużące.

Pod koniec sezonu Samuel wróci z nimi na wieś. Tam będą spacerować w sadzie i biegać ścieżką do niewielkiego stawu, aby leżeć na kocu, obserwować ptaki i jeść piknikowe specjały z koszyka, który sama spakuje. Bała się, że kucharka mogłaby nie wybrać najlepszych kąsków dla mężczyzny, niebędącego „prawdziwym Thorne’em”.

Jakby dla uprawdopodobnienia tej teorii, stojąca przy drzwiach pani Abbott chrząknęła znacząco.

– Lady Evelyn, może będzie pani wygodniej w saloniku? W holu jest chłodno. Kiedy pojawią się goście…

– Będzie przyzwoiciej, jeśli nie zastaną mnie tutaj? – dokończyła Eve z westchnieniem.

– Jeśli przyjedzie jego książęca mość…

– Nie spodziewamy się wizyty księcia, pani Abbott, dobrze o tym wiesz.

Gospodyni cichutko prychnęła na znak dezaprobaty.

Evelyn obróciła się w jej stronę, zapominając o dziewczęcym podekscytowaniu. Mimo że miała zaledwie dwadzieścia jeden lat, była panią tego domu i oczekiwała posłuszeństwa.

– Nie życzę sobie podobnych uwag. Doktor Hastings jest takim samym członkiem rodziny jak ja, a może nawet jeszcze bardziej niż ja zasługuje na to miano. Ojciec zabrał go z przytułku trzy lata przed moimi narodzinami. Odkąd sięgam pamięcią, jest nieodłączną częścią tego domu i moim jedynym bratem.

Oczywiście musiało minąć sporo czasu, zanim zaczęła uważać Samuela za brata. Bezwiednie dotknęła warg.

Pani Abbott zauważyła ten gest i podejrzliwie zmrużyła oczy.

Przez chwilę Eve zastanawiała się nad wycofaniem się do salonu. Byłaby tam mniej widoczna dla służących. Co jednak pomyślałby sobie Samuel, gdyby zmusiła go do wystąpienia w roli zwykłego gościa?

Skłoniła głowę, jakby w uznaniu dla roztropnej rady pani Abbott i powiedziała:

– Masz rację. Jest przeciąg. Przynieś mi szal, a na pewno nie zmarznę. I nie będę przechadzać się przed oknami, bo dużo wygodniej będzie mi na ławce przy schodach. – Stamtąd będzie miała doskonały widok na frontowe drzwi, a jednocześnie pozostanie niezauważona dla wchodzących. Zrobię Samowi miłą niespodziankę, pomyślała.

Spojrzała w mijane właśnie lustro. Machinalnie przygładziła włosy i suknię. Czy spodobam mu się teraz, kiedy dorosłam? Książę St. Aldric uznał ją za najpiękniejszą pannę u Almacka, diament czystej wody, jak to określił. Jednak księciu komplementy przychodziły z taką łatwością, że często zastanawiała się, czy są szczere.

W podobnej sytuacji Samuel nie pozwoliłby sobie na czcze komplementy. Być może powiedziałby, że jest atrakcyjna. Nie miał jednak okazji, by poczynić takiej uwagi, jako że nie przyjechał na jej pierwszy sezon. Po skończeniu studiów uniwersyteckich wstąpił do marynarki.

Od tego czasu minęło już kilka lat. Spędziła je na przeglądaniu gazet w poszukiwaniu wiadomości o jego okręcie i wysiłkach, by stać się taką kobietą, jaką spodziewałby się zobaczyć po powrocie. Skreślała dni w kalendarzu, a w grudniu wmawiała sobie, że w następnym roku jej czekanie się skończy.

Powiadomił listownie jedynie jej ojca, że będzie służył na okręcie „Matilda”. Od dnia rozstania nie napisał do niej ani słowa. Nie dowiedziała się nawet w porę o tym, że został lekarzem okrętowym. Po prostu wyjechał i zniknął.

