Ucieczka z Argentyny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Susan Stephens
Ucieczka z Argentyny

Tłumaczenie:

Katarzyna Berger-Kuźniar

PROLOG

LISTA SPRAW DO ZAŁATWIENIA DLA SINGIELKI

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu i jest tylko jeden cel.

Tkwi on dumnie pod numerem 10 na poniższej liście!

1. Wykombinować jakąś pracę.

2. Wykombinować jakieś mieszkanie.

3. Wykombinować kasę na depilację woskiem.

4. Wykombinować kasę na solarium.

5. Wykombinować kasę na fryzjera.

6. Wykombinować nowe ciuchy.

7. Wykombinować kartę na siłownię.

8. Wykombinować wstęp na kurs tańca.

9. Wykombinować sposób na braci fanów gry w polo.

10. Wykombinować faceta (niegrającego w polo).

Jako jedyna dziewczyna w rodzinie, wychowująca się z czterema braćmi, graczami polo, mam dość, SERDECZNIE DOŚĆ, wszelkich przejawów męskości od bladego świtu do nocy.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wykombinować jakąś pracę.

Niekoniecznie pracę jak ze snu. Ale mam swoje powody. Jakie?

Tak naprawdę miałam już pracę swoich marzeń: byłam stażystką przy zarządzie jednego z najlepszych hoteli w Londynie! Wymarzony bonus dla dobrej absolwentki zarządzania z Argentyny, nastawionej na pracę z ludźmi i dla ludzi po latach spędzonych na niańczeniu czterech wymagających braciszków… Ale prędzej zdechłabym z głodu, niż została w tej pracy, jeśli warunkiem było sypianie z wyjątkowo wrednym recepcjonistą, który próbował mnie szantażować ujawnieniem prawdziwego oblicza „Anity Costy”.

Osoby, które znają mnie sprzed czasów tego pamiętnika, pewnie się zastanowią, gdzie się podziała mała szalona Lucia, imprezowiczka, dusza towarzystwa. Czyżby się… stoczyła? Jeśli też tak myślisz, to poczytaj dalej…

Na pewno zauważysz, że nie opuściło mnie tylko moje dawne poczucie humoru, chociaż obecnie stoję w obliczu bardzo niewesołej przyszłości.

Nikt nie wiedział lepiej niż Lucia, że nocny klub za dnia to miejsce posępne i nieciekawe. Ostatnich parę dni sprawiło, że czuła się, jakby całe życie spędziła na kolanach, szorując lepiącą się od brudu podłogę przy świetle płynącym ze zbyt słabej żarówki.

Klub, o którym mowa, znajdował się na malowniczym, dzikim wybrzeżu Kornwalii. Miał wysokie notowania wśród tubylców, gdyż sąsiadował z bajecznie piękną i osławioną plażą, na której można było zobaczyć wielu celebrytów i najlepsze lokalne „ciacha”. Bracia Lucii, gdy byli młodsi, też chętnie się tu pokazywali, zwłaszcza w towarzystwie Luke’a, ich najlepszego przyjaciela.

Luke…

Nie chciała teraz pozwolić sobie na myślenie o facecie, który miał tak potężny umysł i… mięśnie, że spokojnie mógłby nimi obdzielić parę osób.

Facet będący całkowicie poza jej zasięgiem…

I który, niestety, też grał w polo, co stało w sprzeczności z numerem dziesiątym na liście spraw do załatwienia…

– Za mało masz roboty?

Lucia podskoczyła, gdy usłyszała znienawidzony głos menedżera klubu. Van Rickter był w młodości gwiazdą tego miejsca, czego nie omieszkał jej powiedzieć, gdy przyszła go błagać o pracę, jakąkolwiek pracę. Obecnie robił wrażenie starzejącego się babiarza, którego hobby stanowiło nękanie personelu. Dziewczynie – mimo wyraźnej zaczepki – udało się wrócić do szorowania podłogi, bo do pomieszczenia weszła kolejna pracownica, Grace.

