Arabski książęTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Penny Jordan
Arabski książę

Tłumaczenie:

Krystyna Kozubal

PROLOG

Za późno go zauważyła. Nie udało się uniknąć zderzenia z ubranym w długą szatę mężczyzną, który wyłonił się zza załomu korytarza.

Nim jej twarz wylądowała na ramieniu obcego, Samantha zdążyła zauważyć, że jest wysoki, barczysty i bardzo przystojny. Teraz słyszała bicie jego serca i czuła zapach męskiego ciała spryskanego dobrą wodą kolońską. Gdy mocne palce chwyciły ją za gołe ramię, poczuła, jak żar rozlewa się w jej żyłach.

Przez chwilę stali, przypadkowo w siebie wtuleni, a potem Samantha uniosła głowę. To był błąd. Gdyby nadal stała ze spuszczoną głową, nie dowiedziałaby się, że ten obcy mężczyzna patrzy na nią tak, jakby doznał takiego samego olśnienia jak ona. Pochylił się, więc ona stanęła na palcach, żeby się nie musiał za nisko schylać.

Na korytarzu rozległy się kroki. To ich otrzeźwiło. Odskoczyli od siebie jak oparzeni. Samantha dopiero teraz sobie przypomniała, że spieszy się na ważne spotkanie, a przez ten incydent może się jeszcze bardziej spóźnić. Przyjechała do tego arabskiego kraju po to, żeby pracować w swoim zawodzie, a nie zachowywać się jak emocjonalnie niestabilna nastolatka.

Wszystko przez to, że wybrała się z rana na pustynię i trochę za późno wróciła. Dlatego teraz musiała się spieszyć. Do rozmowy kwalifikacyjnej zostało zaledwie pół godziny, a trzeba było jeszcze wziąć prysznic, przebrać się i dotrzeć do biura. Dlatego tak biegła. Dlatego jej serce łomotało jak oszalałe. Wcale nie z powodu tego mężczyzny, na którego wpadła za załomem hotelowego korytarza.

Bo przecież doskonale wiedziała, że kobieta, która chce, by ją poważnie traktowano, powinna się poważnie zachowywać i pod żadnym pozorem nie prowokować mężczyzn. To dotyczyło także państw Europy, lecz tu, w krajach Półwyspu Arabskiego, było przestrzegane znacznie surowiej. Tutaj za prowokację uznawano przypadkowe dotknięcie, a nawet patrzenie na mężczyznę. To, co się stało przed chwilą, było godne najwyższego potępienia.

Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że zachowała się skandalicznie. A przecież nigdy dotąd nie postąpiła podobnie i żachnęłaby się, gdyby jej powiedziano, że kiedykolwiek tak się zachowa.

A może pustynia tak ją odmieniła? Samantha gdzieś czytała, że pobyt na pustyni doprowadza ludzi do utraty zmysłów. Ale przecież nie po trzech godzinach jazdy klimatyzowanym luksusowym autem! Bzdura!

Tyle że ten mężczyzna był taki przystojny… Samantha po raz pierwszy doznała tego dziwnego uczucia, które nią owładnęło, kiedy na niego wpadła. Jakby jakaś niewidzialna siła ją do niego ciągnęła z taką mocą, że teraz, kiedy się rozdzielili, czuła ostry fizyczny ból. Gdyby ten mężczyzna zażądał, by poszła z nim na koniec świata, zgodziłaby się bez wahania.

Czyżbym się zakochała? – pomyślała przerażona nie na żarty. Czyżbym od pierwszego wejrzenia zakochała się w obcym człowieku, z którym od tej chwili już na zawsze będę związana emocjonalnie?

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Vere wyglądał przez okno swojego pałacu w Dhurahnie. Nie myślał o leżącym u jego stóp przepięknym ogrodzie, założonym przed laty przez jego matkę, lecz o rozciągającej się poza nim pustyni. Vere kochał pustynię. Miał wielką ochotę choćby na kilka godzin porzucić obowiązki władcy nowoczesnego arabskiego państwa i wybrać się tam, gdzie zawsze się czuł najlepiej.

W pewnym sensie jego marzenie miało się wkrótce spełnić. W pewnym sensie, ale niestety nie całkiem. Miał obowiązki wobec swojego kraju i swojego narodu. W związku z nimi musiał wkrótce odwiedzić tę część pustyni, którą zwano ziemią niczyją, gdzie granica Dhurahnu spotykała się z granicami dwóch sąsiadujących z nim państw: Zuranu i Khulua.

