Wesele w Argentynie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI

Romy podążyła wprost na tył autobusu, gdzie umieszczono biurka wraz z oprzyrządowaniem. Choć wkrótce pochłonęła ją ciemność, wytrawny myśliwy na odległość wyczuwał jej napięcie. Najwyraźniej czekała na jego następny krok.

– Gdzieś tam powinien być włącznik światła – rzuciła od niechcenia przez ramię.

– Znalazłem – oznajmił, zapalając światło.

– Dziękuję – wymamrotała, zwrócona plecami do niego, zanim usiadła za biurkiem.

– Będziesz go potrzebowała – przypomniał, wręczając jej aparat.

Podziękowała mu ponownie i przytuliła sprzęt do piersi, jakby zawierał sztabki złota, a nie zdjęcia z wesela obcych ludzi. Gdy go podłączała, Kruz wykorzystał nadmiar czasu na odtworzenie w myślach wydarzeń ostatniej godziny. Powinien dawno wyrzucić ją z pamięci, wypuścić w drogę powrotną do Buenos Aires i dalej do Londynu. Tymczasem jego myśli bez przerwy krążyły wokół niej. Nadal jej pragnął. Wciąż słyszał jęki rozkoszy, westchnienia i szybki, płytki oddech, czuł miękkość skóry pod palcami, smak ust na języku i świeży zapach mydła. Nie powstrzymał uśmiechu na wspomnienie ataku tej wojowniczej, lecz bardzo kobiecej osóbki. Dlaczego ukrywała twarz za soczewkami aparatu?

Gdy ekran rozbłysnął, uzyskał odpowiedź. Romy Winner była genialna! Obrazy atakowały zmysły. Wydobyła całe piękno egzotycznej scenerii. Kucyki rasy Criolla wyglądały uroczo. Zrobiła też kilka zabawnych, ale nie złośliwych ujęć gości weselnych, aczkolwiek uchwyciła kilku największych snobów w niezbyt pochlebnych pozach. Sfotografowała również osoby obsługujące imprezę. Ich miny mówiły więcej niż twarze rozbawionych gości. Na ich widok uśmiechnął się po raz pierwszy od niepamiętnych czasów.

– Jak ci się podobają? – zagadnęła Romy.

– Bardzo – pochwalił szczerze. – Pokaż wszystkie.

– Zostało jeszcze tysiąc.

– Mam czas.

– Przysuń sobie krzesło. Daj znać, jeżeli uznasz jakieś ujęcie za niestosowne.

– Już ci nie przeszkadza, że zostałem twoim cenzorem? – zażartował w odniesieniu do jej wcześniejszego komentarza.

– Nie. Klientem, którego chcę zadowolić – sprostowała łagodnie.

Rozpalona wyobraźnia podsunęła Kruzowi bynajmniej nie zawodowe wizje. Doskonale potrafił sobie wyobrazić, w jaki sposób mogłaby go najbardziej usatysfakcjonować. Ledwie odparł pokusę pocałowania brzoskwiniowej skóry na odsłoniętym karku.

– Co o tym myślisz? – sprowadziła go ponownie na ziemię.

– Grace wygląda prześlicznie – pochwalił.

Podziwiał subtelną urodę bratowej jak cenne dzieło sztuki, lecz nigdy nie rozpalała jego zmysłów, nie rozgrzewała krwi w żyłach jak Romy.

– O tak. Jest naprawdę bardzo piękna – przyznała ciepłym tonem, jakiego nigdy nie słyszał w jej głosie, gdy do niego przemawiała.

Dlaczego go to w ogóle obchodziło? Chyba dlatego, że nigdy wcześniej nie odczuwał braku zainteresowania ze strony kobiety po gorących, zachłannych pieszczotach. Czyżby wykorzystała go jak zabawkę dla własnej przyjemności? Jeżeli tak, to po raz pierwszy w życiu doświadczał przykrych skutków odwrócenia ról.