– Podobno dziś wieczorem będzie się tu działo! – powiedziała, rzucając torbę na stół. – Szkoda, że jestem akurat chora. Za czerwony nochal i łzawiące oczy nie dają napiwków. A już miałam nadzieję, że spotkam księcia z bajki…

Lucia pomyślała, że niedawno na samo wspomnienie, że gdzieś „będzie się działo”, czuła się gotowa do walki. Drażnić, flirtować i tańczyć! To był jej żywioł. Zawsze otoczona braćmi, nieświadoma zagrożenia, jakie sama stwarzała, na piętnastocentymetrowych obcasach, w za małej przynajmniej o jeden rozmiar sukience, w doskonałym, ale wyzywającym makijażu… Teraz nastały inne czasy.

Popatrzyła na przyjaciółkę i powiedziała:

– Wezmę za ciebie zmianę.

– Zmiana po zmianie? Chcesz się wykończyć? Odkąd przyjechałaś, tylko pracujesz. Przebierz się, przyjdź wieczorem jako gość, i zobacz, czy są jacyś fajni chłopcy. Jak będzie ich dużo, jednego zaklepuję dla siebie!

Lucia czuła, że trzęsie się cała w środku, lecz gdy Grace wybuchła śmiechem, otarła twarz i też zmusiła się do uśmiechu. Przecież nikt tutaj nie wiedział o jej doświadczeniach z Londynu.

– Uwaga, nadchodzi… – szepnęła Grace na widok zbliżającego się Van Ricktera i uciekła na zaplecze, żeby się przebrać.

Menedżer skupił się więc na Lucii.

– Hej, Anita, machaj, machaj, bo inaczej szybko znajdę kogoś na twoje miejsce! – rzucił i zniknął w głębi baru.

Tutaj w klubie wszyscy znali ją jako Anitę. To imię należało do jej ukochanej postaci, Portorykanki z musicalu West Side Story. Wymyślenie nazwiska również przyszło bardzo łatwo. Pomyślała, że wystarczy skreślić literę „a”. I tak Lucia Acosta przemieniła się w Anitę Costę.

Po co cała ta maskarada?

Bo trudno pozostać anonimowym i niezależnym czy spodziewać się normalnego traktowania ze strony najbliższego otoczenia, jeśli na co drugim billboardzie w mieście widzi się twarze braci – znanych sportowców!

Rozmasowała sobie bolące plecy i rozmarzyła się. Argentyna, bezkresne pampy, ciepły, bezpieczny dom… Nigdy chyba nie wydawały się odleglejsze, zwłaszcza odkąd przekonała się, że ma wyjątkową skłonność do popadania w tarapaty. Jej życie, od kiedy zachowanie jednego ze współpracowników zmusiło ją do odejścia z hotelu i wyjazdu z Londynu, zaczęło przypominać równię pochyłą. Dawno przestało się liczyć, że pochodziła z bogatej rodziny, chociaż tego jednego akurat sama nie zamierzała wykorzystywać.

Wróciła do szorowania podłogi. Po poprzednich doświadczeniach cieszyła ją praca w miejscu, w którym nikt nic o niej nie wiedział. „Nie paplaj w koło, trzymaj język za zębami” – powtarzała jej mama do znudzenia. Niestety, to się nie udało, bo zaufała nieodpowiedniej osobie.

Jak ciężko uwierzyć, że mama nie żyje już od dziesięciu lat… Demelza Acosta zginęła tragicznie jako ofiara wielkiej powodzi. Wywodziła się właśnie z Kornwalii i dlatego cała rodzina przyjeżdżała tu, do St Oswalds, na letnie wakacje. Lucia także schroniła się w tym miejscu, bo zapamiętała je jako oazę szczęścia z dzieciństwa…

– To chyba twój szczęśliwy dzień, Anito – odezwał się nad jej głową Van Rickter. – Odesłałem Grace do domu. Nikt nie zamówi drinka u zasmarkanej kelnerki… Zatem to dziś twoja noc za barem. I nie próbuj mi nawet tłumaczyć, że kończysz sprzątać o siódmej. Będziesz miała całe mnóstwo czasu, żeby się przygotować.

Pół godziny galopem do przyczepy, lodowaty prysznic i galopem z powrotem. Bez zjedzenia czegokolwiek…

– Nie ma problemu!

