Prezent na Gwiazdkę

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Penny Jordan
Prezent
na Gwiazdkę

Tłumaczenie:

Ewa Pytlińska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Jaz uniosła dłoń i delikatnie przycisnęła guzik windy. Była dziś w dziwnym, melancholijnym nastroju. Próbowała wiele razy przywołać się do porządku, ale nie przyniosło to pożądanego rezultatu. Usłyszała zbliżające się kroki i spojrzała machinalnie w stronę przybysza, lecz natychmiast odwróciła wzrok. Przez moment miała ochotę z powrotem wbiec po schodach na piętro, na którym znajdował się jej apartament, jak gdyby chciała uciec przed swoim przeznaczeniem. Stała jednak bez ruchu, niczym przykuta do chłodnej marmurowej posadzki holu, i nawet nie drgnęła. Po chwili westchnęła ciężko. Do diabła, on był naprawdę zabójczo przystojny, a przynajmniej na niej już od samego początku robił piorunujące wrażenie. W przytłumionych światłach foyer prezentował się po prostu wspaniale. Był bardzo wysoki i wyjątkowo dobrze zbudowany, a poza tym emanował jakąś niezwykle pozytywną energią. Oboje stali i w milczeniu czekali na windę. Po plecach Jaz przemknął dreszcz podniecenia.

Po chwili nieznacznie zbliżył się do niej i stanął tak, że była zupełnie niewidoczna dla wszystkich mijających ich osób, jak gdyby nie chciał, by ktokolwiek inny, oprócz niego, na nią patrzył. A może jej się tylko zdawało? Może to jej wybujała wyobraźnia? Może również tylko wydawało się jej, że niedwuznacznie omiótł ją spojrzeniem? Niczego już nie była pewna. Miała cichą nadzieję, że nie dostrzegł tego, jak bardzo się jej podoba. I tak był już dostatecznie pewny siebie. Sama nie wiedziała, czy to z powodu jego spojrzenia, czy raczej jej własnych myśli, ale cały czas czuła jakieś przedziwne wewnętrzne rozedrganie i podniecenie.

Zaraz, zaraz, zbeształa się w duchu, nie po to przecież tu przyjechałam, żeby komplikować sobie życie. Z trudem spróbowała skoncentrować uwagę na właściwym celu swego pobytu w Nowym Orleanie. Przyjechała tu do pracy, a nie po to, by wdawać się w jakieś przelotne flirty czy romanse i pod żadnym pozorem nie powinna o tym zapominać. W Londynie, to znaczy w Cheltenham, pracowała w ekskluzywnym domu towarowym jako dekoratorka wnętrz i witryn sklepowych. Właścicielem tego domu był jej ojciec chrzestny, wuj John. I mimo że wuj nosił się właśnie z zamiarem sprzedania tego domu, Jaz postanowiła utrzymać swoją pozycję. Nadchodził więc dla niej czas próby i chciała udowodnić sobie i światu, że nie popełniła błędu, wybierając tak nietypową, w przekonaniu jej rodziców, drogę. Nigdy nie zrozumieli, jak może przedkładać studia w Wyższej Szkole Artystycznej nad przywiązanie do rodzinnej farmy, na której się wychowała. Z wielkim trudem, i to tylko dzięki wsparciu ojca chrzestnego, zaakceptowali ten, ich zdaniem, dziwny pomysł swojej jedynaczki. Zawsze podkreślali, jak wiele ich to kosztowało.

Wujowi zawdzięczała również pracę, którą kochała ponad wszystko. Wiedziała jednak, że rodzice cały czas marzą po cichu o tym, że pozna kiedyś jakiegoś uroczego farmera, zakocha się w nim po uszy i dzięki temu powróci do swojego dawnego stylu życia. Ale ona przysięgła sobie już dawno, że nie zakocha się w facecie, który nie będzie rozumiał jej fascynacji sztuką i potrzeby tworzenia. Zdawała sobie sprawę ze swoich możliwości. W końcu nie na darmo zabiegały o nią znane domy mody w jej rodzinnym mieście. Była dobrze wykształcona, utalentowana i ambitna, a do tego czuła się wolna i nie chciała burzyć tego swojego świata, o który tak długo musiała walczyć. Kochała swoich rodziców, ale za nic nie chciałaby związać się z człowiekiem pokroju jej ojca, choć musiała przyznać, że ojciec był dobry, wyrozumiały i szczodry.

