Ogrody Toskanii

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Mimo usilnych prób traktowania Cassandry Rich jak każdego innego pracownika, na widok pochylonej nad zlewem młodej kobiety, myjącej patelnię energicznymi ruchami, które wprawiały jej biodra w zmysłowy taniec, z wrażenia aż przełknął ślinę.

– Mam nadzieję, że będzie panu smakowało – powiedziała, odwracając się i widząc wlepione w nią spojrzenie.

Niechętnie popatrzył na stojący przed nim omlet.

– Wygląda całkiem dobrze – powiedział. – Nie było chleba?

Jej oczy rozbłysły groźnie, ale głos miała zupełnie spokojny.

– Zaraz przyniosę, proszę pana.

– Na litość boską, mów mi po imieniu – powiedział i w ostatniej chwili tknęło go, że być może jego ogrodniczka stroi sobie żarty. Zły wymruczał pod nosem podziękowanie.

– Nie ma za co, to tylko zwykły omlet – skomentowała, gdy Marco usiadł i wziął do ręki sztućce.

Z bliska robił jeszcze większe wrażenie. Ukradkiem zerknęła po sobie, sprawdzając, czy nie założyła zbyt opiętej koszulki, a gdy dostrzegła sterczące spod cienkiego materiału sutki, natychmiast skrzyżowała ręce na piersi. Brakowało jeszcze tylko tego, żeby tak osobliwy szczegół wpadł mu w oko.

W mniej oficjalnym stroju, złożonym z czarnego, przylegającego do ciała T-shirtu, który podkreślał muskularne ramiona, i ciemnych dżinsów, jej szef wyglądał nie mniej atrakcyjnie niż w garniturze i białej koszuli.

– Chleb? – przypomniał jej suchym i nieprzyjemnym tonem.

Może i był najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek poznała, ale też najgorzej wychowanym na świecie, pomyślała, krojąc kromki tak równo, jak tylko potrafiła.

– A ty już jadłaś, Cassandro?

– Nie jestem głodna – odparła, chociaż nie była to prawda. Po pracy na świeżym powietrzu zawsze dopadał ją wilczy głód. – Zjem coś później.

– Tylko nie zapomnij – powiedział, po czym odłożył sztućce i wytarł usta serwetką. – Jesteś stanowczo za chuda.

Pomijając ten drobny szczegół, że nikt nigdy nie nazwał jej chudą, Cass za nic nie odmówiłaby sobie posiłku, by wcisnąć się w mniejsze nawet o jeden rozmiar dżinsy. W każdym razie jego uwaga była zupełnie nie na miejscu. Kto go nauczył manier?

Pamiętaj, że nie chcesz stracić pracy, powiedziała do siebie.

Przygryzła język, uznając, że lepiej będzie darować sobie ciętą ripostę.

Niewątpliwie Cassandra umiała przykuć jego uwagę, mimo że daleko jej było do nieskazitelnych piękności w Rzymie. Na szyi wciąż miała brudny ślad, chyba z błota, ale przynajmniej nie uśmiechała się sztucznie jak lalka. Nie pasowała też do grupy kobiet, które stawiały na karierę – prawniczek, specjalistek od marketingu. Była swego rodzaju unikatem. No i pracowała w ogrodzie. Trudno się spodziewać, by przy takim zajęciu wyglądała jak modelka z żurnala.

– Smakowało? – zapytała, gdy odsunął od siebie talerz.

– Bardzo – przyznał.

Nawet nie przypuszczał, że jest aż tak głodny. Dopiero kiedy wziął widelec do ręki, nabrał apetytu. Rozejrzał się teraz, ze zdumieniem stwierdzając, jak bardzo ta kuchnia różni się od jego supernowoczesnej, stalowo-granitowej i najczęściej nieużywanej kuchni w Rzymie. Uśmiechnął się na myśl o tym, że nie zmieniłby tutaj nic, nawet staromodnego okapu. Potem jego krytyczne spojrzenie wróciło do Cassandry.

– Jak dostałaś tę pracę?

– Poleciła mnie przyjaciółka mojej matki chrzestnej.

– A kto cię zatrudnił? – zapytał.

– Ty… to znaczy… – Cass utknęła w pół zdania.

– Moja asystentka? – podpowiedział. – Tylko ona może zatrudniać osobisty personel.

– Chyba tak – przytaknęła. W rzeczywistości nie miała pojęcia, o czym mówi. Jedno spojrzenie jego przenikliwych oczu wystarczyło, by wyzerować jej pamięć, która przypominała teraz czystą kartkę.

– Nie widziałem chyba twojego CV – naciskał. – Jakie masz kwalifikacje?