Przecież potrzebna jest kasa.

Popatrzył na nią podejrzliwie.

– Tylko się doszoruj! I wysmaruj ręce porządnym kremem. Jak podasz takimi rękami szampana, nie wezmą nawet za darmo.

– Będzie dobrze! – uśmiechnęła się do niego, wiedząc, że to podziała lepiej niż narzekanie. A cała noc przy barze oznaczała napiwki!

Wygląd w pracy jest zdecydowanie ważniejszy od pełnego żołądka. Nikt nie da napiwku kelnerce ani barmance, od której czuć środki dezynfekujące toaletę. Trzeba więc wytrzymać lodowatą kąpiel w wyziębionej przyczepie.

Właściwie miała teraz dwa zajęcia: pracę w klubie i to drugie, bardziej skomplikowane, za które jej nie płacono. Na razie. Starała się mianowicie pomóc stanąć na nogi pani Margaret, starszej damie, będącej właścicielką hoteliku i parku Sundowner, które pamiętała z dzieciństwa.

Szczękając zębami z zimna, zawinięta w ręcznik, patrzyła na strój kelnerski Grace. Był na nią o parę rozmiarów za mały, zwłaszcza teraz, gdy trochę przytyła na podwieczorkach Margaret.

Dzięki przystojnemu ojcu Argentyńczykowi i kornwalijskiej matce, Lucia funkcjonowała tak samo świetnie na wietrznej argentyńskiej pampie, jak i podczas srogiej kornwalijskiej zimy. Natomiast jeśli chodzi o wygląd, podczas gdy mieszanka genów uczyniła z jej braci olbrzymów na tle przeciętnych mężczyzn, ona sama była raczej niska i korpulentna. Opływowe kształty zupełnie nie przeszkadzały jej w przeszłości, wprost przeciwnie, wielu facetów – czytaj: sprawdzonych przyjaciół braci… – jadło jej z ręki. Niestety, pobyt w Londynie przebiegł wedle innego scenariusza, sprawdziło się tu powiedzenie „daj palec, a odgryzą rękę”.

Sięgnęła niechętnie po strój Grace. Przez dłuższą chwilę upychała biust w małą, elastyczną, mocno wydekoltowaną garsonkę. Potem na placu boju zostały jeszcze krótkie spodenki ze srebrnego, na szczęście lejącego materiału.

Ojej! Dieta z fast foodów!

Luke Forster leżał w apartamencie Grand Hotelu w St Oswalds. Opalony, napompowany po wizycie na siłowni, drzemał z nogami w butach kowbojskich opartymi o szafkę nocną. Wtedy zadzwonił telefon. Bliski przyjaciel z Argentyny.

– Zrób mi przysługę i rozejrzyj się tam za Lucią… to znaczy, dopóki jesteś w Kornwalii – poprosił go Nacho Acosta, gdy skończyli rozmawiać o ostatnim meczu polo.

– Lucia jest w Kornwalii?

– Przynajmniej tak twierdzi.

Luke zwlekał z odpowiedzią. Po co mi to? Lucia była siostrą Nacha i zawsze zwiastowała kłopoty. Nacho dyktował mu teraz jej numer telefonu, a Luke miał przed oczami tylko jedno: biust dziewczyny. Piersi ma piękne, ale po co mi kłopoty? – myślał.

 

– Znów mi się wymknęła, Luke. Choć tym razem była tak miła, że nagrała się na poczcie i powiedziała, że odwiedza dawne rewiry…

Luke nerwowo przeczesał palcami włosy i odruchowo dodał parę dni do tych już ciasno zaplanowanych w Kornwalii. Prowadzenie interesów rodzinnych związanych z fundacją charytatywną oraz gra w polo na poziomie międzynarodowym wymagały od niego wystarczającej ilości czasu bez wciągania się w poszukiwania dziwacznej siostry Nacha. Poza tym Lucia „wymykała się” nie po raz pierwszy. Jedyna dama w męskiej rodzinie od dawna miała reputację szalonej imprezowiczki.

– Wiem, że jest już dorosła, ale nadal czuję się za nią odpowiedzialny… Zrobisz to dla mnie, Luke?