– Mój wydawca uwielbia takie zdjęcia – stwierdziła, pokazując jego wizerunek.

– Dlaczego?

– Ponieważ jesteś nieuchwytny. Twoje zdjęcia rzadko ukazują się w prasie. Zrobiłam jeszcze sporo podobnych – dodała z nieskrywaną satysfakcją.

Zatem widziała w nim jedynie ciekawego modela? Przykre.

– Choć mogłabym na tobie nieźle zarobić, to dostaniesz gratis.

Kruz omal się nie roześmiał. Jej szczerość zbiła go z tropu.

– Dziękuję. Skoro zrobiłaś ich więcej, możesz zatrzymać pozostałe.

– Skąd ci przyszło do głowy, że bym chciała?

Znów go zaskoczyła i rozbawiła równocześnie. Intrygowała go jej odmienność. Wszystkie inne wychwalały go pod niebiosa i zabiegały o zainteresowanie. Jako najmłodszy z czterech inteligentnych, zdolnych braci od dzieciństwa zawzięcie z nimi rywalizował. Ponieważ nie mógł wygrać z najstarszym Nachem, płatał mu po kryjomu różne figle, póki nie dostał solidnej nauczki. Gdy rozpoczął studia w Harvardzie, zaczął rozsądniej używać najważniejszego narządu, jak Nacho określał mózg. Po studiach doszedł do wniosku, że najpełniej wykorzysta swoją energię i potrzebę rywalizacji w służbie wojskowej.

– To już koniec – wyrwał go z zamyślenia głos Romy.

Kruz ponownie zwrócił na nią wzrok. Gdy podziwiał gibką, wysportowaną figurę, przemknęło mu przez głowę, jak łatwo byłoby ją porwać w ramiona.

– Nie byłbym taki pewien – odparł.

– Mam zadanie do wykonania.

– Nie przeszkadzaj sobie.

Gdy ponownie zajął miejsce, Romy odniosła wrażenie, że jego potężna postać zajmuje całą wolną przestrzeń w obszernym autobusie. Siedział tak blisko, że słyszała jego oddech, czuła ciepło ciała. Jego przyjemny zapach drażnił zmysły. Skupienie na pracy nie przychodziło jej łatwo.

– Czy mógłbyś mi podać torbę ze sprzętem? – poprosiła, żeby uniknąć bezpośredniego kontaktu przy wstawaniu zza biurka. – Potrzebuję nowej karty pamięci.

Wystarczyło, że dotknął jej ręki, by obudzić wspomnienia i erotyczne fantazje. Zmobilizowała jednak całą siłę woli i jakimś cudem dokończyła obróbkę zdjęć. Pokazywała mu je kolejno, dodając rzeczowe, profesjonalne komentarze. Mimo że Kruz okazywał zainteresowanie, wyczuwała jego rezerwę. Pewnie uważał ją za bezduszną modliszkę, która wykorzystała go dla zabawy. Niewykluczone, że miał rację. Być może trafiła kosa na kamień. Tylko skąd ten bolesny ucisk w okolicy serca?

Przypuszczalnie dlatego, że marzę o tym, czego mieć nie mogę – stwierdziła ze smutkiem, oglądając grupowe zdjęcie klanu Acostów. Tworzyli taką kochającą rodzinę…

– Na pewno chcesz mi je wszystkie dać? – spytał Kruz.

Romy zerknęła na niego niepewnie. Zaskoczyła ją troska w jego głosie.

– Zostawiłam sobie więcej, niż potrzebuję.

– Chciałbym jeszcze raz obejrzeć te, które przeznaczyłaś dla mnie.

Romy spełniła jego prośbę dla czystej przyjemności przebywania w jego pobliżu. Gdy się ku niej pochylił, ogarnęło ją radosne podniecenie, jakiego nigdy wcześniej nie odczuwała, jakby uciekała przed myśliwym, w nadziei, że zostanie schwytana.

– Te są wspaniałe – pochwalił Kruz. – Grace się ucieszy, gdy usłyszy okrzyki zachwytu.

