Diamenty lady Felkirk

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Christine Merrill
Diamenty lady Felkirk

Tłumaczenie:

Teresa Komłosz

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wszystko mnie boli.

William Felkirk, nie siląc się na otwarcie oczu, przeanalizował ostatnią myśl. Przesadził. Po prostu nie czuł się dobrze. Tak naprawdę dokuczała mu tylko głowa. Każdej operacji umysłowej towarzyszyło powolne, nieznośne pulsowanie w tyle czaszki.

Próbował przełknąć, ale brakowało mu śliny. Ile musiał wypić, żeby się doprowadzić do takiego stanu? Za nic nie potrafił sobie tego przypomnieć. Uroczystość z okazji chrztu bratanka, która odbywała się w domu Adama, przebiegała zdecydowanie zbyt dostojnie, żeby na niej poprzestać. Nie pamiętał jednak, by później dokądkolwiek się wybrał. Zresztą, skoro przebywał w Walii, dokąd mógłby się udać?

Powieki nadal miał zbyt ciężkie, by próbować je unieść, ale nie potrzebował wzroku do odnalezienia kryształowej karafki, stojącej przy łóżku. Łyk wody z pewnością by pomógł, jednak ramię opadło mu bezwładnie. Nie był w stanie zacisnąć zdrętwiałych palców na szyjce naczynia.

Z drugiego końca pokoju dobiegł odgłos podobny do westchnienia, a zaraz potem brzęk tłuczonej porcelanowej ozdoby. Te niezdarne pokojówki… Dziewczyna sprzątała wokół niego, jakby był jednym ze sprzętów. Naprawdę musiała krzyknąć „Budzi się!”, a w dodatku tak głośno, że słychać ją było w całym domu?

Jakby w odpowiedzi rozległy się pośpieszne kroki, zmierzające do drzwi, i głos, który polecił natychmiast wezwać księcia i milady.

W końcu otworzył oczy i spróbował usiąść, ale otoczenie prezentowało się niewyraźnie, a kręgosłup wydawał się zbyt wiotki, by utrzymać plecy w pionie. Gapił się na sufit i końcówki słupków wystających z ramy łóżka. Nadal przebywał w domu brata, ale przecież Penelope nie nosiła takiego tytułu ani przed poślubieniem Adama, ani obecnie; mówiła nawet ze śmiechem, że nie czuje się wystarczająco dostojnie jak na jej książęcą mość. Choć dopiero co wstała z połogu, miała dość sił, by pełnić rolę pani domu, nie przekazując obowiązków w inne ręce. Kim więc, u diabła, była owa milady?

Musiał się przesłyszeć. Pokręcił głową, co natychmiast wzmogło ból, podobnie jak łomot kroków na schodach i w korytarzu. Że też człowiek nie może w spokoju zmagać się ze wstydliwą przypadłością w postaci kaca! Znów spróbował przyjąć pozycję siedzącą; poczuł, jak czyjeś ramię podtrzymuje go z tyłu, unosi, jakby był dzieckiem, i opiera o poduszki.

– Grzeczny chłopiec – usłyszał głos Adama.

Najwyraźniej brat traktował go jak obłożnie chorego. Musiało być z nim gorzej, niż sądził.

– Może łyk wody? – Zamiast kubka, którego się spodziewał, poczuł na wargach dotknięcie zmoczonego ręcznika.

– Cholera! – zaklął i gniewnie szarpnął głową.

W gardle tak mu zaschło, że z trudem wydobywał z siebie głos. Zdołał jednak dać wyraz niezadowoleniu.

– Wolisz w kieliszku? – spytał Adam takim tonem, jakby się zdziwił. – Gdzie jest Justine? Znajdźcie ją, i to szybko.

Will poczuł przy ustach krawędź naczynia. Sięgnął po nie, ale ręka mu drżała tak mocno, że starszy brat musiał mu pomóc się napić.

Kryształowy kielich. Kryształowa woda. Zimna i słodka, spływała mu po języku zdrętwiałym niczym kołek. Pulsowanie w czaszce nieco zelżało.

– Lepiej – wychrypiał.

Od progu dobiegło następne kobiece westchnienie.

– Budzi się – powiedział Adam tonem jednocześnie łagodnym i przynaglającym. – Chodź tu do niego.

– Nie mam odwagi – zabrzmiał kobiecy głos, melodyjny alt z ledwie wyczuwalną naleciałością akcentu.

