Ucieczka z Argentyny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Wykombinować jakieś mieszkanie.

Trzeba przyznać, że nie jest to mieszkanie jak ze snu. Ale jak zawsze są ku temu powody… W ogłoszeniach czytałam, że tereny rekreacyjne i kempingi oferują niezrównany poziom zakwaterowania. Niestety, moja wymarzona rezydencja to przeciekająca przyczepa, która przypomina puszkę na kółkach, w dodatku pozbawioną hamulców. Stoi zaparkowana na zdewastowanym polu pod sypiącym się klifem, dobry kilometr piechotą od najbliższego pensjonatu. Szkoda, że nie możecie zobaczyć, jak fajnie się stąd idzie dokądkolwiek, zwłaszcza w zimie, gdy pada deszcz ze śniegiem i jest gołoledź…

Lucia spędziła resztę wieczoru, zamęczając się wspomnieniem Luke’a, który zastał ją w tak nieciekawej sytuacji, i rozmyślaniem, jak wytłumaczy się braciom, nie mówiąc prawdy. Czemu właściwie nie zdobyła się na szczerość wobec Luke’a? Przecież był jak rodzina, zaraz po braciach.

Bo to nie jego cholerna sprawa!

I dlatego też, że nigdy w życiu nie czuła się bardziej zawstydzona, upokorzona czy oddalona od swych prawdziwych marzeń.

Ocknęła się z zamyślenia, dopiero gdy menedżer zgasił ostatnie przydymione światło nad parkietem tanecznym i w całym pomieszczeniu rozbłysły ostre jarzeniówki.

Przypomniała jej się piosenka, którą nuciła jako małe dziecko o pięknej Latynosce. Nigdy nie pomyślałaby, że stanie się jej przeciwieństwem. Jak mogła być tak naiwna i wpaść w taki kanał w Londynie? Jak ma teraz wrócić do domu i powiedzieć prawdę? Wstyd… upokorzenie…

Jakoś z tego wybrnie. Sama. Jak zawsze. Nie ma jeszcze tylko pojęcia jak.

Uświadomiła sobie też, że ogromnie przeżyła nieoczekiwane spotkanie z Lukiem. To znaczy, że powoli wraca do siebie. Dobrze, ale powinna dać sobie trochę luzu. A dziś będzie najlepiej, jeśli skupi się na sprzątaniu i dopilnowaniu uczciwej zapłaty za długi dzień pracy.

Piękna blondynka przestała się w ogóle liczyć dla Luke’a, gdy zobaczył Lucię. Czy był zaszokowany? To mało powiedziane. Gdy widział ją po raz ostatni, tańczyła na weselu w domu Acostów. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Co musiało się stać po drodze, że wylądowała w tej spelunie prowadzonej przez Van Ricktera? Gdzie mieszka? Z kim? Gdzie się podziała dziewczyna o płonącym spojrzeniu, pyskata, przymilna, światowa panna o przepięknym biuście? No dobrze, biust się praktycznie nie zmienił… ale cała reszta….

Co się, do cholery, zdarzyło?! Czy obleśny Van Rickter ma coś z tym wspólnego? Telefon do Nacha może poczekać. Trzeba się najpierw zorientować w sytuacji.

Obejrzał się za siebie zniecierpliwiony, gdy Vanessa zagadnęła go o drinka.

– Przecież zamknęli już bar.

Jej obecność stała się na tyle niewygodna, że wezwał pod jakimś pretekstem taksówkę i wysłał ją do domu, obiecując, że sam wkrótce się pojawi. Z ulgą wrócił do klubu i zagadał na zapleczu do menedżera.

– Odkąd pracuje u pana ta dziewczyna o imieniu Lucia?

– Lucia? – mężczyzna wydawał się szczerze zdziwiony. – Nie ma tu nikogo takiego.

– Ciemnowłosa, z charakterem…

– Może chodzi o Anitę? Tak przynajmniej kazała się do siebie zwracać. Tylko niech mi pan nie mówi, że jest tu nielegalnie – zaczął panikować, jakby nigdy nie zatrudniał ludzi poniżej wymaganej płacy minimalnej.