Otrzymała wiele korzystnych propozycji w Londynie, postanowiła jednak być wierna domowi towarowemu wuja. Ten niezwykły dom założony został jeszcze przez dziadka jej wuja, ponad sto lat temu. A teraz wuj John, jako że dobiegał już osiemdziesiątki, zaczął rozglądać się za jakimś godnym następcą, który przejąłby ten dom towarowy, nie zmieniając jego profilu. Głównie zgłaszali się ze swoją ofertą bogaci Amerykanie, ale wuj cały czas miał wątpliwości, czy ktoś urodzony po drugiej stronie Atlantyku będzie w stanie utrzymać specyficzną atmosferę starego angielskiego sklepu. Nie miał bezpośredniego spadkobiercy i w końcu postanowił, że jednak przekaże sklep w ręce jakiejś zamożnej amerykańskiej rodziny, która zobowiąże się poprowadzić go dalej zgodnie z dotychczasowymi założeniami. Ostatecznie wybór wuja padł na rodzinę Dubois i Jaz całkowicie się z nim zgadzała. To byli wyjątkowi ludzie, tak jak wyjątkowy był sklep wuja Johna.

Z rozmyślań wyrwał ją subtelny dzwoneczek, oznajmiający, że winda właśnie się zatrzymała. Drzwi rozsunęły się bezszelestnie i Jaz, nie zwlekając, weszła do środka. Czuła obecność tego niezwykłego mężczyzny tuż za sobą i nie mogła się oprzeć, by nie zerknąć na niego przez ramię. Zwilżyła suche wargi i z przerażeniem stwierdziła, że ekscytuje ją myśl, że już za chwilę zamkną się drzwi i będzie w windzie sam na sam z tym przystojniakiem. Raz jeszcze zerknęła na niego i poczuła kolejny dreszcz podniecenia.

– Zobaczyłaś coś, co ci się spodobało, moja śliczna? – zapytał z niejaką nonszalancją.

– Być może – odparła, patrząc mu prosto w oczy. Musiała być czujna, uprzedzano ją, że Nowy Orlean jest siedliskiem zniewalająco przystojnych i pewnych siebie mężczyzn. Wstrzymała na chwilę oddech w oczekiwaniu na odpowiedź.

Ukradkiem zerknęła na jego odbicie w lustrze. Przystojny jak cholera, pomyślała ze złością. I ta rozpięta koszula... Wyobraziła sobie przez moment, że leżą gdzieś na łące, a ona całuje właśnie to odsłonięte miejsce. Poczuła, jak ogarnia ją podniecenie i nic nie pomogło, że była na siebie za to wściekła. W żaden sposób nie mogła przywołać się do porządku. Po chwili uzmysłowiła sobie, że jeszcze nigdy w życiu nie reagowała tak na żadnego mężczyznę. Miał w sobie coś magicznego, wprost nie mogła oderwać od niego oczu. Był świetnie ostrzyżony i doskonale ubrany – idealnie skrojony garnitur i nieskazitelnie biała koszula czyniły go jeszcze bardziej pociągającym. I tylko jego ręce, które już na pierwszy rzut oka wyglądały na wyjątkowo spracowane, zaburzały ten ład i harmonię. Nie mogła nad sobą zapanować, jej oddech stawał się coraz szybszy, a źrenice wyraźnie się powiększyły.

Jak przez sen usłyszała jego głos:

– Śmiało, moja śliczna, weź to, czego pragniesz. Nie mylę się przecież, że pragniesz tego, prawda? – szeptał zmysłowo.

Nie wiedziała, jak to się stało, że nagle znalazła się tuż przy nim, a jej dłoń niespodziewanie spoczęła na jego torsie. Spojrzała mu w oczy. Boże, co za błękit, czegoś podobnego jeszcze w życiu nie widziała. Taki intensywny i głęboki...

– Nie... nie mogę – wyjąkała, zażenowana własnym zachowaniem. – Nie tutaj – dodała po chwili.

– Urocza z ciebie kłamczucha – uśmiechnął się nonszalancko. – Mógłbym cię mieć tu i teraz, dobrze o tym wiesz. Mam ci to udowodnić? – szepnął.

Poczuła, jak się czerwieni, ale nie spuszczała z niego wzroku.

– Uważaj, kochanie – jego głos brzmiał jak ostrzeżenie – bo nie zapanuję nad sobą i będę musiał spełnić to, o co błagają mnie twoje piękne oczy.

Jaz zdołała jedynie pokręcić głową, ale było już za późno na odmowę, a przynajmniej miała takie wrażenie. Przyparł ją do jednej ze ścian windy i poczuła na wargach jego gorące usta, a w nozdrzach jego podniecający zapach. A więc to była prawda, a nie sen. Zadrżała, gdy położył rękę na jej piersi i zaczął ją delikatnie pieścić.

Otworzyła oczy, wiedziała, że powinna przywołać się do porządku, ale nadaremnie. Pragnęła go całą sobą, tak samo jak on jej.