Tylko jeden raz przedtem czuł tak wielką tęsknotę za pustynią i jej kojącym wpływem: tuż po tragicznej śmierci rodziców. Zwłaszcza utrata matki dotknęła go boleśnie. Teraz nie mógł się pogodzić z myślą, że pragnienie, jakie wzbudziła w nim kobieta, można ugasić jedynie na pustyni, gdzie doznał pociechy po śmierci uwielbianej matki. Zwłaszcza że osoba z hotelowego korytarza była nic niewartą kobietą, jedną z wielu, jakie odwiedzają Półwysep Arabski w nadziei, że za cenę własnego ciała poprawią sobie warunki materialne.

Dla Vere’a jego obecny stan był nie tylko objawem słabości godnej potępienia, ale przede wszystkim profanacją pamięci najdroższej matki i całkowitym zaprzeczeniem zasad, w jakich go wychowano.

Miał zaledwie czternaście lat, gdy rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Vere musiał dorastać bez nich, musiał się sam uczyć odpowiedzialności i reguł rządzenia państwem, a także chronić przed stresem swego młodszego brata. Ze wszystkim sobie poradził, mimo że ciągle, aż do teraz, brakowało mu czułej, mądrej miłości matki i wsparcia, jakie zawsze od niej dostawał. Tęsknił za nią jak małe dziecko. Postanowił sobie, że już nigdy w życiu nikogo nie pokocha, żeby nie znosić później tak niewyobrażalnego cierpienia.

Niektórzy mogliby wzruszyć ramionami, powiedzieć, że człowiek z jego pozycją może zaspokoić pożądanie, biorąc sobie kochankę lub nawet żonę. Drax już był żonaty i wkrótce miało się narodzić jego pierwsze dziecko. Młodszy brat nie ukrywał, że chciałby, aby Vere też się wreszcie ożenił…

Jednak on nie miał ochoty się żenić. W każdym razie nie teraz. A nawet jeśli, to na pewno nie z miłości jak Drax. Jego rezerwa i powściągliwość, uważane za królewską butę przez tych, którzy słabo go znali, wynikały z odpowiedzialności, jaką los nałożył mu na barki już w dniu narodzin. Bo to on pierwszy przyszedł na świat i na nim, jako starszym z dwóch braci bliźniaków, spoczywał obowiązek kierowania państwem. Zresztą Vere zawsze był poważniejszy niż Drax i zawsze bardziej serio niż młodszy bliźniak traktował sprawy tego świata. Uważał za swój najświętszy obowiązek rządzenie krajem w taki sposób, jaki życzyliby sobie nieżyjący rodzice.

Przemierzył pokój i podszedł do okna, z którego było widać, jak służba pakuje rzeczy do samochodów mających wyruszyć na pustynię.

Cała ta wyprawa miała swój początek w propozycji króla Zuranu, by sprawdzić i w razie konieczności na nowo wytyczyć granice trzech sąsiadujących ze sobą państw oraz właściwie oznaczyć obszar ziemi niczyjej. Vere całym sercem popierał ten pomysł. Każdy z trzech władców miał prawo sprawować kontrolę nad poszczególnymi częściami ziemi niczyjej, ale na mocy niepisanego porozumienia zaniechali swej władzy na rzecz tradycyjnie żyjących plemion koczowniczych, które od zarania dziejów zwały to terytorium swoim domem.

Król Zuranu życzył sobie objąć niewielką grupę koczowników opieką zdrowotną oraz umożliwić im korzystanie z dobrodziejstw systemu edukacyjnego, którym się cieszyli obywatele jego państwa, ale aby to uczynić, musiał uzyskać zgodę swych sąsiadów: emira Khulua oraz Vere’a i Draksa, władców Dhurahnu.

Inicjatywa była bliska sercu Vere’a, ponieważ przewidywała objęcie Beduinów opieką bez przymusowego „cywilizowania’’ tych prostych ludzi i bez odbierania im prawa do życia w warunkach, do jakich od wieków byli przyzwyczajeni. Emir, choć bardziej konserwatywnie nastawiony, nie chciał być gorszy i też się przyłączył do projektu, a król Zuranu zobowiązał się sfinansować badania kartograficzne przygranicznego terytorium. Ale to właśnie emir poddał im pod rozwagę pomysł, by przy okazji sporządzania starannych, wykonanych przy użyciu najnowocześniejszych technik map tego regionu zrewidować przebieg dotychczasowych granic.

