Niezapomniana przygoda

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Penny Jordan
Niezapomniana przygoda

Tłumaczenie:

Wanda Jaworska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Emily zmartwiała, gdy śnieg zaczął złowieszczo gęstnieć, grożąc rychłą zamiecią. Wychowała się w górach i wiedziała z doświadczenia, że takiej sytuacji nie należy lekceważyć.

Może powinnam była przełożyć wyjazd na później, pomyślała. I tak spędziła u rodziców o dwa dni więcej, niż planowała. Wyjaśniła im, że stryj John kończył książkę, nad którą pracował, i nie mógł się doczekać jej powrotu, ponieważ miała mu pomóc przy ostatnich poprawkach. Widziała, jak rodzice wymienili rozbawione spojrzenia, i choć wydawało jej się, że nauczyła się akceptować siebie taką, jaka jest, poczuła ukłucie bólu. Przywołało ono wspomnienia z dzieciństwa, nie zawsze miłe.

Może stało się tak dlatego, że w tym samym czasie odwiedziła dom rodzinny Gracie, jej młodsza o cztery lata siostra, śliczna, ambitna, pewna siebie, lubiana przez wszystkich, którzy ją znali. Była zaręczona z wysokim, zakochanym w niej bez pamięci Australijczykiem, towarzyszącym jej podczas pobytu u rodziców.

Emily zdawała sobie sprawę, że swoim wyglądem i charakterem wprawiła rodziców w konsternację. Niewątpliwie zastanawiali się, skąd się wzięło to spokojne, introwertyczne, nieśmiałe dziecko o ciemnych włosach i nikłym wzroście, szczególnie rzucającym się w oczy na tle rodziny wysokich blondynów w typie skandynawskim.

Różniła się od reszty rodziny także pod innymi względami. Została poczęta podczas wyprawy rodziców w Andy. Rodzice choć sami mieszkali u podnóża gór, byli niezmordowanymi podróżnikami wędrującymi w najdalsze zakątki globu. Ojciec, który odziedziczył talent do opowiadania i pisania, był autorem ciekawych i pełnych humoru książek podróżniczych, wspaniale ilustrowanych przez swoją żonę. Gracie również miała żyłkę podróżniczą i niczego bardziej nie lubiła, jak wyruszać bez namysłu na drugi koniec świata.

Natomiast Emily nienawidziła podróży i wszelkich przygód. Była spokojną domatorką. Wiedziała, że nie tylko zadziwiała rodziców, ale niekiedy sprawiała im zawód. Oczywiście kochali ją, ale była to miłość skażona brakiem zrozumienia dla jej natury.

Kiedy ukończyła uniwersytet, rodzice zachęcali ją gorąco do odbycia rocznej podróży dokoła świata, a usłyszawszy, że to ostatnia rzecz, na jaką miałaby ochotę, zachowali się niczym dwoje obrażonych dzieciaków. Nie dość, że nie chciała włóczyć się po świecie, to oznajmiła, że zamierza pracować u stryja ojca, uczonego, który poświęcił życie na badanie cywilizacji starożytnego Egiptu. Tym wyborem wprawiła ich wręcz w osłupienie. Zakopać się na odludziu nieopodal Oksfordu, gdzie stryj John kierował katedrą cywilizacji starożytnej w jednym z tamtejszych college’ów? Ta decyzja była dla nich niepojęta już wtedy, a teraz, po czterech latach, stała się jeszcze bardziej niezrozumiała.

Emily boleśnie odczuwała, że rodzice prawdopodobnie uważają ją za głupią i nudną, bo ma własne oczekiwania od życia, odległe od ich zainteresowań i aspiracji, podzielanych przez młodszą córkę. W przeciwieństwie do nich nie chciała zwiedzać świata, docierać do odległych lądów, poznawać obcych obyczajów i nieznanych kultur. Marzyła o bezpiecznym, intymnym świecie i rodzinnym szczęściu, o cieple domowego ogniska, jednym słowem, o mężu i dzieciach, o miłości, którą mogłaby z nimi dzielić. Obawiała się o tym głośno mówić, przewidując, z jaką reakcją by się spotkała. Swego czasu myślała jednak, że te plany mogą się spełnić.