Nagle drzwi windy otworzyły się, przerywając tę pełną namiętności scenę. Jaz czuła, że jej twarz płonie, czuła, jak drżą jej kolana. Nurtowało ją, czy zrobiliby to, gdyby winda nie zatrzymała się na piętrze.

– Idziemy do ciebie? – Usłyszała jego zmysłowy szept tuż koło ucha.

Bezradna spojrzała na niego i nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Był tak inny od mężczyzn, których znała do tej pory i wszystko potoczyło się także całkiem inaczej niż zwykle. Poza tym do tej pory była zajęta udowadnianiem światu, że podoła temu, na co się porwała i nie poświęcała zbyt wiele uwagi i czasu mężczyznom.

Gdy znaleźli się pod jej drzwiami, otworzyła torebkę w poszukiwaniu klucza i zaczęła nieśmiało:

– Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł...

Ale mężczyzna bez słowa wziął od niej torebkę i już po chwili drzwi do jej mieszkania były otwarte.

– Nie sądzisz? Więc nie pragniesz mnie już? – Objął ją mocno wpół i gorąco pocałował.

Jaz miała wrażenie, że topnieje i rozpływa się w jego ramionach. Nie wiedziała, kiedy i jak zatrzasnęły się za ich plecami drzwi i poczuła jego ręce na swoim rozedrganym ciele.

Boże, co on ze mną robi, przemknęło jej przez myśl. Ależ on zna ciało kobiece! Jest niebezpieczny i ekscytujący, i to nie na żarty. Poczuła płomienny żar i głód, jakich dotąd nie znała. Nic się już nie liczyło, tylko ona i on. Zaplotła ręce wokół jego szyi i odpowiedziała mu namiętnym pocałunkiem.

– A więc jednak mnie pragniesz.... – szepnął z satysfakcją, wziął ją na ręce i ruszył w stronę łóżka.

Nie protestowała. Od momentu kiedy go zobaczyła po raz pierwszy w restauracji, gdzie wspólnie z jego matką zjedli kolację, wiedziała, że tak się to skończy.

Księżyc przeświecał przez muślinowe zasłony, oświetlając jej nagie piersi. Wszystko wydawało się jej takie inne, takie nowe, takie dziwne. Gdy nachylił się nad nią, bez namysłu zaplotła swoje zgrabne długie nogi wokół jego bioder. Pragnęła wreszcie poczuć go w sobie. Poruszali się w szalonym rytmie, a wraz z nimi falował cały świat. Zdawało jej się, że oboje znaleźli się w jakimś niekończącym się transie. Pragnęła już tylko spełnienia... A było jak piorun z jasnego nieba.

 

Caid leżał obok śpiącej Jaz i wpatrywał się w jej twarz. Była niezwykle drobna i delikatna, a przy tym tak nadzwyczaj zdecydowana. Wzięła go szturmem i szturmem wdarła się w jego życie. Musiał przyznać sam przed sobą, że budziło to jego zdziwienie, znali się przecież zaledwie kilka dni. Dowiedział się jednak sporo o Jaz z opowieści jej chrzestnego ojca i dzięki temu nie była dla niego tylko piękną nieznajomą, bo już całkiem dużo o niej wiedział. Na przykład, że wychowała się na farmie, a jej praca w firmie wuja była w zasadzie swoistą manifestacją niezależności i że jej rodzice liczyli na to, że kiedyś powróci do swoich korzeni. Zresztą on ze swej strony nigdy nie związałby się z kobietą, która nie dzieliłaby jego zamiłowania do życia na wsi i marzenia, by ich dzieci wychowywały się na farmie, w otoczeniu przyrody, u boku matki zawsze gotowej, by im pomóc. Jego matka całe życie jeździła po świecie i nigdy nie miała dla niego czasu. Kiedy jej naprawdę potrzebował, nigdy nie było jej w domu. Sieć sklepów, którą od lat posiadała jej rodzina, była zawsze na pierwszym miejscu, ważniejsza nie tylko od niego, ale i od wszystkiego innego na świecie. Zresztą matka nawet nie usiłowała ukryć przed Caidem, że jego poczęcie było czystym przypadkiem. Dotknęła go tym do żywego. W końcu, gdy ojciec nie miał już dłużej ochoty znosić ciągłej nieobecności swojej żony, rodzice się rozwiedli. I wtedy Caid podjął żelazne postanowienie, że nie zgotuje swoim dzieciom takiego samotnego i bolesnego dzieciństwa. Nigdy nie zapomni, jak bardzo czuł się opuszczony, gdy jego ojciec zginął w wypadku samochodowym. Nawet wówczas matki nie było przy nim, bo miała na głowie ważniejsze sprawy. Doskonale pamiętał, jak bardzo go to bolało, jak bardzo rozpaczał. Miał wtedy zaledwie jedenaście lat i to na niego spadł koszmarny obowiązek zidentyfikowania zwłok. To było po prostu straszne. Nie sposób wyrazić, jak bardzo był wówczas przerażony i samotny, a do tego wściekły na matkę za to, że go zostawiła w tak trudnej sytuacji. Poprzysiągł sobie wtedy, że nigdy nie sprawi swoim dzieciom takiego bólu.

