Książę i guwernantka

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Christine Merrill
Książę i guwernantka

Tłumaczenie:

Ewa Nilsen

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Jestem doktorowa Evelyn Hastings. Ale możesz do mnie mówić po imieniu.

Maddie Cranston spojrzała podejrzliwie na kobietę, która uśmiechała się do niej ze współczuciem. Widziała ją po raz pierwszy w życiu. To nie ona tamtej nocy, w Dover, pojawiła się w jej pokoju. To był jej mąż, doktor Samuel Hastings. I to on ją przepraszał i proponował finansową rekompensatę. Tak jakby jakakolwiek suma mogła wynagrodzić to, co się stało.

Wedle słów księcia Evelyn Hastings była położną, a zatem znała się na dolegliwościach związanych z ciążą i rozmowa z nią – gdyby Maddie jej zaufała – mogłaby podziałać na nią uspokajająco.

A Maddie potrzebowała uspokojenia. Chwilami czuła się tak źle, że zaczynała się obawiać, że to, co się dzieje z jej organizmem, nie jest całkiem normalne; że jest to rodzaj kary. A przecież jeżeli ktoś w ogóle zasługiwał na karę za to, co się stało tamtej nocy, to książę St. Aldric. Dlaczego więc Bóg kazał cierpieć jej, a nie jemu?

Odegnała te przykre myśli i postanowiła nie okazywać strachu ani słabości. Życie nauczyło ją, że słabość jest zwykle przez ludzi wykorzystywana.

– Witam panią, pani Hastings – powiedziała chłodno, podając rękę swojej rozmówczyni. – Nazywam się Madeline Cranston i jestem panną.

Pani Hastings zignorowała jej chłód.

– Domyślam się – odezwała się tonem jeszcze łagodniejszym i bardziej uspokajającym niż przedtem – że książę posłał po mnie, bo jesteś brzemienna.

Maddie, milcząc, kiwnęła tylko głową. Nie mogła wprost uwierzyć, że zjawiła się tutaj, w londyńskim domu księcia St. Aldric, nosząc jego dziecko, i teraz starano się znaleźć jak najlepsze wyjście z jej dramatycznej życiowej sytuacji. Wciąż bała się, że książę wpadnie w końcu w gniew i rozkaże ją ukarać.

– Masz mdłości? – indagowała dalej Evelyn.

Maddie ponownie kiwnęła głową.

– Każę zatem przynieść herbaty z imbirem. Uspokoi żołądek.

Zadzwoniła po służącego, wydała mu stosowne polecenie i pytała dalej:

– Tkliwość piersi? Brak miesiączki?

Maddie kiwnęła głową, po czym wyszeptała:

– Od dwóch miesięcy.

– I jesteś niezamężna. A… gdy się zorientowałaś, co się dzieje, nie próbowałaś przerwać ciąży?

Maddie przemknęło przez myśl takie rozwiązanie. Jakie życie, zastanawiała się, będę musiała wieść, ja, nieślubnie poczęta kobieta, ze swym własnym nieślubnym potomkiem, kiedy St. Aldric postara się, abym nie zdobyła posady u żadnej szanowanej rodziny?

Szybko jednak pozbyła się wszelkich wątpliwości. Skoro jej matka zdecydowała się ją urodzić, ona to samo winna jest swemu dziecku. A poza tym nie chciała, by wychowywało się wśród obcych ludzi tak jak ona.

Wiedziała jednak dobrze, że nie czeka ich łatwe życie. Zarówno Madeline, jak i jej dziecko, będą zmagać się z odium kobiety upadłej.

Całkiem inaczej natomiast przedstawiać się będzie ich życiowa sytuacja, jeżeli nieżonaty, a wysoko postawiony ojciec dziecka weźmie odpowiedzialność za swe czyny. Poczuła nagle wielką determinację, aby go do tego zmusić… Nie wiedziała jednak, w jaki sposób tego dokonać.

– Nie – odpowiedziała na pytanie pani Hastings. – Nie próbowałam pozbyć się dziecka.

– Rozumiem. – Pani Hastings zarumieniła się z lekka i zaraz zmieniła temat: – I doświadczasz zmiennych nastrojów? – pytała dalej. – Czujesz się tak, jakby twój umysł i ciało do ciebie nie należały?

Na to pytanie nie dało się odpowiedzieć po prostu kiwnięciem głową, bowiem dotyczyło ono rzeczy zbyt skomplikowanej. Maddie podniosła wzrok na panią Hastings i zebrawszy się na odwagę, wyznała szeptem:

– Mój nastrój zmienia się z minuty na minutę. Śmieję się, a w następnej chwili zalewam się łzami. Mam bardzo sugestywne sny. A na jawie najdziwaczniejsze pomysły. – Jednym z nich był przyjazd tutaj. – Czasami boję się, że wariuję.