Poznała Gerry’ego w czasie studiów i po raz pierwszy w życiu była w stanie wyzbyć się braku wiary w siebie, poczucia, że będąc taką, jaka jest, zawiodła zarówno rodziców, jak i siebie. Przy Gerrym przeistoczyła się w inną osobę: pewną siebie, atrakcyjną, interesującą. Nadskakiwał jej i schlebiał, zabiegając o nią umiejętnie i z zapałem, ale nie na tyle nachalnie, by ją spłoszyć. Gdy pozwoliła sobie spodziewać się rychłych zaręczyn i ślubu, wyszła na jaw okrutna prawda: stała się ofiarą szczególnie perfidnego i okrutnego żartu, a Gerry jej nie kochał.

Dowiedziała się o tym po jednym z weekendów spędzonych u rodziców. Gerry do niej przyszedł i pocałował ją tak namiętnie, że trochę się przestraszyła. Nie miała żadnych doświadczeń seksualnych, a oczywiste doświadczenie Gerry’ego jeszcze podkreślało jej braki w tej dziedzinie, sprawiając, że wahała się, czy w ogóle ujawnić swoje uczucia.

Na ogół cierpliwy i pełen zrozumienia, tym razem Gerry stracił panowanie nad sobą. „Czego ty chcesz – spytał obcesowo – zostać do końca życia dziewicą?” Zanim zdążyła odpowiedzieć, dodał jeszcze bezlitośnie, że był gotów nie zwracać uwagi na jej ignorancję w sprawach seksu i całkowity brak zdolności do wzbudzenia w mężczyźnie pożądania.

Wcześniej Emily nie widziała go w takim stanie. Cofnęła się odruchowo, przestraszona wybuchem złości, i zbladła, słuchając z niedowierzaniem tego, co mówił. Brak reakcji z jej strony wzmógł jego irytację i agresję. „Spójrz na siebie” – szydził. – Myślałaś, że mógłbym cię pragnąć? Wyobrażałaś sobie, że chciałbym mieć w łóżku twoje oziębłe ciało?!” Przerwał, zorientowawszy się, że powiedział za dużo, ale było już za późno.

Czując się tak, jakby świat rozpadał się jej na kawałki, Emily zmusiła się do stawienia czoła prawdzie i zapytania, co ma na myśli. Zauważyła, że się zawahał i próbuje naprędce wymyślić jakieś kłamstwo, w które mogłaby uwierzyć. Postanowiła wyjść mu naprzeciw. „Czy łatwiej ci będzie powiedzieć mi prawdę, jeśli oświadczę, że absolutnie nie ma szans, żebyśmy zostali kochankami?” – spytała.

Jeśli zdawało jej się, że przedtem stracił samokontrolę, to teraz uświadomiła sobie, jak bardzo się pomyliła. Gerry przeszedł samego siebie. Język, jakim się posługiwał, jego napastliwość i brutalność powinny budzić w niej lęk, tymczasem miała wrażenie, że to wszystko dzieje się poza nią. Zamknęła się w sobie i otoczyła niewidzialną barierą, która pozwalała jej beznamiętnie i obojętnie słuchać pełnych wściekłości słów.

Powiedział, że tylko dlatego się nią zainteresował, że kilku kolegów, zorientowawszy się, iż nie ma ona żadnego doświadczenia w sprawach seksu, namówiło go, żeby zaciągnął ją do łóżka. Poczyniono zakłady, czy uda mu się to zrobić. Nieźle by zarobił, gdyby mu się powiodło.

Najbardziej jednak zbulwersował Emily fakt, że wyznając jej prawdę, Gerry nie był ani zawstydzony, ani zażenowany. Co więcej, dał do zrozumienia, że to ona źle się zachowała i ponosi winę za to, co się stało. Cóż, może i tak, choć jej wina nie polegała na tym, że mu się nie oddała, ale na tym, że w ogóle dopuściła do siebie myśl, iż może mu na niej zależeć.

Uświadomiła to sobie ponad wszelką wątpliwość i nienawidziła siebie za to, że naiwnie wierzyła, iż kocha mężczyznę, którego wyimaginowany i nieprawdziwy obraz sobie stworzyła. Kochała człowieka, który powstał z jej marzeń, i nadała mu rysy Gerry’ego. Prawdziwy Gerry nie miał nic wspólnego z mężczyzną z jej snów.

Otrzymała ciężką i bolesną lekcję, więc gdy z całym spokojem zapytała, jaką dokładnie sumę miał dostać, gdyby wygrał zakład, poprzysięgła sobie, że nigdy nie powtórzy takiego szaleństwa. Odpowiedział, a ona wypisała czek.

