Druga szansa

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Penny Jordan
Druga szansa

Tłumaczenie:

Klaryssa Słowiczanka


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Max Crighton z cyniczną miną obserwował gości weselnych bawiących się w salach recepcyjnych hotelu Grosvenor w Chester.

Miał trzydzieści lat, żonę, dobry zawód, dwoje zdrowych dzieci, a także powodzenie u kobiet. Zdawałoby się, że osiągnął wszystko, a przecież czuł się głęboko rozczarowany i znudzony swoim życiem.

Jego młodsza siostra z uśmiechem patrzyła na swojego dopiero co poślubionego męża. Rodziny młodych pławiły się w czułostkowym nastroju. Owa sentymentalna atmosfera napawała Maxa odrazą, uroczystość wydawała mu się groteskowa, goście weselni obmierzli i sztuczni. Klan Crightonów uwielbiał jednak różnorodne zjazdy familijne i teraz postanowił ze stosowną pompą uczcić ślub Louise Crighton, jednej z bliźniaczych córek Jona i Jenny, z jej ukochanym Garethem Simmondsem.

Bliźniaczki!

We wszystkich pokoleniach rodziny Crightonów pojawiały się bliźniaki. Ojciec Maxa był bliźniakiem, bliźniakiem był także dziadek.

Bliźniaki!

Max był wdzięczny rodzicom, że nie musiał wyrastać w cieniu brata bliźniaka i że nikt nie zagrażał jego pozycji, ale było to bodaj jedyne, za co był im wdzięczny.

Śmieszne, myślał Max, rozglądając się po wielkiej sali hotelu, z jaką gorliwością drodzy krewni unikają jego wzroku. Nie lubili go, ale niezbyt przez to cierpiał. Niby dlaczego miałby się przejmować, skoro nigdy nie zależało mu na sympatii innych ludzi, nigdy o nią nie zabiegał.

Nowiuteńki bentley turbo, który niedawno kupił, pozycja partnera w jednej z najbardziej szanowanych kancelarii adwokackich w Londynie, tego nie zdobył dzięki ludzkiej sympatii, nic nie zawdzięczał bliźnim. Od dzieciństwa, od chwili kiedy dziadek wyjaśnił mu znaczenie słowa adwokat, Max miał jedną ambicję w życiu, jeden cel – zostać wziętym londyńskim adwokatem.

Rodzina marzyła o podobnie świetlanej przyszłości dla jego stryja Davida, ale stryj nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań. Był taki moment w życiu Maxa, kiedy i on lękał się, że zawiedzie, że mimo czynionych sobie, a co ważniejsze dziadkowi, obietnic nie osiągnie upragnionego sukcesu, że ktoś ubiegnie go w wyścigu do stanowisk i pieniędzy, sprzątając sprzed nosa upragnione trofea. Na szczęście znalazł sposób, by odwrócić niesprzyjające koło fortuny. Wszystko skończyło się pomyślnie, a on dowiódł przy okazji tym, którzy próbowali stanąć mu na drodze, jak próżne były ich wysiłki.

Zerknął w zamyśleniu na swoją żonę, Madeleine, siedzącą w drugim końcu sali w towarzystwie jego matki i siostry dziadka, czyli ciotki Ruth.

Żadna z kuzynek Maxa, podobnie jak żadna z żon jego krewniaków, być może z wyjątkiem Bobby, żony Luke'a, nie była olśniewającą pięknością, ale nawet przy nich uroda Madeleine okazywała się szara, banalna, nijaka.

Widząc, że żona podnosi głowę i spogląda na niego zahipnotyzowana niczym królik pochwycony w światła samochodowych reflektorów, Max wykrzywił usta w cynicznym grymasie. Madeleine miała wszak swoje zalety; pochodziła z bardzo bogatej i bardzo ustosunkowanej rodziny.

– Jak to, nie chcesz naszego dziecka? – pytała drżącym, pełnym niedowierzania głosem, gdy, jak zawsze pokorna, uległa i zapatrzona w niego, przyszła z wiadomością o pierwszej ciąży, a on jednym słowem zniszczył jej radość.

– Nie rozumiesz, moja głupia żono? Po prostu nie chcę – powiedział cierpko. – Nie ożeniłem się z tobą po to, żeby płodzić kolejnych Crightonów, niech się tym zajmą moi kuzyni.

– Po co więc ożeniłeś się ze mną? – W oczach Madeleine pojawiły się łzy.

Max z rozbawieniem patrzył na zalęknioną twarz. Walka, jaka toczyła się w duszy tej wiecznie spłoszonej istoty, wydawała mu się śmieszna.