Pomysł był dobry, pod warunkiem że emir, znany z umiejętności obracania każdej sytuacji na własny pożytek, nie skorzysta z okazji i nie upomni się o ziemie, które do niego nigdy nie należały. Vere i Drax ustalili z królem Zuranu, że trzeba uważnie patrzeć na ręce emirowi. Dlatego postanowiono, że każdy z trzech władców po kolei będzie nadzorował prace kartografów w obozowisku na pustyni. Teraz nadeszła kolej na Vere’a.

Vere podniósł głowę. Na balkonie okrytym żaluzjami stał Drax ze swoją żoną Sadie. Obserwowanie małżonków obudziło w starszym bracie tęsknotę, jakiej wcześniej nie znał. Odkrył ją w sobie, dopiero kiedy Drax się ożenił.

Bracia zawsze byli sobie bardzo bliscy, ale wypadek, który pozbawił ich rodziców, jeszcze bardziej ich do siebie zbliżył. Dla świata to Vere, jako starszy, był pełnoprawnym władcą, następcą swego ojca, ale bracia patrzyli na tę sprawę inaczej. Ich ojciec życzył sobie, aby obaj po równo ponosili odpowiedzialność za państwo i wspólnie nim rządzili, a oni chętnie się podporządkowali wielokrotnie wyrażanej woli ojca. Ponieważ jednak państwo może mieć tylko jednego przywódcę, oficjalnym władcą Dhurahnu został Vere. Prawo starszeństwa obowiązywało, mimo że Drax był młodszy od Vere’a zaledwie o pięć minut.

Do niedawna Vere nie odczuwał brzemienia tego obowiązku. Bracia doskonale się uzupełniali, jak dwie połówki tej samej całości. Drax optował za nowoczesnymi rozwiązaniami, Vere wolał pozostać przy tradycyjnych. Drax był ekstrawertykiem, a Vere wprost przeciwnie. Drax uwielbiał zamęt nowoczesnego cywilizowanego świata, Vere nade wszystko ukochał pustynię.

Zwykle z radością wyruszał na pustynię, ale teraz było inaczej. Pustynia budziła w nim uczucia, których należało się szczególnie wystrzegać. Tu zawsze zaostrzało się trawiące go uczucie pustki po stracie matki, które czyniło go bezbronnym.

Odwrócił się na pięcie, jakby chciał pokazać plecy własnym myślom. Nie mógł znieść w sobie żadnej skazy, a z tą konkretną słabością bezskutecznie walczył od wielu lat. Najchętniej by ją z siebie wyrwał i zamknął w jakimś niedostępnym miejscu, skazał na unicestwienie. Niestety za każdym razem, kiedy już był pewien, że mu się udało, przeklęta słabość wracała i pokazywała mu jak w lustrze jego najgorsze wady.

 

Całe pokolenia twardych mężczyzn bez skazy były jego przodkami. Vere, tak samo jak oni, nauczył się panowania nad sobą. Umiał odmawiać ciału wszystkiego, czego się domagało, przyzwyczaił je do spełniania twardych wymagań odwiecznej walki o przetrwanie w surowych pustynnych warunkach. Ani Vere, ani jego przodkowie nie ulegali pokusom, nie pozwalali im sobą rządzić. A już na pewno nie na hotelowym korytarzu, w stosunku do obcej kobiety…

Pożądanie uważał Vere za najnikczemniejszą ze wszystkich ludzkich słabości. Od zarania dziejów sprowadzało na ludzkość najstraszniejsze nieszczęścia. Szczycił się, że on jest wolny od tej słabości. Dopiero niedawno się okazało, jak bardzo się pomylił. Pożądanie owładnęło nim do tego stopnia, że zapomniał o swej pozycji, o swoich obowiązkach, zapomniał o całym świecie. Liczyła się tylko kobieta, którą przez kilka chwil trzymał w ramionach, i liczyło się pożądanie, jakie w nim obudziła.