Rodzice byli hojni, nie odczuwała więc braku pieniędzy. Zresztą nie miała wielu wydatków. W odróżnieniu od swoich rówieśnic nie interesowała się modą. Uśmiechnęła się do siebie ponuro, uzmysłowiwszy sobie, że była prawdopodobnie jedyną dziewczyną na uniwersytecie, która wciąż nosiła ubrania przypominające szkolny mundurek: schludne wełniane pulowery, praktyczne półbuty. Wybierała rzeczy wygodne, dzięki którym mogła się wtopić w otoczenie, a nie wyróżniać spośród innych.

Gerry wziął czek, stwierdzając, że przynajmniej tyle mu jest winna, po czym dodał z szyderczym uśmiechem, że gdyby jednak zmieniła zdanie i zdecydowała się pozbyć cnoty, to on jest skłonny wyświadczyć jej tę przysługę za taką samą sumę. „W końcu – drwił – jaki sens ma zachowywanie cnoty, chyba że zamierzasz zostać zakonnicą”.

Później będzie czas na płacz, powiedziała sobie Emily, odprowadzając go wzrokiem. Potem będzie rozpaczać nad unicestwieniem marzeń, ale teraz najważniejszą rzeczą, na której musi się skoncentrować, jest odzyskanie po tej katastrofie siebie, Emily Francine Blacklaw, i znalezienie sposobu, żeby ta osoba stała się istotą ludzką, a nie robotem pozbawionym zdolności myślenia, rozsądku i odczuwania.

Dzięki zasobom energii, o jakie siebie nie podejrzewała, udało się jej odzyskać równowagę, tak samo jak zdołała nie zauważać to zaciekawionych, to rozbawionych spojrzeń kolegów, którzy najwyraźniej byli poinformowani o niecodziennym zakładzie Gerry’ego.

To przykre zdarzenie miało miejsce w trakcie ostatniego roku studiów. Po ich ukończeniu Emily zamiast patrzeć w przyszłość, starała się przeżyć każdy mijający dzień najlepiej, jak potrafiła. Właśnie wtedy dostała list od matki, z którego się dowiedziała, że stryj jej ojca, John, wreszcie zabrał się do napisania od lat planowanej książki i poszukuje ofiarnej i bardzo cierpliwej dokumentalistko-asystentko-sekretarki.

Gdy tylko przeczytała te słowa, od razu wiedziała, że znalazła miejsce, gdzie będzie mogła ukryć się przed światem, który stał się jej obcy i przysporzył bólu i rozczarowań. I nie jest to klasztor, jak stwierdziła z gorzkim, a nie jak dawniej ciepłym i trochę nieśmiałym uśmiechem.

Może gdyby rodzice nie byli tak zajęci przygotowaniami do czekającej ich podróży do Meksyku, a siostra nie zdecydowała się na rok przerwy między ukończeniem szkoły średniej a rozpoczęciem studiów na uniwersytecie i na wyjazd do Australii, i gdyby Emily miała bliską przyjaciółkę, która zauważyłaby sygnały ostrzegawcze i jakoś na nie zareagowała, ktoś mógłby zainterweniować i skłonić ją, by nie odwracała się od świata.

 

Los jednak zrządził inaczej. Po powrocie rodziców z Meksyku miała dyplom w kieszeni i od trzech miesięcy pracowała u stryja Johna.

Mimo niemal klasztornego trybu życia w dość zaniedbanym domu położonym stosunkowo daleko od miasta uniwersyteckiego Emily bardzo szybko zaadaptowała się do nowych warunków. Praca ze stryjem Johnem dawała jej dużo radości i satysfakcji. Cierpliwie pomagała mu porządkować i przepisywać notatki, sporządzane od przeszło dwudziestu lat z myślą o powstaniu dzieła jego życia.

Choć żadne z nich sobie tego nie uświadamiało, to mózg i ręka Emily tworzyły pierwszy zarys dzieła z suchych faktów skrupulatnie gromadzonych przez badacza. Wydawcy uznali książkę za zdumiewająco dobrze napisaną i zrozumiałą dla zwykłego czytelnika. Prowadząc niewielką firmę wydawniczą o długich tradycjach, z siedzibą w tym samym mieście, w którym znajdował się uniwersytet, mieli bogate doświadczenia w kontaktach ze swymi potencjalnymi, nieraz bardzo ekscentrycznymi autorami.

Peter Cavendish, praprawnuk założyciela wydawnictwa, spotkał się ze sceptycznymi reakcjami starszych krewnych, gdy z entuzjazmem oświadczył, że przeczytał rękopis, który nie dość, że był dla niego zrozumiały, to jeszcze zachęcił go do zgłębienia tematu.