– Ożeniłem się z tobą, bo to był jedyny sposób, żeby dostać się do przyzwoitej kancelarii – odparł zgodnie z prawdą, choć była to prawda okrutna. – Dlaczego jesteś taka zaszokowana? – ironizował. – Musiałaś przecież się domyślać, że…

– Mówiłeś, że mnie kochasz.

– A ty mi uwierzyłaś? – zaśmiał się, odrzucając głowę do tyłu. – Naprawdę uwierzyłaś? A może tak rozpaczliwie chciałaś zdobyć męża, że wolałaś zamknąć oczy na oczywiste fakty? – ciągnął dalej swe okrutne wyznanie. – Idź na zabieg – powiedział nagle oschłym tonem, spoglądając na jej brzuch.

Maddy nie zdecydowała się jednak na aborcję. Dotąd potulna, zbuntowała się i teraz Max miał w domu dwójkę hałaśliwych, uprzykrzonych dzieciaków, od których uciekał przy każdej nadarzającej się okazji, bardzo pilnując, by nie wprowadzały zamętu w jego życie.

Wiedziony iście genialną intuicją, zrobił wszystko, co mógł, by uzależnić dziadka od Maddy, a był w swoich działaniach tak skuteczny, że Ben nie wyobrażał sobie już życia bez jej troskliwej pomocy i ciągłej obecności w Haslewich.

Max bez trudu namówił żonę, by na stałe zamieszkała w tym małym, położonym w hrabstwie Chester miasteczku, gdzie już jego pradziad był rejentem i gdzie jego ojciec w dalszym ciągu prowadził rodzinną kancelarię notarialną. Pozbywszy się tym sposobem Maddy z Londynu, uwolniony od męczącej obecności dwojga rozwrzeszczanych dzieci, mógł wreszcie wieść w stolicy niczym nieskrępowane życie.

Liczne romanse, jakie miał w okresie małżeństwa, nigdy nie powodowały u Maxa specjalnych wyrzutów sumienia. Na kochanki wybierał z reguły klientki, których sprawy rozwodowe prowadził, kobiety bogate, przyzwyczajone przez mężów do luksusu i oczekujące od adwokata, by wywalczył dla nich, obok upragnionej swobody, odpowiednie zabezpieczenie finansowe, czyniące ową swobodę jeszcze bardziej upragnioną.

Dla tych kobiet – pięknych, zepsutych, znudzonych i szukających przygód – romans z młodym, przystojnym adwokatem był miłym urozmaiceniem i sposobem przytarcia nosa uprzykrzonym mężom, a właściwie już prawie byłym mężom.

Zważywszy na to wszystko, trudno było oczekiwać, żeby zachowywały w sekrecie swoje małe, słodkie odwety. Damy z wypiekami na twarzy zwierzały się swoim przyjaciółkom i wkrótce Max stał się jednym z najbardziej wziętych – i jednym z najdroższych – specjalistów od rozwodów w stolicy.

Małżeństwo z Maddy – a Max, żeniąc się z nią, założył, że będzie trwało tylko do momentu, gdy zdobędzie mocną pozycję w palestrze – miało jednak swoje dobre strony, bo paradoksalnie czyniło go wolnym. Mógł spokojnie romansować i zmieniać partnerki, w żaden związek nie angażując się na dłużej. On, człowiek honoru, odpowiedzialny i wyznający nienaruszalne zasady, czyż mógłby zostawić żonę i dzieci, by pójść za głosem serca? Nie, musiał trwać w małżeństwie, przedkładając dobro rodziny nad własne.

– Gdyby było więcej takich mężczyzn jak ty – szeptała mu niejedna kochanka. – Twoja żona miała wielkie szczęście.

Zgadzał się z tym bez zastrzeżeń. Madeleine miała szczęście. Gdyby on się z nią nie ożenił, na pewno zostałaby starą panną.

Ostatnio w kręgach prawniczych szeptano, że jej ojciec podobno miał zostać przewodniczącym Sądu Najwyższego, co, jeśli płotka okazałaby się prawdą, dodałoby splendoru i tak już wysokiej pozycji Maxa.

Max doskonale zdawał sobie sprawę, że rodzice Madeleine nie darzą go sympatią, ale niewiele sobie z tego robił. Niby dlaczego miał się przejmować? Skoro nie był lubiany we własnej rodzinie, skoro nawet rodzice odnosili się doń z rezerwą… On zresztą też nie żywił do nich jakichś cieplejszych uczuć. Jedyną osobą, do której odnosił się nieco serdeczniej, był stryj David, ale nawet to uczucie nie było wolne od zawiści o względy dziadka, którego David był oczkiem w głowie. Zawiści pomieszanej z lekceważeniem, że David, utalentowany David, spoczął na laurach, zadowalając się pozycją prowincjonalnego rejenta w rodzinnym biznesie prawniczym.