– Po tak długim czasie to ciebie musi zobaczyć jako pierwszą – odparł książę.

Czuł, jak brat wstaje, i zaraz potem inna dłoń pomogła mu utrzymać kielich.

Coś… nie, raczej ktoś pięknie pachniał tuż obok niego. Różami i cynamonem. Muślinowa tkanina przesunęła się miękko po jego nagim ramieniu, ciepłe, miękkie palce dotknęły barku, a potem czoła, odgarniając z niego włosy. Odzyskiwał zmysły i następowało to serią przyjemnych niespodzianek.

Kiedy był w stanie oderwać wzrok od palców na kielichu i spojrzeć dalej, zobaczył śliczną twarz w kształcie serca, ściągniętą wyrazem troski. Na widok takich rysów zawsze żałował, że nie umie malować ani nawet rysować, by zachować piękny wizerunek przy sobie na zawsze. Patrzące na niego oczy miały niezwykły odcień zieleni, barwę złotych pieniążków, spoczywających na dnie fontanny. Nie mógł oderwać od nich spojrzenia. Dostrzegł w nich smutek i lęk; przez moment wydawało mu się nawet, że widzi wzbierającą łzę. Pąsowe usta zadrżały. Złotorude włosy zakrywał skromny muślinowy czepek. Nieliczne luźne kędziory wokół twarzy zafalowały, jakby kobieta chciała się od niego odsunąć.

– Proszę się nie obawiać – powiedział.

Skąd się wzięła przy jego łóżku? I dlaczego sprawiała wrażenie takiej niepewnej? Umysł wciąż oblepiała mu wata, nie miał pojęcia, kim może być nieznajoma. Tylko jedno wiedział na pewno: nie chciał, żeby się go bała. Adam miał rację. Taki widok po przebudzeniu był darem, zwłaszcza gdy człowieka wprost piekielnie bolała głowa.

– Po tym wszystkim, co się stało, on martwi się o ciebie, Justine. – Adam zaśmiał się z wyraźnym zadowoleniem. – To znaczy, że w ogóle się nie zmieniłeś, Will. Tak się baliśmy… – Głos brata łamał się ze wzruszenia.

– Naprawdę? – odezwała się Penelope, żona Adama, gdzieś przy drzwiach. Brakowało jej tchu, jakby pędem wbiegła do pokoju.

Książę uciszył ją syknięciem.

– Im nas więcej, tym weselej – mruknął z rezygnacją Will.

Kiedy powoli odwrócił głowę i spojrzał na księżnę, odniósł wrażenie, że coś się nie zgadza. Właściwie zupełnie się nie zgadzało, poprawił się w myślach. Wyglądała, jakby była w ciąży. Zaledwie poprzedniego dnia uznał, że zeszczuplała. Spytał o stan jej zdrowia, na co jego brat odparł z troską, że niedawny poród bardzo ją wyczerpał i jeszcze nie doszła w pełni do siebie. A w tym momencie pulchna i krzepka stała w drzwiach sypialni.

Will zmarszczył czoło. Jeśli rodzina chciała mu zrobić kawał, to wysilała się na próżno. Wszyscy przyglądali mu się z uwagą, jakby na coś czekali. Nie miał pojęcia, o co im może chodzić. Ból w czaszce odezwał się ponownie; chciał potrzeć sobie skronie, ale ledwie miał siłę unieść rękę.

Kobieta siedząca przy łóżku chwyciła jego dłoń i ją rozmasowała, przywracając mu częściowe czucie w palcach. Następnie ułożyła ją ostrożnie na kołdrze i sama pogładziła go po czole. Ależ to było przyjemne! Gdyby nie czuł się taki zmęczony, odesłałby krewnych precz, żeby bliżej się z nią zapoznać. Choć początkowo wyczuł w niej wahanie, teraz nie wykazywała nawet cienia skrępowania.

Przybrał wygodną pozycję na poduszkach opartych o wezgłowie i westchnął. Potem wolno, ostrożnie rozprostował palce obu rąk. Sprawiło mu to pewną trudność, podobnie jak poruszanie palcami u nóg. Jednak kiedy uniósł rękę, udało mu się wskazać na naczynie z wodą. Piękna siostra miłosierdzia przytknęła mu do ust krawędź kielicha.

Przełknął wodę i oblizał spierzchnięte wargi.