Peter liczył trzydzieści lat i był kawalerem. Zdaniem swego dziadka i stryjecznego dziadka był trochę niepoważny jak na profil ich wydawnictwa. Prywatnie zwierzył się matce i siostrze, że zamierza wciągnąć firmę w dwudziesty pierwszy wiek, a jeśli trzeba będzie, to nawet za kark. „Sądzę, że znalazłem książkę, która mi to umożliwi” – dodał.

Ani Emily, ani jej stryj nie byli świadomi zamiarów Petera. Książka była jeszcze w fazie przygotowań, a Peter musiał zmagać się ze starszymi krewnymi, którzy nie mieli pewności, czy aby sędziwy autor będzie w stanie wyprodukować więcej niż pół tuzina rozdziałów, zanim podejmą ostateczną decyzję o wydaniu dzieła.

Teraz, jadąc samochodem w śnieżycy w błyskawicznym tempie zasypującej drogę, Emily żałowała, że uległa prośbom siostry, żeby przedłużyć pobyt u rodziców na tyle, by móc poznać Travisa, jej australijskiego narzeczonego. Niezmiennie wyczulona na opinie innych, przewidywała, że jeśli odmówi, rodzina gotowa pomyśleć, że zazdrości siostrze szczęścia i czuje do niej urazę.

Wcześniej, któregoś dnia, przypadkowo usłyszała, jak rodzice o niej rozmawiali. Matka powiedziała, że jest typem dziewczyny, która powinna poślubić spokojnego mężczyznę, z którym żyłaby na przedmieściu, wychowując przepisową dwójkę dzieci. Choć te słowa nie miały Emily zranić, mimo woli sprawiły jej przykrość. Była przecież dziewczyną wchodzącą w kobiecość, która wciąż śniła o bohaterskim kochanku rodem z powieści Waltera Scotta czy z romansu pióra Georgette Heyer. Kochanku, który by ją rozpieszczał i adorował.

Po przeżytym doświadczeniu była mądrzejsza i bardziej dojrzała. Jeśli nie może sięgnąć gwiazd, doświadczyć wyżyn emocjonalnych, o których kiedyś marzyła, to może faktycznie zadowoli się związkiem, który tak obrazowo opisała jej matka.

Została dłużej u rodziców, uśmiechała się do Travisa i ukrywała prawdziwe uczucia na widok zdziwienia malującego się na jego twarzy, gdy przenosił wzrok z wysokich, jasnowłosych, tryskających energią rodziców Emily i swej blondwłosej, dorodnej i radosnej narzeczonej na niską, ciemnowłosą istotę, która była ich córką i siostrą.

Poprzedniego dnia napadało tyle śniegu, że Gracie wyciągnęła stare sanki, żeby pojeździć na zaśnieżonych polach za domem. Chcąc nie chcąc, Emily dała się namówić na ten wypad i oczywiście miała to szczęście, że zamiast zjechać zręcznie ze wzgórza, zaczepiła o niewidoczny pod śniegiem wystający korzeń i wylądowała w kałuży wody, wypływającej spod lodu.

Nie dość na tym. Nie miała ubrania na zmianę, bo planowała zostać u rodziców tylko dwa dni. Teraz więc, zamiast wracać do domu w plisowanej spódnicy, skromnej bluzce i pulowerze, miała na sobie coś w kolorze różowym, co Gracie określiła jako „bluzę sportową”, może odpowiednią dla niej, ale w żadnym razie nie dla Emily. Jeszcze mniej na miejscu był dwuznaczny napis nadrukowany w poprzek dużymi literami.

Gracie dała jej do tego, nie bacząc na protesty, parę swoich dżinsów, które były o wiele za długie i zdecydowanie za ciasne. Powiedziała, że może je bez trudu skrócić, co też natychmiast zrobiła. Emily nie pozostawało nic innego, jak włożyć to wszystko na siebie, a mokrą spódnicę wrzucić do samochodu.

Musiała też, choć niechętnie, przyjąć pstrokaty duży sweter, który Travis wcisnął jej jako „prezent”. Gracie najwyraźniej nie powiedziała mu, jak wygląda jej siostra, bo sweter byłby odpowiedni dla kogoś, kto wyglądał jak ona – wysokiego i na tyle pewnego siebie, że dobrze by się czuł w jaskrawym, rzucającym się w oczy ubiorze.

Jedyne własne rzeczy, jakie Emily miała na sobie, to były oprócz bielizny praktyczne buciki na płaskim obcasie. Patrząc na gęstniejący z minuty na minutę śnieg, musiała przyznać, że solidna para kaloszy byłaby zdecydowanie bardziej odpowiednia.