– Dziękuję. Też mam taką nadzieję.

Udokumentowanie wesela Grace stanowiło pierwsze romantyczne zadanie w życiu Romy. Zwykle nazywano ją królową skandalu albo znacznie gorzej. Kiedy wyświetliła zdjęcie przedstawiające wymianę uśmiechów pomiędzy Kruzem a jego siostrą Lucią, zaprotestował gwałtownie:

– Tego nie mogę ci zabrać. Powinnaś jednak coś zarobić.

Romy nie potrafiła odgadnąć jego intencji. Testował ją, spłacał czy darował jej swój wizerunek ze zwykłej uprzejmości? Uchwyciła ulotny, bardzo osobisty moment, obrazujący, jak wspaniale Nacho wychował swoje rodzeństwo jako młody chłopiec. Była pewna, że dojdą do takich samych wniosków, kiedy zobaczą fotografię. Nie miałaby sumienia jej spieniężyć.

– Nie sprzedam go – odparła. – Opraw je w ramkę, żeby ci przypominało, jak cudowną masz rodzinę. Zrobię też drugą kopię dla Lucii.

Kruz zastanawiał się, dlaczego to dla niego robi. Obudziła w nim uczucia, jakich nie doświadczał od śmierci rodziców. Nie rozumiał jej, choć bardzo chciał. Raz gwałtowna i namiętna, to znów powściągliwa, a nawet chłodna, coraz bardziej go intrygowała.

– Dziękuję. Sprawiłaś mi wielką radość. Lucia też się ucieszy – zapewnił z pełnym przekonaniem.

Napięcie spadło, gdy Romy wróciła do pracy. Jej efekty wiele mówiły o innych, podczas gdy autorka pozostawała tajemnicza jak sfinks.

Łzy napłynęły Romy do oczu, gdy oglądała zdjęcia Grace z Nachem. A więc tak wygląda miłość… – myślała. Od dziecka budowała wokół siebie mur obronny, żeby nie ulec ryzykownym złudzeniom. Teraz też powinna zejść na ziemię, potraktować słodkie obrazki jak każde inne zadanie, zamiast bujać w obłokach.

– Ciężko westchnęłaś – zauważył Kruz.

Romy wzruszyła ramionami. Nie zamierzała mu się zwierzać.

– Czeka mnie jeszcze mnóstwo roboty. Czy pozwolisz mi tu zostać, żeby ją dokończyć? – poprosiła, zwracając ku niemu wzrok, świadoma, że za kilka minut każde z nich pójdzie w swoją stronę.

Przerażała ją ta perspektywa, a równocześnie chciała, żeby opuścił autobus. Oglądanie szczęśliwych nowożeńców przypomniało jej boleśnie, że nie dla niej są miłość i szczęście. Wyjęła wymienny dysk z komputera i wręczyła Kruzowi.

– To dla ciebie i waszej fundacji. Zachowasz to szczególne zdjęcie z Lucią na pamiątkę? – spytała z naciskiem w obawie, że nie przedstawia dla niego żadnej wartości.

– Żebym mógł oglądać samego siebie? – zażartował.

– Nie. Swoich bliskich i ich wzajemną miłość.

Czemu tak na nią patrzył? Nie potrafiła odgadnąć, czego od niej oczekuje.

– O co chodzi? – spytała, gdy przez dłuższą chwilę nie odrywał od niej wzroku.

– Z początku nie zrobiłaś na mnie wrażenia uczuciowej osoby.

– Bo nią nie jestem – odparła, lecz pod koniec zdania głos uwiązł jej w gardle, zadając kłam słowom.

Dlaczego tak silnie na nią działał? Chyba dlatego, że w jednej chwili wywrócił jej świat do góry nogami, co jednak nie stanowiło logicznego wyjaśnienia. Nic o sobie nie wiedzieli i nie mieli szansy poznać się nawzajem. Dlaczego więc ciekawiła go jej osobowość? Człowiek z Lodu raczej nie szukał przyjaźni Pani Zimy. Kompletny nonsens. Powinno jej wystarczyć, że zawarli pokój, który dawał szansę na opuszczenie Argentyny bez szwanku i z aparatem fotograficznym w ręku.