– A może i Anita… Mogłem się przesłyszeć. – Luke nie chciał wpędzić Lucii w dodatkowe kłopoty.

– Mogę zaaranżować spotkanie, jeśli jest pan zainteresowany. Wszystkie dziewczęta są mi coś winne.

Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości, pomyślał zgryźliwie Luke.

– A Anita ma jeszcze drugą pracę. W miejscowym hotelu Sundowner. Mógł pan słyszeć. Właścicielka na pewno będzie wiedziała coś więcej.

Luke w duchu zatriumfował. W Sundowner Lucia nie będzie przecież udawać Anity, bo pani Margaret ją zna. Jest więc nadzieja na dodatkowe informacje. Jednak martwiło go to, że unikała nawet krótkiej normalnej rozmowy, jakby chciała coś ukryć. Nie była dawną sobą, otwartą i wygadaną. Co tu się więc działo? Z drugiej strony rozbawił go fakt, że swój nowy pseudonim zaczerpnęła z dawnego musicalu. Przypomniał sobie, jak bracia krzyczeli zawsze na nią, żeby „ściszyła już to zawodzenie”, bo chcieli, żeby w domu panował tylko heavy metal. Potrafił sobie wyobrazić, dlaczego marzeniem Lucii mogła być przemiana w Anitę, kobietę silną, a przede wszystkim wolną od dozoru czterech braci, choć osobiście uważał, że w rzeczywistości była silniejsza od ulubionej postaci fikcyjnej.

Przestań o niej w ogóle myśleć. To tylko kłopot!

Jeśli wpadła w tarapaty, to na własną prośbę. On nie będzie się w to mieszał. Powie po prostu Nachowi, że się widzieli, i tyle…

Miała dwie prace? Dwa parszywe zajęcia tu w Kornwalii nie mogły się nawet w połowie równać jednej porządnej pracy w Londynie. Co się więc stało z jej dobrym stanowiskiem przy zarządzie znanego hotelu, o którym opowiadał Nacho? Pocieszała go jedynie myśl, że jeśli będzie się chciał dowiedzieć prawdy, na pewno się dowie. Przecież pani Margaret była dawną znajomą, a obecnie kluczem do jego planów na zawodową przyszłość.

Luke…

Lucia przewracała się półprzytomnie na łóżku, pomiędzy snem a jawą, gdzie wszystko było dozwolone. Nawet kochanie się z kimś… Ale z kim? Wtuliła się mocniej w kawał tkaniny udającej poduszkę, okryła ramiona szorstkim kocem i zagłębiła się w świecie marzeń, w którym nadal jej ciało potrafiło czuć pożądanie, a zamyślenie w oczach Luke’a nie wymagało dalszych wyjaśnień.

Spotkanie z ubiegłej nocy musiało wpłynąć mocno na jej rozchwianą psychikę. Leżała rozdygotana z zamkniętymi oczami i wyobrażała sobie rzeczy niemożliwe do spełnienia. Ba, nie wiedziała nawet do końca, czy je sobie wyobraża, czy o nich śni… Pomieszczenie spowija mgła z tajemniczym złotawym połyskiem, gdzieś w oddali migocą świece, a w powietrzu unosi się jakaś nieznana, ale nęcąca woń. Luke pochyla się nad nią do połowy rozebrany i patrzy z namiętnością. Czuje się taka mała, ale bezpieczna, wie, że znów wszystko jest możliwe.

Jednocześnie boi się. Bo Luke to temat tabu. Nie może przecież leżeć obok niego naga. Luke jest starszy, godny zaufania, doświadczony, rzetelny, ma poukładane życie i kieruje się w nim jasnymi zasadami.

Ale jej ciało wcale nie zamierza tego uszanować. Wyrywa się do niego. Obejmuje go, przeczuwa, jaką ma nad nim władzę. Nie cieszy się nią jednak długo, bo mężczyzna podnosi się i znów znajduje się wyżej, zaczyna bezceremonialnie bawić się jej piersiami, nie pozwalając jednak, by przybliżyli się do siebie…

Co ona wyczynia? Luke jest facetem z innej półki, gdy odkryje prawdę, będzie się nią brzydził.