Miłość – uczucie łączące i wiążące ludzi – była dla Maxa pojęciem raczej księżycowym. Owszem, kochał siebie, ale jego stosunek do innych ludzi wahał się od obojętności, przez umiarkowaną pogardę, po jawny wstręt i głęboką nienawiść.

Przy tym wszystkim winą za to, że jest powszechnie nielubiany, obarczał innych, nigdy siebie.

Zerknął na zegarek. Jeszcze pół godziny i wymknie się z przyjęcia weselnego Louise. Siostra początkowo planowała ślub w czasie Bożego Narodzenia, ale uroczystość przyspieszono ze względu na to, że ciotka Ruth i jej amerykański mąż Grant zamierzali tegoroczne święta spędzić u córki w Stanach.

Wnuczka Ruth, Bobbie, jej należący do chesterskiej gałęzi Crightonów mąż Luke i ich maleńka córeczka też zamierzali świętować Gwiazdkę za oceanem.

Bobbie od pewnego czasu obserwowała Maxa i narastała w niej szczera niechęć do kuzyna, bo też sposób, w jaki traktował biedną Maddy, był odrażający. Olivia, stryjeczna siostra Maxa, miała rację, kiedy ze zwykłą sobie przenikliwością zauważyła przy jakiejś okazji:

– Max należy do tych facetów, którzy rozmawiając z najbardziej nawet atrakcyjną kobietą, będą oglądali się na boki w poszukiwaniu jeszcze piękniejszej.

Tak, Maddy miała pecha. Bobbie nie pojmowała, jak ta dziewczyna wytrzymuje z Maxem. Cóż, w małżeństwie trzymały ją zapewne dzieci.

Na myśl o dzieciach uśmiechnęła się i dotknęła swojego brzucha. Tydzień wcześniej lekarz potwierdził, że jest w ciąży.

– Myślę, że tym razem to będą bliźniaki – zwierzyła się mężowi, na co Luke uniósł brwi.

– Mówi ci to kobieca intuicja? – zapytał z lekką kpiną.

– Cóż, ktoś musi w końcu urodzić parkę, a ja jestem w odpowiednim wieku. Kobiety po trzydziestce mają większe szanse na bliźnięta – stwierdziła Bobbie tonem eksperta.

 

– Po trzydziestce? Masz trzydziestkę, a to nie to samo, co po trzydziestce – poprawił żonę Luke.

– Uhm… Wiem, ale coś mi się wydaje, że ta dwójka została poczęta w dzień moich trzydziestych urodzin – mruknęła Bobbie.

Luke był jednym z czworga dzieci – miał dwie siostry i brata. Jego ojciec, Henry Crighton, i stryj, Laurence, teraz obydwaj już na emeryturze, prowadzili kancelarię notarialną w Chester, którą założył jeszcze ich dziad. Osiemdziesiąt lat mijało od chwili, gdy zwaśniony z ojcem Josiah Crighton opuścił Chester, by założyć własny notariat w Haslewich.

Chociaż dawne swary poszły już w niepamięć i młodsze pokolenie, wywodzące się z obydwu gałęzi klanu, utrzymywało serdeczne kontakty, senior Crightonów z Haslewich ciągle żył obsesją rodzinnego współzawodnictwa.

Najpierw ulokował swoje ambicje w synu, a kiedy ten zawiódł, przeniósł je na wnuka, oczekując, że wejdzie on do palestry. Max od dzieciństwa, to podbechtywany, to przekupywany przez dziadka, wyrastał w przekonaniu, że musi ziścić jego nadzieje i pokazać wreszcie Crightonom z Chester, że ci z Haslewich potrafili osiągnąć więcej w świecie prawniczym.

Kiedy Max oznajmił Benowi, że został adwokatem w jednej z najlepszych kancelarii w Londynie, spełnił wreszcie marzenie patriarchy rodu.

Bobbie rozglądała się po sali balowej hotelu Grosvenor, wspominając wieczór, kiedy pojawiła się tutaj po raz pierwszy, na przyjęciu z okazji osiemnastych urodzin Louise i Kate. Zaprosił ją wówczas, osobę jeszcze obcą w rodzinie, młodszy brat bliźniaczek, Joss.

Max odnosił się do niej wtedy z wielką galanterią, może nawet zbytnio jej nadskakiwał jak na człowieka żonatego. Luke rzucił kąśliwy komentarz na ten temat, Bobbie mu się odcięła i tak zaczęła się jej znajomość z przyszłym mężem.