Z rozmysłem wybrała drogę do Oksfordu przez jedną z wysokich przełęczy, żeby uniknąć ruchu na szosie. Ojciec, który zazwyczaj słuchał prognoz pogody dla farmerów, ostrzegł ją, że należy oczekiwać dalszych opadów śniegu, ale nie spodziewała się groźnej nawałnicy.

Rzut oka we wsteczne lusterko potwierdził jej przypuszczenie, że jest już za daleko, żeby wycofać się z obranej trasy. Jeszcze tylko pół godziny, a minie przełęcz i znajdzie się po drugiej stronie pasma gór, zmierzając ku wiosce Thraxton. Tymczasem gdyby zawróciła, do najbliższej miejscowości musiałaby jechać ponad godzinę.

Zaniepokoiła się jednak, gdy poczuła, że koła zaczynają buksować. Natychmiast zwolniła, dziękując opatrzności, że gosposia rodziców, Louise, zaopatrzyła ją na drogę w pokaźną porcję kanapek i termos z kawą. Miała w torbie książkę i pled, który zawsze woziła, żeby w razie potrzeby móc owinąć kolana stryja Johna. Dokuczały mu stawy i troszczyła się o to, żeby nie marzł.

Poradzi sobie, nawet jak przyjdzie jej spędzić noc w samochodzie. Nie będzie to przyjemne, ale była na tyle rozsądna, by zdawać sobie sprawę, że bezpieczniej dla niej będzie pozostać w samochodzie niż ryzykować i poszukać pomocy. Prawdopodobnie i tak nic by to nie dało. Okoliczne wzgórza były niezamieszkane, a nie warto żałować, że nie wybrała bardziej uczęszczanej trasy.

Mimo ciemności krajobraz pokryty śniegiem jaśniał niesamowitym blaskiem. Emily usiłowała coś zobaczyć przez szybę, ale wycieraczki z trudem nadążały ze zbieraniem śniegu. Od wypatrywania zaczynały ją boleć oczy. Jechała ostrożnie i wolno, a mimo to koła się ślizgały i samochód nie trzymał się drogi jak należy.

Ile jeszcze potrwa, zanim dotrze do najwyższego punktu? Usiłowała sobie przypomnieć, czy niedaleko, przy szosie, znajduje się niewielka zatoka, w której mogłaby się zatrzymać, nie ryzykując dalszej jazdy w trudnych warunkach.

Od kiedy zaczął sypać śnieg, nie spotkała żadnego samochodu. Wkrótce wiatr, który wciąż się wzmagał, może nawiewać śnieg na szosę i zaczną się tworzyć zaspy. Gdyby to nastąpiło i samochód zostałby zasypany… Upomniała się w duchu, że nic nie zyska, ulegając wyobraźni i wpadając w panikę. Właśnie w tym momencie samochód nagle wpadł w poślizg i utknął w głębokim rowie pełnym śniegu.

Uderzyła głową w oparcie, pas wbił jej się boleśnie w klatkę piersiową. Ostrożnie się poruszyła, rozpięła pas i z najwyższym trudem otworzyła drzwi od strony kierowcy. Była szczęśliwa, że nie ma żadnych obrażeń.

Wygramoliła się z auta prosto w zaspę i szybko rozejrzała dokoła, by stwierdzić to, co już wiedziała, a mianowicie, że samochód dałoby się wydobyć z zaspy tylko jednym sposobem: wyciągając go. Łopata, którą miała w bagażniku, w tej sytuacji na nic się nie przyda. Zła, pomyślała, że czeka ją noc w samochodzie. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że do rana śnieg przestanie padać i uda się jej ściągnąć pomoc drogową.

Właśnie miała wsiąść z powrotem do auta, gdy usłyszała odgłos nadjeżdżającego samochodu. Uznając, że to cudowne zrządzenie losu, wyszła na drogę, żeby zwrócić na siebie uwagę kierowcy, ale zbyt późno uświadomiła sobie, że zobaczywszy ją nagle przed sobą, zacznie hamować i auto wyląduje w rowie.

Kierowca wysłużonego pojazdu z napędem na cztery koła, który zarzuciło na zakręcie, najwidoczniej pomyślał o tym, bo popatrzył na nią szeroko otwartymi oczami i mruknął pod nosem coś, co na pewno było dalekie od komplementu, ale przynajmniej się zatrzymał.

Obserwując, jak wysiada z samochodu, zaczęła się zastanawiać, czy na pewno powinna się z tego cieszyć. Mężczyzna był wysoki i potężny. Miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i szerokie bary, twarz ledwo widoczną pod zwichrzoną gęstwiną czarnych włosów i równie potarganą gęstą brodę.

