Smak wina i miłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Susan Stephens
Smak wina i miłości

Tłumaczenie:

Barbara Górecka

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nacho Acosta powraca!

Wpatrzona w ekran komputera Grace zmrużyła zmęczone oczy, a potem zaczęła szybko mrugać powiekami. Wirus, którego niedawno złapała, chyba źle wpłynął na ostrość jej widzenia. Mimo wszystko czytała dalej: Romily Winner, nasza reporterka śledząca na bieżąco wieści z wyższych sfer, odkrywa dla nas wiele tajemnic.

Niech to szlag!

Przed oczami Grace tańczyły teraz jasne plamki, a ekran migotał. Wstała z krzesła, by rozprostować bolące kończyny. Wciągnęła w płuca porcję stęchłego piwnicznego powietrza, zacisnęła mocno powieki, po czym znów nimi zamrugała.

Lepiej.

Odetchnąwszy z ulgą, sprawdziła kable komputera.

Wszystko było w porządku.

To zmęczenie, pomyślała. Była prawie pierwsza w nocy. Praca barmanki w nocnym klubie w Kornwalii, a potem siedzenie do późna w biurze nad księgami rachunkowymi nie mogły wyjść jej oczom na zdrowie.

Zmęczona czy nie, Grace ostatni raz przebiegła wzrokiem zdjęcia nieprawdopodobnie przystojnych mężczyzn na stronach towarzyskich magazynu „Rock!”. Trudno jej było uwierzyć, że osławionego Nacha Acostę spotkała osobiście. Żyli w zupełnie różnych światach, los jednak czasem płata ludziom figle.

Oderwawszy się wreszcie od jego zdjęć, zaczęła chłonąć każde słowo tekstu.

Skoro szaleni młodzi Acostowie dorośli i stali się samodzielni, nasza reporterka wątpi, by trzydziestodwuletniemu Nachowi – najstarszemu spośród słynnych braci, miłośników gry w polo – spieszyło się do opuszczenia Londynu, gdzie ma tyle okazji do zabawy!

Poczuła w sercu ukłucie zazdrości na samą myśl o kobietach zabawiających Nacha. Zważywszy na to, że spotkała go tylko dwa razy, i w obu przypadkach czuła się wyjątkowo zakłopotana i skrępowana w konfrontacji z jego swobodnym i naturalnym stylem bycia, nie miała najmniejszego prawa do zazdrości.

A jednak ją czuła.

Pierwszy raz spotkali się na meczu polo na plaży w Kornwalii, zorganizowanym przez Lucię, siostrę Nacha, i jej najlepszą przyjaciółkę. Jedyne, co zrobił wtedy Nacho, to wychylił się z okna swojego potężnego jeepa i zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów. Nigdy przedtem żaden mężczyzna tak na nią nie patrzył, dlatego dotąd pamiętała tamto wrażenie. Resztę dnia spędziła, obserwując z boku jego grę niczym zadurzona nastolatka.

Drugi raz zobaczyła go na ślubie Lucii, który odbył się w rodzinnej posiadłości Acostów w Argentynie. Podróż tam była najbardziej ekscytującym przeżyciem w dotychczasowym życiu Grace – póki nie ujrzała Nacha w ogromnym namiocie i nie poczuła na sobie jego bystrego spojrzenia. Przez cały wieczór czynił honory domu, Grace czuła jednak jego charyzmę na każdym kroku, kiedy więc znalazł chwilę na rozmowę, popatrzyła tylko na niego szeroko otwartymi oczami, niezdolna wykrztusić słowa.

Wychowana przez rodziców, którzy chwalili ją przed każdym, kto tylko zechciał tego słuchać, nabawiła się chorobliwej nieśmiałości. Zdawała sobie sprawę, że nie jest ani tak piękna, ani tak utalentowana, jak przedstawiali ją rodzice. Sporej dawki nieśmiałości wyzbyła się, pracując w klubie, gdzie stali klienci doceniali jej sprawność, lecz wszystko wróciło do niej tamtego wieczora podczas przyjęcia weselnego Lucii. Zamiast wdać się w miłą i niezobowiązującą pogawędkę, zapomniała języka w buzi.