Kilka lat czekania sprawiło, że wciąż jeszcze znajdowała się w gronie kandydatek do zamążpójścia. Nie mogła jednak wyjść za mąż, dopóki ponownie nie zobaczy Samuela. Powszechnie uważano, że to dziwne, że nie przyjęła jeszcze żadnych oświadczyn. Gdyby odrzuciła propozycję małżeństwa ze strony księcia, wypadłaby z obiegu – żaden mężczyzna nie ośmieliłby się starać o pannę, która odrzuciła względy księcia. Żaden… z wyjątkiem jednego, pomyślała.

Rozległo się gwałtowne pukanie do drzwi. Podskoczyła na krześle. Zamiast jednak otworzyć, wycofała się do niewielkiej wnęki u zakrętu schodów. Chciała zobaczyć Samuela w chwili, gdy nie wie, że jest obserwowany, i zachować ten moment dla siebie. Nie będzie musiała się pilnować przed służbą i puści wodze wyobraźni.

Jenks otworzył drzwi. Jego wysoka, wyprostowana sylwetka zasłoniła mężczyznę na schodach. Prośba o wpuszczenie do środka została wypowiedziana zdecydowanym głosem, w którym pobrzmiewał cieplejszy ton uprzejmości. Uzmysłowiła sobie, że oczekuje chłopca, który wyjechał przed laty, a nie mężczyzny, którym Sam stał się teraz.

Mężczyzna wszedł do holu żwawym krokiem żołnierza, nie miał jednak blizn ani oznak kalectwa, jakie widywała u tak wielu powracających oficerów. Uświadomiła sobie, że przebywał daleko od miejsc walk; zajmował się rannymi pod pokładem statku.

Wciąż był blondynem, chociaż rudawe pasma w jego włosach pociemniały i stały się niemal brązowe. Starannie ogolone policzki straciły chłopięcą krągłość, uwydatniając mocno zarysowaną szczękę. Miał niebieskie oczy o bystrym, spostrzegawczym spojrzeniu. Objął wzrokiem hol. Patrzył na znajome kąty tak, jak ona patrzyła na niego, zauważając zmiany i podobieństwa. Na zakończenie oględzin kiwnął głową, a potem spytał, czy ojciec Evelyn jest w domu i czy gotów jest go przyjąć.

Chłopiec, którego zapamiętała, miał bardzo pogodne usposobienie, często się śmiał i zawsze był gotów do pomocy, jednak mężczyzna, który stał teraz przed nią w granatowym mundurze, był niezwykle poważny. Można nawet było określić go mianem ponuraka. Przypuszczała, że taki jest wymóg jego zawodu. Nikt nie życzył sobie, by lekarz przynoszący złe wieści, miał uśmiech na twarzy. Jednak chodziło nie tylko o to. W jego oczach kryło się współczucie i empatia, tak jakby odczuwał ból wraz z cierpiącymi.

Chciała zapytać, czy jego życie w marynarce było tak straszne, jak sobie to wyobrażała. Czy przerażał go widok okaleczonych ludzi, dla których nic nie mógł zrobić? Czy fakt, że uratował od śmierci tak wielu, rekompensował mu okropieństwa wojny? Czy istotnie tak bardzo się zmienił? Czy zostało w nim coś z chłopca, który ją opuścił?

Teraz, gdy wrócił, miała ochotę zadać mu mnóstwo pytań. Gdzie był? Co tam robił? A co najważniejsze, dlaczego ją zostawił? Myślała, że kiedy przestali być dziećmi i współtowarzyszami zabaw, staną się sobie jeszcze bliżsi.

Patrząc, jak mija jej kryjówkę i wstępuje za Jenksem na schody, pomyślała, że jest zupełnie inny niż St. Aldric, który wydawał się nieustannie uśmiechać. Chociaż książę miał wiele obowiązków, jego twarz nie miała udręczonego wyrazu, nie była nacechowana zatroskaniem jak twarz Sama.

Natomiast w wyglądzie dostrzegała między nimi wiele podobieństw. Obaj byli blondynami o niebieskich oczach. St. Aldric był jednak wyższy i przystojniejszy. Przewyższał zresztą Samuela pod wszystkimi niemal względami. Miał większą władzę, więcej pieniędzy, wyższy status społeczny.