Nie miała żadnych, przynajmniej formalnie.

– Jestem samoukiem – przyznała. Wiedzę teoretyczną czerpała przeważnie z podręczników ogrodnictwa i ze swojej ukochanej powieści Tajemniczy ogród.

– Gdzie pracowałaś poprzednio?

– Byłam kasjerką w supermarkecie i pomagałam przy układaniu towaru.

– Wykształcenie?

Zaczynało to przypominać przesłuchanie. Cassandra otarła czoło, czując, że zaczyna się pocić. W szkole, z powodu niechęci nauczycieli, nie radziła sobie najlepiej. Na egzaminach ledwo, ledwo ją przepuszczali. Tak że tutaj też nie miała się czym pochwalić.

– Nie mam wykształcenia kierunkowego – powiedziała otwarcie.

Miała nadzieję, że Marco nie skojarzy jej nazwiska ze skandalem, jaki wywołała śmierć rodziców. Nie miała też ochoty wyjawiać mu wszystkich informacji. Szczególnie że nie wyglądało na to, by chciał odwzajemnić się tym samym.

Rozumiała, że obecność kogoś nieznajomego we własnej posiadłości mogła być dla niego irytująca, ale przecież nie była intruzem, tylko jednym z pracowników. Zresztą ktoś posiadający tyle władzy mógł w każdej chwili wykonać parę telefonów i dowiedzieć się o niej absolutnie wszystkiego. Cóż, jeśli będzie go to aż tak bardzo ciekawiło, niech dzwoni.

Tymczasem powinna się uspokoić. Niestety. Na samą myśl, jakie wnioski mógł wyciągnąć Marco di Fivizzano, studiując jej skomplikowaną przeszłość, robiło jej się słabo. Wszystkie brukowce maglowały historię jej rodziny, nie szczędząc czytelnikom drastycznych szczegółów i opisów dziecka w pełnym narkotyków domu z dwoma ciałami w basenie.

Gdyby o tym wiedział, prawdopodobnie spisałby ją na straty jak wszyscy, którzy sądzili, że taka tragedia jest swego rodzaju skazą. A zgodnie z teorią, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, Cassandra Rich oczywiście musiała pójść w ślady rodziców.

Drgnęła, wyrwana z zamyślenia, i widząc, że Marco wstaje od stołu, wróciła do wycierania talerzy. Kiedy się obejrzała, już go nie było. Wyszedł, nie powiedziawszy nawet słowa.

– Co za typ! – mruknęła pod nosem i wyjrzała przez okno. Marco energicznym krokiem przemierzał ogród i wkrótce zniknął jej z oczu. Czuła, że jego przyjazd to dopiero początek kłopotów.

Tej nocy spał fatalnie. Właściwie nie spał w ogóle. W końcu wstał i ubrał się w spodnie, klnąc pod nosem. Potem nerwowo zaczął się przechadzać po pokoju. Podszedł do okna, zastanawiając się, który pokój może być jej. Wszędzie panowała ciemność, więc zapalił lampkę, otworzył laptop i sprawdził, co też wiadomo na temat panny Rich. Po paru minutach dotarł do prawdy. Cassandra była jedynym dzieckiem słynnego gwiazdora rocka Jacksona Richa i jego żony Alexy Monroe.

Tylko dlaczego pracowała jako ogrodniczka? To nie było zajęcie dla dziecka legendy muzyki. Co się stało z majątkiem rockmana? Jackson Rich był fenomenalnym muzykiem i przez większość kariery odnosił sukcesy. Czyżby wszystko roztrwonił? W każdym razie jego córka nie wyglądała na zamożną. Marco przypuszczał, że liczna świta i dostawcy narkotyków musieli przyczynić się do rozgrabienia fortuny.

Ciekaw był, jak to wszystko odbiło się na Cassandrze. Czy odziedziczyła skłonność do autodestrukcji po rodzicach? A może też była uzależniona od narkotyków? Na razie nic na to nie wskazywało, ale przecież dopiero ją poznał. Kto wie, z czym przyjdzie mu się zmierzyć. A może po prostu szukała bogatego kochanka? Jeśli tak, to mocno się rozczaruje. Nie miał w Rzymie wakatu dla upaćkanej błotem kochanki w szortach i bejsbolówce. Kobiety w Rzymie potrafiły się ubrać elegancko, umiały się wysłowić i zachować – w łóżku i poza nim. Wątpił, by Cassandra miała chęć opanować którąkolwiek z tych umiejętności.

Najważniejsze jednak było to, że Marco unikał w życiu komplikacji. Odkąd dorósł, niemal na każdym kroku przekonywał się, że kobietom nie należy ufać. Nie miał zamiaru zmieniać zdania i tym razem. Cassandra Rich mogła się wydawać świeża i pociągająca, ale to wszystko. Nie było sensu uganiać się za czymś tak trywialnym.