I jak ma odmówić? Nacho zajął się młodszym rodzeństwem, gdy rodzice zginęli tragicznie w powodzi. Radził sobie doskonale z całą czwórką. Z chłopakami, którzy wszyscy byli starsi od Lucii, układało się do dziś, natomiast gdy dziewczyna weszła w wiek dojrzewania, przerosła najśmielsze oczekiwania.

– Znajdę ją. Jeśli odwiedza stare kąty… – powiedział wreszcie znacząco i obaj wybuchli śmiechem. – Będę się kierować intuicją. Wioska jest martwa, żyje tylko klub.

Wrócili do rozmowy o polo, ale w głowie Luke’a Lucia zagościła na dobre. Obie rodziny znały się ze wspólnych wakacji, bo obie matki wywodziły się z Kornwalii. Przyjeżdżali do tego samego uroczego hoteliku. W Sundowner znajdowały się doskonałe stajnie, do tego tuż obok plaży, atmosfera była zupełnie wyjątkowa, a stałych bywalców właścicielka traktowała jak rodzinę.

Luke uwielbiał Kornwalię. Cieszył się, że przygnały go tu z powrotem interesy. W tym miejscu czuł się naprawdę wolny. Może nie zdawał sobie z tego sprawy jako chłopiec, gdy galopował po plaży na koniu, lecz teraz powrócił, by odzyskać klimaty z dzieciństwa.

– Luke… daj znać, jak będziesz coś wiedział. Zazdroszczę ci, że tam jesteś. Pamiętasz, jak szaleliśmy na plaży na koniach?

– A czy to można zapomnieć? – Luke ucieszył się, że Nacho ma te same odczucia. – Wróciłbyś tu, gdyby udało mi się ponownie wprowadzić polo na plażę?

– Jasne, że tak!

Gdyby na billboardach miał twarz jednego z najsłynniejszych zawodników polo, to jego plany szybko by się wykrystalizowały. Teraz jednak nadal myślał o Lucii.

Tak bardzo się różnili. Luke był jedynakiem, doskonale ułożonym i wykształconym w prywatnych szkołach. Jako chłopiec z początku traktował klan Acosta z wielką rezerwą. Dzikie oczy, egzotyczny wygląd, niesamowite umiejętności jeździeckie. Zawsze starał się jeździć konno w tym samym czasie co oni, żeby zauważyli też jego talent. Z biegiem lat zaprzyjaźnili się. Kiedyś Nacho nauczył go, jak jeździć na stojąco na galopującym koniu. Cóż z tego, że prawie się przy tym pozabijali…

Te ich ciemne, żywiołowe oczy… Lucia ma takie same…

Niech szlag trafi jej oczy… Po co mu kłopoty?

– Okej, Nacho, dam ci znać, jak będę miał coś do powiedzenia.

– To mi wystarczy, Luke.

Skończyli rozmawiać, a on nie mógł już przestać o niej myśleć. Przypomniał sobie dokładnie dzień, w którym widział ją po raz ostatni. Na ślubie u Acostów. Spodziewał się temperamentnej nastolatki, a zobaczył ukształtowaną kobietę. Gorącą…

Daj sobie z nią spokój… Dziś wieczorem czekało go spotkanie z atrakcyjną blondynką, która prowadziła firmę organizującą imprezy. Jego działania zmierzały do przywrócenia dorocznych zawodów „Polo na plaży” w St Oswalds w takiej formie, jak to kiedyś zapoczątkował ojciec Acostów. Rozmowa z Nachem dodała barw planom. Co prawda pewnego rodzaju komplikacją był stan kompletnej ruiny, w jakiej zastał St Oswalds, lecz przecież jedną z dziedzin jego działalności była budowlanka. Summa summarum, widział wielki sens w ożywieniu pięknej wioski i przywróceniu jej świetności, oraz sprowadzeniu tu z powrotem fanów polo.

A Lucia? Jaką ona odegra w tym wszystkim rolę?