A jednak nie był Samuelem. Westchnęła. Rozsądek nie potrafił u niej zapanować nad sercem, które dawno już dokonało wyboru. Jeśli przyjmie oświadczyny St. Aldrica, będzie z nim w miarę szczęśliwa, jednak nigdy go nie pokocha. Cóż jednak miała począć w sytuacji, gdy mężczyzna, któremu oddała serce, nie odwzajemniał jej uczuć?

Tymczasem Sam udał się prosto do jej ojca, w ogóle o nią nie pytając. Zapewne nic go nie obchodzę, pomyślała. Czyżby nie pamiętał pocałunku? A przecież ten pocałunek zmienił wszystko między nimi! Nieodłączny uśmiech Samuela zniknął z jego twarzy. Wkrótce potem wyjechał.

Nawet jeśli źle odczytała jego uczucia, sądziła, że powinien był chociaż zostawić jej list pożegnalny. A już na pewno powinien odpowiedzieć przynajmniej na jeden z listów, które pisała do niego regularnie raz w tygodniu.

Nie powinna się nad tym zastanawiać. Kobieta, która przyciągnęła uwagę księcia, człowieka wpływowego i bogatego, a przy tym przystojnego, uprzejmego i pełnego wdzięku, nie powinna zamartwiać się brakiem zainteresowania ze strony lekarza niższego stanu.

Westchnęła. Mimo wszystko podobne myśli ostatnio nieustannie ją nawiedzały. Nawet jeśli jej nie kochał, wciąż pozostawał jej przyjacielem. Serdecznym, bliskim przyjacielem. Chciała zasięgnąć jego opinii na temat St. Aldrica, poznać jego zdanie. Gdyby okazało się, że nie popiera tego związku…

Zdawała sobie sprawę, że to raczej nieprawdopodobne. Samuel na pewno nie wkroczy do akcji w ostatniej chwili, by wystąpić z propozycją małżeństwa.

– Chirurg okrętowy. – Lord Thorne prychnął z dezaprobatą. – Czy tych obowiązków z równym powodzeniem nie mógłby podjąć się stolarz albo cieśla? Lekarz z uniwersyteckim wykształceniem powinien mierzyć znacznie wyżej.

Samuel Hastings beznamiętnym wzrokiem patrzył w pochmurną twarz swego dobroczyńcy. Dobrze pamiętał czasy, kiedy wszystko, co robił, spotykało się wyłącznie z aprobatą, a wszystko, co Samuel robił, miało na celu zadowolić lorda Thorne. Niemal panicznie bał się go zawieść.

 

– Wprost przeciwnie. Jestem pewien, że zarówno kapitan, jak i załoga cenili sobie moją pomoc. Udało mi się uratować więcej kończyn, niż byłem zmuszony amputować. Zyskałem doświadczenie, stykając się z wieloma chorobami, których nigdy bym nie zobaczył, gdybym pozostał na lądzie. Mam tu na myśli przede wszystkim choroby tropikalne, stanowiące wielkie wyzwanie dla lekarza. W chwilach wolnych od bezpośrednich działań studiowałem księgi. Na statku można poświęcić wiele godzin na edukację.

– Hm. – Podły nastrój opiekuna ustępował miejsca rezygnacji w zetknięciu z racjonalnymi argumentami. – Skoro nie potrafiłeś znaleźć innego sposobu na zdobycie niezbędnego doświadczenia, widać tak musiało być.

– Poza tym zwiedziłem kawał świata – dodał Samuel, celowo żywszym tonem. – Kiedy wyjeżdżałem, zachęcał mnie pan do podróży.

– To prawda – przyznał ostrożnie Thorne. Zabrzmiało to jak szczególnego rodzaju pochwała. – A czy poczyniłeś odpowiednie kroki w kierunku ożenku? Do tego również cię zachęcałem.

– Jeszcze nie. Nie miałem po temu okazji, przebywając przez cały czas w męskim towarzystwie. Udało mi się jednak zgromadzić w banku pewną sumę, wystarczającą na otwarcie praktyki lekarskiej.

– W Londynie? – zapytał Thorne, marszcząc czoło.