Kruz podziękował za dysk i wsunął go do kieszeni. Romy posmutniała, gdy ruszył ku wyjściu. Powiedziała sobie, że najwyższa pora przywyknąć do jego nieobecności. Nie łączyło ich nic prócz czysto fizycznej żądzy. Musi o nim zapomnieć, zostawić rojenia o miłości od pierwszego wejrzenia tym, którzy w nią wierzą. Z jej doświadczeń wynikało, że nie przynosi nic prócz cierpienia. Wstrzymała oddech, gdy po dotarciu do drzwi odwrócił głowę.

 

– Mój odrzutowiec wylatuje jutro do Londynu. Ponieważ zostało kilka wolnych miejsc, mogę cię zabrać, jeśli nie masz czym wrócić – zaproponował nieoczekiwanie.

Czyżby uważał ją za aż tak nieroztropną, żeby podejrzewać, że nie zarezerwowała sobie lotu do kraju?

– Kupiłam sobie bilet powrotny – wyjaśniła. – Ale dziękuję za propozycję.

Kruz wzruszył ramionami, jakby zamierzał wyjść, ale został.

– Tracisz niepowtarzalną okazję sfotografowania kilku członków rodziny królewskiej.

– Nie śmiałabym naruszyć ich prywatności.

– Co ja słyszę? Romy Winner dobrowolnie rezygnuje z dobrego zarobku?

– To gratka najwyżej dla amatorów. Co innego fotografowanie znanych osobistości w miejscach publicznych…

Kruz uciszył ją gestem, lecz nie ukoił jej wzburzenia. Bolała ją jego fatalna opinia, której najwyraźniej nie zmienił od chwili, gdy wyzwał ją od paparazzich. Może jeszcze posądzał ją o to, że zapłaciła mu ciałem za odzyskanie zdjęć?

– Uraziłem cię, Romy? – spytał Kruz.

– Za kogo ty mnie uważasz? – prychnęła lekceważąco, jakby jego zdanie niewiele ją obchodziło. Nie odrywała jednak wzroku od jego ust, czekając na odpowiedź jak na wyrok.

– Na podstawie tego, co dzisiaj zobaczyłem, za bardzo utalentowaną fotoreporterkę – odrzekł łagodnie.

Rozbroił ją w mgnieniu oka.

Grazias.

Powinien już odejść, jak najdalej, w niepamięć, ale tylko zgasił światło za fotelem kierowcy i ruszył z powrotem w jej kierunku.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Dopadli do siebie gwałtownie. Chwilę później stanowili bezładną plątaninę rąk, nóg, ust i języków. Dźwięk rozrywanej folii przyśpieszył oddech Romy. Nie tracili czasu na zdjęcie górnych części ubrania. Gdy poprosił, żeby oplotła go nogami, posłuchała natychmiast. Kruz zaniósł ją na biurko i kochał do utraty tchu. Dawała i brała pełnymi garściami, dzika, zachłanna, nieposkromiona. Tymczasem Kruz doskonale wiedział, co robi. Zwalniał i przyśpieszał tempo godowego tańca, by przedłużyć obopólną rozkosz.

Tylko zakończenie ją rozczarowało. Tak jak poprzednim razem, nim zdążyła ochłonąć, wciągnął spodnie i ruszył ku wyjściu, jakby nic szczególnego między nimi nie zaszło. Przystanął dopiero przy drzwiach.

– Gdybyś zmieniła zdanie, nadal dysponuję wolnym miejscem w odrzutowcu – przypomniał.

Romy zmobilizowała całą siłę woli, żeby na niego nie spojrzeć w obawie, że nie powstrzyma pokusy i poprosi, by został.