Dlatego też, jeśli chodzi o związki z kobietami, był bardzo ostrożny. Aż do tamtego pamiętnego dnia, do spotkania z Jaz. Kiedy wszedł wówczas do restauracji, w której odbywało się spotkanie rodziny jego matki z ojcem chrzestnym Jaz, wystarczył mu jeden rzut oka i wiedział, że on i Jaz należą do siebie. Zresztą i jej reakcja była jednoznaczna. Nie umiała ukryć, że zrobił na niej duże wrażenie. To nie mógł być przypadek, to musiało być przeznaczenie, bo przecież do tego spotkania mogło w ogóle nie dojść. Caid od dawna miał alergię na tego typu biznesowe spotkania. Jeśli tylko mógł, starał się w nich nie uczestniczyć. Najchętniej w ogóle wycofałby się z rodzinnych interesów, ale na razie nie było to możliwe, gdyż jego dziadek pozostawił mu w spadku sporą część swoich udziałów, a matka posunęła się nawet do emocjonalnego szantażu, wymuszając na nim, by pełnił w ich rodzinnej firmie funkcję doradcy finansowego. To prawda, że miał w tym kierunku odpowiednie wykształcenie, ale co z tego, jeśli jednocześnie nie miał na to najmniejszej ochoty. Matka upierała się też, żeby uczestniczył we wszystkich spotkaniach dotyczących przejęcia ekskluzywnego domu towarowego pod Londynem. Dom ten miał stanowić kolejne ogniwo ich i tak już sporej sieci handlowej i umożliwić im wejście na angielski rynek.

Matkę zupełnie to nie obchodziło, że jej syn, inaczej niż reszta rodziny, nie interesował się handlem, ale ukochał sobie ziemię. Mimo że wiedziała, że Caid kupił duże ranczo, które z zarobionych w firmie pieniędzy wciąż udoskonalał i rozbudowywał, ciągle nalegała, aby pracował w handlu. Jego protesty na nic się nie zdały, gdyż matka była wyjątkowo uparta i tym oto sposobem wylądował w Nowym Orleanie.

Uśmiechnął się, kiedy Jaz otworzyła oczy.

– To była cudowna noc, proszę pani – zamruczał jak kocur. Wiedział, że Jaz za moment zarumieni się i sprawiało mu to swoistą przyjemność. Była taka wstydliwa.

– Lepiej będzie, jeśli już pójdziesz, Caid. Pamiętasz, że to miała być nasza tajemnica? Muszę się pospieszyć, bo mój ojciec chrzestny oczekuje mnie ze śniadaniem. Umówił się na dziś z twoją matką, która zorganizowała dla nas zwiedzanie waszych magazynów. Tak więc sam rozumiesz, że muszę już się zbierać.

Caid pocałował ją czule.

– Jesteś pewna, że chcesz, żebym zniknął? – szepnął jej wprost do ucha.

Próbowała ratować się resztkami rozsądku przed tym zaborczym mężczyzną, ale wiedziała, że jest na z góry straconej pozycji.

– Jeszcze miesiąc temu nigdy bym nie przypuszczała nawet, że będę tu wyprawiać z tobą takie rzeczy – wyszeptała cicho, rozkoszując się dotykiem jego wprawnych rąk.

– Mam nadzieję, że się tego nie spodziewałaś, bo przed miesiącem jeszcze się nie znaliśmy.

W jednej chwili oczy Jaz wypełniły się łzami.

– Kochanie, co się stało? Sprawiłem ci przykrość? – Objął dłońmi jej drobną twarz. – Powiedz – szepnął. – Proszę...

– Boże, kiedy pomyślę, że przecież mogłabym nie przyjechać z wujem do Nowego Orleanu i nigdy cię nie spotkać...

– Ale spotkaliśmy się i wiesz dobrze... oboje wiemy, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Jesteś moim absolutnym ideałem.

Jaz z niedowierzaniem patrzyła na niego swoimi ogromnymi, załzawionymi oczami. Nigdy by nie przypuszczała, że kiedykolwiek zakocha się od pierwszego wejrzenia, że pójdzie do łóżka z facetem, wcale go nie znając. Ale z nim wszystko było inne, wszystko było cudowne.