– Na północy – odpowiedział Samuel. – Z pewnością będzie mnie stać na utrzymanie żony i rodziny. Mam nadzieję, że znajdę kobietę, która nie będzie miała nic przeciwko… – Urwał, nie chcąc otwarcie kłamać. Niech Thorne myśli sobie, co mu się podoba. Nie będzie żadnego małżeństwa ani dzieci.

– Evelyn już niedługo zawrze niezwykle korzystny związek małżeński – powiedział Thorne, z ulgą zmieniając temat. Uśmiechnął się, wyraźnie dumny z jedynej córki. Ze względu na Samuela, wypowiedział te słowa zdecydowanym tonem.

Skinął głową.

– Dowiedziałem się tego z pańskich listów. Evelyn zamierza poślubić księcia?

Thorne rozpromienił się.

– Niezależnie od tytułu, St. Aldric to wspaniały człowiek. Jest szczodry, pogodny… przyjaciele nazywają go Świętym.

A więc Evie zdobyła świętego. Bez wątpienia na to zasługiwała. Samuel powinien teraz trzymać się od niej z daleka. Bardzo odbiegał od ideału.

– Evelyn jest z pewnością szczęśliwa, że będzie miała takiego męża.

– Wielka szkoda, że nie możesz dłużej zostać i go poznać. Spodziewamy się go tutaj dzisiejszego popołudnia.

– Rzeczywiście, wielka szkoda. Niestety, istotnie nie mogę dłużej zabawić – powiedział Samuel. Właściwie była to prawda. Nie miał najmniejszej ochoty na spotkanie ze Świętym, który poślubi jego Evie, ani na pozostawanie w domu Thorne’a dłużej, niż było to konieczne. – Proszę przekazać moje wyrazy szacunku lady Evelyn. – Celowo wymienił jej tytuł, nie chcąc być posądzonym o familiarny ton.

– Oczywiście – odparł jej ojciec. – A teraz nie chciałbym cię już zatrzymywać…

– Rozumiem. – Samuel zmusił się do uśmiechu i wstał, jakby istotnie zamierzał złożyć jedynie krótką wizytę, a jego wyjście nie miało nic wspólnego z niezbyt starannie zawoalowaną odprawą. – Chciałem podziękować panu za wszystko i zapewnić, że w pełni zdaję sobie sprawę z tego, czym była dla mnie pańska opieka. Nie chciałem wyrażać swojej wdzięczności jedynie listownie. – Samuel skłonił się sztywno przed swym dobroczyńcą.

Thorne wstał i poklepał Samuela po ramieniu, uśmiechając się do niego jak za dawnych lat.

– Jestem wzruszony, mój chłopcze. Czy spotkamy się jeszcze, kiedy będziesz w Londynie? Może na weselu?

Było już za późno na to, żeby Samuel mógł w czymkolwiek przeszkodzić.

– Nie wiem. Nie mam jeszcze sprecyzowanych planów. – Gdyby mógł jeszcze dzisiaj znaleźć zatrudnienie w charakterze okrętowego lekarza, odpłynąłby najbliższym statkiem. Co pocznie, jeśli to mu się nie uda?

– Czuj się zaproszony. Mamy wiele do uczczenia. Nasza mała Eve nie jest już taka mała. St. Aldricowi bardzo zależy na tym małżeństwie, ubiega się o jej względy od początku sezonu, ale nie udzieliła mu jeszcze odpowiedzi. Powiedziałem jej, że nie wypada igrać z uczuciami księcia, ale nie chce mnie słuchać. – Thorne wciąż się uśmiechał, jakby nawet ten przejaw nieposłuszeństwa był zaletą.

– Jestem pewien, że opamięta się w porę. – Jeśli dopisze mu szczęście, wyjedzie, zanim to się stanie. Skoro Evelyn nie podjęła jeszcze decyzji, zdecydowanie nie powinien przebywać w pobliżu, zawracając jej głowę swą obecnością.

Udało mu się rozstać z Thorne’em w pozornej zgodzie. Idąc do drzwi, Samuel pomyślał, że są dla siebie jak obcy. Był taki czas, kiedy tęsknił za silniejszym poczuciem przynależności. Teraz jednak, kiedy poznał prawdę, wolał jak najszybciej zapomnieć o swym opiekunie. Wymienili kilka uprzejmych zapewnień, że będą utrzymywać kontakt, ale gdy rozmowa dobiegła końca, wyszedł z gabinetu i z ulgą zaczął zstępować ze schodów domu, który niegdyś uważał za własny.