Cieszyła się teraz, że Louise zdecydowała się przyspieszyć ślub i że cała rodzina mogła wziąć udział w uroczystości. Bobbie byłaby niepocieszona, gdyby stało się inaczej, z drugiej strony tęskniła do świątecznego spotkania z rodzicami i siostrą. Wyobrażała już sobie, jak bardzo matka ucieszy się na wiadomość o ciąży. Sam chyba też. Na myśl o swojej siostrze bliźniaczce poczuła lekki niepokój.

Coś złego musiało się dziać w życiu Sam. Czuła to za sprawą magicznej więzi, która łączyła ją z siostrą i sprawiała, że były sobie tak bliskie.

W małej salce, obok balowej, bawiło się na przypadkiem urządzonym przyjęciu najmłodsze pokolenie Crightonów.

Kto by pomyślał, że w tak krótkim czasie w rodzinie przybędzie tyle dzieci, myślała Jenny, od czasu do czasu spoglądając czule na biesiadujące maluchy.

Początek dała Olivia, bratanica jej męża, starsza z dwojga dzieci Davida, teraz dumna matka Amelii i Alex. Saul, starszy syn Hugha, przyrodniego brata Bena, dochował się z pierwszego małżeństwa Jemimy, Roberta i Meg, a jego druga żona Tullah urodziła mu synka. No i byli jeszcze Leo i Emma, dzieci Maxa i Maddy.

Maddy. Jenny zerknęła na siedzącą obok synową. Ktoś, kto nie znał Maddy, mógłby pomyśleć, że jest ucieleśnieniem spokoju, ale kilka minut wcześniej Jenny zauważyła łzy w jej oczach i nie miała wątpliwości, kto je wywołał.

Lata mijały, a ona ciągle nie mogła się pogodzić z tym, że jej syn, krew z jej krwi, sprawia innym tyle bólu i cierpienia.

Tyle razy chciała z nim porozmawiać, zapytać, dlaczego jest taki okrutny. Dlaczego? Dlaczego tak postępował, co nim kierowało? Nie znajdowała odpowiedzi na swoje pytania, a Max, gdyby próbowała nakłonić go do zwierzeń, co najwyżej wzruszyłby ramionami, uśmiechnął się tym swoim drwiącym, wzgardliwym uśmieszkiem, odwrócił na pięcie i odszedł bez słowa.

Nie mogła pojąć, jak ona i Jon mogli wychować kogoś takiego jak Max, i wiedziała, że nigdy już tego nie pojmie, a przy tym, ilekroć spoglądała na Maddy i widziała, jak bardzo ona jest nieszczęśliwa w małżeństwie, tylekroć ogarniała ją rozpacz i dręczące poczucie winy.

Jenny serdecznie kochała Madeleine i nie mogła wyobrazić sobie lepszej synowej, ale miała zbyt dużo przenikliwości i była zbyt mądra, by uwierzyć, że Max szukał takiej właśnie żony.

Max karmił się agresją, wiecznym konfliktem, żył niejako wbrew światu, był zachłanny i nienasycony. Tymczasem biedna Maddy nie potrafiła, nie umiała tak żyć. Biedna Maddy!

Maddy zwiesiła głowę. Odgadywała myśli teściowej, ale nie mogła mieć pretensji do Jenny, że tak ją ocenia.

Max przyjechał do Queensmead, pięknej rezydencji dziadka, która stała się ostatnio także domem Maddy i dzieci, rano w dzień ślubu, zaledwie na godzinę przed rozpoczęciem uroczystości. Spóźnił się, mimo iż zapewniał żonę, że pojawi się poprzedniego wieczoru, co na wstępie zwarzyło atmosferę i powitanie nie wypadło zbyt serdecznie. Na domiar złego Leo był w wieku, kiedy większość chłopców zaczyna być zaborcza wobec matki i o nią zazdrosna, nic więc dziwnego, że przyjął ojca fatalnie i popatrywał na niego spode łba, jak na rywala.

Maddy wiedziała doskonale, że Maxa zupełnie nie obchodzi, jak traktują go własne dzieci, i że byłby najszczęśliwszy, gdyby w ogóle nie musiał mieć z nimi do czynienia. Zresztą nigdy nie chciał ich mieć.