Chcąc odsunąć od siebie myśli o tamtej zawstydzającej sytuacji, Grace skupiła się na następnej fotografii mężczyzny, który tak zawrócił jej w głowie. U jego boku stała kolejna piękność. Grace musiała przyznać, że tworzą śliczną parę. A wyraz twarzy towarzyszki Nacha był jasnym komunikatem dla innych kobiet, by trzymały się od niego z daleka.

– Możesz go sobie zatrzymać – mruknęła, odwracając wzrok. Nacho Acosta był cudowny, lecz nieosiągalny.

Dobiegający z klubowej sali dźwięk pianina przerwał ponure rozważania. Grace zawsze lubiła muzykę i książki. Rodzice kiedyś marzyli, że zostanie pianistką koncertową, nadzieje jednak prysły po śmierci ojca, kiedy zabrakło pieniędzy na czesne w konserwatorium. Do tamtej chwili Grace nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo była rozpieszczana i co naprawdę znaczy strata. Utrata miejsca w college’u bolała, znacznie boleśniejsza była jednak strata ojca.

Po przerwaniu nauki w konserwatorium musiała poszukać pracy. Znalazła ją w nocnym klubie, gdzie grał jeden z najbardziej znanych wtedy jazzmanów. Obcowanie z muzyką na tym poziomie przyniosło jej nieco ukojenia.

Skupiła uwagę na zdjęciu zamieszczonym na końcu artykułu, przedstawiającym Lucię z braćmi. Tylko ona się uśmiechała. Bracia wyglądali na zamyślonych, surowych, wręcz groźnych. Nacho sprawiał wrażenie najbardziej groźnego z nich.

Lucii musiało być trudno, pomyślała Grace. Jaką szansę miała jedyna siostra czterech braci, by ją usłyszano i zauważono; by się z nią liczono? Wspomniała kiedyś, że w rodzinie Acostów nigdy nie mogła być sama. Nic dziwnego, że w poszukiwaniu wolności opuściła dom rodzinny i zaczęła pracę w klubie, w którym się poznały. Po śmierci rodziców w powodzi to Nacho wychowywał swoje rodzeństwo. Chociaż Lucia była z natury optymistką, wspominała tamten czas jak tyranię.

Grace wzdrygnęła się mimowolnie, studiując twarz Nacha. Miał opinię bezkompromisowego człowieka, który zawsze stawia na swoim.

– Chcesz zagrać, Grace? – dobiegł ją głos Clarka Mayhew.

Odwróciła się. Clark stał w uchylonych drzwiach. To on był pianistą, którego tak lubiła słuchać.

– No, dalej, Grace. Wyłącz komputer i wyjdź już stąd. Masz prawdziwy talent – zachęcał.

– Nie taki jak twój.

– Ja mam więcej pewności siebie, to jedyna różnica między nami.

– Chciałabym, żeby tak było! – wykrzyknęła. Wyszła za nim do sali, usiadła i uregulowała stołek. – Nie umiem nawet grać bez nut jak ty.

– Możesz – przekonywał Clark. – Zamknij oczy i pozwól melodii spłynąć spod palców…

W nagłym przypływie paniki Grace uświadomiła sobie, że musi go posłuchać. Kiedy próbowała skupić wzrok na nutach, zaczęły skakać jej przed oczami na falujących pięcioliniach.

– Zamknij oczy – powtórzył Clark, nieświadomy tego, co się z nią dzieje. – A nie mówiłem? – dodał, gdy zagrała kilka taktów.

Muszę stanowczo mniej siedzieć przed komputerem, pomyślała Grace po otwarciu oczu. Jasne migające plamki zniekształcające jej pole widzenia nie zniknęły. Było ich coraz więcej.

Dwa lata później

Nie spuszczała z niego oczu, odkąd wszedł do sali balowej. Stała pod wielkim weneckim żyrandolem. Nie sposób jej było nie zauważyć. Mężczyźni odwracali się za nią, podziwiając zgrabną figurę. Gorące zaproszenie w jej oczach obiecywało wiele – gdyby tylko on był zainteresowany.

Przeszedł obok, nie obdarzając jej spojrzeniem. Był znudzony spotkaniami, które asystentka umówiła mu w Londynie.

Dzisiejszego wieczoru odbywała się uroczysta kolacja dla potentatów na rynku winiarskim. Nacho słynął raczej jako doskonały zawodnik polo i właściciel estancii w Argentynie o powierzchni małego państwa. Decyzja o przywróceniu do życia rodzinnych winnic wynikała z konieczności zabezpieczenia rodzeństwu przyszłości. Nic innego nie skłoniłoby go do powrotu do Argentyny.