Evelyn uśmiechnęła się i usiadła wygodniej w fotelu.

– To całkiem normalne – zapewniła spokojnie. – Nie jest to nic innego jak wzburzenie humorów, związane z rozwojem nowego życia. Wcale nie wariujesz, moja droga. Po prostu spodziewasz się dziecka.

Przyniesiono herbatę z imbirem i nietypowe, pozbawione smaku ciasteczka. Maddie nieufnie skosztowała jednego i, ku własnemu zdziwieniu, poczuła się nieco lepiej.

– To cud, że kobiety w ogóle są w stanie to przetrwać – powiedziała. – A jeszcze większym cudem jest to, że pozwalają, by to się w ich życiu powtórzyło.

Pani Hastings najwyraźniej uznała tę uwagę za zabawną, bo całkiem otwarcie się roześmiała.

– Od tej pory nie masz się czego bać. Ja będę się tobą opiekowała.

Mówiła łagodnym głosem; emanowały z niej spokój i pewność, które dodały Maddie otuchy.

– Dziękuję – powiedziała, opierając się wygodniej o poduszki sofy.

– Zanim pojawiły się u ciebie te objawy, obcowałaś z mężczyzną, prawda? – przypomniała jej łagodnie. – Wiesz z pewnością, jakie to mogło mieć konsekwencje?

– Nie był to mój wybór – zapewniła Maddie, starając się z całych sił, by głos jej nie zadrżał.

Pani Hastings, słysząc to, aż wstrzymała oddech ze zdumienia. Zaraz jednak przywołała swój zwykły uspokajający uśmiech.

– Znasz tożsamość mężczyzny, który jest za to odpowiedzialny?

– Znam. – Maddie postanowiła wyjawić prawdę, licząc na pomoc tej współczującej kobiety. – To książę St. Aldric – wyrzuciła z siebie i od razu poczuła ulgę. – Nocowałam w gospodzie w Dover – mówiła dalej. – A książę późnym wieczorem wszedł do mojego pokoju nieproszony i…

Evelyn Hastings otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Nie mogła w to uwierzyć.

– Święty wtargnął do twojego pokoju i wbrew twojej woli…?

– Nie święty, tylko książę St. Aldric – poprawiła ją Maddie. – Był nietrzeźwy. A gdy było już po wszystkim, stwierdził zwyczajnie, że pomylił pokoje.

– Jesteś tego pewna?

– Proszę zapytać o to samego księcia. On temu nie zaprzecza. Albo proszę pomówić z doktorem Hastingsem, który również tam był… I nawet ze mną rozmawiał…

– Rozumiem. Dobrze. W takim razie zapytam męża, co wie o całej tej sprawie – odrzekła porywczo Evelyn, jakby naraz zapałała gniewem na cały męski ród. – Zapewne nie masz rodziny, która pomogłaby ci w tej sytuacji? – pytała dalej. – Nikogo, kto by mógł cię wspierać?

Maddie pokręciła głową.

– Jestem zupełnie sama – potwierdziła. – Nie mam nikogo.

– No to będziesz miała mnie! – zapewniła ją stanowczo Evelyn, po czym wstała z fotela. – Wybacz mi teraz. Muszę pójść porozmawiać o tym z mężem. A także z księciem. I zapewniam cię, że gdy z nimi skończę, o nic nie będziesz już musiała się martwić.

Po tych słowach wyprostowała się i, niczym ruszająca na bój królowa-wojowniczka, skierowała się ku drzwiom i wyszła, zamykając je za sobą ze stanowczym stuknięciem.

Maddie uśmiechnęła się z ulgą i, popijając drobnymi łykami herbatę, rozsiadła się wygodniej na sofie. Wiedziała, że teraz wystarczy już tylko czekać.

Michael Poole, książę St. Aldric, stał w holu swojej londyńskiej rezydencji wraz z przyrodnim bratem, Samuelem Hastingsem, i wysilał słuch. Pragnął dowiedzieć się, jak za zamkniętymi drzwiami salonu przebiega rozmowa dwóch kobiet. Bardzo chciał poznać prawdę, zdobyć pewność.

Jeżeli w drodze jest moje dziecko, zastanawiał się, być może nawet syn, mój męski potomek… to zmienia wszystko.

– Ona cię odnalazła? – zapytał Sam Hastings, wpatrując się w zamknięte drzwi salonu.

– Owszem, ubiegła mnie – potwierdził Michael.