Inny mężczyzna pewnie by się nie przejął, uznał swą ludzką słabość za rzecz normalną, ale Vere nigdy nie pozwalał, by rządziło nim ciało. Nie życzył sobie schodzić poniżej standardów, które sam sobie wyznaczył. I choć nikt by go nie potępił za okazanie zwykłej ludzkiej słabości, on sam potępiał siebie. Był dla siebie wyjątkowo surowy.

Dlatego w tej chwili panicznie się bał pustyni. Pokazywała ona człowiekowi wszystkie jego słabości i najpaskudniejsze wady, a Vere był teraz bardzo osłabiony. Bał się tego człowieka, jakiego pustynia mu pokaże, toteż musiał jak najszybciej zapomnieć o tamtej kobiecie, o tym, co się wydarzyło na hotelowym korytarzu, a potem naprawić szkody, jakie ta sytuacja wyrządziła jego honorowi, dumie i godności własnej.

Niestety nie potrafił. Wspomnienie zostało jakby wypalone w jego duszy i mimo wielkiego wysiłku nie był w stanie się od niego uwolnić. Nie mógł zapomnieć o tej kobiecie. Nie ośmielał się spać zbyt głęboko, bo śmiertelnie się bał, że ona mu się przyśni i że to pożądanie, nad którym za dnia udawało mu się panować, we śnie pochłonie go bez reszty.

Jakim cudem całkiem obcej kobiecie udało się wedrzeć w najbardziej strzeżony zakątek duszy? Jak to się stało, że zawładnęła jego umysłem?

Niecierpliwie pokręcił głową. Miał jeszcze załatwić kilka spraw przed wyjazdem, tymczasem jak ostatni dureń rozmyślał o jakiejś ślicznotce. Gdyby był na tyle nierozważny, żeby choć na chwilę przymknąć oczy, natychmiast ujrzałby pod powiekami jej oczy, niebieskie jak niebo nad pustynią tuż przed zachodem słońca. Można stracić zmysły, jeśli się za długo patrzy w takie niebo albo w głąb takich oczu…

Vere się skrzywił. Niemożliwe, żeby jemu się coś podobnego przytrafiło. To, że się zderzył na hotelowym korytarzu z piękną kobietą, a nawet ją pocałował, nie mogło zmienić całego życia władcy. Toż to tylko jeden pocałunek, zwyczajne nic, tak samo jak kobieta, którą Vere całował. Ona nawet nie była w jego typie. Zawsze wybierał sobie chłodne blondynki. Zadowalały jego potrzeby fizyczne, ale nie budziły żadnych uczuć.

Vere wiedział aż za dobrze, że kochać kobietę, to narażać się na męki piekielne, kiedy się ją utraci. A że się utraci, to pewne. Przekonał się o tym, kiedy zmarła jego ukochana matka. Lepiej nigdy nie kochać, niż ponownie cierpieć tak straszliwie.

Do dziś się rumienił na wspomnienie nocy swej wczesnej młodości, kiedy się budził zapłakany i przywoływał matkę. Czternastoletni mężczyzna nie ma prawa płakać jak czterolatek, więc Vere postanowił wyrwać z siebie słabość. Udało mu się. Dopiero przypadkowe zderzenie z obcą kobietą zerwało maskę, którą z takim trudem sobie posklejał, i pokazało, że niechciana tęsknota jest tam, gdzie zawsze była: w głębi jego serca.

ROZDZIAŁ DRUGI

W tradycyjnym czarnym namiocie, który był teraz mieszkaniem Samanthy, znajdował się nawet prysznic. W dodatku dzięki urządzeniom odsalającym morską wodę założonym przez władcę Zuranu nie musieli jej oszczędzać, bo codziennie wielkie cysterny dostarczały wodę na pustynię. Do wczoraj Samantha dzieliła wielki namiot z Talią Dean, ale amerykańska geolog zraniła się w nogę i trzeba ją była zawieźć do szpitala w Zuranie.

Samantha skakała za radości, gdy się okazało, że dostała pracę, na której tak bardzo jej zależało. Znalazła się w zespole kartografów, antropologów, statystyków, geologów i historyków wybranych do przeprowadzenia badań porównawczych w tej części globu. Zleceniodawcom chodziło o prześledzenie zmian spowodowanych na tym terenie przez burze piaskowe.