Na razie wie tylko, jak bardzo jej na nim zależy. Wystarczy, że jej dotknie, a ona wygina się z pożądania i prosi o jeszcze.

– To dobrze, nie mam innych obowiązków w życiu poza sprawianiem ci przyjemności – mówi Luke.

Ona tęskni za tą przyjemnością, tak samo jak za dawaniem. Jednocześnie stara się zagłuszyć strach. Gdy zbliża się do Luke’a, on się oddala. Nalewa szampana, sięga po owoce z miski koło łóżka. Zanurza truskawkę w naczyniu z polewą czekoladową, a następnie zbliża jej do ust. Lucia siada i chce zjeść owoc, lecz nie zdąża, bo został już zabrany. Zamiast tego napotyka jego usta. Wtedy ona się odsuwa. Kiedy w końcu ich wargi spotykają się, oboje delektują się wyśmienitym smakiem czekolady i truskawek. Nabierają odwagi, przytulają się do siebie.

– Lucia, powiedz, czego pragniesz.

– Żebyś mnie pocałował.

– Tylko tyle?

– To wystarczy.

– Nie wierzę ci.

Pochyla się nad nią, jakby chciał ją objąć i przytrzymać. Fala namiętności osłabia jej strach, ale on wciska się między jej nogi i odzywa się nagle szorstkim głosem:

– Coś nie tak, Anita?

Anita? ANITA?

Dziewczyna kurczy się z przerażenia. Sen pryska. To nie Luke, to ten obleśny recepcjonista zakradł się do niej nago i oblizuje swe wielkie, czerwone wargi. Pożółkłe białka błyszczą złowieszczo. Ale ona będzie walczyć, zawzięcie, o swój honor i życie…

Teraz dopiero przebudziła się naprawdę i przerażona rozejrzała się wokół. Dobrą chwilę zajęło jej zorientowanie się, gdzie jest. Po jakimś czasie przyczepa zaczęła przypominać przyczepę. Bez recepcjonisty, bez Luke’a i bez satynowej pościeli, szampana czy czekolady… Mimo że zły sen prysł, cała się trzęsła. Może teraz tak już będzie zawsze? Czyżby londyńskie doświadczenie miało jej stanąć na przeszkodzie do normalności w każdej dziedzinie?

Tydzień minął szybko. Siedem dni, w ciągu których Luke nie powrócił. Dobrze. Czy na pewno?

Tak, na pewno. Wolała żyć bez koszmarów sennych spowodowanych jego pojawieniem się. Pewnie trochę powspominał i wrócił już do Stanów. Ona natomiast była tak zmęczona, pracując na dwie zmiany za kolejną chorą kelnerkę, że poważnie rozważała wykorzystanie wykałaczek do podtrzymania opadających powiek. A tu wciąż napływało skądś coraz więcej gości…

– Anita!

Na horyzoncie zjawił się Van. Od rozmowy z Lukiem zdecydowanie lepiej się do niej odnosił. Chyba wolał nie ryzykować, na wypadek gdyby miała jednak jakichś wysoko postawionych przyjaciół. Z tego jednego względu żałowała, że Luke zniknął.

– Anita! Na parkiecie coś się rozlało. Idź tam! Od razu! Mogą tu dziś być bardzo ważni goście.

– Oczywiście, proszę pana.

– I… Anita…

– Tak?

– Musisz schudnąć.

Pokiwała głową. Van miał zawsze rację. Jeśli ktokolwiek chciał przetrwać w klubie, musiał sobie to powtarzać jak mantrę. Ale w tym przypadku Van naprawdę miał rację! Sama dobrze wiedziała, że spod kelnerskiego stroju, z każdego zakamarka wylewał jej się nadmiar tłuszczyku… Weszła na zaplecze po zestaw do sprzątania i przy okazji nałożyła fartuch. Z pewnością wolałaby worek, ale to byłoby zbyt oczywiste.