Przechodząc przez hol, uważał, by nie spojrzeć tam, gdzie Evelyn musiała się ukryć. Nie chciał jej zobaczyć. To czyniłoby odejście z tego domu jeszcze trudniejszym.

Z drugiej jednak strony, w pewien sposób bał się tego, że Evelyn nie wyjdzie mu na powitanie. Miał ochotę ją odszukać, chwycić ją w ramiona i wymawiać jej imię między pocałunkami.

Zatrzymał się, chłonął woń perfum, tak różnych od mydła cytrynowego i wody lawendowej, które zapamiętał.

Mógł tak po prostu się odwrócić i się przywitać. Wiedział, że jest w kryjówce u podnóża schodów. Tam się chowali, kiedy byli dziećmi. Mógł udać, że nic się nie stało i zachować się jak stary przyjaciel. Wymieniliby uprzejmości, a potem życzyłby jej wszystkiego najlepszego i po kilku zdaniach znów by się rozstali.

Jednak zapach perfum uderzył mu do głowy i nie wiedział, czy zdołałby wydobyć z siebie jakiś dźwięk. Gdyby nie musiał się pilnować, nietrudno byłoby odgadnąć, jak brzmiałyby jego pierwsze słowa. Wolał więc przyjąć postawę tchórza i udać, że nic nie wie o obecności Evelyn. Miał nadzieję, że podczas jego rozmowy z jej ojcem wróci do swego pokoju, przejdzie do salonu czy do jakiegokolwiek innego pomieszczenia, w którym spędzała czas.

Niemniej nie wyobrażał sobie swojej Evie, siedzącej w pozie damy na sofie albo za biurkiem, przyjmującej go uprzejmie, lecz chłodno, i podejmującej rozmowę na błahe tematy. Spędził zbyt wiele lat, wspominając jej zachowanie, i nie chciałby, żeby się zmieniła. Wyobrażał ją sobie w ogrodzie, biegającą, wspinającą się na nisko rosnące gałęzie drzew, w czym jej pomagał, kiedy w pobliżu nie było nikogo.

Mogła jednak zapomnieć o tym, tak jak o swoich dawnych perfumach. Na pewno wydoroślała, a w niedługim czasie miała zostać księżną. Dziewczyna, którą pamiętał, już nie istniała, zastąpiona przez obytą w towarzystwie kokietkę, na tyle pewną siebie, by trzymać w niepewności księcia. Gdyby spotkał tę nową Evelyn, zapewne w końcu by się od niej uwolnił i zaznał odrobiny spokoju.

Kiedy zstąpił ze schodów, Evelyn wybiegła z kryjówki, zarzuciła mu ręce na szyję i zawołała:

– Mam cię!

Pocałowała go w oba policzki. Były to siostrzane, a jednak wyjątkowo miłe pocałunki.

Zesztywniał. Był w pewien sposób przygotowany na spotkanie i na chwilę udało mu się zachować spokój. Jednak nagły, niespodziewany kontakt podziałał na niego jak potężny afrodyzjak. Z trudem powstrzymał się od chwycenia jej w ramiona. Stał z wyciągniętymi przed siebie rękami, bojąc się dotknąć Evelyn i nie potrafiąc odwzajemnić powitania.

– Evelyn? – powiedział drętwym głosem. – Czyżbyś nie nauczyła się odpowiednich manier przez te sześć lat?

– Ani mi to w głowie, Sam – odparła ze śmiechem. – Chyba nie sądziłeś, że uda ci się tak łatwo mi wymknąć?

– Oczywiście, że nie. – A przecież próbował, robił wszystko, co w jego mocy. Cóż mógł teraz począć, skoro to mu się nie udało? – Przywitałbym się z tobą, jak należy, gdybyś dała mi na to szansę – skłamał. Delikatnie zdjął jej ramiona z szyi i cofnął się o krok.

Popatrzyła na niego ponuro, starając się pokazać mu jego własną minę. Po chwili roześmiała się.