Jako kartograf Samantha sporządzała mapy i nanosiła na nie pradawne granice oraz szlaki, jakimi od wieków poruszały się karawany. Oczywiście tereny te były już wcześniej badane i mapy istniały od dawna, lecz teraz można było to wszystko zrobić o wiele dokładniej, dzięki użyciu nowoczesnej techniki satelitarnej oraz dzięki temu, że stosunki pomiędzy trzema sąsiadującymi ze sobą państwami były wręcz wzorcowo doskonałe.

Samantha wzięła prysznic, owinęła się wielkim ręcznikiem i przeszła do sypialni wyłożonej dywanami, pełnej haftowanych poduszek, pachnącej kadzidłem tlącym się w zdobionej kadzielnicy i… w pełni klimatyzowanej. To połączenie nowoczesności ze starożytną kulturą Beduinów robiło niesamowite wrażenie. Prawie takie samo jak pustynia, na której rozbito namioty.

Samantha uwielbiała pustynię i szanowała ją. Był w niej odwieczny spokój, nieprzezwyciężona moc, ale i okrucieństwo. Kierowcy opowiadali historie o karawanach, które wyruszyły na pustynię i nigdy nie wróciły pochłonięte przez burzę piaskową, o oazach, które znikały pod piaskiem w ciągu jednej nocy, i o plemionach, dla których ta sroga ziemia była rodzinnym domem. Przywódcy tych plemion znali pustynię i potrafili się z nią obchodzić, czyli podporządkować się jej surowym prawom.

Jeden z takich przywódców miał się nazajutrz pojawić w obozowisku. Mówiono, że władca Dhurah nu, książę Vereham al a’Karim bin Hakar, cieszy się wyjątkowym szacunkiem wśród pozostałych przywódców. Ci ludzie szanowali tylko tych, którzy udowodnili, że są dość silni, by stawić czoło pustyni. Stanowili jakby odrębną rasę, byli wybrańcami, których się rozpoznawało na pierwszy rzut oka.

Jak mężczyzna, z którym się zderzyłam w hotelowym korytarzu, pomyślała.

Zrobiło jej się gorąco na wspomnienie budzącego dreszcz namiętności pocałunku, o którym już dawno powinna była zapomnieć. Choćby dlatego, że od tamtego dnia minęły z górą trzy miesiące. Dokładnie trzy miesiące, dwanaście dni, sześć godzin i piętnaście minut.

Naprawdę nie rozumiała, czemu ciągle pamięta tamto zdarzenie. Pocałowali się, owszem, ale co z tego? Oboje byli zdumieni i pewnie jednakowo ciekawi tej drugiej osoby, tak całkowicie różnej kulturowo. W każdym razie właśnie w tę wersję starała się uwierzyć Samantha. Pewnie nawet by się jej udało, gdyby w swej totalnej głupocie nie pomyślała, że ten obcy Arab jest największą miłością jej życia, że to los postawił go na jej drodze i że teraz już zawsze będzie za nim tęskniła.

Brednie! To było jedynie przypadkowe spotkanie i zwykły pocałunek, o którym należało jak najszybciej zapomnieć.

Łatwo powiedzieć. Zwykły pocałunek nie zostawia w pamięci śladu, który powraca nieprzywoływany tylko dlatego, że się człowiek na chwilę zapomniał i przestał się pilnować. A jej wystarczyła chwila zapomnienia, by uczucia wówczas wzbudzone wróciły w tak realistycznej formie, jakby tamten mężczyzna znów trzymał ją w ramionach. Wspomnienie zwykłego pocałunku nie budzi człowieka w środku nocy i nie prześladuje na każdym kroku.

Samantha była tak bardzo zajęta zdobywaniem wiedzy, a potem pozycji w wymarzonym zawodzie, że z pełną świadomością odmawiała sobie kontaktów z przedstawicielami płci przeciwnej. Uważała, że niepotrzebnie rozpraszają uwagę, zanadto absorbują i przeszkadzają w pracy. Teraz to wszystko, czego się wyrzekła, dopadło ją ze zdwojoną siłą, jakby się dopominało rekompensaty za wszystkie stracone lata.

Tak, na pewno o to chodzi, pomyślała z ulgą Samantha. Tylko dlatego nie mogę zapomnieć o tym człowieku. To, co się ze mną dzieje, nie ma nic wspólnego z tym konkretnym mężczyzną, chociaż…

Nadal pamiętała dokładnie rysy twarzy i kształt jego ciała, jakby nosiła przed sobą jego fotografię. Wręcz miała wrażenie, że to przeznaczenie we własnej osobie wzięło ją za rękę i postawiło twarzą w twarz z bratnią duszą.