 

Weszła na parkiet i rozstawiła wokół siebie plastikowe słupki z ostrzeżeniem: „Uwaga! Śliska posadzka”, żeby nikt z tańczących nie poślizgnął się na mokrych, czarnych szklanych kafelkach. Teraz była niewidoczna i nietykalna! Wspaniale!

Parę razy sama się potknęła, lecz wyzwanie dobiegało końca.

Nagle serce Lucii zabiło mocniej.

Tylko jeden człowiek na świecie mógł wmaszerować do klubu nocnego w kapeluszu i butach kowbojskich do garnituru.

Świadoma, że jednak trudno było jej nie zauważyć w srebrnym, połyskującym fartuchu z kubłem i mopem na środku pięknie podświetlonego parkietu tanecznego, skuliła się, jakby naprawdę miała nadzieję stać się niewidzialna.

A jednak…

– Lucia?

Czy jej życie mogło się znaleźć na jeszcze większym zakręcie?

Luke Forster powrócił. Jej miłość z lat dzieciństwa i bohater snów erotycznych stał przed nią w całej krasie.

ROZDZIAŁ TRZECI

Czy gdzieś na mojej liście napisałam, że którykolwiek z „chłopców” będzie miał prawo stanąć nade mną i mi rozkazywać? Czy pomyślałabym tak, gdy byłam czternastoletnią marzycielką otoczoną wpatrzonymi we mnie „rycerzami”? Nie.

– Wstań!

Ludzie odwracali się i gapili. Głos Luke’a brzmiał jak karabin maszynowy, przebijał się z łatwością przez muzykę i szepty.

– Witaj, Luke – odpowiedziała delikatnie, bo postanowiła, że zrobi wszystko, by uniknąć sceny na środku dyskoteki, bo wtedy Van wywaliłby ją z pracy natychmiast. – Jak miło cię znów widzieć.

– A mnie nie miło widzieć, że tu pracujesz.

W tej sytuacji istniała już tylko obrona przez atak. Wstała z kolan i odezwała się chłodno:

– Ostatnim razem nawet nie przyszedłeś się pożegnać. No tak. Miałeś ważniejsze rzeczy do robienia.

Odruchowo rozejrzała się zazdrośnie, czy znikąd nie wynurza się wymuskana blondyna.

– Nie ma jej – Luke bez trudu ją rozszyfrował – i ty też wychodzisz.

– Słucham? – Teraz naprawdę się uniosła; Luke budził w niej dawną siłę i bunt. Nie po to uwolniła się od braci, żeby tłumaczyć się ich przyjacielowi!

– Słyszałaś!

Odwróciła się i sięgnęła po kubeł.

– Zostaw to!

– Nie!

Piękna, mocna, opalona dłoń Luke’a przytrzymała ją za pulchne ramię. Jaki wstyd…

No przecież czekałaś na to całe życie! Cudowny Luke nadciąga z odsieczą! Trzyma cię w ramionach…

– Odczep się ode mnie! Nie jestem koniem, którego możesz złapać za grzywę i pociągnąć, dokąd zechcesz! Mam własne życie. Pracuję. Chcesz, żebym straciła pracę?

– Marzyłbym o tym!

– Schodzę ze zmiany o trzeciej nad ranem. Wtedy możemy porozmawiać.

Cały czas miała świadomość, że obserwuje ich ukryty w cieniu Straszny Van… Nim Luke zdążył powiedzieć choćby słowo, złapała kubeł i mop, i szybko zniknęła, zostawiając za sobą tylko słupki ostrzegające przed śliską posadzką.

Na pocieszenie zauważyła, że chociaż cała się trzęsie, to przecież nie ma się czego wstydzić. Utrzymuje się sama, choć w porównaniu z przepastnym portfelem Luke’a, jej dochód jest bardzo skromny. Zauważyła też ze zdziwieniem, że pociesza ją jeszcze jedna rzecz. Konfrontacja z Lukiem nie przeraziła jej. Nie wycofała się ani nie uległa mu. Od czasu zajść w Londynie czuła, że bez przerwy się boi. Teraz wydawało jej się, że powoli staje na nogi.