– Nacho.

Odwrócił się. Zbliżał się do niego wytworny Fernando Gonzales, przewodniczący dzisiejszemu zgromadzeniu.

– Don Fernando. – Nacho skłonił się uprzejmie, zauważając zmysłową piękność u boku mężczyzny.

– Pozwolisz, że przedstawię ci moją córkę, Annalisę Gonzales.

Nacho słyszał o kłopotach finansowych Don Fernanda, który nie był pierwszym ojcem przedstawiającym mu córkę. Wszyscy wiedzieli, że Nacho trzyma w ręku rodzinną fortunę, nie wiedzieli jednak, że umie rozpoznać zachowanie zrodzone z desperacji.

W tłumie mignęła mu głowa jasnowłosej kobiety. Intuicja podpowiadała mu, że już gdzieś ją widział.

– Czy ja pana zatrzymuję, señor Acosta? – Annalisa Gonzales posłała mu znaczące spojrzenie.

Jej ojciec oddalił się dyskretnie, dając im szansę na swobodną rozmowę.

– Przepraszam – rzucił, zmuszając się do spojrzenia w jej niezaprzeczalnie piękną twarz.

– Czy naprawdę jest pan tak zły, jak mówią? – zapytała zalotnie z nadzieją w głosie.

– Gorszy – odparł.

Nieoczekiwanie zaszczekał pies. Annalisa zaśmiała się, szukając wzrokiem winowajcy.

– Gdybym wiedziała, że obecność psów na kolacji jest dozwolona, przyszłabym z Monkey, moim chichuachua.

– Który stałby się smaczną przekąską dla Cormaca, mojego wilczarza irlandzkiego – odparował Nacho. – Wybaczy pani, señorita Gonzales, ale mistrz ceremonii za chwilę zaprosi nas do stołów…

Grace zajęła swoje miejsce. Starsza kobieta siedząca obok od razu się jej przedstawiła. Po drugiej stronie miała Eliasa, swojego pracodawcę i mentora, który jednak wdał się w pogawędkę ze starymi przyjaciółmi i znajomymi. Tegoroczna gala przemysłu winiarskiego była pierwszym poważnym wyjściem z domu po utracie wzroku. Był to też pierwszy poważny sprawdzian dla jej czworonożnego przewodnika Buddy’ego. Grace denerwowała się i za siebie, i za niego. Miała nadzieję, że oboje przebrną przez tę kolację bez popełnienia zbyt wielu gaf.

W trakcie rozmowy z sąsiadką dyskretnie zbadała topografię stołu w poszukiwaniu czyhających na nią pułapek. Komplet kieliszków, sztućce, serwetka, talerze w różnych rozmiarach, pojemniczki z przyprawami i cukiernica – wszystko groziło wpadką. Prawdopodobieństwo cukru w zupie i soli w kawie było wysokie.

 

– Proszę, jest pieprz – powiedziała kobieta, anonsując w ten sposób pojawienie się zupy. – Ja dodaję pieprz do wszystkiego, ale pani może woli najpierw spróbować. Sól też może być potrzebna…

Grace była jej wdzięczna. Każdy choćby najdrobniejszy życzliwy gest miał dla niej wielką wartość. Potwierdzał, że nie musi obawiać się wychodzenia z domu. Elias miał rację. Musiała tylko codziennie rano zmobilizować się i założyć Buddy’emu uprząż. Czasem łatwiej było to powiedzieć niż zrobić, pomagała jednak świadomość, że na świecie są skorzy do pomocy ludzie.

– Pracuje pani dla jednego z gigantów w tym biznesie – zauważyła kobieta. Wielkie wrażenie zrobiły na niej słowa Grace, która zdradziła, że Elias szkolił ją na sommelierkę.

– Elias jest dla mnie jak ojciec – przyznała Grace. Tyle dla niej zrobił, że słowo „pracodawca” nie oddawało ich relacji.

– Straciła pani ojca? – zapytała sąsiadka.

– Tak. – Grace posmutniała.