Zaspała! Cass usiadła w łóżku, ciężko oddychając, a jej na wpółprzymknięte oczy z trudem usiłowały odegnać resztki snu. Pokój wyglądał jak zwykle, zza okna dochodził śpiew ptaków, chłodny powiew poranka wdzierał się przez uchylone okno. Mimo to miała wrażenie, że wszystko się zmieniło. No tak! Jej szef, Marco di Fivizzano, był tutaj.

Pal go diabli! Dawno powinna wstać i pracować w ogrodzie.

Tylko jak o nim zapomnieć?

Wygrzebała się z pościeli i na palcach podeszła do okna. Może stał tam teraz? Jeszcze nigdy nie przydarzyła jej się równie nieprawdopodobna historia. Przystojni bruneci rzadko kiedy lądowali obok niej helikopterem, żądając, by ich nakarmiła. W zasadzie, to nigdy. Ciekawe, jak dziś poradzi sobie z jego żądaniami? Czy istniała na świecie jakakolwiek kobieta, która potrafiłaby sobie z nimi poradzić? Cass pchnęła okiennice, by zobaczyć go stojącego na dziedzińcu.

Wyglądał jeszcze lepiej niż poprzednim razem, ale też groźniej. Opinające mocne uda dżinsy i szeroki pas dolały tylko oliwy do jej płonącej żywym ogniem wyobraźni. Miał na sobie koszulę w kratkę, której podwinięte rękawy ukazywały umięśnione przedramiona. Z rękami opartymi na biodrach przypominał bezwzględnego zarządcę plantacji bawełny. Pomyślała, że przyjemnie byłoby choć na chwilę wcielić się w jego niewolnicę.

Naprawdę o czymś takim marzyła?

Przytomnie cofnęła się, gdy Marco uniósł głowę. Powinna być dyskretniejsza, jeśli chciała zachować tę pracę.

Po wyjściu spod prysznica Cass krytycznym okiem przejrzała swoją garderobę. Miała jedną letnią sukienkę, tak na wszelki wypadek, kilka par szortów i pół tuzina koszulek i T-shirtów. Spakowała też dwie pary dżinsów i bluzę z polaru na chłodniejsze wieczory i ranki. Prawdę mówiąc, nie było w czym wybierać.

Jeszcze wczoraj chwyciłaby pierwszy lepszy ciuch z brzegu. W końcu miała pracować w ogrodzie, a nie brać udział w castingu.

 

Dobrze, więc jaka bielizna? Oczywiście, coś wygodnego. Wybrała klasyczne figi i sportowy biustonosz, który utrzyma w ryzach jej pełne piersi.

Maria i Giuseppe już wrócili, więc przy śniadaniu zamieniła z nimi kilka słów. O planach jej szefa na najbliższe dni mieli mniej więcej tyle samo pojęcia co ona. Giuseppe wspomniał coś o wizycie w winnicy, gdzie miał wybrać wina na ważne przyjęcie w Rzymie, ale to była jedyna wartościowa informacja, którą udało jej się wydobyć, zanim poszła do ogrodu.

Minęło kilka dni, w czasie których Cass tylko sporadycznie widywała swojego szefa. Jednak przez cały czas wypatrywała, czy nie nadchodzi. Marco di Fivizzano stał się dla niej pewnego rodzaju atrakcją. Od Marii dowiedziała się, że spędzał dużo czasu na nadzorowaniu wszystkiego, co się tu dzieje. To z kolei uświadomiło jej, że obydwoje znajdują się na przeciwległych biegunach i praktycznie nie mają ze sobą nic wspólnego. Ona, ogrodniczka doglądająca warzyw, i on, właściciel ziem, na których te warzywa rosły. Nie mieli nawet pół powodu, by ze sobą przebywać, czy choćby się spotykać. Wszelkie sprawy dotyczące pracy Cass mogła załatwić z Giuseppe lub Marią.

Za to mogła sobie o nim pomarzyć. Marzenia były wolne i bezpieczne, przynajmniej dopóki Marco znów nie stanął na dziedzińcu. Wystarczyło bowiem, że popatrzył na nią przelotnie i jej serce szalało z trudnej do wytłumaczenia radości.

Tym razem był ubrany bardzo oficjalnie i otwierał właśnie drzwi do swojego lamborghini.

Czyżby randka?

A jeśli nawet, co ją to obchodziło?