Zatem Lucia go nie potrzebuje. Dobrze. Nie powinien się wtrącać ani angażować. Zadzwoni do Nacha i powie mu, żeby sami się nią zajęli. Dziewczyna jest krnąbrna i chce iść drogą, która całkowicie się różni od jego drogi. Luke’a pochłaniają interesy i polo, nie zamierza się dać nikomu od nich odciągać ani nie chce, by ktokolwiek ciągnął go w dół, podczas gdy ona niewątpliwie znalazła się na równi pochyłej. Mogąc wybrać cokolwiek gdziekolwiek na świecie, wybrała pracę w takim miejscu.

Wybrała? Czy należy w to wierzyć?

Wiedział tylko tyle, że w jego rodzinie wszyscy postępowali zgodnie z oczekiwaniami, jakie im stawiano, a wszelkie uczucia były skrupulatnie tłamszone. Lucia zaś składała się z samych emocji; trudno ją ujarzmić. Powinien więc trzymać się od niej z daleka.

Łatwo powiedzieć.

Zaczynał się o nią szczerze martwić, choć Nachowi miał zamiar przekazać nagie fakty.

Była dla niego nadal bardzo atrakcyjna, chociaż szybko zaczęłaby go męczyć cała towarzysząca jej zazwyczaj dramaturgia.

Czy to jednak nie zabawne pobyć dla odmiany w towarzystwie kogoś, kto ma silny charakter i osobowość? Przecież uwielbia polowania… Boże, o czym on właściwie myśli?

Lucia jest najmłodszą siostrą najbliższego przyjaciela. Zatem to wykluczone. A gdyby nagle zachciało mu się odrobiny szaleństwa, poszukałby kogoś ze swojej bajki. Nie potrzebuje problemów z rozpieszczoną argentyńską księżniczką!

Księżniczką? Nie zawahała się przecież podjąć pracy, w której musi na kolanach szorować brudną podłogę.

A to taka piękna kobieta, nawet w tym dziwacznym fartuchu, który każą jej zakładać.

Tym bardziej nie powinien się do niej zbliżać, skoro nie umie nad sobą zapanować.

Trzecia nad ranem nadeszła szybko i równie szybko minęła. Ostatni goście zniknęli. Luke także. Była zbyt zajęta, by zauważyć kiedy. Pewnie zniknął z tą blondyną. Obruszyła się. Oczywiście nie pamiętał jaki to dzień.

No to co? Niech idzie do diabła. Czy to ma jakieś znaczenie, że zapomniał o jej urodzinach?

– A czyje to święto zaczęło o północy? – zażartowała Grace, przytulając Lucię, gdy wyszły razem z klubu.

– Skąd wiedziałaś?

– O, ja wiem o tobie wszystko!

Łącznie z prawdziwym imieniem. Lucia nie chciała oszukiwać przyjaciółki.

– Zatem słyszałaś też, jaka ze mnie imprezowiczka…

– Ty chyba nie wiesz, co mówisz. Popatrz na nas. Jakie z nas mogą być imprezowicz ki? Ludzie mówią, że powinnyśmy coś ze sobą zrobić… pozytywnego.

– Mam nadzieję, że nie myślisz o Van Rickterze?

– Nie nazwałabym go człowiekiem. W klubie są jeszcze inni, mili ludzie.

Gdy przechodziły przez ulicę, Lucia zapytała:

– Co tam tak chowasz pod kurtką?

– Zrobiliśmy zrzutkę na twoje urodziny.

– I co tam masz?

– Nie powiem, nie chcę popsuć efektu. Może tylko tyle: wszyscy chcą, żeby chociaż jednej z nas poukładało się w tym roku!

– Oj… ze mną to chyba trochę dłużej potrwa.

– Nie bądź taką pesymistką. Wszystko się może zdarzyć przy odrobinie szczęścia.

Lucia naburmuszyła się. Widząc to, Grace złapała ją za rękaw i pociągnęła przed siebie. Po chwili obie biegły ze śmiechem środkiem jezdni, rozpryskując wodę w kałużach.