– Czy ktoś mi wyjaśni, co się stało, czy mam się sam domyślić? Rozchorowałem się w nocy?

– Wyjaśnić? – odezwał się Adam, zabierając głos w imieniu grupy. – Co pamiętasz z ostatnich miesięcy, Will?

– Sezon, ma się rozumieć – odparł, żałując, że nie ma siły machnąć ręką. – I tę blond gąskę, którą próbowaliście mi swatać. Dlaczego uważasz, że możesz mi wybierać kandydatkę na żonę, skoro ja nie wtrącałem się do twojego wyboru? I jeszcze przyjazd do Walii na chrzciny. Z czego składał się poncz, że jestem w takim stanie? Z samego dżinu?

To miał być żart. Tymczasem na otaczających go twarzach malowała się zgroza. Wszyscy milczeli; w końcu Adam odchrząknął i oznajmił:

– Chrzciny były pół roku temu.

– Niemożliwe. – Przecież je pamiętał na tyle wyraźnie, na ile w ogóle mógł sobie cokolwiek przypomnieć. Rzeczywiście, wydawały mu się odległe, ale w końcu dopiero co oprzytomniał. Kiedy się otrząśnie…

– Pół roku – powtórzył książę. – Po przyjęciu wyszedłeś i nie chciałeś nam wyjawić, dokąd idziesz. Zapowiedziałeś, że przyjedziesz z niespodzianką.

– Co nią było? – zainteresował się Will. Skoro znajdował się w domu brata, uznał, musiał tu wrócić z opowieścią, która mogła tłumaczyć jego obecną kondycję.

– Miesiącami nie mieliśmy od ciebie żadnych wieści, a kiedy Justine przywiozła cię do domu, nie byłeś w stanie nic powiedzieć. Zdarzył się wypadek. Uznała, że najlepiej ci posłuży otoczenie rodziny, gdy… – Adam urwał, przejęty.

– Kim jest Justine? – spytał Will, rozglądając się wokół siebie.

Wyraz najwyższego zdumienia i zarazem lęku, malujący się na twarzy kobiety trzymającej go za rękę, wystarczył mu za odpowiedź.

– Naprawdę nie pamiętasz? – spytała.

Nie pamiętał i zarazem nie mógł zrozumieć, jak mógłby zapomnieć taką twarz i taki głos.

– Przypominam sobie chrzciny, ale nie ciebie.

Złociste oczy, szeroko otwarte, patrzyły na niego z niedowierzaniem.

Adam znów chrząknął; ten odruch występował u niego wtedy, gdy chciał się wykazać dyplomacją.

– Wygląda na to, że wiele ci umknęło i trzeba wyjaśnić różne sprawy. Jedno musisz wiedzieć przede wszystkim. Kobieta siedząca obok ciebie to lady Felkirk. – Zrobił pauzę. – Williamie, pozwól, że ci przedstawię twoją żonę Justine.

– Nie jestem żonaty.

Miał serdecznie dość tych niestosownych żartów. Próbował przerzucić nogę przez krawędź łóżka, żeby wstać i odejść, ale opadł na materac niczym ryba wyrzucona na brzeg. Zsunął się z posłania tak, że brat musiał go podtrzymać i przesunąć z powrotem na środek.

 

– Nie szkodzi. Najważniejsze, że następuje poprawa, reszta się nie liczy. – Głos należał do złotowłosego anioła, czyli jego rzekomej żony. Jak ją nazywali? Justine?

To imię, choć równie piękne jak kobieta, która je nosiła, zupełnie nic mu nie mówiło.

Adam znów pochylił się nad łóżkiem; uśmiechał się, jakkolwiek z pewnym wysiłkiem.

– Justine sprowadziła cię do domu i od tego czasu leżałeś bez przytomności. Obawiałem się, że już nigdy… – Nastąpiła pauza, a po niej ciężkie westchnienie.

Najwidoczniej ojcostwo zmiękczyło charakter brata, pomyślał Will, nie mógł bowiem przypomnieć sobie, by wcześniej słyszał u niego tak rzewny ton.

– Lekarze nie dawali nam wielkiej nadziei. Widzieć, jak się budzisz, prawie taki jak dawniej…

Zatem rozbiłem sobie głowę. Zupełnie tego nie pamiętał, ale z pewnością to tłumaczyło nieznośne pulsowanie w czaszce.

– Co się stało?

– Spadłeś z konia.