Może tylko tyle, że granatowe spodnie i błękitna koszula podkreślały jego ciemną opaleniznę. Przez ramię miał przerzuconą lnianą marynarkę. Cass dałaby wiele, żeby zobaczyć teraz jego twarz, ale Marco opuścił na nos okulary przeciwsłoneczne i nie zdążyła dostrzec, w jakim jest nastroju.

Z wyraźną niechęcią wróciła do pracy. Była właśnie w trakcie okopywania grządek ze świeżymi sadzonkami. Woda musiała mieć dokąd spłynąć na wypadek, gdyby się rozpadało. A na pewno będzie padać, pomyślała. Powiewy silniejszego wiatru zwiastującego zmianę pogody chłodziły jej spoconą twarz.

Maria opowiadała, że dom, mimo że wyglądał na solidny, w istocie był narażony na ataki żywiołów. Pierwszym z nich była rzeka, która przez stulecia zmieniła bieg i w połączeniu z ulewami stanowiła poważne zagrożenie. W dwa tysiące czternastym roku burza wywróciła wiele drzew, a rzeka wylała tak, że woda wdarła się aż na pola.

Poza wiatrem, który właśnie się podniósł, było też dziś osobliwie cicho. Nawet ptaki nie śpiewały jak zwykle. Kątem oka Cass dostrzegła, że Marco także rozgląda się po niebie. Przeszło jej przez myśl, że może powinien zabrać ze sobą parasol, ale potem przypomniała sobie, że takie osoby jak on i tak siedzą albo w swoich eleganckich limuzynach, albo w przestronnych gabinetach. Deszcz padał tylko na takich biedaków jak ona, pomyślała rozbawiona i zabrała się do pracy.

Znów to robiła. Kusiła go półnagim ciałem, jędrnymi ramionami i łydkami i odsłoniętym dekoltem, który zdążyło już musnąć wiosenne słońce. Nigdy chyba nie spotkał kobiety, która, wykonując najzwyklejszą pracę fizyczną, potrafiła zapaść w pamięć tak głęboko, że nie mógł uwolnić od niej myśli. Wątpił, by któraś z jego znajomych, miała chęć choćby pozować ze szpadlem w ręku, a co dopiero użyć go do pracy.

Żadna też nie miała w sobie tyle nonszalancji, by w mocno niekompletnym stroju gawędzić z pracodawcą. Fizyczność Cassandry działała na niego jak magnes. Nie wierzył, że jest kolejną rozwydrzoną córką bogatych rodziców. Kiedy skojarzył jej nazwisko, przeczytał każdy dostępny artykuł na temat tej tragedii, jaki można było znaleźć w internecie. Wiedział, że mocno przeżyła śmierć rodziców, a media spekulowały, jak bardzo odbiła się ona na jej psychice, zwłaszcza że Cassandra była wtedy jeszcze dzieckiem.

Uruchomił silnik i zerknął w stronę ogrodu, gdzie Cassandra dziarsko przekopywała ziemię. Jej bluzka, a właściwie koszulka, wyglądała, jakby się skurczyła w praniu i bez trudu mógł dojrzeć fragment płaskiego jak u modelki brzucha. Oświetlony promieniami słońca mienił się jak złoto. W jednej chwili Marco wyobraził sobie, jak pochyla się nad jedwabistą skórą i obsypuje ją czułymi pocałunkami, powoli przesuwając się w dół. Albo w górę. Obydwa kierunki wydawały mu się równie atrakcyjne.

Potrząsnął głową, aby oprzytomnieć, i skierował auto do bramy. Usiłował wymazać z pamięci obraz Cassandry, rozmyślając o wszystkich innych kobietach, które mógł tu ze sobą przywieźć, by umilały mu pobyt na wsi. Dlaczego tego nie zrobił? Chętnych przecież nie brakowało.

Wracając do rozmyślań na temat kobiet, po raz kolejny stwierdził, że wszystkie pragnęły tego samego. Seksu, pieniędzy i ogrzania się w blasku władzy, co, jak sądził, było największym afrodyzjakiem. Mimo to nawet udało mu się wytypować kilka, które jego zdaniem byłyby idealnymi żonami. Żadnej jednak nie mógł sobie wyobrazić spoconej od ciężkiej pracy i ubranej w skąpe szorty i koszulkę na ramiączkach.

Dlaczego tak na nią patrzył, zastanawiała się Cass, nie przestając pracować.

A ona? Dlaczego ona mu się przyglądała?

Prawdopodobnie tylko sprawdzał, czy ma co robić. A ona powinna przestać wypatrywać za nim oczy. Tak zrobi.

To samo obiecywałaś sobie poprzednim razem.