Gdy rozstawały się pod wejściem do parku Sundowner, Grace rzuciła przez ramię:

– Dołożyłam ci parę magazynów do prezentu. Pewnie rozpoznasz jednego z facetów na rozkładówkach, bo widziałam, jak rozmawialiście w klubie.

Lucia rozpromieniła się. Na rozkładówce raczej nie zobaczy Van Ricktera, chyba że znajomi kupili jej czasopismo przyrodnicze „Świat płazów”. Do przyczepy dotarła biegiem, wpadła do środka, rzuciła rzeczy na podłogę i od razu sięgnęła po magazyny. W drugim z kolei zobaczyła Luke’a Forstera w charakterze zwycięzcy plebiscytu magazynu „Rock!” na najokazalszy tors roku.

Ty żałosny hipokryto… Kto by pomyślał… Nieprzekupny wzór cnót! Co ktoś taki robi roznegliżowany w tandetnym pisemku?

Kobieto! Przecież mówisz sama do siebie i jeszcze wciągasz w tę rozmowę gazety!

Z wściekłością wypluła gumę do żucia i przykleiła nią plakat z Lukiem do ściany. Wszystko wokół pojaśniało.

Prawdziwy Luke pewnie właśnie dobrze się bawił w jakimś luksusowym hotelu w towarzystwie tej lub innej blondyny. Jeśli w ogóle zdarzało mu się myśleć o Lucii, najprawdopodobniej było to w takim kontekście, że mogłaby się już nie wygłupiać i wracać do Argentyny…

– Nie. Jeszcze nie. Nie jestem gotowa. Nie poddam się tak łatwo. Nie wrócę tam…

Ich dom w Argentynie miał taką ciepłą kuchnię, dach, który nigdy nie przeciekał, i nie musieli wydłubywać lodu z okien po wewnętrznej stronie.

Odkręciła termos z gorącą czekoladą, który zawsze zostawiała jej w przyczepie pani Margaret, i starała się nie myśleć. Sięgnęła pod łóżko po starą płócienną torbę pełną pamiątek, do której zaglądała, gdy robiło się naprawdę źle. Trzymała tam swoje pamiętniki, dawny, z okresu, gdy była dziewczynką, i zaniedbany współczesny. Teraz zaczęła czytać ten stary.

Jeśli kiedykolwiek uwolnię się od mego Wielkiego Brata Conana Barbarzyńcy i jego gangu południowoamerykańskich kowbojów, gaucho, wtedy, obiecuję, przystąpię do realizacji tej tajemnej listy…

Lucia uśmiechała się pod nosem, śledząc „tajemną listę” w starym, pokreślonym zeszycie. Jak mogła być tak naiwna? No ale przecież miała wtedy niespełna czternaście lat i cała jej życiowa wiedza opierała się na pisemkach dla nastolatek. Stąd na przykład depilacja woskiem niemalże otwierała wszystkie listy spraw na przyszłość, zamiast tkwić spokojnie na trzysta sześćdziesiątej piątej pozycji.

1. Wykombinować jakąś pracę! – najchętniej na promocjach, np. nowych barów, bo tak najlepiej poznaje się nowych ludzi, jak napisali w czasopiśmie „Rock!”.

2. Wykombinować jakieś mieszkanie! – coś wspaniałego i stylowego w najlepszej dzielnicy w mieście i blisko nowego baru, który będę promować.

3. Wykombinować kasę na depilację woskiem!

Musiała się chyba wtedy obawiać, co jeszcze przyniesie okres dojrzewania. Poza tym niewątpliwie odziedziczyła tę obsesję po matce, która cierpiała na fobię w kwestii depilowania. Do ponurego zabiegu kwalifikowało się dla niej wszystko: czułe miejsca, górna warga, nos i nawet uszy… i nie należało nikogo pytać o pozwolenie.

4. Wykombinować kasę na solarium.

Przypomniała sobie, jak „Rock!” instruował dziewczęta, że najlepsza opalenizna jest dyskretna. Wtedy chłopcy biorą ją za naturalny kolor skóry.