To akurat brzmiało prawdopodobnie. Czasami zdarzało mu się szarżować, kiedy siedział w siodle. Jednak jego stary przyjaciel Jupiter z reguły zachowywał się spokojnie, o ile jeździec odpowiednio mocno trzymał wodze. Ale żona… Spojrzał na kobietę przy łóżku, oczekując, że i ona doda od siebie jakieś wyjaśnienie.

– Spędzaliśmy nasz miesiąc miodowy – odezwała się łagodnie, jakby chciała pobudzić jego wspomnienia. – Poznaliśmy się w Bath na początku lata.

Nadal nic. Co robił w Bath? Nie znosił tego miejsca z paskudnymi wodami zdrojowymi, pełnego spiskujących matek z córkami, którym w Londynie nie udało się złapać odpowiedniego kandydata na męża.

– Jestem pewna, że miałeś w planach ożenek, kiedy nas opuszczałeś – wtrąciła tonem zachęty Penny. – Obiecywałeś nam niespodziankę, ale nie przypuszczaliśmy, że będzie aż tak radosna. Kiedy Justine wróciła z tobą… – Zawiesiła głos, wzruszona jak jej mąż. – Była dla ciebie bardzo dobra. Dla nas wszystkich. Nigdy nie straciła nadziei. – Udając, że musi doprowadzić do porządku zaparowane okulary, Penny wyciągnęła chusteczkę i dyskretnie otarła łzy.

Tylko kobieta zwana Justine sprawiała wrażenie całkiem spokojnej, jakby powrót sprzed bram śmierci męża, który zupełnie jej nie pamiętał, nie stanowił niczego szczególnego. Odezwała się rzeczowym tonem.

– Będzie dobrze. Wszystko przebiega lepiej, niż mogliśmy się spodziewać.

– Pewnie, doznanie wstrząśnienia mózgu i utrata pół roku życia to doprawdy błahostka, jest co świętować – rzekł ze złością Will.

Może piękna nieznajoma wcale nie zasługiwała na jego gniew? A może upiła go i zdzieliła w łeb, pozbawiając przytomności, żeby móc udawać jego żonę? Tyle że to nie miałoby sensu. Nie posiadał ani majątku, ani tytułu, żeby być celem tego rodzaju podstępu. Gdyby chciała go skrzywdzić, po co przywoziłaby go później do jego rodzinnego domu? I po co by się nim opiekowała, pomagając odzyskać zdrowie?

Tajemnicza Justine zignorowała jego groźną minę i odpowiedziała z uśmiechem.

– I owszem, jest co świętować. Lekarz twierdził, że nigdy się nie obudzisz, a jednak się to stało. A teraz, kiedy już będziesz mógł normalnie jeść, szybko nabierzesz sił.

Czyżby mu się zdawało, że dostrzegł w jej oczach przelotny cień, jakby jego powrót do zdrowia oznaczał nie tylko błogosławieństwo?

Może była równie skołowana jak on sam? A może ją zranił? Zadał sobie trud, żeby się z nią ożenić, a potem całkiem o niej zapomniał. A teraz złościł się na nią, winiąc ją za swój ból głowy. Czy przed wypadkiem traktował ją podobnie? Może to małżeństwo było pomyłką? Jeśli tak, to nie mógł jej mieć za złe, że na chwilę zapragnęła, by jego długotrwała choroba skończyła się, dając jej wolność.

Kiedy znów na nią spojrzał, twarz miała promienną niczym letni dzień. Musiało mu się zdawać, że widzi na niej wątpliwości, pewnie dał się zasugerować własnym urojeniom. Gdyby czuł się mocniejszy i miał okazję trochę ją przepytać, wszystko stałoby się jasne. Na razie należy poskromić niedorzeczne domysły i po prostu czekać. Odruchowo pokręcił głową i natychmiast tego pożałował, bo ból wrócił ze zdwojoną siłą.

Pochyliła się nad nim, sięgając po wilgotny ręcznik, leżący po drugiej stronie łóżka; przytknęła mu go do czoła.

Skąd wiedziała, że to przyniesie mu ulgę? Nieważne. Jeśli zgadywała, to udało jej się trafić w sedno. Ujął jej dłoń i lekko uścisnął; miał nadzieję, że odbierze ten gest jako wyraz wdzięczności. Ból stopniowo zanikał, wątpliwości wręcz przeciwnie. W kształcie dłoni, którą trzymał, nie znajdował nic znajomego. Przecież gdyby rzeczywiście ją poślubił, ten dotyk nie powinien mu się wydawać całkowicie obcy. Starając się ukryć nagłe skrępowanie, cofnął rękę.