– Zawsze musimy zachowywać się odpowiednio, nieprawdaż, doktorze Hastings?

Cofnął się o kolejny krok, chcąc uniknąć nieuchronnego drugiego uścisku. Chwycił jej dłonie w swoje, by nie przywarła do niego ciałem.

– Nie jesteśmy już dziećmi, Evelyn.

– To oczywiste. – Posłała mu spojrzenie, świadczące o tym, że jest świadoma tego, że wyrosła na uroczą młodą damę. – To już mój trzeci sezon.

– Coś mi się wydaje, że połowa męskiej populacji Londynu wisi u pasków twojej torebki. – Przebóg, była tak piękna, że mogło to być prawdą. Jej włosy były proste i lśniące jak złote nici, oczy niebieskie jak pierwsze wiosenne kwiaty, a usta tak kuszące, że marzył o tym, by poznać ich dotyk i smak. Mógł też poznać jej kobiece krągłości, gdyby skorzystał z okazji i objął ją, gdy go całowała.

Poczuł dziwną miękkość w kolanach.

Wzruszyła ramionami, jakby nic a nic jej nie obchodziło, co myślą o niej inni mężczyźni, i spojrzała na niego spod rzęs, lekko zmrużonymi oczami, które mówiły, że stojącej przed nim kobiecie zależy jedynie na nim.

– A jaka jest pańska diagnoza, doktorze, teraz, kiedy ma pan okazję mnie zbadać?

– Wyglądasz bardzo dobrze – odparł, karcąc się w myślach za nieodpowiedni dobór słów.

Wydęła wargi. Kusicielka przeistoczyła się w jego dawną przyjaciółkę. Zakołysała ramionami, jakby zapraszając do zabawy.

– Jeśli tylko tyle potrafię z ciebie wyciągnąć, to muszę przyznać, że jestem rozczarowana, doktorze. Inni mężczyźni twierdzą, że jestem najpiękniejszą panną sezonu.

– I to właśnie dlatego St. Aldric poprosił cię o rękę – powiedział, chcąc przypomnieć jej i sobie, jak wiele się zmieniło.

Posmutniała, ale nie pozwoliła mu cofnąć rąk.

– Nie przyjęłam jeszcze niczyich oświadczyn.

– Twój ojciec powiedział mi to przed chwilą. Podobno trzymasz biedaka w niepewności, a on nie może się doczekać odpowiedzi. To nieładnie z twojej strony, Evelyn.

– Nieładnie ze strony mojego ojca, że stara się na mnie wpłynąć w tej kwestii – odpowiedziała, omijając istotę problemu. – A ty zachowujesz się jeszcze gorzej, wygłaszając swoją opinię w sprawie, o której masz niewielkie pojęcie. – Uśmiechnęła się. – Wolałabym, żebyś mi powiedział, co myślisz o moim zamążpójściu. W końcu znamy się od wielu lat.

– Nie zmieniam diagnozy – rzekł. Brzmiał jak nadęci koledzy po fachu, którzy wolą trzymać się błędnej diagnozy niż rozważyć możliwość popełnienia pomyłki. – Serdecznie ci gratuluję. Twój ojciec mówi, że St. Aldric jest dobrym człowiekiem, a ja nie mam powodu, by mu nie wierzyć.

Rzuciła mu przelotne spojrzenie i znów się uśmiechnęła.

– Jak to miło słyszeć, że ty i ojciec jesteście zdumiewająco zgodni w kwestii mojego szczęścia. Skoro tak bardzo chcesz, żebym wyszła za mąż, przypuszczam, że przyjechałeś odpowiednio przygotowany?

Czuł, że wpadł w pułapkę. Jednocześnie zyskał dowód na to, że Evelyn nie jest już prostoduszną dziewczyną, niezdolną do zachowania tajemnicy. Miał przed sobą kobietę, najwyraźniej rozzłoszczoną z powodu jego gafy. Nie zamierzała jednak powiedzieć mu prawdy ani ułatwić przeprosin.

– Przygotowany? – powtórzył jak echo, bacznie ją obserwując.

– Przygotowany do uroczystości moich zaręczyn – dokończyła i zawiesiła głos. Po chwili westchnęła cicho, chcąc dać mu do zrozumienia, jak bardzo jest beznadziejny. – Myślę o prezencie upamiętniającym ten dzień.