– Mam bilet, ale dziękuję za propozycję – powtórzyła. – Jeśli będziesz potrzebował więcej zdjęć z wesela, wystarczy, że wyślesz mejla – rzuciła od niechcenia.

– Albo zajrzę za najbliższy róg ulicy po powrocie do Londynu.

Romy rozmyślnie zignorowała ostatnie zdanie, żeby nie robić sobie fałszywych nadziei. Powstrzymała łzy napływające jej do oczu. Nie zamierzała go prosić o następne spotkanie. Nic dla niego nie znaczyła.

– Zapalę ci światło – zaproponował na odchodnym.

– Świetnie, dziękuję – odrzekła pozornie obojętnym tonem. – Zostało mi jeszcze trochę pracy.

– Miło było cię poznać, Romy.

– Mnie też – wymamrotała, choć ból rozrywał serce. Ostatnie zdanie, rzucone lekkim tonem, zakrawało na kpinę.

Wkrótce została sam na sam z jego wizerunkiem na ekranie.

Odwróciwszy głowę, Kruz zobaczył Romy przez okno, wpatrzoną w ekran, jakby nic się nie wydarzyło. Drażniło go, że nie odprowadziła go wzrokiem, nie spytała, kiedy znów się spotkają, nie poprosiła o numer telefonu jak inne. Uraziła jego męską dumę. Obszedł stanowiska podwładnych, wysłuchał raportu, obejrzał zmianę warty. Konkretne zajęcia odwróciły jego uwagę od drobnej postaci, którą zostawił samą w autobusie. Od kobiety, której nadal pragnął.

W namiocie trwało wesele. Ze środka dochodziła muzyka, rozbrzmiewały rozmowy i śmiechy. A Romy została sama w wozie transmisyjnym.

I co z tego? Przecież nic jej nie groziło. Później wyśle kogoś, żeby do niej zajrzał. Albo sam pójdzie.

Romy gwałtownie usiadła na łóżku, zapaliła nocną lampkę i odetchnęła z ulgą. Młoda dziewczyna potknęła się o jej łóżko, gdy próbowała zrzucić buty i ściągnąć ubranie.

– Przepraszam, że cię obudziłam – wymamrotała niezbyt wyraźnie. – Jane Harlot, zagraniczna korespondentka magazynu „Frenzy”.

– Romy Winner z „Rocka!”

– Miło cię poznać. Uwielbiam twoje zdjęcia. Harlot to mój pseudonim.

Jane wyciągnęła rękę na powitanie, ale straciła równowagę. Romy podtrzymała ją i pomogła rozpiąć suwak czerwonej sukienki.

– Wybacz, za dużo wypiłam. Nie potrafię odeprzeć pokusy nawet ze strony staruszków, którzy wyglądają jak zakonserwowani w alkoholu – tłumaczyła młoda dziennikarka. – Mimo wszystko te pastuchy to dżentelmeni. Jeden poszedł ze mną aż do wozu transmisyjnego i zaczekał, żeby odprowadzić mnie tutaj.

– Naprawdę?

– Oczywiście! Miał pewnie dziewięćdziesiątkę – paplała Jane ze śmiechem. – Zresztą szybko wysłałam artykuł. To nie moja działka. Zwykle opisuję skandale, afery, bogatych snobów i tym podobne śmiesznostki. Dostałam akredytację tylko dlatego, że tata pracował kiedyś z jednym z dziennikarzy, który zabrał mnie ze sobą jako asystentkę.

Romy pozostawiła bez komentarza zwierzenia dziewczyny. Nie potępiała jej sposobów dążenia do sukcesu. Mimoza nie przetrwałaby w tym zawodzie. Rodzina Acostów nie miała powodów do obaw, ale niektórzy z gości z całą pewnością tak. Niektóre słynne osobistości przybyły z niewłaściwymi partnerami.

– Dobrze się czujesz? – spytała, gdy Jane chwiejnym krokiem ruszyła w kierunku łazienki.