Jednak wobec dziadka i reszty rodziny domagał się od dzieci, by okazywały mu miłość, czego Leo nie mógł spełnić. Już zawiedziony w swoich ojcowskich roszczeniach, rozsierdził się jeszcze bardziej, kiedy tuż przed wyjściem z domu mała Emma zaczęła wymiotować, co spowodowało dodatkowe spóźnienie. Max eksplodował, zaczął kląć, w końcu wygarnął Maddy ze zwykłym dla siebie okrucieństwem, że jest równie beznadziejną matką, jak żoną.

Maddy domyślała się prawdziwych przyczyn tego niekontrolowanego wybuchu. Chodziło o kobietę. Znała Maxa i potrafiła bezbłędnie rozpoznać oznaki. Był wściekły, że musiał wyjechać z Londynu i zostawić kochankę. To zapewne z jej powodu nie przyjechał do Haslewich poprzedniego dnia, jak wcześniej obiecywał.

Chociaż stale powtarzała sobie, że zdrady męża już nie są w stanie jej dotknąć, to jednak nie była to prawda.

Niewierność męża bolała ją, podobnie jak współczucie jego rodziny. W ich oczach widziała litość, słyszała ubolewanie w głosie. Cierpiała, patrząc na szczęśliwe związki kuzynów Maxa, a potem tłumaczyła sobie z całym stoicyzmem, na jaki było ją stać, że nie sposób przecież zazdrościć komuś tego, czego samej nigdy się nie miało. W dzieciństwie nie zaznała zbyt wiele miłości. Jej matka, osoba pochodząca ze starej szlacheckiej rodziny, uważała swoje małżeństwo za mezalians, do męża i córki odnosiła się z pełnym dystansu lekceważeniem, miała ich za gorszych od siebie. Czas wolała spędzać ze swoimi krewnymi. Ojciec zajęty karierą prawniczą też nie poświęcał Maddy szczególnej uwagi.

Rodzice chyba nawet nie zauważyli, że jedynaczka wyszła za mąż i po ślubie nie próbowali utrzymywać z nią bliższych kontaktów. Wychowana w obojętności, po przyjeździe do Haslewich Maddy po raz pierwszy w życiu znalazła dom. Wreszcie była komuś potrzebna, a serdeczność, jakiej tu zaznała, stanowiła dla niej przynajmniej częściowe antidotum na ból nieudanego małżeństwa.

Z natury pogodzona z życiem, nauczona pokornie znosić wszystko, co ono ze sobą niesie, od razu zaakceptowała nieznośny dla innych charakter Bena. Kiedy dziadek Maxa irytował się, zrzędził i rozstawiał całą rodzinę po kątach, ona z cierpliwym uśmiechem tłumaczyła, że ataki złego humoru starego satrapy biorą się po prostu z dolegliwości fizycznych.

– Jesteś świętą osobą – powtarzali bezustannie Crightonowie.

Nie, nie była święta. Była po prostu kobietą, która tęskniła za tym, by jakiś mężczyzna spojrzał na nią tak, jak Gareth Simmonds spoglądał na swoją nowo poślubioną żonę, a jej szwagierkę, Louise. Tak bardzo pragnęła dojrzeć w czyimś wzroku miłość, zachwyt, pożądanie. Kiedy poznała Maxa, wmawiała sobie desperacko, że wszystko to odnajduje w jego oczach, tymczasem nie było w nich nic poza ironią, wzgardą i kłamstwem.

Max ożenił się z nią wyłącznie z jednego powodu, co uświadamiał jej niemal każdego dnia przez wszystkie lata małżeństwa – chciał po prostu za wszelką cenę dostać się do palestry, a nigdy nie zaspokoiłby tej ambicji bez pomocy teścia.

– Dlaczego, na miłość boską, nie zostawisz go w końcu i nie rozwiedziesz się? – zapytała zniecierpliwionym głosem Louise podczas którychś świąt Bożego Narodzenia, kiedy obydwie, siedząc w salonie, obserwowały, jak Max otwarcie flirtuje z młodą i piękną kobietą.

Maddy pokręciła tylko głową. Nie potrafiła wytłumaczyć Louise, dlaczego nadal godzi się być żoną jej brata. Gorzej, nie umiała wyjaśnić tego nawet sobie. Mogłaby tylko powiedzieć, że tutaj, w Haslewich, czuła się bezpieczna, potrzebna. Tutaj, zajęta rozmaitymi obowiązkami, mogła na chwilę zapomnieć o swoich kłopotach małżeńskich. Z dala od Maxa potrafiła uwierzyć, że jej życie nie jest może aż tak nieudane, jak widzieli to postronni obserwatorzy.

Gdyby jednak chciała być ze sobą szczera, musiałaby przyznać, że nie decydowała się na rozwód ze strachu przed niepewną przyszłością i utratą nie tyle Maxa, co zaplecza, jakie dawała jej rodzina Crightonów. Zdawała sobie sprawę, że to żałosne, ale musiała przecież myśleć o dzieciach, o ich bezpieczeństwie.