Upewniła się, że kompres leży stabilnie i nie powinien się zsunąć, po czym splotła dłonie na kolanach, jakby i jej przerwanie cielesnego kontaktu sprawiło ulgę.

Można było odnieść wrażenie, że tylko oni dwoje czują się ze sobą niekomfortowo; reszta osób zebranych w pokoju nie kryła radości.

– Jak tylko będziesz gotowy, przeniesiemy cię na dół – orzekła Penny. – Może postaramy się o wózek inwalidzki, żebyś mógł zażywać słońca w ogrodzie.

– Nonsens.

Znów próbował wstać; tym razem poczynił znaczący postęp, zdołał przerzucić obie nogi przez krawędź łóżka i przyjąć pozycję siedzącą. Kompres zsunął się z czoła i prawie natychmiast potem zakręciło mu się w głowie i poczuł, że zaczyna opadać na bok.

I tym razem Adam pośpieszył z pomocą, chwycił go za ramię i przytrzymał.

– Powoli. Staraj się nadmiernie nie forsować. Jeśli sobie tego nie życzysz, nie posadzimy cię na wózku inwalidzkim. Stopniowo dojdziesz do siebie i ani się obejrzymy, jak będziesz spacerował o własnych siłach.

– Nie musisz próbować tego robić już teraz – wtrąciła z naciskiem Penny. – Wypoczynek nadal jest najważniejszy. Tak samo jak spokój. Na razie zostawimy was samych.

– Nie.

– Tak.

Will i Justine odezwali się jednocześnie.

– Potrzebujesz odpoczynku – przypomniała i delikatnie położyła mu dłoń na piersi, próbując go nakłonić, by znów się położył. – Później będziemy mieć dość czasu na rozmowy.

– Odpoczywałem aż nadto długo – obruszył się Will. – Jeśli mam wam wierzyć, to przespałem całe miesiące.

Prawdopodobnie kobieta miała rację. Po tym, w końcu niewielkim, wysiłku ból głowy znów zaczął mu nieznośnie dokuczać. Potrzebował czasu, żeby się zastanowić. Wcześniej musiał jednak usłyszeć odpowiedzi na kilka pytań. Justine musiała wiedzieć więcej, niż mu wyjawiła, mimo że na jej ślicznej buzi malowała się niewinność.

– Wyjdźcie wszyscy. Proszę – dodał, widząc niemile zaskoczone miny. – Przyślijcie tu mojego kamerdynera. Po tak długim czasie spędzonym w pościeli chcę się umyć i ubrać. Zanim on tu dotrze, porozmawiam z żoną.

– Oczywiście – rzekł Adam i uśmiechnął się z ulgą. – Jeśli poczujesz się na siłach, możesz zejść do jadalni na obiad, a jak nie, to każemy ci przynieść tacę na górę. Tak czy inaczej… – Podszedł do brata i mocno uścisnął mu dłoń. – Dobrze widzieć, że wracasz do zdrowia. Chodź, Penny, z pewnością mają do omówienia wiele spraw, które nas nie dotyczą.

Zamknęli za sobą drzwi i Will został sam na sam z kobietą, która twierdziła, że jest jego żoną. Stłumił w sobie wzbierającą panikę. Wciąż był zbyt słaby, aby się bronić, gdyby okazała się nie aż tak łagodna, na jaką wyglądała. Z drugiej strony, z jakiego powodu postrzegać miłą, słodką istotę jako zagrożenie? Gdyby chciała wyrządzić mu krzywdę, wcześniej miała ku temu wystarczająco dużo okazji.

Tylko czy świeżo poślubiona małżonka nie powinna okazywać większej radości na wieść, że mąż powraca do żywych? Jeśli go kocha, dlaczego tkwi przy łóżku, milcząc, z miną skazańca? Coś mu w niej nie pasowało. Nie potrafił sprecyzować wątpliwości, zresztą, było ich tak wiele…

Kobieta jakby wyczuła jego nastrój, uśmiechnęła się niepewnie i znów przyjęła rolę pielęgniarki.

– Mogę ci coś podać? Zrobić coś, żeby było ci wygodniej?