Zauważyła, że zbliżając się, nieznajomy mierzy ją gniewnym spojrzeniem. Zatrzymał się o krok od niej i starł śnieg z twarzy ręką, która, jak spostrzegła, nosiła ślady urazów, jak gdyby dużo pracował pod gołym niebem. Pomyślała, że zapewne jest jednym z tutejszych farmerów.

– Co ty, do cholery, wyprawiasz?! Chcesz zabić nas oboje?! – spytał, nie kryjąc złości. Nie mówił z lokalnym akcentem.

Emily nie zdziwiła ani nie oburzyła jego reakcja. Może faktycznie niemądrze się zachowała, stając na drodze, ale czy jego gniew nie był nieco przesadny?

– Wy, smarkacze, jesteście tacy sami – ani trochę oleju w głowie.

Emily patrzyła ze zdumieniem na nieznajomego. Podejrzewała, że może mieć niewiele więcej niż trzydzieści lat, a ona miała dwadzieścia sześć. Nie była to duża różnica wieku, a już na pewno nie taka, by usprawiedliwiała jego zachowanie.

– Chwileczkę… – zaczęła, ale natychmiast wpadł jej w słowo, nie pozwalając dokończyć.

– Masz pojęcie, jak łatwo byłoby ci zamarznąć w tych warunkach? – spytał ze złością. – Spójrz na siebie. Ubrana w strój bardziej odpowiedni na dyskotekę w mieście niż na jazdę w zimie przez góry. Zdajesz sobie sprawę, jak wygląda akcja ratownicza takich idiotów jak ty? Ile pochłania czasu? W tych górach ratownikami są ochotnicy, ludzie i tak żyjący pod presją czasu – mówił dalej wciąż zirytowany – którzy dobrowolnie narażają własne życie dla kretynów, niemających na tyle rozsądku, żeby nie wyruszać w podróż w taką pogodę. Wszyscy zdrowi na umyśle nie wystawią nawet nogi za próg…

Emily słuchała go coraz bardziej rozdrażniona. Za kogo on ją uważa? Za nieodpowiedzialną nastolatkę, ubraną na dyskotekę? Skrzywiła się lekko, przypomniawszy sobie, z jaką niechęcią włożyła na siebie bluzę, którą dała jej Gracie. A co do ratowników – jej ojciec był jednym z nich i wiedziała wszystko o niebezpieczeństwach, na jakie się naraziła. Zanim jednak zdołała cokolwiek na ten temat powiedzieć, mężczyzna znowu się odezwał, wskazując na jej samochód.

– Cóż, nie dałoby się wyciągnąć tego czegoś na drogę bez użycia pikapa. Na dobrą sprawę powinienem cię zostawić, żebyś się przekonała, co dzieje się z takimi jak ty, ignorującymi ostrzeżenia rozsądniejszych osób i wyjeżdżających w trasę podczas śnieżycy. Skoro jesteś aż nadto skłonna lekceważyć wszelkie rady, jakie mógłbym ci dać, i powędrowałabyś, sprawiając kłopoty tym, którzy będą musieli cię szukać, to chyba zrobię lepiej, jeśli cię podwiozę.

Ku swemu zdziwieniu, Emily zazgrzytała zębami. Uważała się za osobę bardzo zrównoważoną, potrafiła zachować spokój nawet wobec okrucieństwa Gerry’ego – w każdym razie udać spokój. Nagle odkryła, jak bardzo myliła się w ocenie własnego charakteru. Nic nie sprawiłoby jej większej satysfakcji niż odrzucenie oferty pomocy swego wybawcy.

Rozsądek wziął jednak górę. Nie miała ochoty spędzić nocy w samochodzie; w każdym razie nie wtedy, gdy zamieć z minuty na minutę się nasilała. Zdawała sobie sprawę, że jeśli opady śniegu utrzymają się jeszcze przez jakiś czas, może minąć kilka dni, a nie kilka godzin, aż zostanie wyswobodzona z unieruchomionego pojazdu. Hamując gniew, zwróciła się do mężczyzny tonem najchłodniejszym, na jaki potrafiła się zdobyć.

– Tylko wezmę z wozu swoje rzeczy.

– Kobiety… – usłyszała w odpowiedzi – nie ruszą się nigdzie bez tony kosmetyków.