5. Wykombinować kasę na fryzjera.

To nie zmieniło się akurat przez lata. Jej problem nie polegał jednak na tym, że miała za cienkie i zbyt proste włosy, wręcz przeciwnie – jej bardzo gęstych i kręconych włosów nie dało się ujarzmić bez specjalnych, drogich, a zatem nieosiągalnych specyfików.

6. Wykombinować nowe ciuchy.

Najlepiej w niczym nieprzypominające sztucznych fartuchów!

7. Wykombinować kartę na siłownię.

Znów kasa, więc niewykonalne. Dodatkowo też niewykonalne, bo jak się pokazać na siłowni bez opalenizny, depilacji, modnej fryzury i trendy ciuchów?

8. Wykombinować wstęp na kurs tańca, najlepiej samby, u dobrego nauczyciela. Takiego jak stary pan Ignacio. Sądząc po tym, jak sprawnie przeskoczył przez płot na ranczu Nera Caracasa, kiedy chciałam się przejechać na oklep na ich najostrzejszym koniu, to ucząc tańca całe życie, ma jeszcze mnóstwo siły!

9. Wykombinować sposób na braci fanów gry w polo. Żeby nie obgadywali mnie zawsze ze wszystkimi przystojnymi chłopakami wokół!

10. Wykombinować narzeczonego (niegrającego w polo).

I tak kończy się lista z pamiętnika nastolatki…

Lucia uśmiechnęła się na wspomnienie lekcji samby z Ignaciem. Wielki, przenośny radiomagnetofon, olbrzymia stodoła z sianem, idealne warunki, by nikt nie widział niezdarnych kroków i nie słyszał upiornie głośnej muzyki. Ale przynajmniej dzięki temu umiała się poruszać i tańczyć, nawet teraz, pomimo zbyt dużej wagi.

– I tobie też dziękuję, Margaret! – wyszeptała, ogrzewając lodowate ręce o gorący termos. Drobne gesty starszej pani, która sama niewiele co miała, motywowały Lucię do działania.

– I tobie, Luke…

Zaczęła uważnie oglądać plakat na ścianie. Wow! Nie… „Wow” nie wystarczy. Na billboardach widywała często swych braci, lecz zazwyczaj byli w pełnym rynsztunku do gry w polo i na koniach. Nie pamiętała ich do połowy rozebranych w prowokacyjnym ujęciu. Nie pomyślałaby też, że Luke kiedykolwiek zgodzi się na coś takiego.

– Lubisz zaskakiwać, co? – mamrotała pod nosem, przypatrując się badawczo temu wszystkiemu, czego dotąd nie znała.

I ta jego poza! Wymachiwanie batem przed kamerą? Goły tors z niewiarygodnie ukształtowanym „kaloryferkiem”, parodniowy zarost, stalowy zegarek o takiej wartości i liczbie funkcji, że prawdopodobnie potrafił wskazywać położenie właściciela względem księżyca… I jeszcze obscenicznie skrojone bryczesy do jazdy konnej… Całość poruszyłaby każdą kobietę.

 

Domyślała się, jak mogło dojść do publikacji takiego zdjęcia. Musiała maczać w tej historii palce bezlitosna Holly, dziennikarka z „Rocka!”, prywatnie jej dawna przyjaciółka ze szkoły, a obecnie żona jednego z jej braci Ruiza. Upolowanie Luke’a w takiej pozie było dla niej niewątpliwie materiałem sensacyjnym. Zdrowie Holly!

Dobry Boże, ależ ten Luke jest zbudowany.

Nic dziwnego, że dręczą ją sny erotyczne.

Za wszelką cenę nie należy patrzeć na jego bryczesy, a już na pewno nie na….

Pokręciła nerwowo głową. Następnym razem, gdy się spotkają, Luke może sobie gadać na jej temat, ile chce. Po tym, co sam zrobił? Ale zaraz, zaraz….

Jakim „następnym razem”?

A właściwie, czy ktoś jej zabroni spotykać się z dawnym znajomym i sprawdzonym przyjacielem rodziny?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?