– Jesteś wyjątkowo troskliwą siostrzyczką miłosierdzia – pochwalił, choć w jego tonie trudno byłoby się doszukać wdzięczności. – W tej chwili nie potrzebuję niczego poza zakończeniem tej niedorzecznej maskarady.

– To nie maskarada. – Sprawiała wrażenie raczej zdumionej niż przestraszonej. – Nie próbujemy cię oszukać. Zostałeś ranny i byłeś nieprzytomny przez kilka miesięcy. Podejdź do okna, to sam zobaczysz. Chrzciny odbyły się podczas Wielkanocy. Wiosna dawno minęła, lato również. Liście opadają z drzew, a wieczorami robi się zimno.

– Nie potrzebuję, żebyś mi opowiadała o pogodzie – odparł ze złością, zerkając na szare niebo za oknem. – Sam widzę, jak wygląda, i wiem, że doznałem urazu, bo cały czas mnie boli. – Ostrożnie przejechał dłonią po włosach i zdziwił się, wyczuwszy bruzdę po ranie na czaszce. – To nie tłumaczy całej reszty.

– Jakiej reszty? – spytała, choć przecież musiała dobrze wiedzieć, o co mu chodzi.

– Ciebie. Kim naprawdę jesteś? I co cię ze mną łączy? – Spojrzał w szeroko otwarte zielone oczy. – Bo mógłbym przysiąc przed Bogiem, że nie jesteś moją żoną.

– Williamie! – rzuciła z oburzeniem, jeśli udawanym, to całkiem przekonująco.

– Tak właśnie się nazywam. A ty?

– Justine, ma się rozumieć.

– A zanim mnie poślubiłaś? – Nie mógł sobie darować kpiącego tonu.

– Chodzi ci o moje panieńskie nazwisko? De Bryun. – Zrobiła pauzę, jakby czekała, że ta informacja pobudzi jego pamięć. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

– Tak twierdzisz. Teraz pewnie się dowiem, że jesteś sierotą.

– Owszem. – Głos nie pozostawiał wątpliwości, że czuje się dotknięta jego zachowaniem.

W przyszłości mógł żałować, że tak szorstko ją traktował, jednak w tym momencie miał dość własnych problemów.

– Zatem nie masz nikogo, kto mógłby potwierdzić twoją tożsamość.

– Mam siostrę, ale nie była obecna na naszym ślubie, podobnie jak twoja rodzina.

– Ożeniłem się bez wiedzy bliskich? – Penny już wcześniej to sugerowała, ale to nie zmieniało faktu, że nie potrafił dostrzec sensu w wydarzeniach, o których mu opowiadano. – Czyli żadne z nas nie przejmowało się uczuciami najbliższych. Tak po prostu, nagle… – z pewnym wysiłkiem zdołał pstryknąć palcami – …postanowiliśmy wziąć ślub.

– Omówiliśmy wszystko zawczasu – zapewniła. – Stwierdziłeś, że na powiadomienie rodziny będzie czas później i że twój brat zachował się wobec ciebie tak samo.

Rzeczywiście tak było. Czyżby oba małżeństwa zostały zawarte równie nagle i niespodziewanie? Ponadto Adam przyznał, że też nie zapamiętał swojego ślubu. Owszem, okoliczności może i były podobne, ale on, Will, prezentował więcej rozsądku niż starszy brat i nigdy by tak nie postąpił.

– Mogłaś poznać szczegóły dotyczące ślubu księcia w jakikolwiek inny sposób – stwierdził.

Westchnęła jak uczennica zmuszana do recytowania zadanej lekcji.

– Ale nie poznałam ich w inny sposób. Dowiedziałam się od ciebie. Powiedziałeś, że twój ojciec miał na imię John, a matka Mary, książę i księżna Bellston. Miałeś jedną siostrę, ale zmarła wkrótce po narodzinach. Opowiedziałeś mi o swoim bracie. Dlatego cię tu przywiozłam. Z jakiego innego powodu bym to zrobiła, jeśli nie z miłości?

To w istocie przedstawiało zagadkę. Potarł skronie; głęboko wierzył, że musi istnieć logiczne wytłumaczenie tego wszystkiego, ale poszukiwanie go w obecnym stanie okazywało się zbyt poważnym wysiłkiem dla jego obolałej głowy.

– Mogłaś wyczytać te rzeczy w pierwszym lepszym herbarzu.