Może zresztą wcale na nią nie patrzył. Tylko bujna wyobraźnia płata mi figle, stwierdziła, obserwując czerwone lamborghini, które z cichym pomrukiem oddalało się w kierunku bramy. Mnóstwo kobiet szalało za nieodpowiednimi mężczyznami i Cass nie była pod tym względem wyjątkiem. Marco di Fivizzano był jedną z fantazji, która w końcu odejdzie w zapomnienie.

ROZDZIAŁ TRZECI

Tajemnica wkrótce się rozwiązała. Marco pojechał do miasteczka na obiad z burmistrzem. Gdy Maria jej o tym powiedziała, Cass poczuła, że jej ulżyło. Nie była chyba zazdrosna? No może trochę. Och, ty wariatko, pomyślała. Wracaj do pracy, przynajmniej zajmiesz myśli czymś pożytecznym!

Odgarnęła włosy z czoła i z powrotem założyła czapkę. Zanim wyszła, zaproponowała Marii, że potem posprząta w kuchni, by razem z Giuseppe mogli wcześniej wyruszyć na festyn.

– Tylko nie dajcie się zmoczyć – powiedziała, patrząc w zachmurzone niebo.

Pomachała im jeszcze ręką i postanowiła wrócić do ogrodu. Szczęśliwa, że będzie mieć całe popołudnie dla siebie, ochoczo zabrała się do pracy. Jednak jej radość nie trwała długo. Uderzenie pioruna gdzieś nieopodal uświadomiło jej, że powinna się zbierać.

Na dworze zrobiło się ciemno, a powietrze było ciężkie od wilgoci. Cass zastanawiała się jeszcze, czy może burza nie przejdzie bokiem, ale gdy pierwsze krople deszczu spadły jej na twarz i ramiona, szybko schowała narzędzia i pobiegła do domu. Zanim tam dotarła, była już porządnie przemoczona. Przeskakując po kilka stopni, popędziła na górę sprawdzić, czy wszystkie okna są pozamykane. Wokół domu tymczasem rozpętało się piekło. Dosłownie. Błyskawice rozświetlały niebo jedna po drugiej, a wtórowały im coraz głośniejsze grzmoty.

Cass ze strachu zasłoniła uszy dłońmi i zamknęła oczy, modląc się, żeby tylko nic się nie stało domowi, który, jak jej się zdawało, dosłownie trzeszczał w szwach.

Ogarnij się! Masz dużo rzeczy do zrobienia.

Postanowiła włączyć światło i natychmiast poczuła się pewniej, ale gdy schodziła na dół, wszystkie lampy zgasły i po omacku dotarła do najbliższego włącznika. Naciskała go kilka razy, ale bezskutecznie.

Sięgnęła po swój telefon, ale był wyładowany. Linia stacjonarna, przypomniała sobie i po chwili znalazła stolik z aparatem. Wzięła do ręki słuchawkę, ale panowała w niej kompletna cisza. Pięknie! Była odcięta od świata.

Zeszła schodami na parter, jednak gdy postawiła ostatni krok, weszła w zimną wodę. Przerażona cofnęła się i przycupnęła na stopniu, trzymając się dla pewności balustrady. Usiłowała się pocieszać, że przecież dom stał tutaj od kilku stuleci, a takie burze zdarzały się zapewne kilka razy w roku, ale to nie pomogło. Przed oczami wyobraźni stanęła jej występującą z koryta rzeka, która porywa ze sobą dworek.

Gdy tego popołudnia dzień zamienił się w noc, każdy wiedział, że skończy się to paskudną burzą. Przepraszając wszystkich, Marco wyszedł z przyjęcia u burmistrza wcześniej i w pośpiechu ruszył do samochodu. Podobnie zresztą zrobiło paru innych gości. Straganiarze w popłochu pakowali towar, wymieniając się między sobą uwagami o możliwych zniszczeniach. Marco zadzwonił do Marii i kazał wszystkim zostać w mieście, dopóki pogoda się nie poprawi. To wtedy dowiedział się, że Cassandra nie przyjechała z nimi na festyn.

Została w domu zupełnie sama i Bóg jeden wiedział, co jej groziło. Myśląc o tym, poczuł irytację. Każda inna kobieta cieszyłaby się na myśl o popołudniu spędzonym w mieście, ale nie ona. Ona musiała zostać w domu akurat w taką burzę i dołożyć mu zmartwień. Jeśli rzeka wyleje, władze zamkną most i w ogóle nie dostanie się do domu. Tuż za drzwiami kuchennymi były poukładane worki z piaskiem. Był też generator prądu na wypadek, gdyby wysiadła elektryczność. Tylko czy Cassandra Rich o tym wiedziała? A jeśli tak, to czy umiałaby wykorzystać tę wiedzę?