Przewidywał, że tak będzie, ale nie spodziewał się, że fakt ten sprawi mu taką ulgę. Bowiem dzięki temu mógł poznać jej nazwisko i zobaczyć twarz. Mógł też skojarzyć ją z tamtą nocą, która była dla niego jedynie niejasnym, mglistym i męczącym wspomnieniem.

– Przykro mi – powiedział Sam. – To nie powinno było potoczyć się w ten sposób… Sprawa powinna była zostać w sposób właściwy załatwiona już w Dover. Źle się stało, że pozwoliłem jej uciec. Kiedy z nią tamtej nocy rozmawiałem, twierdziła, że nie życzy sobie kontaktu z tobą, ani wtedy, ani w przyszłości. Obiecałem uszanować jej wolę, ale przecież mogłem zrobić znacznie więcej. Bóg wie, że bezskutecznie starałem się ją potem znaleźć – mówił dalej Sam. – Ale Anglia to bardzo duży kraj. I mieszka w nim wiele nieszczęśliwych młodych kobiet.

– Nie obwiniaj siebie – odrzekł Michael. – Ja jestem za wszystko odpowiedzialny. Gdybym tamtego wieczora spił się do nieprzytomności, nie skrzywdziłbym jej. A ty nie musiałbyś się potem zajmować tą okropną sprawą… Tak czy inaczej, nie powinienem był postąpić, tak jak postąpiłem – podsumował.

Sam nic nie odpowiedział, co dowodziło, że się z nim zgadza. Po chwili jednak oznajmił:

– Nigdy byś się do tego nie posunął, gdyby nie twoja choroba…

– No tak. Choroba, którą każde dziecko przeszłoby bardzo lekko.

– Ale ty nie byłeś już dzieckiem. Co innego, gdy organizm ma niedojrzały układ rozrodczy, a co innego, gdy choroba dotyka kogoś dorosłego.

– Jakże delikatnie to ujmujesz, panie doktorze.

Michael przypomniał sobie, że leżał wtedy przez długie dni z wysoką gorączką i jądrami spuchniętymi tak, że bał się nie tylko ich dotknąć, ale nawet na nie spojrzeć. Od tamtej pory żył w ciągłym strachu, który z czasem przerodził się w przekonanie o bezpłodności.

Nadzieja jednak nigdy go nie opuściła, choć ilekroć wspominał chorobę, lęk powracał. Teraz, po raz pierwszy od miesięcy, na nowo dostrzegł w swoim życiu sens.

 

– Panna Cranston – powiedział – odnalazła mnie nie dlatego, że nie zadowala jej suma, którą jej dałeś. Ona się tu pojawiła, bo, jak twierdzi, jest brzemienna.

Zapadła cisza, pośród której lekarz starał się nie dać po sobie poznać, że jest zaskoczony.

– Czy to w ogóle możliwe? – zapytał St. Aldric.

– Oczywiście, że to możliwe – odrzekł przyrodni brat. – Mówiłem ci od samego początku, że nie każdy dorosły mężczyzna doznaje tego rodzaju skutków świnki. Ale ty się uparłeś… Zacząłeś się włóczyć i pić. I po pijanemu dowodzić swojej męskości.

– Bękart byłby tej męskości najlepszym dowodem – stwierdził Michael, u którego strach, że zwykła gorączka sprawiła, że jest ostatnim z rodu, zamienił się w obsesję.

– Pragnąłeś bękarta i wygląda na to, że to pragnienie się teraz ziści – powiedział Sam, kręcąc ze smutkiem głową. – Co zamierzasz zrobić?

Michael spojrzał na brata ze zdumieniem. Jak mój własny brat mógł mieć choćby cień wątpliwości? – pomyślał.

– Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że los obejdzie się ze mną tak łaska… tak korzystnie – powiedział.

– Jak możesz tak mówić? Zdeflorowałeś guwernantkę! – odparł Sam, po czym, uświadomiwszy sobie, że mówi podniesionym głosem, zniżył go do szeptu. – I to na dodatek bez jej zgody? Czyś ty oszalał?

– Nie. Oczywiście, że nie miałem zamiaru jej… zniewolić. Nie miałem nawet zamiaru wejść do pokoju tej guwernantki. Zabłądziłem.

– Zabłądziłeś, bo byłeś pijany – przypomniał mu brat.

– To prawda – przyznał. – I postąpiłem gorzej niż nasz ojciec, który zabawiał się tylko z chętnymi do miłosnych igraszek żonami przyjaciół. Ale kobieta, której szukałem tamtej nocy, nie była bynajmniej niewiniątkiem. I w razie gdyby nasze spotkanie okazało się brzemienne… w skutki, dostałaby sowitą zapłatę. Co więcej, uznałbym dziecko.