W Haslewich żyły one w ciepłym kręgu rodzinnym, doświadczały serdeczności, luksusu, który jest udziałem niewielu współczesnych dzieci, wychowujących się w zatomizowanych domach. Tutaj Leo i Emma mieli kuzynów w swoim wieku, kochające ciotki i wujków, tutaj, w Haslewich, mogli wzrastać w poczuciu bezpieczeństwa. Mieli tu swój mały świat, którego Maddy nie chciała im odbierać, by nie pozbawić swojej dwójki tego, co uważała za bezcenny dar.

– Gdybyś mieszkała w Londynie, dzieci mogłyby mieć ojca na co dzień, zamiast widywać go tylko w weekendy – przekonywała ją niedawno jedna ze znajomych.

Madeleine pochyliła głowę i zaczęła zapinać kurtkę Leo, ukrywając twarz za zasłoną włosów.

– Max ma bardzo wyczerpującą pracę, wraca do domu późnym wieczorem – mruknęła stłumionym głosem.

Na szczęście znajoma nie podtrzymywała tematu, ale jej słowa brzmiały w uszach Maddy, gdy szła z Leo przez skwer koło przedszkola, w którym mały spędzał kilka godzin trzy razy z tygodniu. Rodzina co prawda pogodziła się z faktem, że Max był w Londynie w dni robocze, w praktyce jednak rzecz miała się inaczej, bo często zostawał tam także w weekendy, nie przyjeżdżając do Haslewich całymi tygodniami, a bywało, że i miesiącami.

Madeleine nigdy z nikim nie rozmawiała na temat swojego małżeństwa, ale bez tego wiedziała, że bliscy Maxa doskonale zdają sobie sprawę, że to nie nadmiar obowiązków zatrzymuje go w stolicy.

Czasami odczuwała nieprzepartą potrzebę zwierzenia się matce Maxa, ale powstrzymywała ją wrodzona powściągliwość i duma. Poza tym w czym Jenny mogłaby jej pomóc? Nakazać Maxowi, żeby kochał żonę i dzieci, zmusić go do tego?

Przestań, powiedziała sobie Madeleine, czując napływające do oczu łzy.

Max i tak był już w fatalnym humorze, swoim zachowaniem nie powinna więc dolewać oliwy do ognia. Co prawda nie uciekłby się wobec żony czy dzieci do przemocy fizycznej, ale jego milcząca wzgarda i wrogość były niekiedy tak dotkliwe, że powietrze robiło się gęste i zatruta atmosfera długo utrzymywała się w domu.

Kiedy Max wyjeżdżał z Queensmead, Maddy natychmiast otwierała szeroko wszystkie okna, jakby chciała pozbyć się czym prędzej chorobliwych wyziewów, i głęboko wdychała ożywczy tlen.

– Gdzie się podziewa ten twój mąż? – zapytał ją ostatnio Ben ze zwykłą sobie pretensją do całego świata w głosie i skrzywił się z bólu.

Chora noga dokuczała mu w dalszym ciągu i po ostatnim badaniu lekarz wyraził przypuszczenie, że być może konieczna będzie kolejna operacja biodra.

Ben na tę wiadomość natychmiast się, oczywiście, nasrożył i zaczął pomstować na „tych konowałów”, a tak był rozsierdzony, że Madeleine musiała go potem uspokajać przez kilka dni z rzędu.

Mimo że był nieznośny, Madeleine szczerze lubiła starego zrzędę. Potrafił być bardzo troskliwy i opiekuńczy na tę staroświecką modłę, która młodsze kobiety z rodziny często doprowadzała do prawdziwej irytacji, natomiast Madeleine bardziej rozczulała, niż złościła.

– Ja nie wiem, jak ty możesz z nim wytrzymać – rzuciła porywczo któregoś dnia Olivia.

Wpadła akurat do Queensmead, żeby zobaczyć się na chwilę z Madeleine i zostawić prezenty gwiazdkowe dla Emmy i Leo od jej dwóch córeczek, Amelii i Alex.

– Córki! W tej rodzinie potrzebni są synowie – fuknął Ben z niesmakiem, kiedy zaprowadziła małe do pradziadka, by się z nim przywitały. – Dzięki Bogu mamy małego Leo – dodał, spoglądając z dumą na prawnuka.

 

– To niedopuszczalne, żeby przez jego głupie komentarze dziewczynki miały czuć się w jakikolwiek sposób gorsze – oburzała się Olivia, rozmawiając potem z Maddy przy filiżance kawy.