– Albo usłyszeć je od ciebie – sprostowała cierpliwie. – A w tym, że nie mam rodziców, nie widzę niczego nadzwyczajnego. W końcu ty też ich nie masz.

Trudno było zaprzeczyć. Dlaczego więc jej sieroctwo wydało mu się aż tak znaczące? Ostrożnie pokręcił głową, bo wciąż czuł się jak popękana figurka z porcelany.

– Domyślam się, że mógłbym cię tak przepytywać godzinami i na wszystko znalazłabyś odpowiedź. Pozostaje pytanie, na które raczej nie udzieliłabyś mi zadowalającego wyjaśnienia. Mianowicie, co miałoby mnie skłonić do ożenku?

– Zapewniałeś, że mnie kochasz – usta jej drżały, choć wcale nie wyglądała na bliską płaczu – ale nie chciałam się z tobą przespać, zanim się nie pobierzemy.

Wytłumaczenie nie było dla niego zbyt pochlebne. Jednak zawierało więcej sensu niż wszystko inne, co od niej usłyszał.

– Akurat w to, że chciałem się z tobą przespać, mogę uwierzyć. W przeciwieństwie do pamięci, wzrok wciąż mam sprawny.

 

Wpatrywał się w jej piękne włosy, te nieschowane pod skromnym czepkiem. Mimo wyczerpania i irytacji spowodowanej sytuacją, miał ochotę zerwać jej z głowy muślinowe nakrycie, by móc w pełni podziwiać złocistorude pukle.

– Jesteś piękna i masz tego świadomość, prawda? Chyba nie będziesz udawać, że nie wiesz, jakie wrażenie robisz na mężczyznach? Dlaczego wybrałaś właśnie mnie?

– Ponieważ uznałam, że jesteś miły i że będziesz dobrym mężem. – Ton jej głosu zdradzał, iż przeżyła w tym względzie rozczarowanie. Odwróciła wzrok. – Rzeczywiście nic nie mogę poradzić na to, jak wyglądam i jak inni mnie postrzegają.

– Nie rozumiem, dlaczego miałabyś chcieć wyglądać inaczej – odrzekł szczerze.

Gdy spojrzał jej w twarz, dostrzegł malujące się na niej żal i bunt, jakby uważała urodę raczej za balast niż atut. Prosty, wręcz surowy strój niewiele się różnił od uniformu służącej. Czepek uszyty z gładkiego materiału, bez koronkowych ozdób czy wstążek, również nie zdradzał śladów próżności. Jeśli próbowała ukryć swoje walory, to nieskutecznie. Skromna oprawa sprawiała, że jej uroda lśniła tym mocniejszym blaskiem.

– Zachowujesz się tak, jakbyś teraz, kiedy już masz, czego pragnąłeś, winił mnie za to, co się stało. – Bezwiednie dotknęła ręką czepka i ukryła pod nim kilka niesfornych kosmyków. – Nie wciągnęłam cię w małżeństwo, którego nie chciałeś. Tak jak nie zostawiłam cię rannego na pastwę losu. Wątpię, bym zdołała przedstawić zadowalające dowody, że mówię prawdę. A czy ty możesz dowieść, że zrobiłam coś złego? Dałam ci to, czego ode mnie chciałeś, i zapewniłam ci pomoc w nieszczęściu. Żyjesz dziś tylko dlatego, że cię pielęgnowałam. Przykro mi, że nie mogę ci zaoferować niczego więcej.

Nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Jeśli rzeczywiście była jego żoną, to wykazywała dużą cierpliwość. Miała powody oburzać się na niego za nieprzyjemne traktowanie. Tymczasem w jej głosie nie słyszał złości, tylko rezygnację. Gdyby nie to, że zamiast obrazu ich wspólnej przeszłości miał w głowie niepokojącą pustkę, natychmiast by jej uwierzył i przeprosił ją.

– Przyznaję, że jestem ci winien wdzięczność – odezwał się po chwili. – Jednak w tym momencie nie potrzebuję twojej pomocy. Proszę, idź się przygotować do obiadu. Może spotkamy się przy stole, a porozmawiamy później.

– Bardzo chętnie, milordzie.

Kłamała, ma się rozumieć. Podniosła się z łóżka i wykonała ruch przypominający dygnięcie. Następnie opuściła pokój krokiem tak żwawym, jakby chciała uciec z niego jak najszybciej.