– Zamierzasz chyba uznać także i to, które urodzi ta guwernantka – upewnił się Sam, przypominając bratu o odpowiedzialności.

Nie musiał jednak się o to martwić. Michael Poole, który przez całe lata wiódł życie przykładne i który błądził jedynie w ciągu ostatnich kilku miesięcy, nie miał wątpliwości, jak teraz postąpić.

Teraz należało tylko porozmawiać z guwernantką i przekonać ją do tego, co należy zrobić, pomyślał St. Aldric.

– Dziecko panny Cranston wcale nie musi być bękartem – powiedział ostrożnie, obserwując reakcję Sama. – Jeżeli ją poślubię, uczynię owo dziecko moim spadkobiercą…

– Poślubisz ją? – Sam spojrzał na niego z ironicznym uśmiechem. – Nie przesłyszałem się? Jeśli nie… to sam nie wiem, czy się śmiać, czy posłać cię do szpitala dla obłąkanych.

– A dlaczego nie miałbym jej poślubić? Czyżby jest w niej coś, co czyni ją osobą nieodpowiednią na żonę? Jest guwernantką, a zatem ma wykształcenie… Jest zdrowa…

I bardzo urodziwa, dopowiedział w myślach.

– I prawdopodobnie cię nienawidzi – zauważył Sam.

– Ma po temu dobry powód. Ale ja teraz dam jej powód do tego, żeby przestała mnie nienawidzić. A nawet sto powodów. Albo i tysiąc. Dam jej wszystko, co mam… czego zapragnie. Sam, zrozum, muszę mieć żonę i dziecko, prawowitego spadkobiercę, któremu zostawię majątek i tytuł. I być może nie będę miał lepszej na to szansy, być może owa dziewczyna jest swoistym darem od losu.

Nagle otworzyły się drzwi salonu i między braćmi stanęła Evelyn, wspierając ręce na biodrach i groźnie spoglądając to na jednego, to na drugiego.

– Wytłumaczcie się obydwaj – powiedziała porywczo. – Zapewnijcie mnie, że to, co mówi ta dziewczyna, nie jest prawdą. I że ty – zwróciła się z gniewem do męża – nie miałeś żadnego udziału w tej karygodnej sprawie.

Sam podniósł obie ręce uspokajającym gestem.

– Pojechałem z Michaelem do Dover – zaczął się tłumaczyć – jedynie po to, by przywołać go do porządku. Przecież… jako jego osobisty lekarz… muszę dbać o jego zdrowie, prawda?

Evelyn Hastings zareagowała na to lodowatym skinieniem głowy.

– Miał objawy czegoś, co bym nazwał chronicznym stanem nietrzeźwości. – Tu Sam cicho odchrząknął. – I… robił rzeczy, o których wolałbym nie mówić w twoim towarzystwie.

– Zadawał się z kobietami lekkich obyczajów – powiedziała Evelyn, bynajmniej

nie zszokowana, a potem wbiła wzrok w Michaela. – Jednak ten fakt nie usprawiedliwia tego, jak potraktowałeś pannę Cranston.

– To była pomyłka, przysięgam. Szedłem do pokoju innej kobiety. I skręciłem w niewłaściwy korytarz…

Ani ciemności, ani stan odurzenia nie były żadnym usprawiedliwieniem, bo różnica między hożą i dorodną barmanką a drobną panną Cranston dawała się łatwo zauważyć i bez światła. Problem polegał na tym, że Michael, zbliżywszy się do łóżka kobiety, sądził, że ona zachowuje się tak, jakby na niego z utęsknieniem czekała.

– Kiedy się zorientowałem, że nie ma go w sypialni na górze – tłumaczył dalej Sam – zacząłem go szukać. I wtedy usłyszałem krzyki. Gdy trafiłem do pokoju panny Cranston, było już za późno, bowiem stała się rzecz… nieodwracalna. Przyszły pracodawca panny Cranston, która szukała pracy guwernantki i umówiła się z nim na rozmowę w owej gospodzie, znalazł się w korytarzu pod jej drzwiami, dosłownie o dwa kroki za mną, i był świadkiem wszystkiego, co zaszło. Panna Cranston straciła wszelkie szanse na zatrudnienie.

Michael skrzywił się, przypominając sobie tamten wieczór, którego druga połowa była dla niego jedynie mętnym wspomnieniem. Wiedział tylko, że coś, co miało być rozkoszną schadzką, zakończyło się płaczem i krzykami. I że on sam stał wśród całego tego hałasu, chwiejąc się na nogach i mając na sobie tylko koszulę, podczas gdy jego przyrodni brat, Sam, piorunował go pełnym oburzenia wzrokiem.