Prądu na pewno już nie ma, pomyślał, patrząc w niebo przecinane jasnymi błyskami. Przez chwilę grzmiało, ale nagle zapanowała niemal zupełna cisza. Sekundę potem lunęło. Strugi niemal lodowatego deszczu wpadały mu za kołnierz marynarki, gdy biegiem dopadł samochodu. Nie miał ani chwili do stracenia. Jeśli chciał zdążyć przed zamknięciem mostu, musiał się pospieszyć.

Przez most szczęśliwie przejechał jako przedostatni. Mężczyzna w mundurze ostrzegał go, że lepiej zawrócić, ale Marco tylko machnął ręką i pojechał dalej. Tak bardzo przydałby mu się w tej chwili stary, mocny jak czołg pickup. Skrzywił się, słysząc chrzęst wgniecionego metalu, gdy gwałtownie skręcił na skarpę. Ledwo uniknął zderzenia ze zwalonym drzewem. Wycieraczki nie nadążały z oczyszczaniem szyby. Koła brodziły w głębokich kałużach, ale Marco nie dawał za wygraną.

Cassandra była sama w pustym, ciemnym domu. I niezależnie od tego, czy powodem był jej upór, to przecież była jego pracownikiem, a jego obowiązkiem było o nią dbać. Mógł sobie tylko wyobrazić jej minę, gdy przybędzie na miejsce, ratując ją z opresji.

Nigdy nie był bardziej szczęśliwy na widok własnego domu niż teraz. Mina mu zrzedła, gdy zobaczył, że woda podeszła powyżej ostatniego stopnia przy drzwiach wejściowych. Zaparkował na lekkim podwyższeniu terenu i brodząc po łydki w wodzie, podszedł do drzwi. Otworzył je swoim kluczem i pchnął, ale nie dały się otworzyć. Naparł więc na nie barkiem, ale to też nic nie dało. Dom był pogrążony w ciemności. Rozejrzał się po dziedzińcu i zawołał ją. Ani żywego ducha. Gdzie ona się podziewa?

– Halo, jest tu kto?

Zajrzał przez jedno z okien do środka, ale było tak ciemno, że nie był w stanie rozróżnić nawet kształtów mebli. Cofnął się i zajrzał do ogrodu. Nie mógł się nie uśmiechnąć na widok kanału odpływowego, który Cassandra wykonała wokół grządek. Wyraźnie spełniał swoją rolę. Woda rwącym strumieniem omijała świeżo zasadzone warzywa.

Ślizgając się na mokrej trawie, przeszedł na tył domu. O dziwo, tu drzwi były szeroko otwarte. Serce podskoczyło mu na myśl, że Cassandra wystraszona mogła wybiec z domu i może marzła teraz pod jakimś drzewem, co groziło śmiertelnym niebezpieczeństwem.

– Będziesz tak stał czy mi pomożesz?

Drgnął zaskoczony i dojrzał ją w końcu. Stała w kuchni, kompletnie przemoczona i schylona nad workiem piasku.

– Świece znowu pogasły. Możesz zamknąć drzwi i je zapalić?

– Zostaw – powiedział i pospiesznymi ruchami pozbył się marynarki, która krępowała mu ruchy. – Ja się zajmę workami, a ty zapal świece.

Odtrąciła jego rękę, gdy próbował pomóc jej z workiem.

– Jeśli chcesz mi pomóc, idź po następny! – krzyknęła. Wiatr wył z taką siłą, że Marco ledwo ledwo ją usłyszał. – Rzeka musiała wylać.

– Najwyraźniej – powiedział, siłując się z workiem, który ułożył pod głównymi drzwiami na dwóch innych. To dlatego nie mógł sforsować głównych drzwi.

Cassandra w pośpiechu zwijała chodniki.

– Pomóż mi, tak będzie szybciej.

– Zapaliłaś już te świece? – zapytał zniecierpliwiony.

– Kto cię nauczył takich manier? – odparła, patrząc na niego spode łba.

Marco wyprostował się zaskoczony. Jeszcze nikt się tak do niego nie zwracał.

– Może zamiast mnie strofować, zacząłbyś od zwykłego dziękuję? – dokończyła ostrym tonem.

 

Potężny grzmot, który rozległ się w tej chwili, przerwał utarczkę. Blask błyskawic oświetlił twarz Cassandry, na której malowało się czyste przerażenie.

– Tu jesteśmy bezpieczni – rzucił w przerwie pomiędzy jednym grzmotem a kolejnym.

– Jak nie przestanie padać, to nas tu zatopi – odparła Cass. – Łap! – dodała, rzucając w jego stronę ręcznik do wytarcia wąskiej strużki wody, która przeciekała spod ustawionej naprędce barykady.