– Zapewniam cię, że nie miał nic złego na myśli – próbowała uspokoić ją szwagierka.

– Owszem, miał. – Olivia z ponurą miną przeżuwała herbatnik podsunięty jej przez Maddy. – Wierz mi, moja droga, że miał. Już ja coś o tym wiem. Za młodu nasłuchałam się od niego wystarczająco dużo podobnych uwag. Nasz patriarchalny dziadunio sprawiał, że czułam się gorsza, jak ciągle mi przypominał, że… jestem dziewczyną i choćbym nie wiem jak się starała, nie dorównam Maxowi. Mój ojciec nie był ani odrobinę lepszy. Czasami żałowałam, że Max nie jest jego dzieckiem, a moim ojcem stryj Jon.

– Jenny opowiadała mi, że dziadek rozpieszczał Maxa – wtrąciła cicho Maddy.

– Rozpieszczał to mało, rozpuścił go jak dziadowski bicz – irytowała się Olivia, zapominając, że rozmawia, bądź co bądź, z żoną delikwenta. – Co tylko Maksio sobie zażyczył, natychmiast dostawał, a dziadek nie przestawał chełpić się dookoła cudownym wnusiem. Przy każdym spotkaniu z rodziną z Chester piał pochwały na jego temat i biada temu, kto myślałby inaczej. Strach pomyśleć, co by było, gdyby Max nie dostał się do dobrej londyńskiej kancelarii, a mało brakowało, żeby szansa przeszła mu koło nosa. W końcu to twój ojciec go ustawił.

– Tak – przytaknęła Madeleine.

Znała Olivię zbyt dobrze, żeby podejrzewać ją o złośliwość czy złe intencje. Nie, nie była złośliwa, tyle że jej opinie były zabarwione niechęcią do Maxa. Nigdy nie kryła przed Madeleine swoich uczuć wobec stryjecznego brata.

– Dziadek na pewno będzie chciał, żeby Leo w przyszłości poszedł w ślady ojca. Chłopak nie będzie miał łatwego życia – powiedziała Olivia, jakby zawczasu chciała przestrzec Madeleine, ale ta pokręciła głową.

– Leo jest zupełnie inny niż Max. Jeśli się wrodził w któregoś z Crightonów, to już raczej w Jona. Gdyby rzeczywiście miał zostać prawnikiem, podejrzewam, że najchętniej osiadłby w Haslewich, przejmując rodzinną kancelarię po Jonie. Prawdę powiedziawszy, to do wielkiej kariery najbardziej predestynowana zdaje się twoja Amelia.

Olivia z ciepłym uśmiechem spojrzała na córkę.

– Tak, jest bardzo bystra, a przy tym pracowita, ale życie nie zawsze układa się tak, jak byśmy chcieli. Spójrz na Louise. Wszyscy byli przekonani, że zajdzie Bóg wie jak wysoko, a tymczasem pojawił się Gareth. Wielka miłość, ślub… i koniec. Teraz Lou zaczyna przebąkiwać, że w ogóle przestanie pracować. Albo Kate… Zawsze była tą spokojniejszą z bliźniaczek, taka cicha myszka, stworzona zdawałoby się do małżeństwa i rodzenia dzieci, a wygląda na to, że właśnie ona zdecydowała się na robienie kariery zawodowej.

A ja? – pomyślała Maddy z rezygnacją. Kuchnia, pokój dziecinny… i to wszystko.

– Pyszne te ciastka – mruknęła Olivia, jakby na potwierdzenie smutnych refleksji Madeleine. – Mogłabyś gotować profesjonalnie. Nic dziwnego, że dziadek nie może się nachwalić twojej kuchni.

Maddy rzeczywiście lubiła gotować, uwielbiała też zajmować się ogrodem. Spiżarnia w Queensmead pełna była robionych przez nią przetworów z owoców i warzyw. Nigdy nie żałowała długich letnich i jesiennych godzin spędzonych nad garnkami. Pod fachowym okiem Ruth, korzystając z jej rad, przywróciła do życia sad w Queensmead, kazała wyremontować cieplarnię, a teraz doglądała maleńkiej brzoskwini, którą dostała w prezencie urodzinowym od Jenny i miała nadzieję, że w przyszłym roku będzie już owocowała.

Od chwili gdy zamieszkała z Benem, powoli, z uporem odnawiała dom, który dzięki jej staraniom piękniał z każdym miesiącem. Pojechała nawet do Szkocji i namówiła swoich arystokratycznych dziadków, by rozstali się ze wzgardzonymi przez nich rustykalnymi meblami, niszczejącymi na strychu ich zamku, a które znakomicie nadawały się do wiejskiej rezydencji.