– Nie najgorzej. Odeśpię zaległości w samolocie. Jeden z tych gauchos powiedział mi, że jego szef ma wolne miejsce w odrzutowcu. Będę podróżować ni mniej, ni więcej tylko z młodymi członkami rodziny królewskiej. Prywatna limuzyna zabierze mnie na lotnisko, więc zażyję odrobiny luksusu, nim wrócę do mojego zatęchłego biura.

Romy usilnie wmawiała sobie, że wcale jej nie żal, że przygodny kochanek nie zadał sobie trudu, żeby odprowadzić ją na nocleg.

– Świetnie. Korzystaj z okazji, póki można – zachęciła tak wesoło, jak potrafiła.

Kruz został na posterunku, póki w hotelu robotniczym nie pogasły światła. Gdy zyskał pewność, że Romy śpi bezpiecznie, uświadomił sobie, że chyba jednak nie zatracił instynktów opiekuńczych. W gruncie rzeczy nic dziwnego. Nie robił wyjątku dla Romy. W końcu po to założył firmę ochroniarską, by zapewniać bezpieczeństwo innym. Poza tym miał siostrę. Nim zaczęła chodzić z Lukiem, zawsze dbał o to, żeby ktoś jej pilnował podczas jego nieobecności.

W poniedziałek rano w zimnym, pochmurnym Londynie lało jak z cebra. Romy marzła w ciasnej klitce służącej jej za gabinet. Usiłowała skupić uwagę na pracy, lecz jej myśli wciąż krążyły wokół Kruza. Mimo to kilka godzin później zdołała ukończyć album dla Grace. Pod fotografiami umieściła opisy w alfabecie Braille’a. Z początku obawiała się, że zajmą za dużo miejsca, ale świadomość, że Grace ich potrzebuje, szybko rozproszyła rozterki.

Z niecierpliwością wyczekiwała chwili, gdy wręczy jej ukończone dzieło. Nie pracowała jeszcze na własny rachunek, lecz wielu jej poprzedników po opuszczeniu tego pokoju założyło własną działalność. Miała nadzieję, że wkrótce pójdzie w ich ślady. Traktowała zlecenie od Grace jak próbę sił. Pragnęła w przyszłości opowiadać piękne historie za pomocą zdjęć, zamiast gonić za skandalami na rozkaz przełożonych. Będzie dokumentować rodzinne uroczystości, lokalne wydarzenia, miłość…

Miłość? Co ty o niej wiesz, moja droga? – zadrwił jakiś złośliwy głosik w jej głowie.

Ponieważ nie zdołała go uciszyć, odpowiedziała w myślach stanowczo: Właśnie brak osobistych doświadczeń pomoże mi bezstronnie obserwować i uwieczniać szczęście innych niczym na białym, czystym ekranie.

Następnie wzięła to, co przygotowała dla szefa działu fotoreportażu Ronalda Smitha i pospieszyła do jego przestronnego, pachnącego gabinetu.

– Co mi przywiozłaś, księżniczko? – zagadnął redaktor na powitanie.

– Kilka obrazków, które powalą cię na kolana.

– Pokaż.

Romy straciła pewność siebie, gdy rozłożyła zdjęcia na stole. Większość z nich przedstawiała Kruza. Ronald nie krył rozczarowania.

– Wygląda na to, że fotografowałaś głównie ludzi z obsługi.

– Zaciekawiły mnie ich twarze.

– Nie po to wysłałem cię do Argentyny. Czyżbyś zatrzymała najlepsze ujęcia dla siebie? To do ciebie niepodobne. Oczekiwałem co najmniej zdjęcia młodej pary w małżeńskiej sypialni – wymamrotał z dezaprobatą.

Romy wpadła w popłoch. Potrzebowała stałego dochodu i nie chciała zawieść przełożonego.

– Czego się spodziewałeś? Że wespnę się po bluszczu do ich okna?

– Zawsze wiedziałaś, co robić. Nie na darmo słyniesz z pomysłowości.