Signorina Rich, mimo że burza napędziła jej strachu, ani myślała schować się w kącie i czekać na zbawcę na białym koniu. Zdziwił się, ale nawet mu się to spodobało. Jej odwaga mu imponowała.

– I jak? Pomożesz mi zwinąć te dywany? – Obejrzała się w jego stronę, zapalając ostatnią świecę.

W tej chwili chętnie by pomógł signorinie Rich w bardzo wielu rzeczach, ale akurat zwijanie dywanów nie znajdowało się nawet w pierwszej dziesiątce.

Wszystko szło bardzo dobrze, dopóki Cassandra, idąc przez pogrążony w półmroku korytarz, nie zaczepiła nogą o dywan. W jednej sekundzie znalazł się przy niej, tak że wpadła prosto w jego ramiona, gdy rozpaczliwie machając rękami, usiłowała złapać równowagę. W blasku świec jej oczy nabrały granatowego, prawie czarnego odcienia. Wstrzymała oddech, jakby się spodziewała pocałunku. Czy broniłaby się? Odepchnęła go? Czy może pocałowałaby go namiętnie? Nie miało to dla niego znaczenia. Nie uległby pierwszej pokusie.

Cierpliwość jest cnotą królów, pomyślał, pomagając jej stanąć na nogi.

– Następnym razem uważaj – mruknął tylko, a Cassandra posłała mu spojrzenie, z którego wynikało, że najmniej jej zależy na tym, czy się wywróci.

– Dywany! – przypomniała mu natarczywie.

Uporem zaskarbiła sobie jeszcze więcej uznania. Odsunął się nieco, czując emanującą od niej energię i zastanawiając się, jak szybko zmusi go do porzucenia zasad.

Zmuszona do wspólnej pracy z szefem, Cassandra uznała, że tworzą całkiem zgrany zespół. Błyskawicznie odczytywali swoje intencje. Miło było patrzeć, jak zakasał rękawy i zabrał się do ciężkiej fizycznej roboty.

– Zaczekaj, odsunę meble – powiedziała, widząc, jak dźwiga na barku przesiąknięty wodą chodnik, który musiał ważyć chyba ze sto kilo. Przytrzymała mu drzwi, a potem, idąc przodem, usuwała z drogi wszelkie przeszkody.

Nie nadążała jednak i przez cały czas czuła na karku jego oddech, co okropnie ją rozpraszało. Wreszcie zatrzymała się, słysząc, jak zwinięta bela uderza o podłogę. Odwróciła się i stanęła oko w oko ze swoim szefem, który otrzepał ręce.

– Dobra robota – pochwaliła go, zdając sobie sprawę, że zabrzmiało to tak, jakby to ona była jego szefową.

Zmieszana odsunęła się o krok, po czym znowu ruszyła do przodu, chcąc go zgrabnie wyminąć i uciec jak najdalej, ale Marco zastąpił jej drogę.

– Dokąd idziesz? – zapytał.

– Do łóżka. – Odwróciła się i wzruszyła ramionami. ‒ Nic więcej już dziś nie zrobimy. Muszę się wykąpać. Powinno wystarczyć ciepłej wody. Obiecuję, że całej nie zużyję.

– Chcesz się kąpać po ciemku? – zdziwił się.

– Dam sobie radę. Są przecież świece.

W panice zaczęła się zastanawiać, czy Marco będzie chciał ją puścić, ale odsunął się na bok, robiąc jej miejsce.

– Chcesz się mnie pozbyć, tak? – Pytanie trafiło w sedno jej rozmyślań i Cass zaczerwieniła się.

– Nie, po prostu zmarzłam – odparła.

Chyba nie dał się przekonać.

– Gdyby nie ty, mielibyśmy tu prawdziwy potop.

– Dzięki. Mogę już iść? Naprawdę mi zimno.

Marco zmrużył oczy, jakby chciał sprawdzić, czy nie kłamie.

– Ciepła kąpiel dobrze ci zrobi – powiedział ku jej wielkiej uldze. – I nie zapomnij zadzwonić do matki chrzestnej i reszty bliskich. Taka nawałnica jak dziś na pewno będzie międzynarodowym newsem.

– Nie mam innych bliskich – powiedziała z naciskiem, domyślając się, o co mu chodziło. – Oczywiście zadzwonię, jak tylko doprowadzę się do porządku.

– Musisz często o niej myśleć.

Cass poczuła nagły przypływ wzruszenia.

– To prawda. Moja matka chrzestna jest najcudowniejszą osobą na świecie. Wzięła mnie do siebie…

– Po śmierci rodziców? – dokończył.

– Tak. – Zacisnęła usta. Więc już wiedział.