– Od tamtego czasu – zaczął tłumaczyć się Evelyn – przestałem pić. I załatwiłbym sprawę z panną Cranston na drugi dzień rano, gdyby nie uciekła z gospody, zanim doszło między nami do rozmowy.

– Czcze rozważania. Nikt z nas czasu nie cofnie – odrzekła Evelyn, kręcąc głową. – Ważne jest to, co zamierzasz zrobić teraz.

– A czy ona mówi prawdę? – zapytał Michael, bojąc się dopuścić do siebie nadzieję. – Jest brzemienna?

– Zbadałam pannę Cranston i mogę z całą pewnością powiedzieć, że ma wszelkie objawy dowodzące, że spodziewa się dziecka – odrzekła spokojnie i rzeczowo Evelyn.

Michael też starał się zachować spokój. Wiedział, że nie powinien na tę wieść okazywać ani podniecenia, ani, tym bardziej, zadowolenia.

Mam dziecko, a może nawet syna – pomyślał, ledwie tłumiąc uśmiech zadowolenia.

Gdyby miał męskiego potomka, zapewniłby mu najlepsze warunki, zupełnie inne, niż miał on sam, i wychowałby go na najlepszego i najbardziej odpowiedzialnego spadkobiercę, który w przyszłości zatroszczyłby się o rodowy majątek i pracujących w nim ludzi. A ród St. Aldric będzie trwał nadal, nie utraciwszy nic ze swej świetności…

– Pytam cię jeszcze raz: co zamierzasz w tej sprawie zrobić?

Stanowczy i natarczywy głos szwagierki sprawił, że Michael ocknął się z zamyślenia.

I ocknąwszy się, przedstawił swój plan.

ROZDZIAŁ DRUGI

Z holu dobiegały stłumione odgłosy rozmowy. A Maddie, choć wiedziała, że mówi się o niej, miała chwilami dziwne poczucie, że obecna sytuacja nie ma z nią nic wspólnego. Zanim wydarzyła się ta rzecz w Dover, unikała wszystkiego, co mogłoby sprowokować plotki na jej temat. Jej nadzieje były skromne, a przyszłość przewidywalna. Zamierzała uczyć cudze dzieci, pełniąc obowiązki guwernantki w kolejnych rodzinach, a na starość żyć ze swoich niewielkich oszczędności lub zamieszkać u rodziny, która ją polubi na tyle, by zapewnić jej dach nad głową i utrzymanie nawet wtedy, kiedy jej usługi nie będą już potrzebne.

Jednak teraz nadzieja na takie życie całkiem znikła. Maddie wiedziała, że po skandalu w Dover żadna przyzwoita rodzina jej nie zatrudni. Głupio zrobiła, umawiając się ze swoim niedoszłym pracodawcą w gospodzie, ale gdy on zaproponował, by spotkali się w Dover, pokusa okazała się zbyt silna. W ciągu paru lat wracała do tej gospody kilka razy, wiedząc, że tam, przynajmniej w snach, będzie młoda i wolna od wszelkich obowiązków, jakie niosło jej życie. Kładła się tam spać, myśląc i marząc jedynie o Richardzie i o ich ostatniej wspólnej nocy.

Jednak człowiek, który pojawił się tamtego feralnego wieczoru w jej pokoju, okazał się kimś zupełnie innym niż wyśniony kochanek. Cała ta historia, choć zaczęła się bardzo słodko, skończyła się prawdziwym koszmarem. Kiedy Maddie się ocknęła, z jej łóżka wywlekano właśnie pijanego, obcego mężczyznę, a pan Barker, stojąc w drzwiach, wołał donośnym głosem, że takiej jak ona kobiety nie wolno wprowadzać do przyzwoitej gospody, a tym bardziej dopuszczać w pobliże niewinnych dzieci. Po chwili cała awantura przeniosła się na korytarz, a ona zatrzasnęła drzwi, szybko się ubrała i zaraz po wschodzie słońca ukradkiem wymknęła z gospody. Przedtem jednak usłyszała nazwisko tego, który zakradł się do jej łóżka. Ów mężczyzna żądał, by nie robiono tyle hałasu o to, że książę St. Aldric zażył rozkoszy z pomocnicą barmana.

Po całej tej historii Maddie przez dwa miesiące pozostawała bez pracy, przejadając prawie całe skromne oszczędności. Po czym – zorientowawszy się, że na świecie pojawi się wkrótce nowa zależna od niej istota, zbyt malutka i zbyt bezbronna, by zrozumieć, w jakim znajdują się położeniu – za ostatnie pieniądze kupiła bilet do Londynu.