Luke popatrzył na swoje odbicie w lustrze. Po co się właściwie golił, jeśli po paru minutach zarost zaczynał wyglądać tak samo? Jak u pirata. Jego ojciec, który był Amerykaninem i pochodził ze Wschodniego Wybrzeża zwykł się buntować na nietypowy wygląd syna. „Te grube włosy wszędzie, ciemna karnacja, te mięśnie… jakież to wulgarne”. Potem zazwyczaj spoglądał znacząco na matkę i dodawał, że należy chyba winić jej rodzinę.

Może to właśnie łączyło go trochę z Lucią. Oboje byli outsiderami. Ona – dziewczyna marząca o wolności w domu zdominowanym przez mężczyzn, on – nieudany, umięśniony syn księcia z bajki. I jak tu teraz pogodzić poszukiwanie szalonej marzycielki z biznesową kolacją z piękną blondyną?

Pod Lucią ugięły się kolana. Luke Forster jest w klubie! To przecież niemożliwe!

Ale jego nie da się z nikim pomylić. Nawet gwiazdy o wyglądzie i pokroju Toma Cruise’a mogą się przy nim schować, spakować walizki i pojechać do domu.

Co on tutaj robi?

Uziemiona za barem, przytłoczona ilością napojów do serwowania, starała się pozostać niewidoczna i nie zważać na krzyki barmana:

– Anita, Anita, ruchy, ruchy! Następne zamówienie czeka. Wiesz, że dziś brakuje personelu.

Poruszyła się jednak dopiero na widok Van Ricktera.

Luke nie nabierze się na jej zmienione imię. Co gorsza, jest w towarzystwie czarującej kobiety. Łatwo można sobie wyobrazić, że będą się oboje nieźle bawili, gdy Luke ją pozna za barem i wyjaśni swojej damie, że pewnie Lucia znów uciekła, a teraz jeszcze używa infantylnego przezwiska, odzwierciedlającego jej nastoletnie fascynacje.

– Dzięki, kochaniutka – szepnął barman, podsuwając jej kolejną pełną tacę kieliszków. – Jesteś najlepsza!

Lucia ruszyła na salę, żeby roznieść drinki, starając się jednak omijać jak najszerszym łukiem Luke’a. Nie chciała, żeby ją tutaj zobaczył. Będzie do końca bronić swego prawa do wyboru wykonywanej pracy, ale z Lukiem zbyt dobrze się znają, nie da się przed nim ukryć zmian. Brudna… zawstydzona… przestraszona… Ale walczy. Po swojemu, na własnych zasadach.

Wtedy znów zaczęła myśleć o Luke’u. Próbowała już chyba wszystkiego, by o nim zapomnieć. Z reguły nic nie skutkowało. I wygląda na to, że niewiele się zmieniło od czasu, gdy się ostatni raz widzieli i kiedy flirtowała z nim zupełnie otwarcie. Potem na własną prośbę popadła w tarapaty, a teraz przyszło za wszystko słono zapłacić. Kobieta towarzysząca Luke’owi była bardziej w jego typie. Bystra, ostra, typ bizneswoman, świetnie zorganizowana, zapięta na ostatni guzik. Pełna kontrola. Chyba nigdy i nigdzie – no może z wyjątkiem jakichś ekskluzywnych zajęć z jogi – nie dałoby się jej przyuważyć w śmiesznej lub dziwacznej pozie. Na pocieszenie Lucia zauważyła tylko jej nienaturalnie wybielone zęby, które w ultrafioletowym świetle dyskoteki błyszczały złowieszczo niczym zęby wampira z kreskówki.

– I dokąd ty właściwie idziesz?

Z zamyślenia wybił ją znienawidzony głos Van Ricktera. Odstawiła tacę z brudnymi kieliszkami i zaczęła rozcierać gołe ramiona jakby z zimna.

– Nie sądzi pan, że tu trochę za zimno? Chciałam pójść odkręcić ogrzewanie.

– To przy okazji załóż coś na siebie. Stroje kelnerek szyto z myślą o szczuplejszych dziewczętach. Może w szatni znajdzie się jakieś starsze, luźniejsze wdzianko. Ale jak znikniesz mi na dłużej niż pięć minut, to cię zwolnię. Czy wyrażam się jasno?