– O prezencie? – Uśmiechnął się na myśl o jej zaskakującej bezpośredniości i na chwilę przestał się kontrolować.

– Tak, o prezencie dla mnie – powiedziała stanowczym tonem. – Bardzo długo cię tu nie było, w tym czasie minęło wiele moich urodzin i świąt Bożego Narodzenia, a ty nie przywozisz mi żadnego prezentu? Czy mam przeszukać twoje kieszenie, żeby go znaleźć?

Na myśl o tym, jak Evelyn gorączkowo przesuwa dłońmi po jego ciele, powiedział szybko:

– Oczywiście, że nie. A prezent przywiozłem.

Nie miał dla niej niczego. Wprawdzie to z myślą o niej kupił złoty łańcuszek na Minorce, ale nie starczyło mu odwagi, by go wysłać. Przeszło rok nosił go w kieszeni, wyobrażając sobie, jak będzie prezentował się na szyi Evelyn. Potem zdał sobie sprawę, że takie myśli niepotrzebnie odświeżają wspomnienia, czynią je bardziej obrazowymi, i wrzucił łańcuszek do morza.

– No i…? – Zauważyła jego zmieszanie. Chwyciła go za klapę munduru, znów podobna do rozpieszczonego, ciekawskiego dziecka.

 

Wsunął rękę do kieszeni i wyjął pierwszy napotkany przedmiot, inkrustowany futerał skrywający niewielką lunetę z brązu.

– Oto mój prezent. Miałem ją prawie cały czas przy sobie. Jest bardzo przydatna na morzu. Pomyślałem, że będziesz mogła z niej korzystać na wsi, obserwując ptaki.

Każda kobieta w Londynie z obrzydzeniem cisnęłaby weń tą lunetką, zwracając uwagę, że nie zadał sobie nawet trudu, by ją wypolerować.

Jego Evie była jednak inna. Kiedy otwierała pudełko, jej oczy błyszczały tak, jakby ofiarował jej szkatułkę z klejnotami. Wyciągnęła lunetę, szybko otarła szkiełko o spódnicę sukni, rozłożyła przyrząd i przyłożyła do oka.

– Och, Sam. Jest piękna. – Pociągnęła go za sobą do najbliższego okna i zapatrzyła się w przestrzeń, jakby chcąc wyczytać z niej przyszłość. – Widzę ludzi po drugiej stronie placu tak wyraźnie, jakbym stała obok nich. – Uśmiechnęła się do niego. Wyglądała teraz tak, jak ją zapamiętał; serce ścisnęło mu się bólem. Znajdowała się tak blisko, że lada chwila musieli się dotknąć, choćby przypadkowo. Szybko się cofnął, starając się odegnać myśli o przeszłości.

Wydawała się nie zauważać jego zmieszania.

– Na pewno zabiorę ją na wieś. I do Hyde Parku, i do opery.

Roześmiał się.

– Jeśli potrzebujesz czegoś w rodzaju lunety w mieście, przyniosę ci lornetkę. Z tak ogromnym przyrządem będziesz wyglądać jak korsarz.

Wydała lekceważące prychnięcie.

– Nie obchodzi mnie, co inni sobie pomyślą. Będę lepiej widzieć scenę. – Uśmiechnęła się chytrze. – I będę mogła podglądać siedzących na widowni. Przecież to jest główny powód, dla którego ludzie chodzą do teatru. Żadna rzecz w Londynie nie umknie mojej uwagi. Będę o tym wszystkim opowiadać i zobaczysz, że za tydzień wszystkie panny z towarzystwa będą miały lunety.

– Ty szelmo. – Bez namysłu pociągnął ją za pasmo włosów barwy miodu. Nie zmieniła się ani trochę podczas jego nieobecności; wciąż miała młodą twarzyczkę, była tak samo żywiołowa i ciekawa świata… Powietrze pomiędzy nimi wydawało się wibrować.

– Chodźmy na coś popatrzeć. – Chwyciła go za rękę, splotła jego palce ze swoimi i pociągnęła go w głąb domu.

Był zgubiony.