A teraz znajdowała się w domu para Anglii i piła herbatę w salonie, podczas gdy troje obcych ludzi za zamkniętymi drzwiami rozstrzygało o jej losie. Jedną z nich była Evelyn Hastings, która dobrze wiedziała, że nieślubny potomek księcia zasługuje na przyzwoite wykształcenie i na to, by mieć w życiu szansę na awans społeczny. I że w tym celu potrzebne są naprawdę spore pieniądze.

Licząc na to, że podczas ustalania finansowych warunków ugody, Evelyn okaże się jej orędowniczką, Maddie przypomniała sobie własne dzieciństwo. Rodzina, która wzięła ją na wychowanie, nie pozwoliła jej zapomnieć, że jest nieślubnym dzieckiem nieznanych rodziców, a szkoła z internatem, w której się następnie kształciła, nie ukrywała faktu, że płaci za nią jakiś tajemniczy dobroczyńca. Wskutek tego snuto na jej temat różne domysły, ale wysoka suma, którą wkrótce wpłacono, wystarczyła, by uciszyć wszelkie złośliwe plotki. Wykształcenie zaś pozwoliło jej zarabiać na życie pracą guwernantki, gdy dorosła.

Pomyślała teraz, że książę St. Aldric może swemu nieślubnemu dziecku zapewnić los znacznie lepszy. Jeżeli będzie to dziewczynka, pójdzie z pewnością do doskonałej szkoły, a później zapewni jej się debiut podczas londyńskiego sezonu i wyda się ją dobrze za mąż. Jeżeli natomiast urodzi się chłopiec, książę zadba o to, by zdobył dobry, poważany zawód i nawiązał sprzyjające karierze stosowne znajomości. Książę może także dziecko uznać, a w takim wypadku nie będzie się ono chowało bez rodziny. Zyska ojca, a ona, jego matka, upewniwszy się, że przyszłość dziecka jest zabezpieczona, spokojnie zniknie, zmieni nazwisko i rozpocznie życie od nowa.

I wszystko dla wszystkich dobrze się ułoży.

Gdy tak rozmyślała, otworzyły się drzwi i do salonu wszedł doktor Hastings wraz z żoną. A za nimi książę, który zamknął drzwi za sobą.

Boże kochany, ależ on przystojny! – pomyślała Maddie, patrząc na niego i starając się ukryć wrażenie, jakie na niej zrobił. Doszła do wniosku, że Pan Bóg, dając życie temu tak bajecznie bogatemu i potężnemu człowiekowi, obdarzył go wprost idealną urodą. Książę był bowiem wysoki i szczupły, a jednocześnie muskularny. Mięśnie jego nóg, opiętych białymi pończochami i wąskimi spodniami, były wyrobione dzięki konnej jeździe i innym aktywnościom, a cała sylwetka harmonijna i pełna gracji. Oczu księcia nie dało się opisać zwykłym słowem „niebieskie”, było ono bowiem zbyt pospolite. Turkusowe, błękitne, niebieskawozielone… Maddie szukała w myślach odpowiedniego słowa, lecz bezskutecznie. Tymczasem skupiła spojrzenie na blond włosach księcia, rozświetlanych ostatnimi promieniami popołudniowego słońca, które to włosy odgarnęła właśnie ze skroni pełnym gracji ruchem dłoń o smukłych długich palcach. Ta dłoń, choć delikatna, podobnie jak jego gładko ogolona twarz, nie miała w sobie nic kobiecego. Zarys szczęki i dołek w brodzie świadczyły o męskiej stanowczości, natomiast usta księcia…

Pamiętała je dobrze. Podobnie jak jego ramiona, okryte delikatnym materiałem koszuli, która pieściła jej skórę, gdy ją obejmował…

Poczuła na plecach przyjemny dreszczyk i ogarnęło ją poczucie winy. Pamiętała bowiem rzeczy, których przyzwoita kobieta pamiętać nie powinna i których nie należało kojarzyć z przyjemnością, bo przecież tamta noc przyniosła jej zgubę.

 

Pani Hastings zauważyła jej zdenerwowanie. Podeszła bliżej, usiadła obok na sofie i wzięła ją za rękę.

– No i co, Sam? – zwróciła się gniewnie do męża. – Co masz nam do powiedzenia?

– Panno Cranston – podjął lekarz, patrząc na Maddie ze współczuciem – obaj, książę St. Aldric i ja, jesteśmy pani winni przeprosiny. I jeszcze raz zapewniam panią, że nie grozi pani żadne niebezpieczeństwo.

– Tak, panno Cranston. Nie ma się pani czego obawiać… Tej nocy, kiedy się poznaliśmy…

– To znaczy wtedy, kiedy wszedł pan nieproszony do mojego pokoju – uściśliła.