– Mój tata umarł, gdy byłam mała. Ma pani szczęście, mając Eliasa przy sobie. Jest dobrym i życzliwym człowiekiem, a tacy są rzadkością, chociaż jestem pewna, że pewnego dnia spotka pani takiego na swojej drodze i wyjdzie za niego.

– Nie, nigdy! – zaoponowała Grace. Buddy warknął, reagując na zmianę tonu głosu swojej pani.

– A dlaczego nie?

– Nie chcę być dla nikogo ciężarem.

– Ciężarem? A skąd to pani przyszło do głowy?

Grace wolałaby przebiec milę niż być dla kogoś ciężarem. Gdy jakiś czas po śmierci ojca jej matka postanowiła wyjść za mężczyznę z dziećmi, Grace nie chciała stać na drodze do jej szczęścia i uznała to nowe małżeństwo za znak, że powinna się wyprowadzić. A kiedy straciła wzrok, tym bardziej nie chciała sprawiać nikomu kłopotu.

Nie miała jednak zamiaru psuć dzisiejszego wieczoru ponurymi rozmyślaniami.

– Muszę się jeszcze wiele nauczyć i do wielu rzeczy przywyknąć. Najpierw uporządkuję swoje życie, a potem zacznę szukać miłości. Chyba byłoby lepiej, gdyby to miłość sama mnie znalazła – zaśmiała się.

Nagle poczuła na swojej ręce ciepły dotyk dłoni o pergaminowej skórze.

– Dzielna z ciebie kobieta, Grace. Zasługujesz na wszystko co najlepsze. I dąż do tego.

Nacho niecierpliwił się coraz bardziej. Kiedy Annalisa odeszła, zadał sobie w duchu pytanie, odkąd to sposobność otrzymania prezentu w tak atrakcyjnym opakowaniu przestała go cieszyć.

To przeszłość uczyniła z niego twardego cynika. Spotykane kobiety zwykle okazywały się płytkie i nudne. Wszystkie chciały tego samego – emocjonalnego i finansowego oparcia. On tymczasem przez długie lata opieki nad rodzeństwem był emocjonalnie wyczerpany.

Jego żonaci bracia często mówili o swoich szczęśliwych związkach. Pytał wtedy kpiąco, jakie dają mu szanse na spotkanie bratniej duszy, lecz nigdy nie słuchał odpowiedzi. Nie wierzył w przeznaczenie ani szczęście. Efekty przynosiła tylko ciężka praca. Tylko kobieta silna i niezależna mogła teraz wzbudzić jego zainteresowanie.

Jeszcze raz omiótł spojrzeniem salę w poszukiwaniu blondynki, ale zniknęła. Uczyniwszy zadość wymogom uprzejmości, pożegnał się i wyszedł.

W drodze do rodzinnego penthouse’u w Londynie nie mógł oprzeć się wrażeniu, że coś ważnego wydarzyło się podczas kolacji, nie potrafił jednak tego nazwać.

Praca w ogromnym magazynie win stała się łatwa, odkąd Grace miała Buddy’ego za przewodnika. Duży golden retriever pewnie prowadził ją przez labirynt między regałami. Zdziwiła się więc, gdy zaczął warczeć.

– Co jest, piesku? – Schyliła się, by go pogłaskać. Ona też coś wyczuła. Coś wisiało w powietrzu.

Po utracie wzroku wywołanej rzadkim wirusem musiała zacząć polegać na pozostałych zmysłach, które szybko się wyostrzyły. Prócz bicia własnego serca nie słyszała jednak żadnego innego dźwięku.

– Został nam tylko jeden dział. Zabierz mnie do Argentyny, Buddy.

Na to polecenie Buddy bez wahania ruszył tam, gdzie przechowywano wina argentyńskie. Gdyby Grace powiedziała: Hiszpania, Francja czy Nowy Świat, wiedziałby dokładnie, dokąd iść. Dla pewności każda część magazynu była oznakowana alfabetem Braille’a.

Grace musiała nauczyć się mnóstwa nowych rzeczy. Początkowo popadła w odrętwienie. Nie wstawała z łóżka, nie wychodziła z domu, w końcu jednak złość i frustracja wzięły górę i zmusiły ją do działania. Nie chciała spędzić reszty życia, potykając się i przewracając o różne przeszkody. Uznała, że musi się nauczyć chodzić ze znienawidzoną laską.