Guy Cooke, antykwariusz i niegdysiejszy wspólnik Jenny, nie mógł wyjść z podziwu, gdy podczas którejś jego wizyty w Queensmead Maddy pokazała mu na nowo umeblowane wnętrza.

– Znakomicie – stwierdził z uznaniem. – Ludzie często popełniają fatalny błąd, urządzając takie domy jak Queensmead drogimi antykami albo, co gorsza, kopiami. Tymczasem ty masz wyczucie, Maddy.

– Mam dziadków i pełne mebli strychy w ich zamku – powiedziała Maddy ze śmiechem, stając obok Guya, który właśnie podziwiał w jednym z pokoi piękne, stare zasłony z grubego lnu.

– Wspaniałe, naprawdę wspaniałe. Oryginalne irlandzkie płótno. – Pokiwał z uznaniem głową. – Teraz czegoś takiego nie zdobędzie się za żadne pieniądze, żeby nie wiadomo jak szukać. Gdzie ty…

– Moja prababka miała pewne związki z Irlandią – odparła Madeleine głosem, w którym brzmiała satysfakcja i rozbawienie. – Znalazłam je u niej…

– Wiem, na strychu – dokończył Guy.

– Niezupełnie – zaśmiała się Madeleine, wspominając, jak zezłościła się jedna z jej kuzynek, wzięta projektantka wnętrz, odkrywszy, że z nieużywanej zamkowej sypialni zniknęły kotary, które wcześniej sobie upatrzyła i miała ochotę wywieźć do Londynu.

– Nie mogę się już doczekać Bożego Narodzenia – oświadczyła nieoczekiwanie Jenny, wyrywając Maddy z zamyślenia. – Zdziałałaś cuda w Queensmead, wspaniale będzie urządzić tam teraz rodzinne święta. Już widzę, z jaką zazdrością chesterczycy będą podziwiali twoje dzieło. Oni nie mają takiej rezydencji.

– Tak, Queensmead to śliczny dom – przyznała Madeleine.

– Jon rozmawiał już z Branem – ciągnęła Jenny. – Zamówił choinkę, pojutrze powinni ją dostarczyć. Jeśli chcesz, pomogę ci ubierać drzewko.

– Oczywiście, że chcę – ucieszyła się Maddy.

Jak co roku wielka choinka miała przyjechać do Queensmead z lasów należących do Brana T. Thomasa, emerytowanego generała, przyjaciela domu, człowieka samotnego, który pierwszy dzień świąt spędzał zwykle u Crightonów. Madeleine bardzo go lubiła. Był urodzonym gawędziarzem, znał mnóstwo fascynujących historii dotyczących Haslewich i okolic, a gdy opowiadał o swojej nieżyjącej od dawna żonie, w jego wspomnieniach było tyle czułości, że Maddy napływały łzy do oczu.

– Louise chyba ma zamiar już wychodzić. – Jenny po raz kolejny przerwała rozmyślania synowej.

Maddy podniosła głowę i poczuła bolesne ukłucie w sercu. Oblubieńcy zdawali się tacy szczęśliwi, tak w sobie zakochani. Gareth z czułością patrzył na żonę, a twarz Louise promieniała blaskiem miłości. Nie, Maddy nie zazdrościła swojej młodej szwagierce, tylko że… Szybko odwróciła wzrok, wstała i ze ściśniętym gardłem przeszła do małej sali, gdzie bawiły się dzieci.

Leo, który był drużbą państwa młodych, wodził dzisiaj rej wśród swoich kuzynów, mała Emma zdążyła już zapomnieć o porannej niedyspozycji i teraz śmiała się radośnie, ale obydwoje wyglądali na zmęczonych.

Obok Maddy pojawiła się Bobbie, wnuczka Ruth, która przyszła po swoją córeczkę.

– Z przerażeniem myślę o jutrzejszym locie do Stanów – zwierzyła się, krzywiąc zabawnie usta.

– Ale będziesz mogła spędzić święta z rodzicami i siostrą – pocieszyła ją Maddy.

– Owszem – przytaknęła Bobbie.

Patrzyła na męża, który właśnie wziął na ręce ich zaspaną małą córeczkę i bezwiednie porównywała go z Maxem.

Luke był czułym, kochającym ojcem i równie kochającym mężem, podczas gdy Max udawał troskliwego, próbował uchodzić za dobrego i czułego, grał, szczególnie przed dziadkiem, ale Bobbie doskonale wiedziała, jaki jest naprawdę.

Biedna Maddy.