– Tak, oczywiście. A więc, tej nocy byłem pijany. Tak pijany, że nie potrafiłbym znaleźć drogi do własnej sypialni, a tym bardziej do cudzej… Przysięgam, że wziąłem panią za kogoś innego.

No tak, pomyślała, wziął ją za kogoś innego. A ona sama zdradziła siebie, otwierając na jego przyjęcie ramiona tak, jakby oczekiwała kochanka, wbrew temu, że była przyzwoitą guwernantką.

– I zwracał się pan do mnie, używając imienia Polly – dopowiedziała, czując gniew nie tylko na niego, ale i na siebie.

– Miałem umówioną schadzkę i byłem pijany – powtórzył. – Pijany praktycznie bez przerwy od dobrych kilku miesięcy. I w tym czasie zrobiłem wiele okropnych rzeczy, ale nigdy nie zniewoliłem żadnej kobiety…

– Żadnej prócz mnie – poprawiła go, postępując niesprawiedliwie, bo przecież nie użył wobec niej siły.

– No tak – przyznał po chwili wahania. – Nie zrobiłem czegoś takiego nigdy przedtem. Ani nigdy potem. Tamta noc nauczyła mnie, jak nisko potrafi upaść człowiek, gdy użala się nad sobą i myśli tylko o własnej rozkoszy – dodał, patrząc na nią niczym niesforny uczeń obiecujący poprawę.

Odpowiedziała mu surowym spojrzeniem nieprzejednanej, karcącej guwernantki.

– Mnie natomiast – stwierdziła – tamta noc nauczyła tego, że nie należy ufać zamkom w drzwiach w pełnej gości gospodzie.

– Gdyby to było możliwe – mówił dalej książę – wymazałbym przeszłość i spowodowałbym, żebyśmy się nigdy nie spotkali. Ponieważ jednak nie jest to możliwe, postaram się wynagrodzić krzywdę, którą pani wyrządziłem. Przywrócę pani cześć. Sprawię, że niczego nigdy pani nie zabraknie, że nigdy pani udziałem nie będzie zwątpienie… Że będzie pani miała wszystko, czego pani potrzeba.

A więc wygrałam, przemknęło Maddie przez myśl, ponieważ książę ofiarowywał jej nawet więcej, niż pragnęła. Dzięki temu zacznie teraz nowe życie.

– Czy obiecuje pan to samo dziecku, które się narodzi?

– Oczywiście – odrzekł z uśmiechem.

– Zatem osiągnęliśmy porozumienie? Zawrzemy ugodę?

– Dziecku niczego nie zabraknie. Podobnie jak pani. Nie będzie się pani musiała starać o nisko płatną posadę w cudzym domu. Bo to pani będzie wynajmowała guwernantki. Będzie też pani miała dom. Albo, jeżeli pani zechce, kilka domów.

– Będzie pani miała opiekę – włączył się doktor Hastings. – Podobnie jak dziecko. A jeżeli nasze dzisiejsze propozycje pani nie zadowolą, będzie pani mogła je odrzucić i przedłożyć swoje własne…

Evelyn Hastings potwierdziła słowa męża skinieniem głowy i uścisnęła dłonie Maddie, a książę St. Aldric stanowczym tonem wpadł w słowo przyrodniemu bratu:

– Panno Cranston, zapewniam panią, że uznam dziecko bez żadnej dyskusji. W mojej rodzinie było dotychczas zbyt wiele sekretów powodujących liczne kłopoty. Więc ma pani moje słowo. Dziecko, które pani nosi, jest moje i będzie się ono cieszyło wszelkimi przywilejami, jakie mogę mu zaoferować.

– Dziękuję, Wasza Książęca Mość – powiedziała Maddie.

A więc udało się. Odniosła sukces. Jednak… czy nie okazało się to zbyt łatwe? – przemknęło jej przez głowę.

– Ale… – mówił dalej książę. – Jest pewna komplikacja, a raczej warunek.

Czyżby? – powiedziała w myślach. Jeżeli tak, to nie z mojej winy.

– Będę milczała. Nie powiem nikomu, jak doszło do poczęcia dziecka – zapewniła pospiesznie.

– Nie o to chodzi – stwierdził książę, przechadzając się nerwowo po pokoju. – Chodzi o to, że sześć miesięcy temu zachorowałem. Na świnkę. Gdybym był dzieckiem, choroba ta nie byłaby niczym poważnym…

– Zdaję sobie z tego sprawę. Kilkoro moich podopiecznych na to chorowało – wpadła mu w słowo Maddie. – Jednak co to ma wspólnego z naszą sprawą?