Laska stała w kącie pokoju od jej powrotu ze szpitala, gdzie Grace usłyszała od terapeutki, że bez laski czeka ją życie w ciemności.

– Przecież już żyję w ciemności! – wykrzyczała wtedy zrozpaczona.

Krzyk i płacz niczego nie zmieniły. Pomogła dopiero nieustanna perswazja Eliasa. Grace w końcu sięgnęła po laskę. To był pierwszy krok ku samodzielności.

Wtedy okazało się, że ze wszystkim, co sięga powyżej pasa, zderza się twarzą. W drodze powrotnej do domu wlokła się noga za nogą, badając laską każdy cal drogi przed sobą jak… niewidoma. Przez kolejny tydzień płakała nad tym, czego nie mogła odwrócić. Wszystko się zmieniło, gdy odwiedziła ją Lucia z czworonożnym przedstawicielem Stowarzyszenia Psów Przewodników.

Najpierw Grace żywo protestowała, argumentując, że nie umie sama o siebie zadbać, a co dopiero mówić o opiece nad psem. Gwałtowna reakcja Lucii ją otrzeźwiła.

– Na miłość boską, Grace, weź się w garść. Buddy potrzebuje karmienia i regularnych spacerów. Nie chodzi tylko o ciebie.

Wtedy zdała sobie sprawę, jak wielką była egoistką. I jak wielki powód do niepokoju dała swojej przyjaciółce.

Z przybyciem Buddy’ego wszystko uległo zmianie. Pies ostrzegał ją przed każdym niebezpieczeństwem i w ten sposób otworzył przed nią świat. Lucia jak to Lucia optymistycznie stwierdziła, że skoro Buddy jest zaczipowany i zaszczepiony, Grace może już bez przeszkód podróżować.

Wtedy myślała, że to niedorzeczność. Dzisiaj patrzyła na to inaczej.

Buddy nie przestawał warczeć. Uspokoiła się, usłyszawszy głos swojego mentora. Elias Silver dostarczał wina do klubu, w którym pracowała. Tak się poznali. To on zaoferował jej pracę i zachęcił, by została sommelierką.

– Elias z kimś rozmawia – powiedziała, głaszcząc Buddy’ego za uchem. – Musisz przywyknąć do obcych, skoro pracujemy teraz na cały etat.

Ledwo zdążyła wrócić do biura, gdy w drzwiach stanął podekscytowany Elias.

– Nowe wina są wyborne.

– I? – Grace wyczuła, że chodzi o coś więcej.

– Znam tę winnicę od lat. Chciałem, żebyśmy razem polecieli do Argentyny…

Argentyna – odległy kraj. I teraz nieosiągalny dla niej. Argentyna – rodzinny kraj Nacha…

– Nie rób takiej miny. Wiesz, że ostatnio zwolniłem tempo. Będziesz musiała pojechać tam sama – powiedział.

– Słucham?!

– Chętnie załatwiłbym to inaczej, Grace, ale mój lekarz każe mi odpoczywać.

– To odpoczywaj, a ja się tobą zajmę.

– Nie zmierzam stracić najwyższej jakości wina na rzecz konkurencji. Musisz jechać. Komu innemu mógłbym zaufać?

– A jeśli cię zawiodę?

– Niemożliwe. Wierzę w ciebie. Musisz sprawdzić dla mnie tę winnicę i tamtejsze wina.

– Chcę pomóc, ale…

– Tylko nie mów: „jestem niewidoma” – przerwał jej. – Nigdy tego nie mów, inaczej wszystko, co osiągnęłaś po stracie wzroku, pójdzie na marne.

Dowiedziawszy się o jej chorobie, Elias odnalazł ją i zaoferował bezwarunkową pomoc. Stwierdził, że to jego podziękowanie za życzliwość, jaką mu zawsze okazywała.

– Wiesz, jak mało mamy argentyńskiego wina. Mam odesłać naszych klientów z kwitkiem?

– Jasne, że nie. Ale naprawdę chcesz mnie wysłać do Argentyny? Może znajdziemy kogoś innego?

– Nie. Zaufanie to jedno, ale uważam, że powinnaś tam jechać, by udowodnić, że dasz radę. To dla ciebie kolejny krok. Jeśli nie chcesz zrobić tego dla siebie, zrób to dla mnie. Nie będzie tak źle. Tylko miesiąc, może trochę dłużej…

– Miesiąc! – krzyknęła przerażona Grace. Zanim zadeklarowała, że się zastanowi, Elias ją uprzedził.