Kosmetyki… O mało się nie roześmiała. Na jej kosmetyki składał się krem nawilżający, jasnoróżowa szminka, tusz do rzęs i cień do powiek, a i to tylko dlatego, że zmęczyły ją ciągłe uwagi ze strony matki i siostry, że o siebie nie dba. Z samochodu chciała wyjąć ciepły sweter od Travisa, pled, termos z kawą i kanapki, które dała jej Louise.

 

Brnąc w coraz głębszym śniegu do auta, z irytacją odgarnęła włosy z twarzy. Była tak zaabsorbowana pracą ze stryjem Johnem, że nie miała czasu pójść do fryzjera, żeby ostrzyc się krótko, jak to robiła regularnie co dwa miesiące. Teraz włosy sięgały jej do ramion i bez przerwy opadały na twarz, co bardzo ją drażniło. Matka oceniła, że woli ją z dłuższymi włosami. Gracie uniosła brwi i stwierdziła, że w takiej fryzurze prezentuje się nawet bardziej eterycznie niż zwykle. Emily natomiast była zdania, że wygląda niechlujnie.

Wyjęła rzeczy z samochodu i gdy wróciła z termosem i pledem do gniewnego wybawcy, zobaczyła, że wyraz jego twarzy się zmienił.

– Typowa studentka – złorzeczył pod nosem. – Domyślam się, że planowałaś nocleg w samochodzie.

W pierwszej chwili Emily chciała zaprzeczyć i wyjaśnić mu, że się myli, ale zrezygnowała, gdyż mężczyzna kontynuował opryskliwym tonem:

– Może lepiej przedstawmy się sobie, skoro mamy razem podróżować – powiedział. – Jestem Matthew Slater. Ludzie mówią do mnie Matt.

Później Emily nie potrafiła powiedzieć, skąd przyszedł jej do głowy pomysł, żeby nie przedstawić się prawdziwym imieniem i nazwiskiem, Emily Blacklaw.

– Francine – powiedziała.

Matt mruknął coś pod nosem, po czym skierował się do land rovera.

Odruchowo ruszyła po jego śladach, by od razu stwierdzić, że stawiał kroki znacznie dłuższe niż ona, ale dżinsy miała już mokre do kolan i wszystko, co mogło uchronić ją przed zapadaniem się w miękki śnieg, było warte pewnego wysiłku.

Matt nie próbował wziąć od niej bagażu ani też w jakikolwiek sposób jej pomóc, gdy ciężko dysząc, walczyła z wiatrem i śniegiem padającym jej prosto w twarz. Dopiero gdy znalazła się koło jego samochodu, podał jej rękę, po czym otaksował wzrokiem jej drobną sylwetkę, ledwo sięgającą drzwi pasażera.

Podniósł ją z łatwością i wcisnął na siedzenie. Nie zdziwiło jej to. Była niska i drobna, a on był wysoki oraz postawny. Doznała jednak nieznanego dotychczas wrażenia, gdy męskie dłonie pochwyciły jej ciało, a ona poczuła zapach skóry i ciepło oddechu Matta. Nagle zabrakło jej tchu.

– Dokąd jechałaś? – spytał, gdy wspiął się na siedzenie kierowcy i wziął od niej rzeczy, by położyć je z tyłu samochodu.

Emily zauważyła, że wóz został przystosowany do jazdy po nierównym terenie. Tylne siedzenia zostały usunięte, żeby zrobić miejsce na dodatkowy ekwipunek, a może na przewożenie towaru raczej niż ludzi. Torba leżąca za nią na podłodze wyglądała, jakby należała do wspinacza bądź piechura.

– Och, zapewne na randkę z chłopakiem – odpowiedział sam sobie. – Cóż, jeśli ma choć trochę rozumu, zostanie w domu. Kobiety…

Najwyraźniej nie ma najlepszego zdania o przedstawicielkach mojej płci, uznała Emily.

– Mogę cię zawieźć do Thraxton – oznajmił, zamykając drzwiczki i włączając silnik.

Stamtąd będę mogła zadzwonić do rodziców i skontaktować się z pomocą drogową, pomyślała Emily. Na południe można pojechać pociągiem. Zajęta najbliższymi planami, przyjęła z zadowoleniem milczenie Matta skoncentrowanego na prowadzeniu samochodu.