– Jak słońce…

Po chwili z ulgą zniknęła za drzwiami szatni, gdzie nie mógł jej już zobaczyć Luke. Luke… Nie tylko najbliższy przyjaciel braciszków. Nie. Pełnoprawny członek klubu męskiego nadopiekuńczych, marudnych facetów, którzy najchętniej traktowaliby ją jak swoją własność i widzieliby w niej wieczną małą dziewczynkę. Chociażby dlatego nie powinien był zobaczyć srebrnych obcisłych spodenek i wdzianka odsłaniającego prawie całe piersi. A ona od czasu Londynu marzyła, żeby być bezpłciową amebą bez twarzy, biustu czy talii. Widok Luke’a wzmocnił tylko te pragnienia. Nie chciała już z nim flirtować. Ani w ogóle z nikim. Bałagan, który zapanował w jej życiu, zamierzała wysprzątać w pojedynkę. Nie z braćmi, i na pewno nie z Lukiem.

Dawniejsze stroje kelnerek nie różniły się specjalnie od aktualnych… ale na szczęście niektóre miały spódniczki. Znalazła też pasujące do nich luźniejsze, atłasowe koszule, które były co prawda przezroczyste, lecz kończyły się pod szyją. Częścią zestawu były jeszcze sztuczne czerwone róże, które należało upiąć we włosach, ale na to się już nie zdobyła.

Radość trwała krótko. Po wyjściu z szatni stanęła oko w oko z… Lukiem, stojącym pod toaletą.

– Luke?! Co ty tu robisz? – wykrzyknęła nieszczerze zdziwiona.

– Właściwie powinienem cię zapytać o to samo.

– No wiesz. Po prostu zawsze tu przychodzę – wypaliła bez namysłu, jakby stał za nią klub stałych bywalców.

Luke przypatrywał jej się z niedowierzaniem, a ona nie mogła się powstrzymać i pożerała go wzrokiem. Jeśli to w ogóle możliwe, był jeszcze większy, silniejszy, przystojniejszy i bardziej seksowny, niż pamiętała. A ona? Miała na sobie strój kelnerski nieodpowiedniego rozmiaru, przepocone, zaczesane do tyłu włosy, błyszczącą od potu, zaczerwienioną twarz. Cudownie.

– Lucia? Ty tu pracujesz?

Oczywiście, że powinna była po prostu odwarknąć mu: Nie twój interes! Ale zaczęliby się kłócić, a ją nie stać na to, żeby stracić tę pracę.

– No, skąd! Przychodzę tylko tak często, że pozwalają mi wieszać ubranie w szatni dla personelu… Okej… czasem tu pracuję. Dżin z tonikiem dla twojej przyjaciółki?

– Dziękuję, już zamówiliśmy. Vanessa… – zwrócił się do blondyny, która właśnie wyszła z toalety – poznajcie się, Lucia, moja stara znajoma.

– No nie taka znów stara… – zażartowała słabym głosem. Blondynka z bliska była jeszcze piękniejsza i bardziej zadbana.

– Pracujesz tu? – zapytała Vanessa z widoczną ulgą. Szybko oceniła wygląd Lucii.

– Pomagam od czasu do czasu, jak mają większy ruch.

– To pewnie… bardzo fajna praca – wydusiła z siebie kobieta, szukając nerwowo ratunku u Luke’a, który jednak zdawał się być pochłonięty zupełnie czym innym.

Tymczasem menedżer Van, myśląc, że zwęszył nowego utracjusza, zaczął kręcić się podejrzanie blisko nich.

– Czy widzieliście już państwo nasze nowe kasyno? – zapytał lisim głosem.

Lucia zaśmiała się w duchu. Luke nigdy w życiu nie grał w kasynie i prawie nigdy nie pił… Jednak Van przywołał jedną z atrakcyjniejszych kelnerek i kazał jej oprowadzić nowych gości po nieznanej im części klubu, sam nie odstępując ich ani na krok. Gdy czuł pieniądze, tak się właśnie zachowywał.

Luke, Vanessa i reszta zniknęli na parkiecie, a następnie w głębi kasyna. W samym wejściu Luke zatrzymał się na chwilę i obejrzał za siebie. Ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy, lecz to wystarczyło, by zrozumiała, że sprawa nie jest zakończona.