Wkradać się tam, gdzie jej nie chcą? Taki ślad ma po sobie zostawić? Nie pociągała jej taka perspektywa.

– Sama mnie przekonałaś, że zyskałaś specjalne wejście na uroczystość, kiedy odmówiono nam oficjalnej akredytacji – ciągnął Ronald. – Gdybym nie liczył, że przywieziesz coś wartego uwagi, nie dałbym ci wolnego. Tymczasem wróciłaś prawie z pustymi rękami. Jeszcze nie pracujesz na własny rachunek. Jeżeli jeszcze raz zawiedziesz, zyskasz wolność szybciej, niż byś chciała – zagroził na koniec, jakby czytał w jej myślach.

Romy zdawała sobie sprawę, że wystarczy jedno potknięcie, żeby wypaść z łask szefa. Gorączkowo szukała sposobu ułagodzenia go.

– Chyba nie wywołałam wszystkich – wymamrotała niepewnie. – Wrócę i sprawdzę na swoim komputerze.

– Dobrze, ale nie teraz. Wyglądasz na wykończoną.

Współczucie szefa poruszyło ją tak głęboko, że łzy napłynęły jej do oczu. Palił ją wstyd, że go rozczarowała.

– Masz rację. Jeszcze nie odpoczęłam po podróży. Szkoda, że nie zaczekałam do jutra. Niepotrzebnie marnowałam twój czas – przyznała z zażenowaniem. – Na pewno po przejrzeniu dysku znajdę coś ciekawego. Nie chciałabym cię rozczarować.

– Do tej pory nigdy nie zawiodłaś. Wyjdź wcześniej z pracy i odpocznij, zanim weźmiesz się do roboty.

– Dobrze – obiecała, zażenowana jego troską. – Zrobię, co w mojej mocy, żeby cię zadowolić – przyrzekła na odchodnym.

– Ach, byłbym zapomniał. Ktoś czeka w twoim gabinecie.

Romy przypuszczała, że jakiś praktykant oczekuje moralnego wsparcia od słynnej niegdyś Romy Winner, nieświadom, że przed chwilą omal nie wyleciała z pracy. Mimo fatalnego samopoczucia z wysiłkiem przywołała uśmiech na twarz. Przyrzekła sobie, że wbrew wszelkim przeciwnościom znajdzie kilka miłych słów dla początkującego kolegi lub koleżanki po fachu.

Zjeżdżając z luksusowego piętra do piwnicy, postanowiła, że odda Ronaldowi kilka ujęć z albumu dla Grace. Wystarczy wybrać kilka ładnych i kryzys zażegnany. Gdyby należycie skupiła uwagę na pracy, zamiast rozmyślać o Kruzie, zrobiłaby to wcześniej. Uciszyła głos sumienia, składając brak koncentracji uwagi na karb zmiany strefy czasowej. Nie leciała luksusowym odrzutowcem, tylko starą maszyną, w najtańszej klasie, z kolanami wciśniętymi pod brodę. Na własne życzenie.

Wyszła z windy do innego świata: bez dębowych podłóg, kremowych ścian z elegancko oprawionymi okładkami pisma i dyskretnego oświetlenia. Piwniczny korytarz wyłożono linoleum. Farba odłaziła ze ścian. Nad głową wisiała plątanina rur, bynajmniej nie wskutek kaprysu ekstrawaganckiego projektanta.

– Uważaj na słowa, Romy! – ostrzegł Kruz.

Czyżby nieświadomie zaklęła na jego widok?

– Przepraszam, zaskoczyłeś mnie – wykrztusiła, zawstydzona.

Potrzebowała chwili na ochłonięcie po szoku. Nastawiła się na wspieranie młodej, wystraszonej osoby, a Kruz z całą pewnością nie potrzebował wsparcia. Elegancki, muskularny, stał za odrapanym stołem, który służył jej za biurko i z kamienną twarzą oglądał zdjęcia przeznaczone do wyrzucenia. Wszystkie przedstawiały jego.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?