– Dlaczego ją zostawiłaś i przyjechałaś pracować tutaj, do Toskanii?

– To świetna praca – przyznała szczerze. – I nie mogę ciągle żyć na jej koszt. Zresztą pracę poleciła znajoma matki chrzestnej. Nie mogłam, ot tak, odrzucić tej propozycji.

Chociaż może powinnam, przyszło jej do głowy. Nie podobało jej się, że Marco ją wypytuje i patrzy, jakby przybyła tu na przeszpiegi albo właśnie wysiadła ze statku UFO.

– Jak wrócę, zawsze mogę znaleźć pracę w sklepie, a na razie popracuję tutaj. To idealne zajęcie.

– Idealne – powtórzył Marco. Chciał się dowiedzieć więcej, ale wyczuwał opór. Najwyraźniej nie miała ochoty dyskutować o prywatnych sprawach z kimś obcym.

– Idź, bo się przeziębisz – przypomniał jej.

Nie potrzeba było kolejnej zachęty. Cassandra otworzyła drzwi i pospieszyła na drugą stronę dziedzińca. Burza przeszła już dalej, ale deszcz wciąż siąpił.

Gdy Cassandra wyszła, wciąż stał bez ruchu. Zaskakująco dobrze poradziła sobie z chaosem wywołanym burzą, co jeszcze bardziej go zaintrygowało. Z jednej strony prostolinijna i bezpośrednia, z drugiej strony była zamkniętą księgą. Pod tym względem przypominała jego. Chciał dowiedzieć się o niej więcej, ale nie z gazet czy z internetu.

Gdy odeszła, poczuł pustkę, która doskwierała mu tym bardziej, że coraz chętniej wyobrażał sobie Cassandrę w swoim łóżku. To byłby jednak zły pomysł. Nigdy jeszcze nie przespał się z żadną ze swoich pracownic i nie zamierzał tego robić.

Zabrał się do dalszej pracy, aby zająć myśli czymś innym. Uruchomił generator prądu, potem wyszedł do ogrodu, żeby ocenić straty. Nie było aż tak źle, jak się spodziewał. Na drodze dojazdowej odnotował dwa zwalone drzewa. Niewątpliwie była to duża strata. Rosły tu przecież od stuleci. Trzeba będzie posadzić nowe, pomyślał i wrócił do domu. Worki ułożone częściowo przez samą Cassandrę skutecznie blokowały dostęp wodzie, która nie opadła jeszcze na tyle, by można je usunąć. Jak miała siłę przyciągnąć je tutaj?

Zauważył, że wszelkie próby stłumienia pożądania, jakie budziła w nim Cassandra, nie dają oczekiwanego rezultatu. Wypełniała wszystkie jego myśli. Nie mógł się jednak zdecydować na kolejny krok, ponieważ tak się składało, że Cassandra Rich należała do kobiet, jakich zawsze unikał. Zbyt młoda, zbyt naiwna, zbyt nieprzewidywalna. Podobało mu się, że nie wykorzystuje w żaden sposób swojego pochodzenia, mimo że była córką bardzo znanego ojca. Doceniał to. W jego życiu było stanowczo za dużo pochlebców. Cassandra Rich natomiast nie owijała niczego w bawełnę.

Roześmiał się nagle, wbiegając na schody. W jego życiu było tak mało niespodzianek i spontaniczności, że był gotów podziękować losowi za Cassandrę.

Kto zresztą wie, może to właśnie ona będzie największą niespodzianką w jego życiu. Minął próg swojego pokoju i zatrzymał się z ręką na włączniku światła. Okno było zamknięte, ale okiennice wciąż były otwarte. W pokoju Cassandry po drugiej stronie dziedzińca paliło się światło.

Naprawdę nie wiedziała, co ją do tego popchnęło. Miała zaledwie mgliste wyobrażenie typu kobiety, za którym mógł przepadać Marco. Kobieta taka musiała być kusicielką, syreną na skale, która uwodziła pięknym śpiewem marynarzy. Słowem, wszystkim, czym Cass nie była i nie mogła być. Ale nawet to nie powstrzymało jej przed odegraniem swojej fantazji.

Może to wina pogody. Po burzy zrobiło się jakby cieplej, a świadomość, że gdzieś po drugiej stronie jest mężczyzna taki jak Marco, wprawiała ją w podniecenie. Dlatego teraz, czekając, aż wanna napełni się wodą, Cass tańczyła na środku pokoju, wyobrażając sobie, że robi to dla Marca, a on patrzy, rozbierając ją oczami. Ach, jakież to było przyjemne! Marco pewnie ani myślał zadawać się z kimś takim jak ona, ale co tam.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?