Ale zaraz się pocieszyła, że to tylko wyobraźnia płata jej głupie figle, że gdyby tamto spotkanie się powtórzyło, nawet w każdym najdrobniejszym szczególe, nie niosłoby ze sobą ani połowy tej erotycznej siły co wspomnienia, których nie umiała się pozbyć.

Tak czy siak na pewno już nigdy więcej nie zobaczy tego całkiem obcego człowieka spotkanego przypadkiem w dalekim kraju. Zamiast się zajmować głupotami, powinna się przygotować na następny dzień. Nazajutrz szejk Fasial bin Sadir, kuzyn króla Zuranu, nadzorujący prace zespołu od trzech miesięcy, czyli od początku ich pobytu na pustyni, miał przekazać swe obowiązki szejkowi Dhurahnu, Verehamowi al a’Karim bin Hakarowi.

Szejk Fasial dbał o to, żeby życie naukowców w pustynnym obozie układało się harmonijnie, a prace przebiegały bez zakłóceń. Od razu pierwszego dnia zebrał wszystkich i zapowiedział stanowczo, że on i pozostali władcy życzą sobie, żeby żyjące na ziemi niczyjej plemiona koczownicze nie czuły się zaniepokojone działalnością naukowców. Dlatego każda grupa badawcza udająca się na pustynię miała ze sobą arabskiego przewodnika, który – w razie spotkania – mógłby wyjaśnić nomadom, że nikt nie zamierza burzyć ich spokoju i wytłumaczyć, skąd i po co się wzięli tutaj ci wszyscy obcy ludzie. Okazało się także, że choć każde z trzech sąsiadujących ze sobą państw ma na ziemi niczyjej kawałek swojego terytorium, to Beduini mogą się po nich poruszać swobodnie, bez przeszkód i nawet nie zdają sobie sprawy, że w swych wędrówkach wciąż przekraczają granicę jakiegoś kraju.

Samantha miała nadzieję, że władca Dhurahnu będzie tak samo sympatyczny jak szejk Fasial i że pod jego nadzorem też będzie się dobrze i spokojnie pracowało. Miała dość problemów ze swoim kolegą z zespołu i innych naprawdę nie potrzebowała.

Samantha przybyła do obozu ponad trzy tygodnie temu, jako zastępstwo za kogoś, kto musiał wrócić do domu z bardzo ważnych osobistych przyczyn. Gdy tylko się zjawiła w pracy, natychmiast zaczęły się kłopoty z Jamesem Reynoldsem, o dwa lata młodszym od niej kartografem ze znacznie niższymi kwalifikacjami aniżeli jej własne. Niemal od pierwszej chwili James kwestionował wszystko, co Samantha mówiła. Miała nadzieję, że to się wkrótce zmieni, że kolega zrozumie, że pracują tutaj w zespole, a nie każdy na własną rękę. Niestety, jeśli w ciągu minionych trzech tygodni cokolwiek się zmieniło, to chyba tylko na gorsze.

Samantha żałowała, że w przypływie szczerości opowiedziała mu o swoim zainteresowaniu biegiem płynącej przez Dhurahn rzeki Dhurahni, mającej źródła na terytorium tego kraju właśnie na obszarze ziemi niczyjej. Od tamtej rozmowy James ciągle jej wypominał, że zamiast wykonywać swoją pracę, zajmuje się głupstwami i zawraca ludziom głowę – jak to ujął – „rzeką, o której wszyscy wiedzą, że jest tu, gdzie jest, tylko po to, żeby się nie zajmować tym, za co jej płacą’’.

– Nie zwracaj na niego uwagi – pocieszała ją Talia, nim jeszcze trafiła do szpitala. – Moim zdaniem on ma jakiś problem z głową, ale to jego kłopot, nie twój.

– On wszystkim opowiada o moim zainteresowaniu źródłami tej rzeki i daje przy tym do zrozumienia, że nie kieruje mną chęć poznania prawdy, tylko… – Samantha wzruszyła ramionami. – Bo ja wiem? Dla pieniędzy? Tak, wiem, że to brzmi głupio, ale James właśnie takie głupoty wygaduje.