Wyciągnęła nogi w kierunku nawiewu ciepłego powietrza, marząc o zdjęciu przemoczonych dżinsów. Rytmiczny ruch wycieraczek zgarniających śnieg z przedniej szyby usypiał. Oczy jeszcze jej łzawiły od uporczywego wpatrywania się w drogę podczas prowadzenia auta. Zastanawiała się, jak to możliwe, że czuje się bezpieczna i rozluźniona w towarzystwie opryskliwego Matta, którego poznała przed chwilą. Na ogół bała się obcych mężczyzn, poza tym była wyczulona na to, jak ją postrzegają. Zdawała sobie sprawę, że stanowi przeciwieństwo kobiet, z którymi zapewne mają do czynienia, bo nie ma w niej za grosz seksapilu. W tym mniemaniu utwierdziło ją postępowanie Gerry’ego.

Matt tak niepochlebnie wyrażał się o jej płci, że nie czuła towarzyszącego jej w takich sytuacjach skrępowania. Wciąż ją dziwiło, że wziął ją za roztrzepaną nastolatkę, gotową przebyć kilometry w zadymce, żeby pójść do dyskoteki z chłopakiem.

Może podoba mi się ten mój fałszywy wizerunek, pomyślała, walcząc z ogarniającą ją sennością, i dlatego podałam mu drugie imię zamiast w jej przypadku bardzo stosownego pierwszego imienia. Panowała opinia, że do niej pasowało. Czemu ten mężczyzna nie dostrzegł w niej Emily, lecz za dobrą monetę przyjął do wiadomości, że ma na imię Francine? Głowiła się nad tą zagadką, ale wkrótce zmorzył ją sen.

Matt obrzucił pasażerkę pełnym dezaprobaty spojrzeniem, po czym skoncentrował się ponownie na prowadzeniu samochodu.

Błędem było opóźnienie wyjazdu z Cairngorms o jeszcze jeden dzień, uznał, zwłaszcza że nie może być nieobecny na jutrzejszym spotkaniu. Nie potrafił jednak przepuścić prawdopodobnie ostatniej okazji do wspinaczki. Teraz płacił za swój brak umiaru, będąc zmuszonym pomóc tej niemądrej dziewczynie. Po raz kolejny zerknął na nią kątem oka. Co, u licha, ją opętało, żeby włożyć na siebie okropną bluzę z dwuznacznym napisem?

Śpiąc, wyglądała niewinnie i młodo. W bolesny sposób na własnej skórze przekonał się, że kobiety są mistrzyniami w stwarzaniu pozorów. Wierzył, że Jolie jest szczera i uczciwa, dopóki na trzy dni przed ślubem nie zastał jej w łóżku z innym mężczyzną. Płakała i błagała go, by wybaczył, a on uległ, ale wkrótce dowiedział się, dlaczego tak naprawdę chciała wyjść za niego za mąż. Otworzył mu oczy ojciec, wyjaśniając, że dzieci bogatych rodziców często stanowią łakomy kąsek z powodu posiadanych przez siebie pieniędzy. Dodał przy tym, że mężczyzna w wieku dwudziestu jeden lat jest za młody na podjęcie tak ważnej decyzji jak założenie rodziny.

Na pewno to doświadczenie zniechęciło Matta do angażowania się w poważny związek. Naturalnie, nie stronił od kobiet – były jednak krótko obecne w jego życiu, bo szybko mu się nudziły. Zresztą taki stan rzeczy nie napawał go dumą, ale jednocześnie był zadowolony z braku napięć, jego zdaniem, nieuchronnie towarzyszących długotrwałym znajomościom.

Dlaczego więc obecność tej lekkomyślnej dziewczyny, śpiącej w sąsiednim fotelu w jego samochodzie, sprawiała, że czuł się aż za bardzo świadomy faktu, iż jest mężczyzną? Zastanawiał się, ile może mieć lat. Osiemnaście? Dziewiętnaście? On skończył trzydzieści cztery lata. Zresztą nie była w jego typie. Niedoszła żona była zadbaną, elegancką blondynką, wysoką i szczupłą. Ta dziewczyna mogła mieć jakieś metr pięćdziesiąt cztery, pięć wzrostu, a co do figury… nie sposób było dociec, co kryje się pod tą okropną bluzą. Kiedy ją podniósł, bez trudu dłońmi opasał jej talię. Miała wąskie i delikatne nadgarstki i najdłuższe rzęsy, jakie kiedykolwiek w życiu widział – chyba że były sztuczne.

Ponownie rzucił okiem na profil śpiącej tylko po to, aby się upewnić, że długie gęste rzęsy nie są wytworem jego wyobraźni. W tym momencie szosa raptownie opadła, przechodząc w stumetrowy, odsłonięty odcinek, wystawiony na coraz intensywniejszą zamieć. Zanim Matt zdążył odpowiednio zareagować, land rover stoczył się prosto w ponaddwumetrową zaspę.