– Caid, pojedziesz z nami?

Zaprzeczył, kręcąc głową.

Spróbowała ukryć swoje rozczarowanie. Swoją odmową sprawił jej przykrość. Wiedziała, że jego matka podróżuje po całym świecie w poszukiwaniu nowych, atrakcyjnych produktów. Spodziewała się więc znaleźć w ich magazynach różne cuda i pragnęła, by Caid był razem z nią i żeby wspólnie podziwiali te cudeńka.

– Możemy spotkać się po południu – zaproponował, kiedy byli już gotowi do wyjścia. – Myślę, że musimy omówić kilka spraw... – zawiesił głos.

– Ale przecież wiesz, że wracamy z wujem dopiero jutro.

– No właśnie, o tym również chciałbym z tobą porozmawiać.

ROZDZIAŁ DRUGI

Jaz z uśmiechem na twarzy przemierzała ulice dzielnicy francuskiej Nowego Orleanu. Jeszcze chwila i znajdzie się w eleganckiej willi, w której zatrzymał się podczas swojej wizyty w tym mieście Caid. Z nieukrywaną satysfakcją ściskała w ręku komplet kluczy do tego pięknego domu. Caid wręczył jej klucze tej samej nocy, której wyznał jej miłość, czyli dokładnie po tygodniu od ich pierwszego spotkania. To wszystko potoczyło się tak nagle i niespodziewanie, że trudno jej było ułożyć wydarzenia ostatniego tygodnia w jakąś chronologicznie spójną całość. W żaden sposób nie mogła wyobrazić sobie ich rozstania, a tymczasem przecież już jutro miała wracać do domu. W ciągu tego tygodnia zdążyła niemal całkowicie zaplanować swoje życie – życie z Caidem, rzecz jasna.

Fantazjowała na temat ich wspólnego życia, dzieci, których pragnęła teraz niemal tak bardzo, jak wcześniej pragnęła utrzymania się na swoim dobrym stanowisku. I w ogóle nie wyobrażała sobie, że cokolwiek mogłoby stanąć im na drodze do niekończącego się szczęścia.

Przekręcając klucz w drzwiach eleganckiej willi, nagle zamarła w bezruchu. Zdała sobie bowiem sprawę, że nawet nie wie, gdzie Caid mieszka na stałe. W ogóle bardzo niewiele o nim wiedziała. Szybko jednak pocieszyła się myślą, że gdy ludzie się kochają, nie ma to żadnego znaczenia. W końcu trochę zdążyli się już poznać i choć może faktycznie sprawy potoczyły się zaskakująco szybko, to jednak najistotniejsze informacje na jego temat miała już w małym palcu.

Wiedziała, na przykład, że lubił sypiać po prawej stronie łóżka, że łatwo było go obudzić, choć twierdził o sobie, że śpi mocno jak suseł. Poza tym mówił, że skończył studia w Bostonie i że tam również mają jeden ze swoich domów towarowych. Był doskonałym konsultantem finansowym i bardzo dużo podróżował po świecie. Raz z zadowoleniem stwierdził, że może pracować wszędzie, oczywiście pod warunkiem, że ma przy sobie komputer i dysponuje własnym samolotem. A zatem z pewnością słowo „wszędzie” oznaczało, że także w Cheltenham, chyba że miał wtedy coś innego na myśli.

No i co, chyba całkiem sporo informacji, jak na tak krótki okres znajomości? Nie było więc powodu do obaw. Poza tym była szalenie podekscytowana, bo matka Caida wyraziła swoje uznanie dla jej pracy i zaproponowała jej przedłużenie kontraktu i poszerzenie warunków umowy.

Czy nie mogła nazwać się prawdziwą szczęściarą? Jeden tydzień, zaledwie siedem dni, a jakże wiele zmieniło się w jej życiu. Może zresztą ta propozycja kontraktu to sprawka Caida? Może rozmawiał o niej z matką? Jeszcze zanim wyznał jej miłość, Jaz czuła, że Caid ją kocha, przecież tyle razy powtarzał, że idealnie pasują do siebie. Może więc zwierzył się matce ze swoich uczuć do Jaz? Miałaby się więc przenieść do Ameryki i pracować dla ich sieci handlowej? Trudno jej było w to wszystko uwierzyć. Starała się nie mówić z nim zbyt wiele o swojej pracy, nie chciała, by pomyślał, że usiłuje wywrzeć na nim jakieś szczególne wrażenie. Powiedziała mu tylko, że zawsze wiedziała, co chce w życiu robić, i że marzyła o tym od dziecka. Także nic jeszcze nie wspominała mu o problemach, z jakimi borykała się w dzieciństwie. Powstrzymywała ją od tych zwierzeń miłość do rodziców, ale także szaleńcze tempo ich związku, które nie pozostawiało zbyt wiele czasu na rozmowy. Była pewna, że ją zrozumie, znała przecież problemy jego dzieciństwa. W końcu też przecież nie miał łatwo.

Weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. Zrobiła po domu małą rundkę i spostrzegła, że sypialnia Caida jest otwarta na oścież. Oznaczało to, że wrócił do domu przed nią i teraz czekał na nią niecierpliwie. Zajrzała do środka. Leżał przykryty prześcieradłem, z rękami założonymi za głowę.

Już po chwili znalazła się w jego ramionach.

– Tęskniłaś za mną? – szepnął.

– Yhm – przeciągnęła się jak kotka. – Wiesz, te wasze magazyny to prawdziwa oaza dobrobytu. Szczerze mówiąc, myślałam, że my jesteśmy nieźli, ale twoja matka jest nie do pokonania.

– Powiedz mi coś, o czym nie wiem – wymamrotał Caid cynicznie.

Jaz, niezrażona, ciągnęła dalej, jakby w ogóle nie usłyszała jego słów.

– Jak to możliwe – pokręciła z niedowierzaniem głową – że każdą rzecz wybiera sama? Musi być całkowicie pochłonięta swoją pracą i oddana jej bez granic.

– O, tak! Całkowicie i bez granic – powtórzył jak echo Caid, ale jego głos stał się nagle ostry, a ton jakby oskarżający.

– O co ci chodzi? – Jaz spojrzała na niego pytająco i zmarszczyła brwi.

– O nic – potrząsnął głową i przytulił ją mocniej. – Co najwyżej o to, że masz na sobie za dużo fatałaszków. Tylko tracimy czas na jakieś tam nieważne rozmowy.

– Ale mówiłeś przecież, że chcesz porozmawiać – przypomniała mu Jaz. – Porozmawiać i ułożyć plan działania – dodała, nieco nadąsana.

– Wszystko się zgadza, ale jesteś taka cudowna, taka ekscytująca, że nie mogę się już doczekać, by porozumieć się z tobą na całkiem innej płaszczyźnie. Poza tym nie przywitałaś się jeszcze ze mną – dodał z wyrzutem.

– Cześć – powiedziała z uśmiechem i cmoknęła go w policzek.

Caid pokręcił głową.

– Nie tak. A teraz skup się i ucz się! – Przywarł wargami do jej ust i zaczął całować ją wolno i czule.

– A więc tak to należy robić? O takie przywitanie ci chodziło... – wyszeptała, kiedy udało jej się wreszcie uwolnić.

– No, o takie właśnie – powiedział, mrużąc oczy.

Był naprawdę cudowny! Te jego gorące usta i to namiętne spojrzenie... Jaz poczuła, jak jej ciało ogarnia fala podniecenia. Zaczęła lekko drżeć. Patrzyła mu prosto w oczy i po chwili zobaczyła, jak zapłonął w nich ogień. Och, jak bardzo go pragnęła.

– Jeszcze nigdy nie spotkałem nikogo, kto tak otwarcie pokazywałby swoje uczucia – szepnął Caid. – Kocham to w tobie, Jaz, bardzo to kocham, a brzydzę się ludźmi, którzy całe życie udają i kłamią.

Odpowiedziała mu czułym pocałunkiem. Tak, to był jej Caid, mężczyzna, o którym zawsze marzyła i śniła. Choć zdawała sobie sprawę z tego, że miał swoje wady, na przykład potrafił być uparty, wręcz nieprzejednany.

– Ubóstwiam to, w jaki sposób okazujesz, że mnie kochasz i pragniesz – usłyszała jego gorący szept. – To działa na mnie jak afrodyzjak o niezwykłej mocy. No, pokaż mi to raz jeszcze, proszę, pokaż...

 

Nie musiał jej długo namawiać, szybko zaczęła zrzucać z siebie ubranie, nie odrywając od Caida wzroku.

Kilka godzin później leżeli wyczerpani i szczęśliwi w półmroku sypialni, spleceni ze sobą niczym dwa zrośnięte drzewa.

– Chyba trzeba będzie się powoli podnieść i ubrać – szepnął Caid i nachylił się, żeby ją pocałować.

– Ubrać? – spytała ze zdziwieniem. – Przecież mieliśmy ze sobą porozmawiać – przypomniała mu szybko.