– Mam podstawy, by wątpić – odrzekł spokojnie – bym w konsekwencji tej choroby był zdolny spłodzić potomstwo.

– Wątpi pan zatem w prawdziwość moich oskarżeń? – zapytała Maddie, zrywając się z sofy.

– Ależ nie! – zaprzeczył natychmiast. – Wcale nie. Byłem oczywiście nimi zaskoczony, bo widzi pani… przed naszym spotkaniem w Dover spędziłem cztery miesiące, włócząc się po kraju i usiłując sobie samemu udowodnić własną potencję. Właśnie podczas jednej z takich… eskapad trafiłem na panią, szukając kogoś innego, z kim miałem się spotkać w jednym z pokojów gospody.

Był więc pijakiem i draniem pragnącym pokładać się z każdą napotkaną kobietą, tylko po to, by udowodnić własną męskość. Wcale jej to nie zaskoczyło. Założyła ręce na piersiach i mierząc go wzrokiem, czekała na dalszy ciąg.

– Nie jestem z tego dumny – mówił dalej, nie zwracając uwagi na jej karcącą postawę. – Chcę tylko, żeby pani znała prawdę. Przez sześć miesięcy żadna inna kobieta nie przyszła do mnie z takimi jak pani żądaniami. Gdyby któraś się pojawiła, powitałbym ją z radością, bowiem porzuciłem już nadzieję. Bałem się, co będzie z sukcesją. Zadawałem sobie pytanie, co będzie, jeżeli nie spłodzę syna, co stanie się z tytułem, włościami i żyjącymi w nich ludźmi… Przecież ja za owych ludzi odpowiadam, zapewniam im bezpieczny byt i środki do życia. A gdybym okazał się niezdolny do… – Wzruszył ramionami. – Widzi pani, jestem ostatnim członkiem mojego rodu pochodzącym z prawego łoża.

Zmrużyła oczy, słysząc to określenie. I pomyślała, że niektórzy ludzie są zbyt dumni z tego, jak zostali poczęci. Przecież w tej sprawie nikt nie ma wyboru.

– To nie usprawiedliwia tego, co się wydarzyło w Dover – odpowiedziała krótko.

– Wcale nie twierdzę, że usprawiedliwia. Po prostu chcę to pani wyjaśnić. Tamtej nocy spodziewałem się znaleźć kobietę, której nieobce są niebezpieczeństwa związane z takimi przypadkowymi spotkaniami. Ale pani… pani jest guwernantką, prawda?

– Byłam – poprawiła. – Teraz uzyskanie posady jest dla mnie całkiem niemożliwe.

– Rozumiem – powiedział, a ton współczucia w jego głosie zabrzmiał prawie szczerze. – Nie zamierzam odesłać pani z drobną sumą i obietnicą, że zajmę się dzieckiem, tak jakby była pani jakąś kobietą lekkich obyczajów twierdzącą, że nosi mojego bękarta.

Zrobił krok w jej kierunku, sprawiając, że się cofnęła i usiadła na sofie, a potem, nagle, przykląkł u jej stóp na jedno kolano.

– Zasługuje pani na coś lepszego – powiedział poważnie. – Zamierzałem pani wszystko sowicie wynagrodzić. I zrobiłbym to, gdyby pani została w gospodzie do rana. Dopilnowałbym też, żeby nie stało się pani nic złego. Nie zmusiłbym pani do poszukiwania mnie i do zwracania się do mnie z żądaniem zadośćuczynienia. Ale pani uciekła, zanim zdążyłem z panią porozmawiać – dokończył łagodnym tonem.

Do czego on zmierza? – zadała sobie w duchu pytanie Maddie. Czyżby spodziewał się, że wezmę na siebie część winy za obecną sytuację?

Nie zamierzała tego zrobić. Starała się jednak przypomnieć sobie, co czuła tamtej nocy. Chciała przypomnieć sobie uczucia, których nie była w stanie ogarnąć rozumem. Gniew, strach i poczucie winy, a także, musiała to przyznać, wstyd. Bowiem to, co czyniła z tym obcym mężczyzną, było zdradą… Zdradą w stosunku do jej ukochanego Richarda…

Którego już dawno nie było, ponieważ zaginął na wojnie, a ona pragnęła zachować w pamięci spędzone z nim chwile czystej miłości. Chwile, których miała nie zapomnieć do końca życia i nigdy nie żałować.

– Nie byłam w stanie przebywać ani chwili dłużej pod tym samym dachem, co pan – powiedziała.

I uciekła. Tak, uciekła, choć było to głupie z jej strony. Jakie jednak miała powody, by sądzić, że on za dnia obejdzie się z nią lepiej niż w nocy?