– Musisz jechać zaraz, żeby trafić na okres zbiorów. Oczekuję od ciebie wyczerpującego raportu.

Grace lubiła w Eliasie to, że nigdy nie traktował jej ulgowo z powodu kalectwa. Tym razem jednak przesadził. To nie był „kolejny krok”. Czekał ją skok nad przepaścią.

– Przecież nie mogę podróżować.

– Nic mi o tym nie wiadomo. Poruszasz się swobodnie po Londynie, tak?

– Tylko dzięki Buddy’emu.

– Właśnie – przerwał jej. – Nikomu innemu nie mogę ufać. Czy chcesz mi powiedzieć, że szkoląc cię, wyrzuciłem pieniądze w błoto?

– Ależ nie. Nie wyobrażam sobie, co bym zrobiła bez twojej pomocy. Jestem ci dozgonnie wdzięczna.

– Nie potrzebuję twojej wdzięczności. Chcę, żebyś tam pojechała i wykonała pracę, do której cię przygotowałem.

– Ale nie wyjeżdżałam z kraju od czasu…

– Wiem. Sądziłem, że lubisz wyzwania. Czyżbym się pomylił?

– Lubię, ale Argentyna to chyba jednak zbyt odległy cel.

– Ja nie mogę podróżować – oznajmił kategorycznie Elias. – Nowy dostawca to wielkie ryzyko. Musimy się upewnić, że jego produkty są tego warte.

– Wysyłając mnie, ryzykujesz jeszcze więcej.

– Grace, mnie uczył mój ojciec, jego uczył mój dziadek, a ja wyszkoliłem ciebie.

– Ale czy moja wiedza wystarczy? – zapytała wątpiąco.

– Znam sommelierów, którzy oceniają wina od czterdziestu lat i nie mają twoich naturalnych zdolności. Jest tylko jeden amator, który ma podobnie wrażliwe podniebienie. Właśnie wyszedł z tego budynku.

Grace poczuła ten sam niepokój, jak podczas kolacji, gdy Buddy zaczął szczekać. Nie wierzyła w zbieg okoliczności. W Argentynie było na pewno więcej rodzin posiadających winnice. Poza tym, czyż Lucia nie mówiła, że ich winnice zmarniały przez lata?

– Nie bój się o Buddy’ego. Czeka was luksusowa podróż odrzutowcem rodziny Acosta.

– Acosta? – wykrztusiła. Potwierdziły się jej najgorsze przeczucia. – Z kim właściwie mam się spotkać w Argentynie?

– Bez obaw, nie staniesz przed całym rodem. Spotkasz się z ich głową, Nachem.

– Z Nachem? – Z jej gardła wydobył się śmiech pomieszany z histerycznym łkaniem. – Uprzedziłeś pana Acostę, że to ja cię zastąpię?

Elias milczał podejrzanie długo.

– Nie uprzedziłeś?

– Nie rozumiem, o co tyle szumu. Przecież znasz tę rodzinę, prawda?

– Wiesz, że tak. Lucia jest moją najlepszą przyjaciółką. Pracowałyśmy razem w klubie, musisz to pamiętać. Poznałam też jej braci – odparła z wymuszoną obojętnością.

– I dobrze! Polecisz na zachodni skrawek ich posiadłości, gdzie ponoć jest pięknie. Zobaczysz ośnieżone szczyty Andów i rzeki, które nawadniają winnice. To piękny kraj… – urwał nagle. – Przepraszam.

– Nie przepraszaj. Nie opowiem ci o tym, czego nie zobaczę, ale zrekompensuję ci to w inny sposób. Powietrze na pewno pachnie tam inaczej, a ja węchu nie straciłam. Nadal czuję słońce na twarzy. I deszcz. Czeka mnie wiele nowych doświadczeń… Czy Nacho Acosta był tu dzisiaj? – zapytała od niechcenia.

– Tak. Zajął się rodzinnymi winnicami. Ufam ci całkowicie, pamiętaj. Wiem, że lepszego zastępcy nie znajdę. Ta podróż będzie dla ciebie bułką z masłem.

Grace mogła mieć tylko nadzieję, że się nią nie udławi.