– Pamiętam i dlatego właśnie musimy wstać i się ubrać, bo inaczej, sama rozumiesz, nic z tego nie będzie. Jeżeli zostaniemy w łóżku, to z pewnością już wkrótce zajmiemy się zupełnie czymś innym. Mam rację? Nie mogę się już doczekać chwili, kiedy będziemy po ślubie i pojedziemy na moje ranczo w Kolorado. Z pewnością pokochasz to miejsce, jestem o tym przekonany. Będziesz miała swojego konia, będziemy galopować razem przez prerię... A potem, kiedy na świat przyjdą dzieci...

– Jakie ranczo? – przerwała mu, zaskoczona jego słowami. – O czym ty mówisz, Caid? Przecież jesteś konsultantem finansowym dużej firmy, biznesmenem posiadającym sieć domów towarowych... Jakie ranczo? Nic z tego nie rozumiem...

– To prawda, jestem konsultantem finansowym i dlatego mogę sobie pozwolić na utrzymywanie rancza – przerwał jej Caid. Zmartwiła go wyraźna nuta niepokoju w głosie Jaz. – A sieć sklepów mojej matki zupełnie mnie nie podnieca. To ostatni sposób zarabiania na życie, jakiego mógłbym sobie życzyć. Nie rozumiesz, że ja tego wszystkiego serdecznie nienawidzę? – Caid zacisnął mocno wargi. – Nie widzę w tym niczego wartościowego. Takiego biznesu nie można pogodzić z życiem rodzinnym. Wiem coś na ten temat, aż za dobrze wiem, możesz mi wierzyć. Nie w tym tkwi sens życia.

Jaz była zdumiona. Zdawało się jej, że to nie Caid mówi, że to ktoś zupełnie inny. Nie wierzyła własnym uszom.

– Caid, co ty mówisz? Chcesz harować na farmie jak jakiś wyrobnik, jak wół roboczy? I to jest dla ciebie sensem życia? – Głos jej drżał, bo Caid przeraził ją, a jego słowa obudziły w niej zbyt wiele bolesnych wspomnień. Czuła ogromne rozczarowanie. Powoli zaczynała rozumieć, jak błędne miała wyobrażenie na jego temat. Cóż więc ich zatem łączyło? Nie potrafiła wprost uwierzyć, że tak bardzo mogła się pomylić. – Caid – zaczęła gorączkowo – domy towarowe to przecież nie tylko handel, to o wiele więcej, to otwieranie ludziom oczu na świat rzeczy pięknych, to uwrażliwianie na piękno różnych przedmiotów, rozbudzanie poczucia estetyki. Tak wiele od ciebie zależy... Rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć? Powiedz, że tak właśnie jest, że mnie rozumiesz!

To niepojęte, pomyślał Caid i przymrużył oczy. Te same słowa usłyszał już dawno temu, gdy miał sześć lat i przez cały ten czas rozbrzmiewały w jego głowie ponurym echem. To nie może być prawda, czyżby los zakpił sobie z niego w tak okrutny sposób?

– Nie, Caid, nie mogę tak po prostu tego wszystkiego rzucić i przenieść się na ranczo. Pomyśl o tych ludziach, którzy czekają na cudowne rzeczy, często specjalnie dla nich sprowadzane z egzotycznych zakątków świata. Pragną je mieć i cieszyć się nimi. Co jest w tym złego? Przecież musisz to rozumieć...

Nie tylko nie rozumiem, ale i nie chcę zrozumieć, pragnął krzyknąć Caid, ale nie zrobił tego, powstrzymał wybuch złości. Jednak nie zamierzał raz jeszcze popełnić błędu, który zmieniłby jego życie w koszmar. Musiał jakoś wyrazić to, co czuł.

– Sądziłem, że rozmawiamy o nas, Jaz, o naszym życiu i naszej przyszłości. Dlaczego więc mieszasz w to biznes i sklepy?

– Bo pracuję w jednym z nich – odparła bez namysłu. – I moja praca jest dla mnie bardzo ważna, jest częścią mojego życia, rozumiesz?

– Jak bardzo ważna? – zapytał lodowato Caid.

Jaz spojrzała na niego z wyrzutem. A przecież jeszcze przed chwilą łączyło ich tak wiele! Tak więc wygląda jego miłość? Miała przez moment ochotę wycofać się ze wszystkiego, ale czy potrafiłaby okłamać samą siebie?

– Moja praca jest dla mnie bardzo ważna – powtórzyła z determinacją. Przecież to właśnie praca stanowiła dla niej treść życia, pozwalała jej wyrazić to, co czuła, dawała jej spełnienie i poczucie szczęścia. Mogła w niej wyrazić siebie, dać upust swojej fantazji i kreatywności.