– Mówiłam ci, że on ma nierówno pod sufitem – stwierdziła Talia. – Wszyscy znamy legendę o powstaniu tej rzeki i każdy chciałby się dowiedzieć, jak to było naprawdę.

Legenda rzeczywiście była fascynująca. Opowiadała o burzy piaskowej, która przed wiekami zaskoczyła przodków obecnego władcy Dhurahnu, wówczas pustynnych koczowników. Zgubili drogę i przez wiele dni tułali się po pustyni, nie mogąc znaleźć wody. Gorąco się modlili do Allacha o ratunek, a gdy modlitwa się skończyła i przywódca plemienia podniósł głowę, zobaczył synogarlicę siedzącą na skalistym pagórku.

– Gdzie istnieje życie, tam musi być woda – powiedział swoim ludziom. – Allach jest wielki.

Powiedziawszy to, uderzył pięścią w skałę i w tej samej chwili spod ziemi trysnęła woda. W ten sposób powstała rzeka, która od wieków przepływa przez terytorium, które to plemię uznało za swoje, a które teraz nazywa się Dhurahnem.

 

– Dziś wiadomo już, że rzeka płynie setki kilometrów pod ziemią, nim się spod niej wydobędzie – przypomniała Talia. – Legenda zapewne wzięła się stąd, że w skale powstała jakaś szczelina, przez którą woda się wydostała na powierzchnię. Na szczęście dla mieszkańców Dhurahnu stało się to na ich terytorium.

Świt na pustyni pojawia się w pełnej krasie w ciągu kilku chwil i zachwyca patrzącego swym pięknem. Vere zatrzymał auto i patrzył.

Jego samochód jechał na początku konwoju. Ani Vere, ani nikt z jego poddanych nie wyobrażał sobie, że książę mógłby podążać czyimś śladem. Zresztą już jakiś czas temu zostawił konwój daleko za sobą, wybierając skrót do oazy, w której obozowali naukowcy.

Jako młodzi chłopcy Drax i Vere prześcigali się w niebezpiecznym sporcie pokonywania diun. Jak wielu przed nimi kilka razy dachowali, nim posiedli sztukę jeżdżenia autem po piaszczystych wydmach. Obecnie, gdy powszechne się stały satelitarne systemy nawigacyjne, sport ten stracił na atrakcyjności. Nikomu nie groziło zagubienie się w piaskach pustyni ani śmierć z odwodnienia.

Oaza Dwóch Gołębi, w której zakwaterowano naukowców, znajdowała się na terytorium Dhurahnu. Niedaleko oazy, kilka kilometrów od granicy, wypływała rzeka Dhurahni, której rodzinny kraj Vere’a zawdzięczał swoją świetność.

Vere doskonale pamiętał opowieść ojca o pradziadku, który – jak głosi rodzinna historia – nie całkiem zgodnie z prawem zabezpieczył Dhurahnowi ten cenny skrawek ziemi od wieków należący do jego przodków. Zaczęło się od tego, że pradziadek zakochał się w córce angielskiego ambasadora, który przyjechał tu z misją dyplomatyczną i zabrał ze sobą córkę. Gdy lord Alfred Saunders zrozumiał, że nie zdoła wyperswadować córce związku z arabskim księciem, w którym się zakochała, zrobił wszystko co w jego mocy – a miał wówczas ogromne wpływy i wielkie możliwości – żeby zapewnić córce i jej dzieciom jak najlepsze warunki.

Mama uwielbiała Oazę Dwóch Gołębi, a Drax i Vere ustanowili przepisy chroniące ją przed wszelką ingerencją. Chcieli, żeby pozostała taka, jak zawsze była. Nie życzyli sobie przekształcać jej w pełną nowoczesnych rozwiązań atrakcję turystyczną.

W oazie znajdował się zbiornik czystej wody tak spokojny, że zawsze miał kolor nieba, a brzeg porastały kolorowe kwiaty, nad którymi rozpinały swe parasole dostojne palmy. Tutaj zatrzymywały się ptaki wędrowne, a Beduini przyprowadzali swoje stada i organizowali doroczne jarmarki oraz uroczystości weselne.