– No, to świetnie się to wszystko zapowiada! Nigdy w życiu i za nic w świecie nie wyrzeknę się rancza! – wykrzyknął wzburzony Caid.

– A ja nie zrezygnuję ze swojej pracy! – odpowiedziała ze złością Jaz.

Obrzucili się nawzajem zdumionym spojrzeniem, oboje w równym stopniu zaskoczeni tym niespodziewanym obrotem rozmowy. Jaz, pod wpływem piorunującego wzroku Caida, najchętniej by wyskoczyła z łóżka i jak najszybciej uciekła z jego domu, ale nie chciała dać za wygraną, więc nawet nie drgnęła.

– To wprost nie do wiary – wycedził przez zęby Caid. – Zupełnie nie dociera do mnie, że to dzieje się naprawdę. Gdybym tylko wiedział...

– Wiedziałeś! – krzyknęła Jaz. – Dobrze wiedziałeś! Nigdy nie robiłam tajemnicy z tego, jak bardzo ważna jest dla mnie moja praca. Za to ty nigdy do tej pory nie zdradziłeś się ze swoją miłością do rancza, nie wspomniałeś nawet jednym słowem, że tak naprawdę jesteś urodzonym farmerem, że to twój sposób na życie...

– I co by to zmieniło? Może wtedy nie wskoczyłabyś mi do łóżka, co?

Przemilczała te ostatnie słowa, bo wiedziała, że jeśli ostro zareaguje, to być może będzie to ich ostatnia wymiana zdań. Postarała się więc, aby jej głos nie zdradził, jak bardzo jest zdenerwowana.

– Wychowałam się na farmie i wiem, że takie życie mnie nie pociąga.

– A ja wyrosłem przy matce, dla której nie liczył się ani mąż, ani syn, za to tylko i wyłącznie jej firma i wiem, jak bardzo jest to bolesne. Nie chcę żony, która ma taką samą obsesję na punkcie swojej kariery! – wykrzyknął. – Pragnę żony, która będzie kochała mnie i nasze dzieci, i to my będziemy dla niej najważniejsi, i tylko dla nas będzie żyła.

– Więc oczekujesz, że twoja żona zrezygnuje ze wszystkiego, ze swoich marzeń, własnego życia i osobowości? To czysty egoizm! – zaatakowała go. – Nigdy bym się nie spodziewała, że taki jesteś.

– A ja nie pojmuję, jak mogłem być na tyle głupi, by wierzyć, że jesteś dla mnie wymarzoną kobietą – odciął się. – Popełniłem najwyraźniej błąd.

– Widocznie tak! – wypaliła Jaz z wściekłością. – Dowiedz się zatem, że nienawidzę farm i nie rozumiem, jak można skazywać kogoś na życie na ranczu, z dala od świata i ludzi. To dopiero jest egoizm! Wiedz też, że ludzie mają różne talenty... A wiesz, co to jest talent? To taki dar od Boga, którego nie należy zmarnować.

– Taki sam dar jak miłość? Czy pielęgnowanie i rozwijanie własnego talentu więcej znaczy niż pielęgnowanie i rozwijanie wspólnego szczęśliwego życia? Czy może być coś piękniejszego i ważniejszego niż kochająca się rodzina?

– Nic nie rozumiesz! – wyrzuciła z siebie, a jej oczy wypełniły się łzami. Ale nie rozpłakała się, powstrzymywała je ostatkiem sił. – Na farmie czułam się jak w klatce, uwięziona i niezrozumiana. Wiedziałam jedno: muszę stamtąd uciec, żeby móc rozwijać moją miłość do sztuki, moje zdolności. Czułam, że jeśli tego nie zrobię, moje życie będzie nic nie warte. Lecz moi rodzice nie potrafili tego zaakceptować, nie potrafili zrozumieć, że jestem inna niż oni. I gdyby nie wuj John, nie mam pojęcia, co by się ze mną stało. Walczyłam o siebie długie lata, nie mogę teraz po prostu z tego zrezygnować. Nawet dla ciebie.

To, czego w żaden sposób nie udało mu się zrozumieć w dzieciństwie, teraz powoli zaczynało do niego docierać. A więc znowu spotkał kobietę, która nie kochała go na tyle, by zrezygnować dla niego ze swoich ambicji.

– Sądziłem – powiedział zniżonym głosem – że po tym, co przeszedłem z moją matką, kobietę do niej podobną będę mógł rozpoznać na kilometr. I pewnie tak by się stało, gdybym nie słuchał twojego ukochanego wujka. Tyle razy rozprawiał o tym, jak to twoja rodzina liczy na to, że już wkrótce powrócisz do swoich korzeni, czyli do życia, które kiedyś było twoim...