Vere nie zgodził się, żeby naukowców zakwaterowano w nowoczesnych tymczasowych domach. Uparł się, by zamieszkali w tradycyjnych czarnych namiotach, choć wyposażonych we wszystkie nowoczesne udogodnienia. Nie mógł znieść myśli o tym, że oaza zostałaby zaśmiecona czymś tak nieprzystającym do pustyni jak nowoczesny hotel.

To miejsce samo w sobie było afirmacją życia, ale po raz pierwszy przebywanie tutaj nie uspokoiło skołatanych nerwów Vere’a. Czuł dojmującą pustkę oraz ból, jaki ona powodowała. Nie rozumiał, dlaczego targają nim uczucia, skoro stanowczo sobie nie życzył ich odczuwać. Umiał panować nad swymi emocjami, bo pracował nad tym przez długie lata, więc skąd nagle taki zamęt w sercu? Czyżby w murze obronnym dokonał się jakiś wyłom?

Śmierć rodziców przeraziła Vere’a. Nigdy się do tego nikomu nie przyznał, nawet bratu. Co więcej, starał się ukryć to niegodne mężczyzny uczucie przed samym sobą. Po śmierci ojca Vere został oficjalnym władcą Dhurahnu, a władca musi być silny, ponieważ jest opoką dla swego ludu. Takim oparciem dla wszystkich był jego ojciec. Vere nie mógł być od niego gorszy, nie miał prawa hańbić krwi swoich przodków. Niestety sam wiedział najlepiej, że żaden z niego władca, skoro w nocy, w samotności swego pokoju, rzewnymi łzami opłakuje śmierć ukochanej matki. Musiał schować głęboko miłość do zmarłej matki i żal po jej stracie. Dla dobra Dhurahnu.

W końcu udało mu się pokonać słabość, ale kosztowało go to tyle wysiłku, że postanowił już nigdy więcej nikogo nie kochać. Miłość wiązała się ze słabością, a Vere nie mógł sobie pozwolić na słabość. Nie wolno mu było ryzykować, że jeszcze raz pogrąży się w rozpaczy spowodowanej utratą ukochanej osoby. Musiał być mocny jak skała. Dla dobra swojego ludu.

Dotąd nie zmienił decyzji. Nigdy nie zapomniał, jak przed laty obolały przechadzał się po ogrodzie ukochanej matki. Ojciec uwielbiał swoją żonę, ale Vere był pewien, że gdyby przeżył wypadek, potrafiłby nadal być władcą Dhurahnu i na pewno nie zmieniłby się w cierpiącego, opłakującego utraconą miłość małżonka. Zrobiłby to, ponieważ bycie władcą Dhurahnu było jego najważniejszym obowiązkiem. Vere bał się, że nie potrafiłby przedłożyć obowiązku ponad uczucie. Dlatego zamknął serce na cztery spusty, żeby nigdy żadna miłość się tam nie przedostała.

Przez całe lata był pewien, że niepodzielnie panuje nad uczuciami, że uwolnił się od słabości, która tak bardzo go przerażała. Niestety całkiem niedawno się okazało, że nie może zapomnieć kobiety, którą spotkał tylko raz, w dodatku przypadkowo. Strasznie go to gniewało. Był wściekły na cały świat, na siebie, a przede wszystkim na tę kobietę. Bo to ona była wszystkiemu winna!

Samantha obudziła się tuż przed świtem i już nie mogła zasnąć. Wstała i włożyła czarną długą szatę, jaką nosiły kobiety Beduinów. Ten strój okazał się niezwykle użyteczny na pustyni: doskonale chronił przed słońcem i przed wdzierającym się wszędzie piaskiem. Wyszła boso przed namiot, na chłodną jeszcze o tej porze pustynię.

Wędrowała ścieżką wijącą się wokół jeziorka i wypatrywała miejsc, w których roślinność była wydeptana przez zwierzęta przychodzące tutaj do wodopoju. Beduini przez wieki wstawali przed wschodem słońca, żeby wykorzystać chłodniejszą porę dnia. Naukowcy z Oazy Dwóch Gołębi nie musieli tak rano wstawać. Mieli klimatyzowane namioty. Samantha wiedziała z doświadczenia, że o tej porze ma całą oazę dla siebie.

Nie tym razem. Dziś wyszedł jej na spotkanie mężczyzna z marzeń.

– To ty? – szepnęła szczęśliwa, że znów może na niego patrzeć.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?